Tytuł tego posta nie jest przypadkowy. Jednym z głównych grzechów Sodomy i Gomory był homoseksualizm urosły do skali standardu (por. Rdz. 19). Zresztą Biblia do praktyk homoseksualnych odnosi się zdecydowanie i jednoznacznie negatywnie (por. np. Kpł 18, 22; 1Kor 6,9), nazywając je grzechem i obrzydliwością.
Małżeństwem związki homoseksualne nie były i nie będą. Oczywiście, jak ktoś się uprze, to może je tak nazywać, ale logiki w tym równie wiele, co w nazywaniu słonia żyrafą.
Tak to już ono jest, że każdy z ludzkich organów ma swoją funkcję i żaden z nich nie jest po to, by sprawiać przyjemność - przynajmniej nie jako cel główny. Zadaniem układu pokarmowego jest absorpcja pożywienia, chociaż jedzenie może być czynnością ogromnie przyjemną. Zadaniem oczu jest obserwacja otoczenia dla zapewnienia bezpieczeństwa i swobody poruszania się, a nie - jako cel główny - podziwianie piękna krajobrazu. Przyjemność nie jest głównym cele życia, choć niewątpliwie są ludzie, którzy żyją tak, jakby była. Błądzą, ale ich błąd nie może być uznany za normę.
Nie mogę im zabronić błądzenia, nie mogę ich karać za błądzenie, ale nikt nie może mi zabronić mówić, że taki sposób życia jest chory.
Żebyśmy się tu dobrze rozumieli - grzechem (mówimy tu o problemie homoseksualizmu) są czyny homoseksualne, a nie skłonność sama w sobie. Są one grzeszne ponieważ są sprzeczne z naturą, wewnętrzną celowością istnienia i budowy narządów płciowych, które funkcjonują normalnie w układzie heteroseksualnym i wyłącznie heteroseksualnym. Zresztą, każde współżycie (także homoseksualne) jest grzeszne, jeśli jest poza małżeństwem (przed-małżeństwem, obok niego, po nim...), to znaczy poza unią mężczyzny i kobiety założoną i pielęgnowaną ku zrodzeniu i wychowaniu potomstwa.
Cokolwiek dziś mówią "światli myśliciele" małżeństwo jest ukierunkowane na prokreację. Właśnie dlatego wykluczenie posiadania potomstwa czyni je nieważnym od samego początku. Nie ma racji Artur Sporniak pisząc w swoim blogu co następuje:
"intuicja podpowiada nam, że stosunek seksualny zawdzięcza swój sens jednoczący w dużej mierze właśnie temu, iż jego głównym celem nie jest prokreacja. Tym różni się m.in. seksualność ludzi od kopulacji zwierząt".
Wielokrotnie publicysta "Tygodnika" pisze, że nie rozumie papieża. W tym właśnie rzecz, że nie rozumie ani Humanae vitae, ani nauczania Jana Pawła II zawartego w katechezach środowych (wydanych książkowo pod tytułem "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich"), ani wypowiedzi Benedykta XVI. Nie rozumie też ludzkiej natury i wewnętrznej struktury moralnej czynu ludzkiego (choć muszę mu oddać sprawiedliwość, że rozumie zasadę działania o podwójnym skutku, jednakże ze względu na niekompetencję na gruncie antropologii przytoczony przykład współżycia z wysterylizowaną kobietą nie do końca jest trafny).
Otóż wewnętrzną celowością współżycia małżeńskiego jest prokreacja, choć - ze względu na cykliczność płodności kobiety - nie każdy akt współżycia zaowocować może poczęciem. Rzecz jednak w tym, że apodyktyczna eliminacja wymiaru prokreacyjnego ze współżycia, czy to z wykorzystaniem metod sztucznych czy naturalnych, czyni je niegodziwym. Problem z antykoncepcją jest zatem natury antropologicznej, a nie technologicznej tylko.
