Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 6 marca 2008
Cuda
- Czy wierzysz w cuda? - zapytał Wędrowiec. Słyszał o nim, że uzdrawia, może nawet wskrzesza. Ludzie mówili.
Odpowiedziała mu cisza. Pustelnik znieruchomiał, ale po chwili powrócił do poprzedniej czynności. Wędrowiec powtórzył pytanie.
- To zależy, co rozumiesz, przez "cuda" - odpowiedział w końcu starzec. - Dla jednych, cudem jest, gdy Bóg robi to, czego chce człowiek. Dla mnie, cudem jest sytuacja, gdy człowiek robi to, czego chce od niego Bóg.
Wędrowiec się zamyślił. Przebył długą drogę, by zobaczyć dowód, że Bóg jest i dokonuje rzeczy niezwykłych. Całe życie szukał kogoś, kto pokona jego wątpliwości. I kiedy w końcu wydało się, że znalazł, kilka słów wypowiedzianych przez starego Pustelnika cofnęło go do początku drogi. Do czasu, gdy słyszał głos serca. Gdy znał odpowiedzi. Gdy wiedział.
Twarze kampanii
Konkluzja może równie oczywista, co w konsekwencjach groźna. Oznacza bowiem, jeśli tak jest rzeczywiście, że programy polityczne, opinie i zapowiedzi takich czy innych reform nie mają w gruncie rzeczy żadnego znaczenia. Cały show kampanii wyborczej obliczony jest na zdobycie władzy dla niej samej, zaś realizacja mandatu podlega już zupełnie innym prawidłom: wybrany polityk będzie robił, na co mu pozwoli otoczenie albo granice prawa, ale raczej nie ma żadnych szans na realizację obietnic przedstawianych w czasie przedwyborczym kampanii.
Niedawno p. Joanna Senyszyn, której serdecznie zresztą nie cierpię, stwierdziła, że ludzie kochają Donalda Tuska tylko za to, że nie jest Jarosławem Kaczyńskim. Ma niestety rację. Ludziom bardziej się podoba ktoś spokojny, niż oskarżający innych. Wolą kogoś, kto brzmi merytorycznie, od kogoś, kto cały czas brzmi jak ideolog. Proszę jednak zwrócić uwagę, że jeśli zacznie się analizować merytoryczne znaczenie wypowiedzi obu polityków (zresztą innych liderów polskiej sceny politycznej również), zwłaszcza z okresu kampanii wyborczej, niezbyt się one od siebie różniły. Także programy rywalizujących w USA o nominację Partii Demokratycznej Senatorów Clinton i Obamy nie różnią się praktycznie niczym, choć zwolennicy obojga kandydatów są dosyć radykalnie podzieleni. Zresztą programy Demokratów i Republikanów również nie są bardzo od siebie odległe, tak jak programy partii politycznych w Polsce.
Ten brak różnic nie powinien zbytnio dziwić. Ostatecznie, zasady gospodarowania są wspólne dla wszystkich i możliwości zmian są mocno ograniczone. Nie znaczy to jednak, że nieważne jest, kto zostanie wybrany. W moim przekonaniu ma znaczenie, czy nominację dostanie p. Hilary Clinton, czy p. Barack Obama, bo w przekonaniu wielu Republikański kandydat może wygrać tylko z żoną byłego prezydenta. Swoją drogą, niezwykle błyskotliwego senatora Obamy się boję, choć w USA jestem tylko gościem. Boję się (zresztą nie ja jeden), bo w gruncie rzeczy nikt nie wie, jakim prezydentem byłby Obama, gdyby wygrał. Nikt nie wie, czego się spodziewać, poza tym, że Barack Obama to kandydat, który jest giętki w słowach, choć się ze słowami nie liczy. I z ludzkim życiem nie liczy się również – jest jednym z najbardziej pro-aborcyjnie nastawionych kandydatów do fotela prezydenckiego w USA w ostatnich latach.
