sobota, 30 sierpnia 2008

Kandydatka

Gdybym miał głosować w wyborach prezydenckich w USA, John McCain zdobyłby moje poparcie swoim wyborem kandydatki na wiceprezydenta USA: jest nią Sarah Palin, gubernator Alaski, matka pięciorga dzieci (najmłodsze z zespołem Downa, w pełni świadomie przyjęte i bardzo kochane), z zawodu dziennikarka i działaczka społeczna. W swoim stanie pani Gubernator ma 80% poparcie. Umiała włączyć w szeregi swojej administracji ludzi spoza własnego ugrupowania partyjnego (jakże bym chciał, by tę sztukę posiedli rodzimi politycy), jeśli tylko byli kompetentni.

Nie mam w USA prawa głosu. Ale przykład p. Palin jest dla mnie dowodem, że można być politykiem, który nie boi się własnym życiem stanąć twardo po stronie wyznawanych ustami wartości. Zbyt często zdarza się, że zaangażowani w życie publiczne ludzie jedno deklarują, a drugie robią - zarówno w życiu prywatnym jak i społecznym. Gubernator Palin zdaje się wnosić w to środowisko orzeźwiający powiew uczciwości i wierności Prawdzie.

piątek, 29 sierpnia 2008

Prześladowania

Dziś wieczorem dwaj księża z Indii zabrali mnie na kolację do niewielkiej, acz bardzo sympatycznej indyjskiej knajpki, gdzie metodą bufetu można było zakosztować specjałów indyjskiej kuchni. Oczywiście, były to potrawy przygotowane pod podniebienia białych, bez straszliwej ostrości prawdziwie oryginalnych potraw indyjskich, ale i tak było bardzo pikantnie. Kosztując pyszności zapytałem o prześladowania chrześcijan w Indiach.

Fr. Lawrence przypomniał mi, że wszystko zaczęło się tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia. Dla fanatycznych ugrupowań hinduistycznych nie miały znaczenia różnice wyznaniowe pomiędzy różnymi denominacjami chrześcijan. Każdy z chrześcijan był równie nienawistny. Ponieważ zaś ugrupowania te stanowiły zaplecze jednej z rządzących partii, ani rząd stanowy, ani federalny nie miały politycznej woli podjąć zdecydowaną interwencję. Dopiero teraz, gdy w ciągu ostatnich tygodni ponad 20 osób zginęło i podniósł się szum na arenie międzynarodowej, premier Indii zdecydował się użyć swoich prerogatyw i wysłać wojsko. Czy to wystarczy - zobaczymy...

Rozmowa z z moimi indyjskimi przyjaciółmi uświadomiła mi, że hindusi traktują nas (przynajmniej w pewnym sensie) znacznie mądrzej, niż my, chrześcijanie, samych siebie. Dla nich wszyscy chrześcijanie są po prostu wyznawcami Chrystusa. Czasem mam wrażenie, że my o tym podstawowym fakcie zapominamy i ważniejsze jest dla nas zdaje się być to co dzieli, od tego, co łączy. Szkoda. Jak długo się to nie zmieni, o rzeczywistym ekumenizmie nie ma mowy. Może zatem trzeba, by ktoś nas, wyznawców Chrystusa prześladował nie zważając na denominacje, byśmy się zjednoczyli?

środa, 27 sierpnia 2008

Demograficzne problemy nowoczesnej Europu

Specjaliści od demografii ustalili, że (cytuję za onet.pl):
Za siedem lat liczba zgonów przewyższy liczbę urodzeń. Mimo to, dzięki imigracji populacja Unii Europejskiej będzie rosła do roku 2035; kiedy to osiągnie poziom 521 milionów i zacznie spadać.
Do roku 2060:
  • w Bułgarii liczba ludności zmniejszy się o 28 procent,
  • na Litwie o 26 proc.,
  • na Łotwie o 24 proc.,
  • w Polsce o 18 procent.
W innych krajach obywateli przybędzie -
  • na Cyprze 66%,
  • w Irlandii 53 proc.,
  • w Luksemburgu o 52 proc.,
  • w Wielkiej Brytanii o 25proc.
Eksperci zaznaczają że zmiany demograficzne będą miały poważne konsekwencje gospodarcze - dziś na jednego emeryta przypadają cztery osoby w wieku produkcyjnym, za 50 lat będzie ich tylko dwie.

