środa, 7 maja 2008

Są takie rzeczy, których kulturalny człowiek nie robi.

Minął długi weekend. Święto lenistwa, w którym błogo odpoczywamy nie zdążywszy się porządnie napracować. To nic, że po powrocie do urzędów i biur (rolnicy pracują, bo wiedzą, że zwierzęta nie wiedzą, że oni mają wolne) zmęczeni odpoczynkiem będziemy się zastanawiać, po co nam taki długi weekend, skoro teraz musimy nadrabiać wszystkie zaległości. Czas wolny ma jednak tę ogromną zaletę, że skłania do przemyśleń i pozwala niekiedy skonstatować sprawy, które choć zawsze były widoczne, z rzadka tylko doczekiwały się głębszego zastanowienia. Tak oto i zrodziła się na kanwie rozmów z odpoczywającymi w kraju przyjaciółmi refleksja o elementarnym braku kultury. Może to niezbyt odkrywcze, ale niestety bardzo prawdziwe.
Są takie rzeczy, których kulturalny człowiek nie robi. Po prostu. Nie pyta kobiety o wiek. Nie mówi - przynajmniej w Polsce - do starszych od siebie po imieniu. Nie dzwoni w sprawach służbowych do domu nikogo ze współpracowników, nawet podwładnych, bez rzeczywiście bardzo poważnego powodu, zwłaszcza po - zwyczajowo przyjętej za godzinę spoczynku i ciszy - godzinie 22. Nie używa wulgaryzmów dla podkreślania ważności wypowiadanej kwestii, ani nie zdradza tajemnic (nawet jeśli formalnie nie zostały obiecane).
Gentleman wie, jak się zachować. Ustąpi miejsca kobiecie w ciąży, nie da się sprowokować na chamską zaczepkę, oraz będzie umiał przyznać się do popełnionych błędów i przeprosić. Umie spożyć posiłek w ten sposób, by nie być słyszanym, ani by nikogo nie opluć przy okazji. Umie się przywitać i pożegnać, umie się ubrać stosownie do sytuacji. Kultura osobista skłania go do pamiętania o ważnych i mniej ważnych datach i rocznicach, o punktualności w przybywaniu na spotkanie i o słowności w dotrzymywaniu zaciągniętych zobowiązań.
Kultura osobista, ginący towar we współczesnym świecie, nie jest jednak cechą wrodzoną, a nabytą. To, że dzisiaj tak trudno ją spotkać, wynika wyłącznie z zaniedbania: rodziców, którzy nie uczą zasad dobrego zachowania, a jeśli uczą - to wyłącznie "teoretycznie, w praktyce niczego nie wymagając; z zaniedbań wychowawców i nauczycieli w szkole - tu trzeba oddać sprawiedliwość, że obecne prawo oświatowe więcej uprawnień daje szkolnemu bandziorowi, niż nauczycielowi, który po prostu nie ma narzędzi, by zdyscyplinować niesubordynację i chamstwo; dalej: z zaniedbań własnych, choć nie zawsze do końca zawinionych, no bo jak człowiek ma od siebie wymagać, skoro nikt od niego nigdy niczego nie wymagał? Trzeba też uderzyć się we własne piersi - my, ludzie Kościoła, też nie zawsze troszczymy się, by skorygować niekulturalne zachowanie w kulturalny sposób. Często wolimy się nie narażać.
No i skutki widzimy. Komórki dzwoniące w kościele, kinie, teatrze; niedyskretne, natarczywe pytania; przekleństwa, wyzwiska, oszczerstwa, obelgi; niezdolność do zachowania tajemnicy i brak troski o dobre imię innych, nawet własnej rodziny. Nawet piastujący najwyższe urzędy nie potrafią się zachować, ale uciekają się do kłamstw, oszczerstw, pomówień, obrażają się o nie-wiadomo-co... Właśnie dlatego mówienie o poszanowaniu racji stanu lub o tajności obrad nie ma obecnie w Polsce żadnego sensu - zdecydowana większość polityków nie rozumie znaczenia tych terminów. Rację stanu utożsamiają z partyjnym, lub nawet tylko własnym interesem, zaś tajność obrad sprowadzają wyłącznie do kwestii pierwszeństwa w dostępie do informacji, które natychmiast sami z radością właściwą przedszkolakowi rozpowszechniają w mediach.
Kulturalny człowiek tak nie postępuje po prostu dlatego, że jest to poniżej jego godności. Ale „godność” to kolejny termin, którego współcześni niestety już nie rozumieją.

czwartek, 1 maja 2008

Długi weekend

W Filadelfii okazuje się, że niektórzy również mają długi weekend. Dziś jest uroczystość Wniebowstąpienia, wciąż celebrowany na 10 dni przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Katolickie szkoły - przynajmniej w archidiecezji Filadelfijskiej - są dziś zamknięte. Dzieci i młodzież mają wolne. Nauczyciele również. Rodzice mają kłopot, bo oni wolnego nie mają. Jutro, co prawda, święta żadnego nie ma, ale szkoły katolickie świętują nadal.

