Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrześcijaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrześcijaństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 listopada 2011

Grzech wsparcia dla kary śmierci


Na stronach portalu Fronda pojawił się zapis mojej wypowiedzi w kwestii kary śmierci. Pozwalam sobie przytoczyć go tutaj, jednocześnie go uzupełniając o wyjaśnienie, dlaczego uważam, że wsparcie dla kary śmierci jest czymś złym (a więc - w wymiarze teologicznym - jest grzechem) mimo warunkowego dopuszczenia jej przez dokumenty Kościoła. 

W pierwszej edycji Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdy poruszano sprawę kary śmierci napisano, że "tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi. Z analogicznych racji sprawujący władzę mają prawo użycia broni w celu odparcia napastników zagrażających państwu, za które ponoszą odpowiedzialność" (nr 2266). Warto jednak zwrócić uwagę, że już w numerze następnym pojawia się zastrzeżenie, że "jeśli środki bezkrwawe wystarczają do obrony życia ludzkiego przed napastnikiem i do ochrony porządku publicznego oraz bezpieczeństwa osób, władza powinna stosować te środki, gdyż są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej" (nr 2267). Komentując te zapisy bł. Jan Paweł II napisał w encyklice "Evangelium vitae": "Jest oczywiste, że aby osiągnąć wszystkie te cele, wymiar i jakość kary powinny być dokładnie rozważone i ocenione, i nie powinny sięgać do najwyższego wymiaru, czyli do odebrania życia przestępcy, poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa. Dzisiaj jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale" (EV 56). Echo tej wypowiedzi znalazło się w erracie do Katechizmu i jego najnowszych wydaniach.

Postulat przywrócenia kary śmierci odbieram jako próbę wprowadzenia kary, która miałaby być adekwatną do zbrodni, ale sama w sobie nie różni się od zemsty. Kara śmierci nie jest kwestią naprawy szkód, ani też naruszonych dóbr, bowiem nawet najcięższe ukaranie przestępcy nie wyrówna i nie naprawi wyrządzonej krzywdy. Wiemy też, że ludzie są omylni i również przy wyrokach kary śmierci zdarzają się pomyłki, a wykonanie takiego wyroku przynosi nieodwracalne skutki.

Badania dowodzą, że tym co najskuteczniej odstrasza przestępców, nie jest surowość kary tylko jej nieuchronność. Jeśli ma się poprawić bezpieczeństwo, dokonać się to powinno nie poprzez zaostrzenie systemu kar (na pewno zaś nie poprzez wprowadzenie do systemu penitencjarnego kary śmierci), ale poprzez usprawnienie systemu policyjnego i sądowniczego. To system penitencjarny ma działać sprawnie, aby na wyrok za zły czyn nie czekać zbyt długo i aby nie był on absurdalny. Dziś np. za zabójstwo jest kara kilku lat, a za malwersacje finansowe kilkudziesięciu lat.

Nie widzę możliwości, aby na gruncie moralności katolickiej i zgodnie z duchem nauczania bł Jana Pawła II usprawiedliwić w jakiś sposób przywrócenie kary śmierci. Jeśli ktoś jako katolik wsparłby takie działania to popełnia grzech bo popiera działania niemoralne, chce odebrać życie człowiekowi, nie mając do tego prawa. Człowiek nie jest panem życia, jest nim tylko Pan Bóg, który daje życie i je odbiera - dodaje ks. Kieniewicz.

Tyle fronda.pl. Dyskusja, jaka się wokół moich słów rozpętała (no, może nie rozpętała, ale dosyć burzliwie toczyła), jak również przeróżne wypowiedzi w mediach na temat stanowiska Kościoła wobec kary śmierci, skłaniają mnie do pewnego dopowiedzenia.