Ma pretensje p. Sporniak, że normy moralne są apodyktyczne i rygorystyczne. Są. Wbrew pomysłom współczesnych filozofów, etyka (jeśli zachowamy dotychczasowe znaczenie tego terminu) jest nauką twardą: jej orzeczenia są radykalne i jednoznaczne. Fundamentem dla etyki jest bowiem prawda, która jest postrzegana w układzie ZERO-JEDYNKOWYM (lub czarno-białym, jeśli ktoś woli), a nie jako nieskończona płynna skala szarości wszelkich odcieni.
Normy moralne stawiają człowieka cnotliwego przed niełątwym zadaniem ustawicznego sprzeciwu wobec laksystycznych (dziś byśmy powiedzieli - liberalnych) pomysłów na życie. Prawda domaga się, by człowiek wymagał od siebie, nawet jeśli nikt inny od niego nie wymaga wysokich standardów moralnych.
Czy musi człowiek podążyć za tym głosem? I tak i nie. Musi, jeśli chce zachować własną tożsamość, jeśli chce żyć na miarę własnej godności, własnego człowieczeństwa. Jednocześnie jednak jest wolny i może się głosowi prawdy sprzeciwić, może tę prawdę odrzucić. I odejść, w ciemność...
Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
piątek, 16 maja 2008
czwartek, 15 maja 2008
Tanie państwo
Tanie państwo. Jeśli mnie pamięć nie myli, opozycja zawsze wytykała rządzącym rozrzutność i obiecywała znaczące oszczędności natychmiast po objęciu władzy. Oczywiście, były również inne obietnice. Wyborcy za każdym razem przyjmowali zapewnienia bez zmrużenia oka, za każdym razem dziwiąc się później, że nowo wybrani liderzy nie dotrzymują danego słowa. Pomijam fakt, że słowność polityków jest iście przysłowiowa. Prawdziwy problem leży w tym, że od samego początku wiadomo, że większość wyborczych sloganów jest po prostu nie do zrealizowania.
Każdy z nas wie, że pracując nawet na dobrej posadzie dysponujemy ograniczonym budżetem. Musimy się z nim zmieścić. Możemy oczywiście zaciągać pożyczki, żeby spłacić wcześniejsze zobowiązania – w istocie tak właśnie postępują niemal wszystkie rządy niemal wszystkich krajów – ale tego typu polityka tylko odwleka nieunikniony moment, w którym się okaże, że dalsze życie na kredyt nie jest już możliwe. Wtedy zaczyna się zaciskanie pasa i szukanie winnych. Ale winni jesteśmy wszyscy, bo wszyscy korzystamy z tej polityki.
Z drugiej strony, mamy wszyscy również świadomość, że każda z rzeczy i z usług – to wszystko kosztuje. Cięcie kosztów oznacza rezygnację z niektórych rzeczy, do posiadania których przyzwyczailiśmy się. Cięcie kosztów oznacza niedogodności, niekiedy poważne. A tego nie lubimy… W takich sytuacjach, gdy sami musimy zaciskać pasa, lubimy natomiast patrzeć innym na ręce i wytykać im rozrzutność, pazerność, niegospodarność, epatując się wielkimi liczbami, nawet wtedy, gdy dane wydatki są nieredukowalne.
Proszę mi pozwolić przytoczyć tu dwa przykłady. Pierwszy to pomysł z amerykańskiej kampanii wyborczej, by na czas wakacji zawiesić pobieranie podatku od paliw, by w ten sposób ulżyć budżetom domowym. Pomysł okazał się równie nośny, co głupi. Oszczędności w przeciętnym budżecie domowym wyniosą (UWAGA) 50 dolarów. Jednocześnie straty w federalnym budżecie na drogi (bo w USA podatek paliwowy idzie na utrzymanie dróg a nie jak u nas – na wszystko inne), otóż straty te mogą wynieść nawet kilka miliardów dolarów.