Mówią o polityce, że brudna i o mętnej wodzie, że jest ulubionym łowiskiem diabła. I mają rację. Zarówno amerykańska jak i polska scena polityczna są tego mocnym przykładem, niestety. Im człowiek starszy, tym mniej entuzjazmu podczas wyborów i coraz częściej zdarza się, że głosuje się nie za kimś, a przeciwko komuś, modląc się po cichu, by zło było rzeczywiście mniejsze. Nie zazdroszczę Amerykanom tej kampanii wyborczej. I nam nie zazdroszczę wyborów, już od kilku kampanii wstecz. Bo wygląda na to, że polityka nie ma sensu, tylko twarz. Tylko jak zmienić politykę, by oprócz twarzy miała jeszcze sens?
czwartek, 28 lutego 2008
Kosowo, Szkocja, Śląsk i prawo do decydowania o sobie
Kilka dni temu Kosowo ogłosiło niepodległość. Demokratycznie przeprowadzone wybory były w istocie referendum nad dalszą przynależnością do Serbii i ich wynik nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Mieszkańcy Kosowa – poza nieliczną mniejszością serbską, zamieszkującą niewielką enklawę – nie chcieli być częścią republiki serbskiej.
Natychmiast rozpoczęły się dyskusje nad słusznością tego kroku, nad możliwymi scenariuszami rozwoju wypadków. Serbia niezwłocznie ogłosiła, że nie uznaje proklamacji niepodległości i nie przyjmuje separacji Kosowa do wiadomości. Większość krajów europejskich i Stany Zjednoczone niemal równie szybko potwierdziły zaistnienie nowego państwa. Holandia wzięła na wstrzymanie, Polska się przez kilka dni wahała, by ostatecznie uznać proklamację niepodległości Kosowa jako ważny akt polityczny. Rosja zaś od samego początku pomstowała, że separacja Kosowa pociągnie podobne ruchy w innych częściach świata i stwierdzała, że społeczność międzynarodowa nie może się godzić na takie naruszenie światowego porządku.
Dyskusja nad stanowiskiem polskiego rządu skłoniła mnie do nieco smutnej refleksji. Otóż dla wielu polityków stanowisko mieszkańców Kosowa nie odgrywa w zasadzie żadnego znaczenia, zaś liczy się tylko pokój w regionie bałkańskim. W tym względzie ich stanowisko nie różni się zasadniczo od stanowiska Rosji czy Serbii. Problem w tym, że właśnie głos mieszkańców przesądził w swoim czasie o kształcie granicy na Śląsku. Właśnie głos mieszkańców przesądził również o naszej przynależności do Unii Europejskiej. Wobec nieustannych sprzeciwów Rosji słusznie odpowiadaliśmy, że mamy prawo decydować o sobie. To samo prawo jednak mają wszyscy inni.
Jeśli uznajemy prawo nas, Polaków, do decydowania o kształcie naszej państwowości, o naszych sojuszach i powiązaniach gospodarczych, to nie możemy tego prawa odmawiać innym. Tymczasem raz po raz daje się zauważyć swoista podwójna moralność w kwestii prawa do samostanowienia. Nie ma racji Rosja, gdy odmawia prawa do samostanowienia mieszkańcom Kaukazu czy Syberii. Nie ma racji Korona Brytyjska odmawiając prawa do samostanowienia Szkotom. I nie mają racji ci polscy politycy, gdy twierdzą, że akt niepodległości mieszkańców Kosowa nie powinien zostać uznany przez społeczność międzynarodową.