Kościół dopuszcza karę śmierci, ale jej nie popiera. Innymi słowy, jest to swoista zgoda na mniejsze zło (śmierć przestępcy), która wszakże jest zgodą warunkową (nie ma innej obrony przed przestępcą). Nie ma w żadnym współczesnym dokumencie nauczania Kościoła stwierdzenia, że kara śmierci jest rzeczą dobrą, słuszną czy sprawiedliwą. Trzeba natomiast zauważyć, że Kościół wyraźnie zaznacza, że obecnie warunki, które by usprawiedliwiały jej stosowanie są bardzo rzadkie, lub w ogóle nie występują. Można w Polsce zapewnić bezpieczeństwo publiczne przed groźnym przestępcą, jeśli tylko się tego chce. Jest system penitencjarny, są sądy i organy ścigania. Czyli nie ma możliwości, by w Polsce uznać stan wyższej konieczności. Domaganie się przywrócenia kary śmierci w tej sytuacji ocenić zatem należy jako niegodziwość, gdyż jest to dążenie do odebrania życia człowiekowi poza stanem obrony koniecznej. Jest to więc poparcie dla zabójstwa popełnianego w majestacie prawa.

Był czas, gdy w kwestii kary śmierci Kościół wypowiadał się odmiennie. To prawda. Były w historii czasy mroczne, co brutalnie odsłonił serial "Rodzina Borgiów". Trzeba też powiedzieć jasno, że przemoc i rozpusta były sprzeczne z Ewangelią, nawet jeśli stosowali je ludzie Kościoła. Ostatecznie, ludzie Kościoła, jak wszyscy inni, byli i są grzesznikami, i choć to w żaden sposób ich nie usprawiedliwia, tłumaczy proces pojawienia się pewnych zjawisk czy zachowań. Każdy jednak grzesznik może i powinien usłyszeć wezwanie do nawrócenia, do przemiany swojego życia i do podążenia śladami Chrystusa. 

Jeśli zatem obecnie Kościół rozpoznaje, że nawet w niedoskonałym świecie kara śmierci jest złym rozwiązaniem, to tylko dlatego, że jeszcze głębiej wczytuje się w misterium Ewangelii. Warunkowa zgoda na obecność kary śmierci w systemie penitencjarnym musi być w tym kontekście odbierana raczej jako ustępstwo wobec zatwardziałości serc, niż jako uznanie tego rozwiązania jako zwykłego i naturalnego elementu systemu sprawiedliwości społecznej. Innymi słowy, tej kary być nie powinno. Ludzkość dojrzała do tego, by nie odpowiadać przemocą na przemoc. Ludzkość dojrzała do tego, by usłyszeć nauczanie Jezusa Chrystusa o miłości nieprzyjaciół.

Chrystus tak nie postępował. Wziął na siebie grzechy innych, między innymi moje. I wezwał do podążania swoimi śladami. Zamiast się mścić na swoich prześladowcach, pozwolił się przybić do krzyża. I to jest droga dla chrześcijanina. Jeśli trzeba bronić społeczeństwa przed kryminalistą, należy go izolować, a nie zabijać. Należy dać mu szansę na przemianę życia, zamiast mu je odbierać. To prawda, oznacza to rezygnację z zemsty i z przemocy. Skoro jednak Chrystus wzywa i zobowiązuje do wypełnienia przykazania miłości, to należy z mocą powtórzyć za św. Pawłem: Miłość nie wyrządza zła bliźniemu>


środa, 28 kwietnia 2010

Zawsze coś się dzieje

Panu Bogu za to przymusowe przedłużenie pobytu w USA jestem bardzo wdzięczny. W gruncie rzeczy trudno ten okres nazwac wakacjami. Wręcz przeciwnie. Zarówno od strony pastoralnej, jak i naukowej był on bardzo obfity w spotkania. Poznałem lepiej zespół Dra Thomasa Hilgersa z Instytutu Papieża Pawła VI - centrum NaProTechnology. Dane mi tez było uczestniczyć w spotkaniach grupy Ruchu Konsekrecji Rodzin.

Omaha,NE jest stanem o stosunkowo dużym - jak na USA - odsetku katolików. Ja miałem wyjątkowe "szczęście" - na mojej drodze postawił Bóg ludzi nie tylko jako katolicy się deklarujących, ale rzeczywiście swoją wiarą żyjących. Szczególne wrażenie na mnie zrobili lekarze ginekolodzy, którzy podporządkowali swoją praktykę medyczną wymogom etycznym. Nie stosują antykoncepcji, sterylizacji ani aborcji. Prowadzą solidną diagnostykę i poświęcają swój czas pacjentom. Dużo czasu. Taka własnie jest NaProTechnology. Chrześcijańskie rodziny zaznaczają swoją obecność nie tylko wspólną modlitwą, ale i wielkością (5 dzieci lub więcej, wśród tych, które obecnie spotkałem). No i stylem życia - ilością i jakością wspólnie spędzanego czasu, uważnym doborem programów tv i materiałów audio-video. Miło było patrzeć na relacje panujące wśród nich.