Przykład drugi. Wczorajsza prasa zaczęła wyliczać, ile to kosztuje podróż premiera do Ameryki Łacińskiej. Z artykułu wynika, że premier podróżuje po świecie wyłącznie dla własnej przyjemności, oczywiście na koszt podatników. Nie będę streszczał doniesień prasowych – każdy sam może do nich dotrzeć – chcę jednak zwrócić uwagę, że zgodnie z logiką zaprezentowaną w tekście dziennikarskim rząd powinien zrezygnować z jakichkolwiek podróży zagranicznych (a już na pewno lotniczych). W przypadku wyższej konieczności zgodę na taką podróż zapewne mieliby wydać dziennikarze, po uzyskaniu pozytywnej opinii opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej (w tym oczywiście ekologów).
Wiadomo, że utrzymanie państwa kosztuje. Państwo to nie tylko szkoły i szpitale. To także policja, wojsko i inne służby – także dyplomacja. Wszystko kosztuje. Mądre wykorzystanie posiadanych zasobów oznacza prawdziwe oszczędności w dłuższej perspektywie. Oszczędności metodą sknerstwa mogą zaowocować tylko jednym: niespodziewanymi wydatkami w przyszłości. Potwierdzi to każdy mechanik i komputerowiec. Każdy z nas wie, że sknerus płaci dwa razy: raz, gdy kupuje okazyjnie, i potem, gdy mysi to naprawiać lub zastąpić porządnym sprzętem.
Tanie państwo nie jest takie tanie, jak byśmy chcieli. Ale jak przegniemy z oszczędzaniem, to zbankrutujemy. Nie ma przeproś. Pozdrawiam - xpk
Każdy z nas wie, że pracując nawet na dobrej posadzie dysponujemy ograniczonym budżetem. Musimy się z nim zmieścić. Możemy oczywiście zaciągać pożyczki, żeby spłacić wcześniejsze zobowiązania – w istocie tak właśnie postępują niemal wszystkie rządy niemal wszystkich krajów – ale tego typu polityka tylko odwleka nieunikniony moment, w którym się okaże, że dalsze życie na kredyt nie jest już możliwe. Wtedy zaczyna się zaciskanie pasa i szukanie winnych. Ale winni jesteśmy wszyscy, bo wszyscy korzystamy z tej polityki.
Z drugiej strony, mamy wszyscy również świadomość, że każda z rzeczy i z usług – to wszystko kosztuje. Cięcie kosztów oznacza rezygnację z niektórych rzeczy, do posiadania których przyzwyczailiśmy się. Cięcie kosztów oznacza niedogodności, niekiedy poważne. A tego nie lubimy… W takich sytuacjach, gdy sami musimy zaciskać pasa, lubimy natomiast patrzeć innym na ręce i wytykać im rozrzutność, pazerność, niegospodarność, epatując się wielkimi liczbami, nawet wtedy, gdy dane wydatki są nieredukowalne.
Proszę mi pozwolić przytoczyć tu dwa przykłady. Pierwszy to pomysł z amerykańskiej kampanii wyborczej, by na czas wakacji zawiesić pobieranie podatku od paliw, by w ten sposób ulżyć budżetom domowym. Pomysł okazał się równie nośny, co głupi. Oszczędności w przeciętnym budżecie domowym wyniosą (UWAGA) 50 dolarów. Jednocześnie straty w federalnym budżecie na drogi (bo w USA podatek paliwowy idzie na utrzymanie dróg a nie jak u nas – na wszystko inne), otóż straty te mogą wynieść nawet kilka miliardów dolarów.
Przykład drugi. Wczorajsza prasa zaczęła wyliczać, ile to kosztuje podróż premiera do Ameryki Łacińskiej. Z artykułu wynika, że premier podróżuje po świecie wyłącznie dla własnej przyjemności, oczywiście na koszt podatników. Nie będę streszczał doniesień prasowych – każdy sam może do nich dotrzeć – chcę jednak zwrócić uwagę, że zgodnie z logiką zaprezentowaną w tekście dziennikarskim rząd powinien zrezygnować z jakichkolwiek podróży zagranicznych (a już na pewno lotniczych). W przypadku wyższej konieczności zgodę na taką podróż zapewne mieliby wydać dziennikarze, po uzyskaniu pozytywnej opinii opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej (w tym oczywiście ekologów).
