Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 4 grudnia 2008
Deklaracja
Stanowisko Kościoła katolickiego w odniesieniu do czynów homoseksualnych jest powszechnie znane, niezmienne od początku jego istnienia. Słowo Boże (1Kor 6,9) wprost stwierdza, że „ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. Warto zauważyć, że wyrok potępia wszelkie grzechy wynikające z nieuporządkowanych relacji seksualnych, niezależnie czy dotyczą one osób hetero- czy homoseksualnych. Są czyny, które są złe i ci, którzy je popełniają nie mają w sobie życia wiecznego.
Seksualność jest rzeczą naturalną i dobrą, ale nie służy do zabawy. Jej wewnętrzna celowość ukierunkowana jest na prokreację, a więc przekazywanie życia, a nie na samą przyjemność. Seksualność jest dobra, bo jest dziełem Boga, wpisanym w naturę człowieka. Jest też – wbrew lobbingowi homoseksualnemu i poprawności politycznej – ze swej natury heteroseksualna, dlatego Kościół postrzega skłonności homoseksualne jako stan nienormalny i wymagający leczenia. Same skłonności jednak nie są grzeszne. Grzeszne są czyny. Dlatego Kościół wzywa osoby homoseksualne do życia we wstrzemięźliwości seksualnej, podobne wezwanie kierując zresztą ku osobom heteroseksualnym nie będącym w związku małżeńskim.
Nie ma w tym stanowisku nic z dyskryminacji. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec zła. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec kradzieży (nawet wobec chorych na kleptomanię) czy gwałtu (wobec osób uzależnionych od seksu). Jednoznaczne potępienie czynów rozpoznanych jako niegodziwe moralnie nie oznacza zresztą przekreślenia ludzi, którzy je popełnili i braku szacunku wobec nich. Przeciwnie, właśnie ze względu na szacunek do osoby ludzkiej rodzi się sprzeciw wobec czynionego zła.
Oczywiście, łatwiej i wygodniej byłoby milczeć i pozwolić każdemu robić, cokolwiek się człowiekowi podoba. Łatwiej byłoby być tolerancyjnym wobec zła. Rzecz w tym, że tolerancja nie jest zbyt wysoko w hierarchii wartości. Znacznie wyżej od niej znajduje się miłość, a miłość stawia wymagania. Miłość się troszczy. Miłości zależy, by człowiek się stawał, by rósł w swym człowieczeństwie. A że wielu się to nie podoba – cóż, nie pierwszy raz.
Watykan nie podpisał deklaracji ONZ, bo ani nie postrzega homoseksualizmu w kategoriach praw człowieka, ani – jak mi się wydaje – nie widzi powodu, by w najmniejszym choć stopniu sugerować jakąkolwiek formę akceptacji dla czynów homoseksualnych. O poszanowanie praw człowieka, ludzkiej godności i życia Kościół walczył na długo przed powstaniem ONZ i ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Zresztą, ta deklaracja niczego nie zmieni. Państwa, w których za czyny homoseksualne można trafić na szafot nie przejmują się prawem międzynarodowym i Organizacją Narodów Zjednoczonych. Ta deklaracja niczego w ich praktyce prawnej nie zmieni. Da tylko sygnatariuszom poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Albo poczucie zgoła odmienne. I aby tego odmiennego poczucia uniknąć, Watykan odmawia podpisu. I dobrze!
poniedziałek, 10 marca 2008
Nie zamiatać brudów pod dywan
Raz po raz serwisy informacyjne w kraju i na świecie podają wiadomości o skandalach obyczajowych wśród ludzi Kościoła. Szczególnie gorliwie zdają się być tropione historie związane z członkami Kościoła katolickiego. Nie ma się czemu dziwić. Jednoznaczne nauczanie moralne w dziedzinie obyczajowości seksualnej sprawia, że każde takie wydarzenie dla wielu staje się sposobem na podważenie wiarygodności Kościoła jako takiego, a dla innych, jako usprawiedliwienie własnych słabości czy wręcz demoralizacji. Niewątpliwie katolicy są bacznie obserwowani, a księża i zakonnicy – są obserwowani szczególnie. W gruncie rzeczy, to chyba nawet dobrze – dodatkowa (choć przecież nie najważniejsza) motywacja, by żyć na właściwym poziomie, na pewno nie zaszkodzi.
Oskarżenie osoby duchownej o molestowanie seksualne to poważna sprawa, bardzo poważna. Św. Paweł mówi, by nie przyjmować oskarżenia przeciw prezbiterowi, chyba że na podstawie zeznania dwóch lub trzech świadków (por. 1Tm 5,19). Kodeks Prawa Kanonicznego surowo każe oszczerstwo wymierzone przeciw osobie duchownej (Kan. 1390, § 2-3). Ale niestety, nie każde oskarżenie jest fałszywe. Nie każde jest bezpodstawne. A sprawa jest zbyt poważna, by chować ją pod dywan (por. Kan. 1395).
Kilka dni temu byłem uczestnikiem specjalnych warsztatów, które są obecnie obowiązkowe dla wszystkich (od księży i zakonników, po wolontariuszy pracujących w instytucjach kościelnych). Program ukierunkowany jest na uświadomienie uczestnikom problemu molestowania seksualnego dzieci i młodzieży ze strony dorosłych. O zaistniałych problemach mówi się otwarcie, bez przejaskrawień ale i bez owijania zła w bawełnę. I choć w gruncie rzeczy, nowych wiadomości podano niewiele, uczestnictwo w tym spotkaniu uświadomiło mi, jak poważna zmiana dokonała się w świadomości katolików w USA.