Przełożyłem to sobie na nasze. Są dwa strachy nękające współczesną Europę. Pierwszy, to że na jutrzejszą emeryturę dzisiejszych dorosłych nie będzie miał kto pracować, więc grozi im (nam) bida z nędzą. A grozi, bo polityka demokratyczno-rodzinna tudzież podatkowo-ubezpieczeniowa doprowadziła do odwrócenia przyrostu naturalnego i przejedzenia zasobów gromadzonych na kontach emerytalnych.
Drugi strach spowodowany jest islamizacją Europy. To tez nie jest bezprzedmiotowy lęk. Już w tej chwili w Izraelu znacząca część obywateli państwa Izrael wyznaje islam. Żyją w rodzinach wielodzietnych, i ich liczba w naturalny sposób rośnie. Za kilka lat będą mogli przejąć władzę w Izraelu, jeśli tylko będą chcieli.
Problem w tym, że oba strachy są skutkiem przyjętej polityki wewnętrznej i własnej degradacji moralnej Europy. Zachodnia Europa jest coraz mniej chrześcijańska; bojąc się islamu niewiele robi, by odnowić, wzmocnić własne korzenie. Mit neutralności światopoglądowej nowoczesnego państwa uniemożliwia działania na rzecz odbudowy własnej tożsamości.

Bardzo jestem ciekaw, jak się sytuacja będzie rozwijała, zwłaszcza w Polsce. Nie mam wątpliwości, że liberalni i socjalistyczni pieniacze będą atakowali chrześcijan na wszelkie możliwe sposoby. Czy chrześcijanie będą na tyle mądrzy, że się pod tą presją nie ugną, pewności nie mam. Obawiam się, że już teraz jest nas zbyt mało, by realnie kształtować politykę rodzinną i gospodarczą w naszym kraju.
Rodzicielstwo jest na cenzurowanym, żywa wiara jest na cenzurowanym... Nie jest łatwo, i łatwiej raczej nie będzie. Niewykluczone, że w przedziwny sposób chrześcijanie staną się znowu maleńkim zaczynem, od podstaw ewangelizując współczesnych pogan - jak 2000 lat temu.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Jeszcze raz o historii "Agaty"

W swoim czasie rzeczona historia ogniskowała uwagę niemałej części mediów i opinii publicznej. Moją również. Nie ukrywam, z ogromnym napięciem śledziłem rozwój wypadków, aż po tragiczne ich zakończenie. Jednym z elementów tego "śledzenia" był list wysłany do redakcji GW, który niedawno ktoś wygrzebał w Agorowych archiwach. Nie wiedziałem, że go opublikują. Ale skoro oni opublikowali, to i ja go tu wrzucę z małym słowem komentarza.

Jesteście za prawem do aborcji!

Dr Piotr Kieniewicz MIC*, 2008-06-11, ostatnia aktualizacja 2008-06-11 17:37:26.0

Muszę powiedzieć, że zdziwiony jestem sposobem przedstawienia historii o 14-letniej dziewczynie z Lublina. To już nawet nie jest interpretacja, ani naciąganie faktów, ale całkowite przekręcenie faktów.

W moim przekonaniu autor wykazał się brakiem profesjonalizmu, co stawia pod znakiem zapytania profesjonalizm redakcji "Gazety". Szkoda, bo ceniłem Wasze pismo i od czasu do czasu z nim współpracowałem. Obawiam się, że moja dobra opinia o Was właśnie się ulotniła.

Osobną kwestią jest, że swoim artykułem jednoznacznie Państwo opowiedzieliście się za "prawem" do aborcji, całkowicie pomijając jej wymiar moralny i szkody w psychice, jakie powoduje ona u kobiety. Fakty w przedmiotowej sprawie są następujące: *Nie było gwałtu - dziewczyna współżyła z własnej woli (z nieletnim), *Na ciążę naciskała matka i babcia dziewczyny, *Od strony legalnej nie ma żadnych podstaw (prawnych ani medycznych), które by aborcję czyniły legalną w ramach polskiego prawa.

O stronie moralnej nie wspominam, bo najwyraźniej Państwo jej również nie uwzględniają...

*Katolicki Uniwersytet Lubelski

Dr Piotr Kieniewicz MIC*,

Napisałem, co Czytelnicy zapewne zauważyli, że nie ma żadnych podstaw prawnych do aborcji. Dziś potwierdzam tę opinię, opierając ją na następującym wnioskowaniu:

  1. Jeśli współżycie nieletnich jest czynem zabronionym, powinny się takim przypadkiem zająć organa ścigania, z sądem dla nieletnich włącznie.
  2. Organa ścigania i wymiar sprawiedliwości traktuje takie przypadki (bardzo powszechne) jako nie noszące znamion czynu zabronionego.
  3. Innymi słowy praktyka prawna (zwyczaj prawny) pokazuje, że współżycie pomiędzy nieletnimi nie jest czynem zabronionym.
  4. Nie ma zatem podstaw do przywoływania tej klauzuli w dążeniu do uzasadnienia legalności aborcji będącej skutkiem współżycia między nieletnimi.