Wiadomo, że utrzymanie państwa kosztuje. Państwo to nie tylko szkoły i szpitale. To także policja, wojsko i inne służby – także dyplomacja. Wszystko kosztuje. Mądre wykorzystanie posiadanych zasobów oznacza prawdziwe oszczędności w dłuższej perspektywie. Oszczędności metodą sknerstwa mogą zaowocować tylko jednym: niespodziewanymi wydatkami w przyszłości. Potwierdzi to każdy mechanik i komputerowiec. Każdy z nas wie, że sknerus płaci dwa razy: raz, gdy kupuje okazyjnie, i potem, gdy mysi to naprawiać lub zastąpić porządnym sprzętem.
Tanie państwo nie jest takie tanie, jak byśmy chcieli. Ale jak przegniemy z oszczędzaniem, to zbankrutujemy. Nie ma przeproś. Pozdrawiam - xpk
sobota, 10 maja 2008
Podatek od nagrody
Polski naukowiec otrzymał Nagrodę Templetona, najwyższą finansowo nagrodę w świecie nauki, przyznawaną za przerzucanie mostów pomiędzy nauką a religią. Przekazał ją na budowę Centrum Kopernika w Krakowie. Ma jednak pecha, bo chociaż jest fizykiem i astronomem, jest też teologiem i - "co gorsza" - księdzem. Zamiast się więc naród cieszyć, zamiast mu gratulować, zaczyna zgodnie z prastarą polską tradycją bezinteresownej zawiści rzucać wyzwiska i obelgi. I oczywiście (jakże bardzo kochany w takich sytuacjach jest Urząd Podatkowy) przypomina się profesorowi o obowiązku uiszczenia stosownego podatku. Zgodnie z prawem - 40%.
Sytuacja jest prosta jak kolczasty drut w kieszeni: jeśli Minister Finansów zwolni ks. Hellera z obowiązku opłacenia podatku, będzie się mówiło o nadzwyczajnym traktowaniu Kościoła. Jeśli go nie zwolni - cóż, albo pójdzie do więzienia za malwersacje finansowe, albo Centrum Kopernika będzie uboższe o te 1,5 mln zł podatku.
Powiedzmy sobie szczerze - cała historia z tym podatkiem to połączenie pazerności, zawiści i jakiejś antykatolickiej fobii. Nie pierwsze i nie ostatnie, niestety.
Sytuacja jest prosta jak kolczasty drut w kieszeni: jeśli Minister Finansów zwolni ks. Hellera z obowiązku opłacenia podatku, będzie się mówiło o nadzwyczajnym traktowaniu Kościoła. Jeśli go nie zwolni - cóż, albo pójdzie do więzienia za malwersacje finansowe, albo Centrum Kopernika będzie uboższe o te 1,5 mln zł podatku.
Powiedzmy sobie szczerze - cała historia z tym podatkiem to połączenie pazerności, zawiści i jakiejś antykatolickiej fobii. Nie pierwsze i nie ostatnie, niestety.
piątek, 9 maja 2008
Pogrzeb policjanta
Dzisiaj Filadelfia żyje pogrzebem sierżanta policji, Steve'a Liczbynski'ego (nieomylnie polsko brzmiące nazwisko potwierdziła melodia "Serdeczna Matko", pieśni bardzo popularnej wśród amerykańskiej Polonii, wykonana przed wyprowadzeniem ciała zmarłego z kościoła). Policjant został zastrzelony w ubiegłą sobotę przez sprawców napadu na bank. Jak podkreślają komentatorzy, nie miał żadnych szans w tym starciu, ponieważ przestępcy używali broni półautomatycznej, wyprodukowanych w Chinach karabinków wzorowanych na sowieckich Kałasznikowach AK-47.