Trzeba przyznać jest co świętować. Wniebowstąpienie rzeczywiście przynosi ogromne bogactwo treści. Najpierw wzywa do nadziei, bo oto ludzka natura zostaje wprowadzona w rzeczywistość nieba. Tak jak kiedyś Syn Boży stał się człowiekiem, tak teraz człowiek - Jezus z Nazaretu, zwany Chrystusem - staje się uczestnikiem komunii Trójcy św.
Wniebowstąpienie jest także związane z wezwaniem, które Chrystus pozostawił Kościołowi - wezwaniem do ewangelizacji, któremu towarzyszy też zapewnienie o "nieobecnej-obecności". Pan odchodzi, by posłać Pocieszyciela, który dopełni dzieła Objawienia, ale jednocześnie mówi: "Jestem z wami aż do skończenia świata".

Muszę powiedzieć, że to wyjątkowe doświadczenie - owa obecność, pełna bezwarunkowej, a jednocześnie wymagającej miłości. Pozwala przejść przez ciemność grzechów własnych i cudzych, przez radość i cierpienie, trzymając się skrawka nadziei.

Kiedy myślę o tej nadziei, którą przynosi Chrystus, przed oczami staje mi obraz pierwszomajowych pochodów. Nie mówię o defiladach na Placu Czerwonym i podobnych "spontanicznych" demonstracjach w całej strefie sowieckich wpływów. Mówię o pochodach, które - to prawda, na mniejszą "nieco" skalę - mają miejsce także w Polsce. Pomysł zbawienia przez rewolucję, która marksistowsko-leninowską metodą zrównuje wszystkich, jakoś wydaje mi się w najbardziej dosłowny sposób beznadziejny.

niedziela, 27 kwietnia 2008

Brazylijska rzeźnia

Wiadomość o skali aborcji w Brazylii była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Raz po raz słyszało się określenia, że to największy katolicki kraj na świecie. Mówiło się o żywotności tamtejszego Kościoła, o nadziejach i perspektywach na przyszłość. Co prawda, zabawy karnawałowe nie bardzo mi się mieściły w tym, co rozumiałem pod mianem chrześcijaństwa w ogóle i katolicyzmu w szczególności, ale kładłem to na karb niedoinformowania. Teraz okazuje się, że - jak to się mówi - "król jest nagi". Po raz kolejny katolicyzm deklaratywny okazał się niezbyt wiele wart. Smutne, a obawiam się, że (może na mniejszą skalę) problem w Polsce może być podobny.

W Brazylii co roku dokonywanych jest 3.000.000 aborcji (nielegalnych), przy czym większość wypadków dotyczy kobiet deklarujących się jako katoliczki, a decyzję podjęły w porozumieniu z mężem-partnerem. A wydawało mi się, że USA ze swoim 1.250.000 to już dużo... Znaczy się, z całą pewnością dużo. Bardzo dużo... Ale to, co się dzieje w Brazylii, trudno nazwać inaczej, jak rzeźnią.
Pamiętam pewną rozmowę z ks. prof. Januszem Nagórnym na temat tzw. "chrześcijaństwa z wyboru". Powiedział wtedy rzecz niezwykle ciekawą, z której znaczenia nie zdawałem sobie sprawy. Otóż w minionych wiekach w łonie Kościoła rodziły się różne herezje. Ludzie mieli różne pomysły na to, jak opisać naturę Boga, dzieło dokonanego przezeń zbawienia, na rolę człowieka w tym wszystkim. Zazwyczaj błędy rodziły się z dobrej woli, choć nierzadko odstępstwa karane były w sposób bardzo surowy.

Dzisiaj zagrożeniem dla Kościoła nie są błędy dogmatyczne, ale moralne. Największym zagrożeniem - powiedział wtedy ks. Janusz - jest herezja moralna, zgodnie z którą człowiek sam określiwszy, co jest dobre, a co jest złe - porzuci drogi Boże.