Łatwo jest dysponować cudzym, łatwo jest popierać (lub nie) decyzje, które nas nie dotyczą obkładając je jednocześnie pięknym ideologicznym dressingiem. Są tacy, którzy jak Zagłoba królowi szwedzkiemu Niderlandy, gotowi są ofiarowywać (lub odmawiać) innym prawo do samostanowienia. Tymczasem prawo to wypływa z godności osoby ludzkiej i ma charakter niezbywalny – tak w wymiarze indywidualnym jak i społecznym. Nieuznanie go oznacza sprzeniewierzenie się tej godności. Przy okazji, przecież imperialne zachowania Rosji, a wcześniej Związku Sowieckiego wobec Polski i innych krajów tzw. bloku wschodniego, właśnie na tym polegały, że odmawiano nam prawa do decydowania o sobie i naszej własnej przyszłości. Dziś żyjemy we własnym domu i we własnym kraju. Pozwólmy zatem, by inni też mieli swój dom. Swój, choćby był biedny, jak stara rozpadająca się stodoła. Dla nich będzie pałacem, pałacem wolności.
sobota, 23 lutego 2008
Celibat
Lektura przypomniała mi fragment 1 Sm 8,5 (por. również Oz 9,1), gdzie opisany jest proces przejścia Izraela z modelu teokratycznego do monarchii. Argument ludzi, by mieć króla, oparty był na pragnieniu upodobnienia własnej obyczajowości do tej istniejącej u ludów sąsiednich. "Chcemy być jak inne narody!" - wołali. Interpretacja tego żądania, również zawarta w Biblii (8,7-8) jest jednoznaczna: jeśli człowiek wybiera inną drogę, niż tą, którą go Bóg prowadzi - odrzuca Boga. Wierność Przymierzu nie polega bowiem na emocjonalnym przywiązaniu do idei, do Prawa czy do samego Boga, ale na postępowaniu wedle Jego woli. Warto zauważyć, że w żądaniu Izraelitów nie było w ogóle pytania o wolę Bożą.
Niestety, tego pytania nie ma też we wspomnianym liście z Brazylii (a przynajmniej relacjonujący sprawę dziennikarz nie podaje żadnych wskazówek w tym kierunku). Argumentacja w dyskusji nad celibatem zdaje się mieć charakter kulturowo-historyczny, zaś kwestie teologiczne traktowane są zdawkowo i jakby z cynicznym/szyderczym/pobłażliwym uśmiechem. Wskazywałoby to na kompletne niezrozumienie sprawy, jakieś zagubienie istoty problemu.
Chrześcijaństwo, będąc oczywiście historyczno-kulturowym zjawiskiem, w swej istocie jest najpierw wydarzeniem religijnym, czy - lepiej powiedzieć - teologicznym. Jest sposobem przeżywania wiary i dopiero w jej kontekście staje się zrozumiałe. Kluczem do chrześcijaństwa jest osobista relacja (wiara) człowieka z Bogiem, we wspólnocie, relacja powstała wskutek rozpoznania osobistego znaczenia dla życia konkretnego człowieka wydarzenia Wcielenia i Paschy Jezusa Chrystusa. Jakiekolwiek dyskusje pomijające ten element są z góry skazane na jałowość i bezproduktywność (w sensie niekonstruktywności; ich produktywność polega na destrukcji).
Odwołam się tu do dwóch głośnych odejść z kapłaństwa: O. Tadeusza Bartosia i ks. Tomasza Węcławskiego. Obaj opublikowali pisma wyjaśniające przyczyny podjętych przez nich decyzji, pisma których głównym wyjaśnieniem jest ...nieobecność odniesienia do Boga. Człowiek, który traci swoją relację do Boga, nie może pozostać Mu wiernym. Trudno też oczekiwać, by pozostał wierny drodze, którą określa się mianem służby Bożej. Obawiam się, że list z Brazylii w sprawie celibatu jest sygnałem słabości wiary jego autorów, podobnie jak entuzjazm z rozpowszechnianiem podobnych pomysłów widoczny niekiedy tu i ówdzie.