Msza św. sprawowana była przez trzech biskupów pomocniczych archidiecezji w Filadelfii. W podobnych sytuacjach (w ciągu ostatnich dwóch lat jest to trzeci policjant zabity na służbie w Filadelfii) zwykle przewodniczył kard. Justin Rigali, arcybiskup Filadelfii, ale tym razem przebywa w Rzymie i przysłał jedynie list do rodziny i uczestników pogrzebu.
Sierżant Liczbynski - jako katolik - miał pogrzeb katolicki, poprowadzony zresztą z właściwym Ameryce rozmachem: bazylika archikatedralna, zastępy policji z całego miasta, oficjele wszelkich szczebli (po członków Kongresu USA).
Media uczestniczą w całej pełni, łącznie z transmisją telewizyjną na kilku lokalnych kanałach. Daje się wyczuwać solidarność z zabitym policjantem, z jego rodziną i ze społecznością filadelfijskich policjantów. Swoją drogą, wydaje mi się, że na obecną sytuację - policjanta poległego na służbie - ta solidarność i wsparcie ze wszystkich stron, mają ogromne znaczenie.
Co do sprawców zabójstwa, jeden został zastrzelony na miejscu przez innych policjantów uczestniczących w akcji, drugiego też od razu aresztowano. Trzeci został ujęty wczoraj. Ale napięcie w policji jest ogromne. Nie dalej jak wczoraj media pokazały film, na kórym grupa 13 policjantów bije i kopie trzech Afro-Amerykanów podejrzewanych o udział w jakimś przestępstwie. Policjanci zostali zawieszeni, zapewne czeka ich usunięcie ze służby i sprawa w sądzie (grożą im kilkuletnie wyroki). Cała sprawa jest jeszcze okraszona wątkim rasistowskim, ponieważ zarówno zabójcy Liczbynski'ego, jaki i ofiary pobicia przez grupę policjantów byli czarni, zaś sam Liczbynski i bijący policjanci - biali. Zarówno przedstawiciele policji, prokuratury, jak i niektóre media starają się wyciszać ten wątek, jednak wielu ludzi ma w pamięci rozruchy w Los Angeles w 1992 r., gdy telewizja pokazała kilku białych policjantów bijących Rodney'a Kinga, Afro-Amerykanina zatrzymanego za niebezpieczną jazdę i przekroczenie prędkości. Wszyscy obawiają się, by historia tu się nie powtórzyła. Jak będzie - zobaczymy w najbliższych dniach.
Msza św. sprawowana była przez trzech biskupów pomocniczych archidiecezji w Filadelfii. W podobnych sytuacjach (w ciągu ostatnich dwóch lat jest to trzeci policjant zabity na służbie w Filadelfii) zwykle przewodniczył kard. Justin Rigali, arcybiskup Filadelfii, ale tym razem przebywa w Rzymie i przysłał jedynie list do rodziny i uczestników pogrzebu.
Sierżant Liczbynski - jako katolik - miał pogrzeb katolicki, poprowadzony zresztą z właściwym Ameryce rozmachem: bazylika archikatedralna, zastępy policji z całego miasta, oficjele wszelkich szczebli (po członków Kongresu USA).
Media uczestniczą w całej pełni, łącznie z transmisją telewizyjną na kilku lokalnych kanałach. Daje się wyczuwać solidarność z zabitym policjantem, z jego rodziną i ze społecznością filadelfijskich policjantów. Swoją drogą, wydaje mi się, że na obecną sytuację - policjanta poległego na służbie - ta solidarność i wsparcie ze wszystkich stron, mają ogromne znaczenie.