Niedawno rozmawiałem z młodym człowiekiem, usiłując mu wytłumaczyć, że Bóg udziela każdemu konkretnego powołania. Jego odpowiedź mnie zdumiała: "A co z moją wolnością?" Tak jakby wolność była prawem do całkowicie dowolnego wyboru kierunku i sposobu działania. Tymczasem wolność - jak wielokrotnie przypominał Benedykt XVI podczas swojej wizyty w USA - wolność nigdy nie jest "opcją od" lub "opcją do". Wolność jest zawsze wolnością do. Jest zawsze ograniczona przez prawdę. Innymi słowy, rzeczy są dobre lub złe, bo takie właśnie są, a nie dlatego, że ktoś (choćby i Bóg) tak zadecydował. Życie jest dobrem samym w sobie i wobec tego zniszczenie tego życia jest czynem samym w sobie niegodziwym. Można się z tym nie zgadzać, można pójść własną drogą, można uchwalić nawet najbardziej liberalne ustawy, ale natury rzeczy się nie zmieni: jak aborcja niegodziwością była, tak nią będzie. A skoro jest niegodziwością, nie może być zgody na jakąkolwiek formę przyzwolenia, ani przez kampanie medialne, ani tym bardziej przez niegodziwe prawodawstwo. Jan Paweł II w swojej encyklice Evangelium vitae napisał wprost: "W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować 'ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu'" (por. EV 73).

W Polsce przeprowadza się kilkaset legalnych aborcji (legalnych to nie znaczy godziwych – nadal są one niegodziwe i pociągają kary kościelne). Skala podziemia aborcyjnego jest nieznana, ale obawiam się, że obejmuje kilkadziesiąt tysięcy aborcji. Wedle informacji z Wielkiej Brytanii, w zeszłym roku ponad 31.000 Polek dokonało na Wyspach zabójstwa swojego nienarodzonego jeszcze dziecka. Rację miał abp Nycz, mówiąc o kiepskiej kondycji polskiego katolicyzmu. Czy da się coś z tym zrobić?

Podobno rząd brazylijski chce coś zrobić z tymi nielegalnymi aborcjami. Ciekawe, cóż takiego wymyślą politycy. Obawiam się, że bez nawrócenia serc brazylijskich katolików niewiele wskórają, a w tej dziedzinie politycy zbyt mocni nie są. Zresztą, nikt nikogo w nawróceniu nie zastąpi, ani politycy, ani księża, ani nawet Pan Bóg – ani w Brazylii, ani w Polsce. To człowiek ma podjąć trud zmiany życia, przyjmując zaoferowane mu Boże przebaczenie i podążając Bożymi drogami. Że to niełatwe – fakt, ale inaczej się nie da.



Por. posty: Chcą nas zmusić i No i skończyło się kompromisowanie

czwartek, 24 kwietnia 2008

Prawybory

No i wygrała Hillary Rodham Clinton. 10 punktów (55/45 na jej korzyść) przewagi nad Barackiem Obamą. Wygląda na to, że walka się wyrównuje i zmagania potrwają jednak aż do konwencji wyborczej Demokratów. Paradoksalnie, największym beneficjentem może być senator John McCain, republikanin, który skorzysta na zmęczeniu zwolenników partii demokratycznej i w listopadzie uzyska przepustkę do Gabinetu Owalnego w Białym Domu. Wbrew pozorom, nie chodzi tylko o zmęczenie psychiczne, ale nade wszystko finansowe. Kampania przed prawyborami w samej Pensylwanii pochłonęła łącznie kilkanaście milionów dolarów. Tych pieniędzy może w decydującym starciu o prezydenturę po prostu zabraknąć. Zobaczymy, jak będzie...

Christ Our Hope - wywiad z Dr. Johnem Haasem, przewodniczącym National Catholic Bioethic Center

Korzystając z okazji, że "mam wejścia" zapytałem Dr. Johna Haasa, przewodniczącego NCBC w Filadelfiii o jego komentarz do wizyty Ojca św. Benedykta XVI w Stanach Zjednoczonych z punktu widzenia bioetyka. Dr Haas był jedną z osób zaproszonych do Białego Domu, na uroczystość oficjalnego przywitania Papieża przez prezydenta Georga W. Busha.

Poniżej zapis wywiadu, wyemitowanego na antenie Archidiecezjalnej Rozgłośni Radia "eR" 87,9 FM w Lublinie.


Panie Przewodniczący, był Pan obecny podczas uroczystości przywitania Ojca św. w Białym Domu przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych. W swoim przemówieniu Prezydent Bush powiedział, że Ameryka potrzebuje usłyszeć orędzie o świętości życia. Czy w Pana odczuciu Benedykt XVI przekazał to orędzie Ameryce? Czy Ameryka je usłyszała?