piątek, 22 sierpnia 2008

Olimpiada na finiszu

Olimpiadzie przyglądałem się w zasadzie tylko poprzez prasę i internet - transmisje w amerykańskiej telewizji były (delikatnie rzecz ujmując) mało zajmujące, przynajmniej dla mnie. Pokazywały wyłącznie finały Amerykanów i Chińczyków, zazwyczaj opóźnioną o 12 godzin retransmisją. W gruncie rzeczy, to nawet za bardzo się tej koncentracji uwagi nie dziwię. Amerykanów pokazywano, bo to w końcu Ameryka. W Polsce też pokazują naszych (gdy jest kogo pokazać). Chińczyków pokazywano, bo pokazywano także bardzo wiele finałów, a w tych złoto najczęściej zgarniali właśnie mieszkańcy Państwa Środka.
Nie jestem również zdziwiony, że najwięcej (i to z jaką przewagą) złotych medali zdobyli gospodarze. Powodów jest wiele. Po pierwsze, to ich teren i mieli najlepszy doping z możliwych. Po drugie w ich mentalności, jedynie złoto się liczyło - każde inne miejsce, choćby medalowe - jest sromotną porażką, hańbą i wstydem. W końcu, jeśli wierzyć doniesieniom prasowym z czerwca i lipca, ponad 30% mieszkańców Azji jest "odpornych" na badania antydopingowe... Niespecjalnie jestem zwolennikiem spiskowych teorii, ale jest dla mnie rzeczą niemożliwą, by Chińczycy byli aż tak bardzo najlepsi w sportach gimnastycznych (swoją drogą, jedynym nie-Chińczykiem złotym medalistą był Polak...). Przypomina mi cała ta sytuacja jakość sportowców z krajów socjalistycznych, zwłaszcza nadzwyczajne wyniki sportowców z Niemieckiej Republiki Demokratycznej i Związku Sowieckiego. Mieli wygrać, to się ich podrasowywało, by wygrywali.
Dla Chin, zwycięstwo w klasyfikacji medalowej jest sprawą wagi najwyższej. Chuny mają pokazać, że są najlepsze na świecie. To pokazują. Dokładnie z tego powodu "podrasowano" na potrzeby telewizji transmisję otwarcia Igrzysk (nagrane wcześniej i poprawione komputerowo fajerwerki, podłożenie cudzego głosu pod wykonanie piosenki przez dziewczynkę). Chiny mają być najlepsze.
Niewątpliwie, dorobek medalowy robi wrażenie. Wrażenie robiła transmisja inauguracji zawodów. Ale mam przedziwne przeczucie, że wszystko jest ustawione, sfabrykowane, fałszywe. Nawet pokojowy charakter Olimpiady jest naznaczony fałszywymi zgrzytami krat zamykanych za obroncami praw człowieka i niewygodnymi dziennikarzami.

Polacy na tej olimpiadzie wypadli słabo - przynajmniej w stosunku do medalowych apetytów. Pływacy popływali, biegacze pobiegali i żeglarze wypróbowali swoje łódki. Faworyci - jak to zwyczajowo ujęły media - zawiedli na całej linii (co nie do końca jest prawdą, skoro 3 złote medale są). Jeszcze niedawno z dumą noszeni na rękach dziś odsunięci w zapomnienie. Słychać głosy usprawiedliwień, oskarżeń...Zaczęło się szukanie winnych... Pewnie wielu trenerów zostanie zwolnionych, niektórzy zawodnicy zakończą swoje kariery. Działacze... spotkają się na kilku naradach, może się lekko przetasują, i podejmą grę w "przygotowania" do kolejnych igrzysk, mistrzostw, zawodów. Będzie jak zwykle, niestety.