Co do sprawców zabójstwa, jeden został zastrzelony na miejscu przez innych policjantów uczestniczących w akcji, drugiego też od razu aresztowano. Trzeci został ujęty wczoraj. Ale napięcie w policji jest ogromne. Nie dalej jak wczoraj media pokazały film, na kórym grupa 13 policjantów bije i kopie trzech Afro-Amerykanów podejrzewanych o udział w jakimś przestępstwie. Policjanci zostali zawieszeni, zapewne czeka ich usunięcie ze służby i sprawa w sądzie (grożą im kilkuletnie wyroki). Cała sprawa jest jeszcze okraszona wątkim rasistowskim, ponieważ zarówno zabójcy Liczbynski'ego, jaki i ofiary pobicia przez grupę policjantów byli czarni, zaś sam Liczbynski i bijący policjanci - biali. Zarówno przedstawiciele policji, prokuratury, jak i niektóre media starają się wyciszać ten wątek, jednak wielu ludzi ma w pamięci rozruchy w Los Angeles w 1992 r., gdy telewizja pokazała kilku białych policjantów bijących Rodney'a Kinga, Afro-Amerykanina zatrzymanego za niebezpieczną jazdę i przekroczenie prędkości. Wszyscy obawiają się, by historia tu się nie powtórzyła. Jak będzie - zobaczymy w najbliższych dniach.
czwartek, 8 maja 2008
Kompromis
Jarosław Gowin, szef zespołu ds bioetyki mówi o szansach na kompromis, a posłanka Elżbieta Radziszewska komentuje, że "Nie wyobrażam sobie, żeby Kościół obrażał się, że Polska nie jest państwem wyznaniowym" (cytat za internetowym wydaniem "Dziennika").
Myślę, że Kościół nie będzie się obrażał, bo jest to reakcja dosyć niskich lotów, polegająca na zanegowaniu rzeczywistości. Jeśli jednak p. Radziszewska myśli, że Kościół zgodzi się na kompromis zaproponowany przez p. Gowina, to się grubo myli i nie rozumie nic ze stanowiska Magisterium Ecclesiae. Są sprawy, gdzie można zmieniać zdanie, gdzie można iść na kompromis, ale tu tego miejsca nie ma. Dobrze, że projekt PO dąży do zablokowania możliwości tworzenia nadliczbowych embrionów i cieszy chęć pomocy bezpłodnym małżeństwom. Jednakże pierwszy powód, dla któego Kościół sprzeciwia się sztucznemu zapłodnieniu (zaróno in vivo - czyli inseminacji, jak i in vitr, czyli w probówce) ma charakter antropologiczny i wynika z rozdzielenia wymiaru prokreacyjnego i wspólnototwórczego aktu małżeńskiego.
Mówiąc nieco innym językiem: współżycie męża i żony jest jedyną okolicznością, która ma prawo prowadzić do poczęcia nowego życia. Angażowanie do tego (na drodze bezpośredniej interwencji) osób trzecich narusza jedność małżeństwa i jego godność. Co więcej, współżycie małżeńskie zawsze - choćby pośrednio - musi być ukierunkowane na poczęcie nowego życia (por. Paweł VI, enc. Humanae vitae, nr 8-10 i 14-16), a nie jedynie na zaspokojenie seksualne małżonków.
Osobną kwestią jest, że - jak pokazuje doświadczenie innych krajów - oficjalne przyzwolenie na stosowanie procedur in vitro wyłącznie w stosunku do niepłodnych par małżeńskich, bardzo szybko zastąpione zostaje przez udostępnienie in vitro wszystkim chętnym, zgodnie z logiką tolerancji i niedyskryminacji. Tak więc kompromis, do którego zawarcia dąży PO (a w jej ramach p. pos. Joanna Mucha, sekretarz zespołu ds. bioetyki - głosowałem na nią, a teraz żałuję), coraz bardziej mi przypomina Puszkę Pandory. Wystarczy ją tylko odrobinę otworzyć...