Nie zamierzam nikogo sądzić. Piszę - jako to na blogu - co myślę. Jeśli idę za głosem Pana, jeśli idę za Nim, bo Mu ufam i Go kocham, "niczego się nie boję, bo On jest ze mną". A że celibat jest trudny? Fakt, ale nikt nie powiedział, że kapłaństwo Chrystusowe to bułka z masłem i spacerek po plaży.
wtorek, 19 lutego 2008
Przelot do kraju wolnych ludzi
Wczoraj przyleciałem do USA. Podróż, jak podróż, w sumie niewiele się działo. 11 godzin siedzenia w ciasnym fotelu, przy nieustannym szumie silników, trochę drzemki, przekąska jedna czy druga. Nie nazywam ich posiłkami, bo porcje były rozmiarów niewielkich (to taki eufemizm, by nie było wątpliwości), a smakowo również nie budziły mojego (i chyba innych pasażerów również) entuzjazmu.
Już na lotnisku w Waszyngtonie, w drodze z samolotu do sali odpraw natknąłem sie na b. prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, który był zmęczony jak wszyscy inni, ale życzliwy i normalny. Chwilę pogadaliśmy "o niczym", po czym on poszedł ścieżką dla VIPow (na pożegnanie mówiąc "Szczęść Boże!"), a ja ustawiłem się w długiej kolejce do urzędnika imigracyjnego. Nie da się ukryć, że to całkowicie niewymuszone, spontaniczne „Szczęść Boże!” z ust mojego rozmówcy było dla mnie przynajmniej równie wielkim zaskoczeniem, co samo z nim spotkanie. Nie zgadzam się z nim w wielu sprawach, nigdy na niego nie głosowałem i głosować nie zamierzam, ale te dwa wypowiedziane na pożegnanie słowa uświadomiły mi na nowo, że o wielu ludziach, o których – zdawałoby się – mamy dobrze ugruntowane opinie – tak naprawdę niewiele wiemy.
Dwie godziny mozolnego posuwania się do przodu w kolejce nastrajało do przemyśleń, choć z drugiej strony kondycja psychofizyczna nie bardzo to ułatwiała. Ostatecznie dla organizmu była to już 2.30 w nocy.
Patrzyłem na twarze towarzyszy niedoli z nieszczęsnej kolejki do okienka, i uświadomiłem sobie, że niezależnie od tego, jak wysoko człowiek by nie zaszedł ze swoją karierą, układami, znajomościami - i tak jest tylko człowiekiem. Nie przeskoczy się własnych ograniczeń, zmęczenia, słabości (nawet jeśli może – jak Kwaśniewski – ominąć kolejkę). Można być prezydentem, naukowcem, studentem, czy urzędnikiem - przychodzi czas, gdy człowiek jest zbyt zmęczony, by myśleć, czuć, decydować. Bo człowiek, choćby chciał, nie jest Bogiem, ale stworzeniem i nie ma sensu udawać, że jest inaczej, tym bardziej, że podróże lotnicze, jak żadne inne budzą (przynajmniej we mnie) respekt i poczucie przemijalności życia. Ostatecznie, latanie nie jest dla człowieka stanem fizjologicznie naturalnym...
Czekając na spotkanie z urzędnikiem imigracyjnym, uświadomiłem sobie, że nigdzie na świecie nie spotkałem się z takimi obostrzeniami, utrudnieniami we wjeździe, jak tutaj. Oaza wolności (jak nazywają czasem swój kraj Amerykanie) jest otoczona zasiekami i palisada, zaś po przekroczeniu granicy okazuje się, że każdy strażnik, o policjantach nie wspominając, uzbrojony jest po zęby. Wolność zdaje się być dostępną tylko w dosyć wąskim (i coraz węższym, obawiam się sie) przedziale działań i zachowań, poza którym Prawo i Porządek wkraczają z cala surowością. Powiem szczerze, niespecjalnie mi się ten obraz podoba. Zmiany, które zaszły po zamachach 11 września, zamieniły "American Dream" (sen, marzenie o wolności i dobrobycie dla wszystkich) w "American Nightmare" (koszmar).
Ale może to po prostu zmęczenie po długiej podróży...