Prawdę mówiąc, nieco mnie te spotkania zaskoczyły - pozytywnie, oczywiście. Zmusiły do weryfikacji dotychczasowych opinii odnośnie do kondycji amerykańskiego katolicyzmu. Czułem się tu jak w domu, w tym sensie przynajmniej, że wiara w rzeczywisty sposób wpływała na postawy i decyzje spotykanych ludzi, choćby wbrew opinii otoczenia.

Żeby nie było zbyt pięknie, przy odprawie na lotnisku w Omaha pojawił się problem. Tym razem nie był to wulkan, ale miła skądinąd pani za kontuarem, która oświadczyła, że za drugą sztukę bagażu musze dopłacić 35 dolarów. Niby niewieżnie zirytowała mnie konieczność opłacania usługi już raz wykupionej. Pani nie przeszkadzało, że na bilecie stało "jak wół", że mogę mieć 2 sztuki bagażu. Ponieważ w United Airlines można mieć jedną, więc dopłacić trzeba i już. Jak to mówią Amerykanie - "There is always something"...

No ale - daj Boże - wracam w końcu do domu...

środa, 18 listopada 2009

Krzyż i wrogowie

"Zgorszenie dla Żydów i głupota dla pogan" – tak o recepcji przesłania Krzyża pisał św. Paweł. Jak widać, po kilkunastu wiekach, gdy krzyż w sposób oczywisty wiązany był z kulturą i tożsamością ludów Europy, przyszedł czas, gdy słowa Apostoła Narodów odzyskały swoją aktualność. Wyrok Trybunału Sprawiedliwości – swoją drogą, po raz kolejny Trybunał sprawiedliwości stał się narzędziem niesprawiedliwości – wywołał histerię wśród lewicowych, antykatolicko nastawionych polityków. Prym w tym gronie wiedzie pani Joanna Senyszyn, która nie jest w stanie przepuścić jakiejkolwiek okazji zadania ciosu wspólnocie chrześcijańskiej.

Ciekawa rzecz, że ten sam przepis, w oparciu o który orzeczono wyrok Trybunału, może być podstawą przeciwnego wyroku – gdyby znalazł się ktoś, kto domagałby się obecności krzyża w klasie, wiedziony przywołaną w sentencji wyroku logiką sąd musiałby przyznać skarżącej osobie rację.

Musiałby?

Obawiam się, że znalazłyby się wówczas inne przepisy, które by uniemożliwiły wydanie takiego, korzystnego dla chrześcijan, orzeczenia. Zarówno bowiem władza ustawodawcza, jak i sądownicza w zjednoczonej Europie zdają się służyć propagowaniu niemoralności i swoistych prześladowań na tle przekonań religijnych. Piszę „swoistych”, ponieważ – póki co – nikt jeszcze z powodu wyznawanej wiary do więzienia nie trafił, ale wiele wskazuje na to, iż zmierzamy w tym kierunku. W niektórych państwach pewne precedensy miały już miejsce: wprowadzono zakaz noszenia symboli religijnych czy strojów odnoszących się do wyznawanej wiary; nieprzestrzeganie tych praw spowodowało utratę pracy przez całkiem sporą grupę osób.

Obecność krzyża w miejscach publicznych narusza rzekomo zasadę świeckości państwa. Pomijam fakt, że do niedawna mówiono o „neutralności światopoglądowej”; zmiana wskazuje na zawężanie obszaru akceptowalnej obecności chrześcijan w życiu publicznym. Oczywiście, wolno chrześcijanom mieć swoje przekonania i sprawować praktyki religijne, ale tylko w ten sposób, by w żaden sposób nie naruszało to spokoju tych, którzy z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego.