Myślę, że Kościół nie będzie się obrażał, bo jest to reakcja dosyć niskich lotów, polegająca na zanegowaniu rzeczywistości. Jeśli jednak p. Radziszewska myśli, że Kościół zgodzi się na kompromis zaproponowany przez p. Gowina, to się grubo myli i nie rozumie nic ze stanowiska Magisterium Ecclesiae. Są sprawy, gdzie można zmieniać zdanie, gdzie można iść na kompromis, ale tu tego miejsca nie ma. Dobrze, że projekt PO dąży do zablokowania możliwości tworzenia nadliczbowych embrionów i cieszy chęć pomocy bezpłodnym małżeństwom. Jednakże pierwszy powód, dla któego Kościół sprzeciwia się sztucznemu zapłodnieniu (zaróno in vivo - czyli inseminacji, jak i in vitr, czyli w probówce) ma charakter antropologiczny i wynika z rozdzielenia wymiaru prokreacyjnego i wspólnototwórczego aktu małżeńskiego.
Mówiąc nieco innym językiem: współżycie męża i żony jest jedyną okolicznością, która ma prawo prowadzić do poczęcia nowego życia. Angażowanie do tego (na drodze bezpośredniej interwencji) osób trzecich narusza jedność małżeństwa i jego godność. Co więcej, współżycie małżeńskie zawsze - choćby pośrednio - musi być ukierunkowane na poczęcie nowego życia (por. Paweł VI, enc. Humanae vitae, nr 8-10 i 14-16), a nie jedynie na zaspokojenie seksualne małżonków.
Osobną kwestią jest, że - jak pokazuje doświadczenie innych krajów - oficjalne przyzwolenie na stosowanie procedur in vitro wyłącznie w stosunku do niepłodnych par małżeńskich, bardzo szybko zastąpione zostaje przez udostępnienie in vitro wszystkim chętnym, zgodnie z logiką tolerancji i niedyskryminacji. Tak więc kompromis, do którego zawarcia dąży PO (a w jej ramach p. pos. Joanna Mucha, sekretarz zespołu ds. bioetyki - głosowałem na nią, a teraz żałuję), coraz bardziej mi przypomina Puszkę Pandory. Wystarczy ją tylko odrobinę otworzyć...
Wojna i pokój
Dziś jest V-Day, dzień zakończenia (europejskiej części) II Wojny Światowej. Ciekawe, że ani "Rzeczpospolita", ani "Gazeta Wyborcza" ani nawet "Nasz Dziennik" (przynajmniej w swoich wersjach internetowych) do tego wydarzenia się nie odniosły. Może odniosą się jutro, zgodnie z sowieckim kalendarzem oraz reorganizacją historii. Zobaczymy.
Póki co, świętowania pokoju nie widać. Walki polityczne, militarne i zwykłe, bandyckie - jak były, tak są, zarówno w Polsce, jak i w USA i po całym świecie. Ludzkość niewiele się nauczyła z koszmaru poprzedniego stulecia. Z koszmaru własnej historii. Mówi się, że "mądry Polak po szkodzie", ale chyba ani Polak, ani nikt inny mądry za bardzo nie jest, bo jak się kłócili, spierali i zabijali, tak robią to dalej. Na nieco inną skalę i niekiedy efektywniej, choć nie zawsze.
Póki co, świętowania pokoju nie widać. Walki polityczne, militarne i zwykłe, bandyckie - jak były, tak są, zarówno w Polsce, jak i w USA i po całym świecie. Ludzkość niewiele się nauczyła z koszmaru poprzedniego stulecia. Z koszmaru własnej historii. Mówi się, że "mądry Polak po szkodzie", ale chyba ani Polak, ani nikt inny mądry za bardzo nie jest, bo jak się kłócili, spierali i zabijali, tak robią to dalej. Na nieco inną skalę i niekiedy efektywniej, choć nie zawsze.
Poszkodowana przez Kościół?