sobota, 16 sierpnia 2008

Tarcza

Nie wiem, czy tarcza antyrakietowa to dobry pomysł. W gruncie rzeczy ma przecież znaczenie czysto symboliczne - 10 antyrakiet to delikatnie mówiąc niewiele. Wystarczy wspomnieć, że 6 podwodnych okrętów rakietowych o napędzie nuklearnym (Project 941, ros: Akula - NATO: Typhoon) wozi 6 * 20 rakiet SS-N-20. Do tego rakiety w silosach i na lądowych wyrzutniach mobilnych. Więc tych 10 antyrakiet naprawdę niewiele znaczy. Moją niepewność rozwiewa jednak aktywność "dyplomatyczna" Rosji.
Pogróżki Rosji wobec Polski są zapewne tylko dyplomatyczną zagrywką, ale jednocześnie - zważywszy dotychczasową historię wzajemnych stosunków - zagrywka, którą trzeba potraktować poważnie. Możliwe są dwa rozwiązania: albo się Polska ugnie i podda imperialnym pomrukom Moskwy, albo poszuka mocnego sojusznika, który będzie realnie nas ubezpieczał. I właśnie dlatego tarcza w Polsce jest potrzebna. Amerykanie mają bowiem dziwny, acz chwalebny zwyczaj, że poważnie traktują każdy atak na własnych obywateli, zwłaszcza obywateli w mundurach. Ich baza w Polsce oznacza realne zwiększenie bezpieczeństwa Polski, ponieważ atak na instalację antyrakietową w Polsce oznaczałoby jednocześnie bezpośredni atak na USA. A na to Rosja sobie raczej pozwolić nie może. Gruzini takiej instalacji u siebie nie mieli...
Baza antyrakietowa może więc w sensie realnych zdolności obronnych mieć znaczenie niewielkie, ale strategicznie jest bezcenna. No, może nie bezcenna, ale cenna bardzo.

czwartek, 14 sierpnia 2008

Profesor

Do poprzedniego posta Marcin przydał komentarz z pytaniem o słówko komentarza :) do zamieszczonego w "Kurierze Lubelskim" wywiadu z prof. Zbigniewem Mikołejką (kieruje Zakładem Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN). Nie będę streszczał jego wypowiedzi - chętnych odsyłam na strony gazety.

W pewnym momencie Profesor stwierdza, że jest agnostykiem. To dobrze, że ma śmiałość się przyznać, choć zapewne dla niego agnostycyzm jest rzeczą oczywistą. Jakże bowiem mógłby badać religie ktoś, kto jest emocjonalnie i ideologicznie zaangażowany w którąkolwiek z nich? Problem w tym, że - przynajmniej w odniesieniu do chrześcijaństwa - badanie takie bez wiary nie ma najmniejszego sensu. Chrześcijaństwo nie jest ideologią ani religią w sensie jakiejś religijności naturalnej - jest doświadczeniem wiary, doświadczeniem obecności Boga w życiu człowieka. Oczywiście, wielu ludzi deklarujących się jako chrześcijanie, de facto pozostaje na poziomie ideologiczno-obyczajowym, nie doświadczając w najmniejszym stopniu, że Bóg jest blisko nich, że kocha, że się troszczy...

Chrześcijaństwo jest drogą wiary, którą człowiek przeżywa we wspólnocie z Bogiem, ponieważ ten Bóg sam stał się człowiekiem i dosłownie wszedł w ludzką historię. Kto nie ma tego doświadczenie, tak naprawdę nic, lub niewiele rozumie. Pan Profesor Mikołejko nie rozumie nic.
Jego obraz pobożności maryjnej jest równie uproszczony co niektóre ludowe zwyczaje. Nie rozumie dogmatów - nazywa je maryjnymi, podczas gdy w istocie odnoszą się do działania Boga w historii człowieka. Deprecjonuje rolę pielgrzymek, zapominając, że są elementem budowania osobistego doświadczenia Boga.
A propos pielgrzymek... W pewnym momencie przytacza rozmowę z maturzystką, która w intencji matury idzie do Częstochowy. Przytacza komentarza o. W. Oszajcy SJ, że dziewczyna powinna się uczyć, a nie modlić. Tak powinna się uczyć, ale dlaczego ma się nie modlić? Czy Pan Bóg jest od duchowych spraw tylko? Nie! Moje doświadczenie wiary pokazuje mi, że Bóg jest obecny w całym moim życiu. Kiedy się modlę za moich studentów, kiedy proszę o światło na prowadzony wykład, to nie znaczy, że chcę, by Bóg za mnie się do wykładu przygotował, ale by dał mi łaskę wykorzystania wiedzy i umiejętności, które posiadam.

Kiedy do lasu wchodzi drwal - widzi drzewa. Kiedy wchodzi cieśla, widzi materiał budowlany. Kiedy wchodzi leśnik, widzi żywy leśny organizm. Trochę podobnie jest z teologią: kiedy o wierze mówi polityk - będzie widział tylko ideologię. Socjolog zobaczy zwyczaje. History będzie mówił o wydarzeniach i procesach. Żaden z nich jednak nie dostrzeże (jeśli sam nie jest człowiekiem wiary), że teologia w swej istocie jest owocem budowanego przez pokolenia i kultury doświadczenia wiary, odnoszącej się do osobistej relacji pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Ktoś, kto się nie modli, tego po prostu nie zrozumie, nawet jesli jest profesorem. Nawet jeśli byłby księdzem.