środa, 13 lutego 2008
Narzędzia
Właśnie spotkanie z żywym Bogiem pozwala właściwie spojrzeć na człowieka, na bliźniego, ale i na siebie samego. Papież przypomina (por. RH 10), co jest naszym pierwszym powołaniem, naszą naturą: to miłość. Kochać, dawać siebie w całopalnej ofierze nie jest wyrzeczeniem czy „poświęcaniem się” – to nasza natura. I chociaż poranieni przez grzech nie umiemy kochać, w Chrystusie odnajdujemy Przewodnika i Zbawcę, który przywraca nam tę pierwotną zdolność kochania, to pierwotne podobieństwo do Boga, który jest samą miłością.
Czas Wielkiego Postu jest nazywany czasem wyrzeczenia i pokuty, i poniekąd słusznie, bo są to narzędzia, które trzeba wykorzystać dla wewnętrznego wzrostu. One rzeczywiście pomagają. Ale niedobrze by było, gdybyśmy pomylili owe narzędzia z celem, jakiemu mają służyć – z nawróceniem, a więc z powrotem do pierwotnej miłości. Ten zaś dokonać się może tylko w Chrystusie.
wtorek, 12 lutego 2008
Zobaczyć człowieka
Przede wszystkim mylone było szczęście z zadowoleniem. Szczęście jest stanem ostatecznego spełnienia, lub w najlepszym razie poczuciem, że się jest na najlepszej drodze do osiągnięcia tego spełnienia. Z kolei zadowolenie (w różnym stopniu i z różnych powodów) jest stanem krótkotrwałym i wynikającym z konkretnych wydarzeń, o zewnętrznym zasadniczo charakterze. Przy takiej definicji pojęć szczęście może człowiek osiągnąć jedynie w Bogu, bo tylko On może go doprowadzić do ostatecznego spełnienia. Jednocześnie owo szczęście nie jest związane w sposób konieczny z zadowoleniem jako takim. Co więcej, można być szczęśliwym mimo poważnych braków, chorób i cierpień.
Kiedy uczestnicząca w programie pani Psycholog usłyszała o Bogu, zawrzał niemal gniewem i autorytatywnie stwierdziła, że wiara w Boga w sposób nieunikniony prowadzi do niewiary w człowieka, deprecjonuje go i lekceważy. Prawdę mówiąc lekko się tym stwierdzeniem zdziwiłem, bo poza tą kwestią p. Psycholog zasadniczo wypowiadała się mądrze i ciekawie, bez jakiś politycznie poprawnych zadęć i lewacko-liberalnych pomysłów.
Przypomniały mi się wtedy słowa z "Redemptor hominis" niezapomnianego Jana Pawła II, gdzie pisze, że "człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa. I dlatego właśnie Chrystus-Odkupiciel, jak to już zostało powiedziane, "objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi". To jest ów - jeśli tak wolno się wyrazić - ludzki wymiar Tajemnicy Odkupienia. Człowiek odnajduje w nim swoją właściwą wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa. Człowiek zostaje w Tajemnicy Odkupienia na nowo potwierdzony, niejako wypowiedziany na nowo. Stworzony na nowo! [...] Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca - nie wedle jakichś tylko doraźnych, częściowych, czasem powierzchownych, a nawet pozornych kryteriów i miar swojej własnej istoty - musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do Chrystusa. Musi niejako w Niego wejść z sobą samym, musi sobie "przyswoić", zasymilować całą rzeczywistość Wcielenia i Odkupienia, aby siebie odnaleźć. Jeśli dokona się w człowieku ów dogłębny proces, wówczas owocuje on nie tylko uwielbieniem Boga, ale także głębokim zdumieniem nad sobą samym" (RH 10).
I pomyślałem sobie, że p. Psycholog, przy całym swoim profesjonalizmie, jednak nie rozumie człowieka. A szkoda, bo mogłaby pomóc jeszcze więcej. Bo prawdą jest, że dopiero miłość Boga objawiona w Chrystusie - nade wszystko w Jego misterium paschalnym - pokazuje, kim człowiek jest: kim jest w oczach Boga i kim ma się stać w naszych, ludzkich oczach.