Prawdę mówiąc, nie wiem: śmiać się czy płakać. Oto p. Alicja Tysiąc twierdzi, że jest poszkodowana przez Kościół, z powodu... no właśnie nie bardzo wiem, z jakiego powodu. Domagała się aborcji, chociaż - jak się okazuje - nie miała do tego podstaw z punktu widzenia polskiego prawa. Wygrane przez nią w Strasburgu odszkodowanie od Polski po prostu jej się nie należało, ale wiadomo, że agendy unijne wykorzystają każdą okazję, by wywrzeć nacisk na Polskę w kwestii łatwiejszego dostępu do aborcji (chociaż traktat zjednoczeniowy wyraźnie takich działań zabrania i pozostawia kwestie prawa rodzinnego (w tym tzw. praw reprodukcyjnych, a zatem i aborcji) w wyłącznej gestii poszczególnych państw. Nie bardzo wiem, w którym momencie Kościół zaszkodził p. Tysiąc.
Jedyna rzecz, do której może się przyczepić, to fakt, że Kościół jednoznacznie potępia aborcję i wyklucza ze swego grona osoby, które jej dokonały. Ale ponieważ Kościół to stanowisko ma od zawsze i głośno o tym mówi, nie bardzo rozumiem, na czym ma polegać szkoda.
Na podobnej zasadzie poszkodowanym by mógł być ksiądz, za to, że Kościół nie pozwala mu się ożenić, a dealer narkotyków mógłby mieć pretensje do policji i prokuratury, że działają na szkodę prywatnego biznesu. Swoją drogą, jest to logika co jakiś czas pojawiająca się w doniesieniach medialnych. Od dłuższego czasu słyszy się głosy, że stopień z religii na świadectwie pociąga za sobą szkodę tych, którzy na lekcje religii nie uczęszczają. No a któż im broni?
Tak to już jest, że każdy wybór (jaki by on nie był) pociąga za sobą konsekwencje. Pierwszą z konsekwencji jest, że nie wybrało się innej opcji. Skoro ktoś wybrał "zjeść ciastko", niech się nie dziwi, że ciastka więcej nie ma. Nie można mieć wszystkiego. Każdy wybór ma swoją cenę, ale proszę nie twierdzić, że się jest tu poszkodowanym.
Na marginesie, stwierdzenia p. Tysiąc - umieszczone w jednym zdaniu - że chciała dokonać aborcji (i nadal by chciała, gdyby sytuacja się powtórzyła) a jednocześnie, że bardzo kocha swoją córeczkę, po prostu nie trzymają się kupy. Najwyraźniej pani nie rozumie znaczenia słów, których używa. Miłość nie wyrządza zła bliźniemu.
Jedyna rzecz, do której może się przyczepić, to fakt, że Kościół jednoznacznie potępia aborcję i wyklucza ze swego grona osoby, które jej dokonały. Ale ponieważ Kościół to stanowisko ma od zawsze i głośno o tym mówi, nie bardzo rozumiem, na czym ma polegać szkoda.
Na podobnej zasadzie poszkodowanym by mógł być ksiądz, za to, że Kościół nie pozwala mu się ożenić, a dealer narkotyków mógłby mieć pretensje do policji i prokuratury, że działają na szkodę prywatnego biznesu. Swoją drogą, jest to logika co jakiś czas pojawiająca się w doniesieniach medialnych. Od dłuższego czasu słyszy się głosy, że stopień z religii na świadectwie pociąga za sobą szkodę tych, którzy na lekcje religii nie uczęszczają. No a któż im broni?
Tak to już jest, że każdy wybór (jaki by on nie był) pociąga za sobą konsekwencje. Pierwszą z konsekwencji jest, że nie wybrało się innej opcji. Skoro ktoś wybrał "zjeść ciastko", niech się nie dziwi, że ciastka więcej nie ma. Nie można mieć wszystkiego. Każdy wybór ma swoją cenę, ale proszę nie twierdzić, że się jest tu poszkodowanym.
Na marginesie, stwierdzenia p. Tysiąc - umieszczone w jednym zdaniu - że chciała dokonać aborcji (i nadal by chciała, gdyby sytuacja się powtórzyła) a jednocześnie, że bardzo kocha swoją córeczkę, po prostu nie trzymają się kupy. Najwyraźniej pani nie rozumie znaczenia słów, których używa. Miłość nie wyrządza zła bliźniemu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)