Historie z przeszłości boleśnie ich nauczyły, że polityka zamiatania problemów pod dywan w imię „nieszkodzenia Kościołowi” prędzej czy później obraca się przeciwko Kościołowi, przynosząc szkody bez porównania większe, niż grzech konkretnego człowieka. To właśnie ukrywanie grzechów podważa wiarygodność Kościoła i głoszonego przekazu ewangelicznego. Dlatego obecnie w Stanach każde doniesienie o podejrzeniu przestępstwa z gatunku molestowania seksualnego – niezależnie od postępowania kanonicznego – natychmiast trafia do prokuratury. Przynależność do stanu duchownego nie daje w tym względzie (ani w jakiejkolwiek innej sprawie) żadnego immunitetu – przeciwnie, stawia jeszcze wyższe wymagania.
Gwoli uczciwości trzeba dodać, że tych doniesień nie ma zbyt wiele, bo i przestępstw nie jest zbyt wiele. Statystyki pokazują, że księża są dokładnie takimi samymi grzesznikami jak inni mężczyźni. Odsetek tych, którzy naruszają normy moralne, jest praktycznie taki sam, lub nawet niższy, jak w innych grupach społecznych. Jeśli zatem doniesienia o ich niewłaściwym zachowaniu trafiają do mediów, to ze względu na szczególną rolę, jaką Kościół spełnia w świecie.
Nawrócenie, do którego jesteśmy wzywani w czasie Wielkiego Postu szczególnie natarczywie, zaczyna się od uznania własnej winy przez grzesznika, od oświetlenia tego, co mroczne światłem Ewangelii. Chrystus mówi, że to, co oświetlone samo staje się światłem, jednak nie dlatego, że grzech nagle przestał być grzechem, ale dlatego, że grzesznik uznając uczynione przez siebie zło i przyjmując na siebie jego konsekwencje, otwiera się na przebaczającą łaskę Boga. Oczywiście, grzech i jego przebaczenie dokonuje się na płaszczyźnie życie duchowego, ale należy pamiętać, że wiele grzechów narusza także fundamentalne dobra innych osób i cały porządek społeczny. Innymi słowy, poza sferą duchową, rana zostaje zadana również konkretnym ludziom i konkretnej społeczności. I społeczność może i powinna reagować, by chronić tych, którzy są najbardziej bezbronni i najbardziej od innych zależni. Nie chodzi o to, by przestępcę zniszczyć, sponiewierać i upokorzyć, ale raczej by – chroniąc z jednej strony ofiary zła – z drugiej samemu przestępcy pomóc wejść na drogę nawrócenia. Tego jednak przez udawanie, że nic się nie stało, nie osiągniemy. Dlatego mam nadzieję, że będziemy umieli - my chrześcijanie, my księża, my ludzie Kościoła – nazywać grzechy (także własne) po imieniu, że będziemy umieli podejmować trud nawrócenia, że stać nas będzie na przyjęcie na siebie konsekwencji własnych grzechów, popełnionych zarówno czynem jak i zaniedbaniem.
czwartek, 7 lutego 2008
Podręcznik
"Amicus Plato, amicus Socrates, sed magis amica veritas" mówi starożytne powiedzenie - dziś nie pomnę czyje. Albo szukamy prawdy, niezależnie od tego, kto ją mówi (a wiadomo, że wróg powie prawdę gratis), albo mamy wzgląd na osoby i szukamy względów u osób. To nie jest dobry kierunek.
Z drugiej strony (jak ja kocham tę frazę, tak chętnie stosowaną przez Teviego Mleczarza ze "Skrzypka na dachu"), teologia nie jest zwykłą nauką, ale jest refleksją nad wiarą i świadectwo wiary ma swoje znaczenie. W przypadku Tomasza Węcławskiego jest to świadectwo nie-wierności, kontestacji i odrzucenia. Ale "z drugiej strony" podręcznik pochodzi z okresu, gdy Węcławski sprawował funkcje kapłańskie i na stronie redakcyjnej widnieje imprimatur ówczesnego biskupa poznańskiego.
Należało zatem wycofywać ten podręcznik, czy nie? W moim przekonaniu nie, bo po prostu nie było podstaw. Wręcz przeciwnie, należało go zachować, a jednocześnie wykorzystać zaistniałą sytuację do celów katechetycznych. Teolog jest w służbie Kościoła, ponieważ teologia - przy wszystkich wymogach wolności badań naukowych - pozostaje nauką eklezjalną. Jest też w służbie Ewangelii i dlatego teolog musi się modlić. Niedomodlony - stanowi zagrożenie dla wspólnoty. Obawiam się, że obu tych wymiarów zabrakło i dlatego w liście obwieszczającym odejście z kapłaństwa Węcławski o Bogu nawet nie wspomniał, a potem rozstał się i z Kościołem jako takim.
Niewątpliwie to dramat człowieka, który gdzieś zgubił światło. Ale jest to też dramat Kościoła, wspólnoty, która słuchała go jako swego przewodnika, pasterza i nauczyciela - a teraz dowiedziała się, że pasterz nie jest już więcej pasterzowaniem zainteresowany.
Nie osądzam Tomasza Węcławskiego. Sam jestem grzesznikiem i wiem, jak łatwo się uwikłać w życiu, jak łatwo się zagubić i utracić światło wiary. Mam nadzieję, że wróci, jeśli nie do kapłaństwa, to przynajmniej do Boga i do Kościoła, o którym tak pięknie pisał i uczył.