Jest rzeczą ciekawą, że pani Senyszyn et consortes walczy o usunięcie krzyży z każdej szkoły i urzędu, choć do żadnej szkoły już chodzić raczej nie będzie. Jakoś bym rozumiał jej zaangażowanie, gdyby chodziło o usunięcie krzyży z jej osobistego otoczenia (o co zresztą całkiem aktywnie z pewnością zabiegała i zabiega). Krzyż ją drażni i irytuje. Dlaczego? Bo jest znakiem miłości większej niż grzech? Bo jest znakiem wiary, której nie rozumie i której się sprzeciwia?

Mam nadzieję, że krzyże na ścianach polskich szkół i urzędów pozostaną, tak jak mam nadzieję, że pozostaną w polskich domach i – co najważniejsze – w polskich sercach. A jeśli nam je pozdejmują – mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy powieszą nowe (jak za starych, smutnych czasów). A jeśli nawet się nie uda (choć cóż miałoby sprawić, by się nie udało?), to mam nadzieję, że chrześcijanom wystarczy odwagi, by nosić krzyże na piersiach, w klapach marynarek, by czynić znak krzyża publicznie i pozdrawiać się w imię Jezusa Chrystusa. I mam nadzieję, że gdy będą nas prześladować za krzyż, nie zabraknie nam miłości wobec naszych nieprzyjaciół.

poniedziałek, 7 września 2009

Między ziemią a niebem

W niedzielę znowu byłem na wizji - tym razem "Między ziemią a niebem", w dwóch dyskusjach. Ciekawe, że zapowiadając gości Marek Zając wymienił wszystkich, poza mną. Czyżby zaczął mnie traktować jako współprowadzącego? Dziwne to wszystko.
Dyskusje poświęcne były najpierw kwestii ekologicznej (na ile odpowiadamy za zmiany klimatyczne) a potem kwestii predestynacji i ślepego losu. O ile z pierwszej niewiele wynikało, o tyle druga była znacznie ważniejsza, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Chodzi mi o kwestię korzystania z usług wróżek.

Pismo św. wielokrotnie zwraca uwagę, że nie da się pogodzić wierności Bogu z korzystaniem z praktyk określanych dziś jako okultystyczne: wróżbiarstwa, czarów, czy wywoływania duchów. Są one "obrzydliwością w oczach Boga". Dlaczego?
- bo są odmową zaufania wobec Boga, który jest Panem historii.
- bo są próbą zapanowania nad historią
- bo są próbą wykorzystania świata duchów do własnych celów
- bo są odrzuceniem własnej wolnej woli
i co najgorsze
- są otwarciem się na działanie demonów

Można potraktować te obiekcje uśmiechem pobłażania. Można to odrzucić jako próbę zastraszania w stylu "ciemnego średniowiecza". Tak samo można odrzucić samo istnienie Boga, zmartwychwstanie Chrystusa i misję Kościoła. Moje doświadczenie kilkunastu lat posługi kapłańskiej dowodzi jednak, że zagrożenie jest jak najbardziej realne. Filmowa wizja z "Egzorcysty" nie jest wydumana czy wzięta z powietrza. Takie historie się - niestety zdarzają. Magia, czary czy wróżby nie zawsze są przejawem szarlatanerii (choć także wówczas są niebezpieczne dla życia duchowego osób uczestniczących). Demon ma władzę - ograniczoną, ale jednak - nad materią, ma znajomość naszych słabości. I on się nie bawi - jeśli daje człowiekowi korzystać ze swej mocy, to po to, by go zagarnąć dla siebie. I zagarnąwszy - łatwo nie puści.

Na marginesie całego programu zrodziła się we mnie pewna refleksja. Otóż dosyć często zdarza mi się słyszeć frazy, w których następuje pewna zbitka: Najpierw pada deklaracja w stylu "jestem wierzący (jestem katolikiem itd.)" a potem "ALE" i stwierdzenie, że robi się coś albo uznaje się coś, co pozostaje w sprzeczności z Pismem świętym i nauczaniem Kościoła. Zastanawia mnie sam fakt pojawienia się tej deklaracji, ale i to przeciwstawienie. Oznaczałoby to - zazwyczaj chyba nie do końca uświadomione - uznanie fundamentalnej sprzeczności owej deklaracji i czynu. Innymi słowy, człowiek wie, że postępuje źle, a jednocześnie sam przed sobą chce (przez zagadanie) udowodnić, że wszystko jest w porządku.

czwartek, 30 października 2008

Dyskryminacja

Kilka dni temu podrzucono mi link o Garym McFarlane’ie, seksuologu i terapeucie chrześcijańskim, którego dyscyplinarnie usunięto z pracy, ponieważ otwarcie przyznał, że jako chrześcijanin nie może udzielać porad seksuologicznych osobom homoseksualnym. Komentując swoje zwolnienie Gary McFarlane powiedział, że odbiera to jako ewidentną formę dyskryminacji, przejaw coraz powszechniejszego nastawienia antychrześcijańskiego. Dodał, że gdyby takie obiekcje wyraził będąc wyznawcą islamu, z całą pewnością by go nie zwolniono.
Cała historia miała miejsce w Wielkiej Brytanii, ale prawdę mówiąc, równie dobrze mogła się zdarzyć gdziekolwiek indziej, chyba nawet w Polsce. Bo w Polsce chrześcijanie też są dyskryminowani; niekoniecznie na poziomie instytucjonalnym – tu czasem są wręcz nadmiernie i niepotrzebnie eksponowani. Kiedy mówię o dyskryminacji, mam na myśli swoiste wykluczenie społeczne ludzi, którzy na co dzień radykalnie żyją Ewangelią. Szyderstwa, obelgi, utrudnienia w znalezieniu lub utrzymaniu pracy niemal codziennie spotykają rodziców (zwłaszcza matki) rodzin wielodzietnych. Lekarzy chrześcijańskich, odmawiających dokonania aborcji czy przepisywania środków antykoncepcyjnych odsądza się – jak to dawniej mawiano – od czci i wiary. Polityków, którzy konsekwentnie kierują się zasadami moralności chrześcijańskiej określa się mianem radykalnych, by nie rzec – oszołomów. O moherowych beretach nie ma co wspominać – kontekst, w jakim termin ukuto mówi sam za siebie.
Oczywiście, środowiska niechrześcijańskie wypierają się działań i postaw dyskryminacyjnych. Mówią o równych szansach, o równości wypowiedzi… Rzecz w tym, że efektem wprowadzania „oświeconego” podejścia do rzeczywistości byłoby zamknięcie chrześcijanom ust. Publicznie wolno byłoby powiedzieć wszystko, byle o Bogu i płynących z wiary w Niego wartościach nie wspominać. Wolno byłoby mieć dowolne przekonania, ale wiara nie mogłaby wpływać na działania w życiu publicznym. Duchowni niemal traciliby prawo do publicznego wypowiadania się z racji pełnionej przez siebie funkcji. Tak byłoby, gdyby spełnione zostały postulaty laickości państwa, państwa, w którym ateizm urósłby do klucza życia publicznego.
Dzisiejsza Europa nie jest daleka od tego stanu rzeczy. Postulat tolerancji dawno zamienił się w dyktat mniejszości, w którym pod pozorem ochrony praw różnego rodzaju mniejszości, ogranicza się możliwości działania ludziom wierzącym. Najbardziej ograniczani są chrześcijanie – najmniej wyznawcy islamu, choć i wobec nich laickie lobby bywa niekiedy agresywne. Promuje się natomiast wszelkiego rodzaju mniejszości, w prowokacyjny sposób eksponując ich przekonania i przeciwstawiając je nauczaniu (nade wszystko nauczaniu moralnemu) wierzących.
Jeśli dla ateistów i – jak sami siebie określają – racjonalistów krzyż nic nie znaczy, to czemu tak domagają się usunięcia go z urzędów i miejsc publicznych. Dla chrześcijan obecność krzyża jest nie mniej ważna, co dla osób niewierzących jego brak. Chrześcijaninem się jest, a nie bywa, dlatego nie można „zawiesić” swojego chrześcijaństwa za drzwiami gabinetu czy biura. A jeśli ktoś się boi, że spowoduje to nieprawidłowości w funkcjonowaniu biur i urzędów, to w moim przekonaniu może się tak zdarzyć tylko wtedy, gdyby prawo regulujące działanie tych instytucji było niemoralne. Wiara chrześcijańska wzywa do prawości sumień, uczciwości i solidności w pracy. Czy zatem nie lepiej byłoby, gdyby te wartości zajmowały naczelne miejsce w życiu?