Cóż, Papież rzeczywiście o tym mówił. Ciekawe, że w Białym Domu Prezydent mówił językiem Kościoła katolickiego, a Papież mówił językiem amerykańskiej tradycji politycznej. Papież był rzeczywiście bardzo otwarty, bo to, co zrobił to odwołanie do wartości i dobra obecnego w narodzie amerykańskim. Zachęcił ich, by nadal byli wspaniałomyślni i otwarci na tych, którzy są słabi i zależni od innych. W ten sposób niejako wsparł słowa Prezydenta, którego słowa pochodziły praktycznie z dokumentów Kościoła. Przykładowo, Prezydent mówił o kulturze życia, używając frazy wprost zaczerpniętej ze wspaniałej encykliki „Evangelium vitae” Jana Pawła Wielkiego. To było niezwykłe, bo prezydent mówił językiem Kościoła, a Papież potwierdził dobro obecne w narodzie amerykańskim i swoją ufność, że będą chronić słabych i bezradnych. I faktycznie, kiedy Papież był na stadionie Jankesów podczas wspaniałej Mszy w Nowym Jorku, wprost mówił o tych, którzy są najbardziej bezradni wśród nas – to dzieci w łonach swoich matek. Myślę, że ten przekaz był bardzo dobrze odebrany, ale także dlatego, że nie miał charakteru politycznego. Obecnie jesteśmy w środku bardzo poważnej kampanii politycznej i wydaje mi się, że Papież celowo tak dobrał słowa, by nie sprawiać wrażenia iż uczestniczy w tej rozgrywce. Chciał przekazać orędzie życia i obawiał się, że niektóre sformułowania mogłyby wyglądać, jakby popierał konkretnego kandydata, co ostatecznie by mogło podkopać samo orędzie, które chciał przekazać narodowi amerykańskiemu.


Z punktu widzenia osoby kierującej Narodowym Katolickim Centrum Bioetycznym, na jakie inne elementy papieskiego orędzia by Pan wskazał?

Wydaje mi się, że jednym z ważniejszych – a jednocześnie charakterystycznych dla tradycji katolickiej – punktów, które podkreślił Papież, jest relacja między wiarą a rozumem, a mianowicie, że wzajemnie się one uzupełniają i nie ma między nimi sprzeczności. Wiele podziałów w społeczeństwie amerykańskim panuje pomiędzy ludźmi uważanymi za głęboko religijnych a tymi oddanymi nauce. Przykładowo: wielka debata w naszym kraju nad eksperymentami z wykorzystaniem embrionalnych komórek macierzystych. To badania, w których niszczy się embriony, by pobrać te komórki. Oponenci są przedstawiani jako fanatycy religijni, którzy niewiele wiedzą i rozumieją. Papież podkreślił, że nie ma rozdziału między nauką i wiarą, i to wielokrotnie; także w siedzibie Narodów Zjednoczonych powiedział, że nauka musi zrozumieć, co jest godziwe, moralnie dopuszczalne, potrzebne, dobre.


Podczas naszej rozmowy przed tym wywiadem powiedział Pan, że jest zniesmaczony reakcjami mediów na wypowiedzi Benedykta XVI w kwestii skandali obyczajowych, jakie wybuchły kilka lat temu w USA. Jak Pan postrzega obecnie sytuację Kościoła katolickiego w USA w tym kontekście?

Kościół w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście przeszedł trudny czas oskarżeń o przestępstwa seksualne dokonane przez księży wobec nieletnich. To prawda, takie rzeczy nie powinny się zdarzyć ani w Kościele, ani w żadnej innej instytucji. Niestety, zdarzyły się. Kościół katolicki zogniskował na sobie oburzenie całego społeczeństwa wobec molestowania seksualnego dzieci i młodzieży. Trzeba jednak pamiętać, że Kościół katolicki w USA już wiele lat temu zareagował na problem bardzo konkretnie. Ksiądz, którego postępowanie wywołało tę lawinę w 2001 roku już od 7 lat był usunięty ze stanu kapłańskiego, zanim całą historia trafiła do gazet! Poza tym, obecnie praktycznie nowych spraw nie ma – wszystkie przytaczane przypadki są dosyć stare. Papieża chwalono za otwartość i bezpośredniość, z jaką odniósł się do tego problemu. Bo rzeczywiście potwierdził, że to był problem, że jest głęboko zawstydzony z tego powodu. Także gest spotkania w cztery oczy z pięcioma ofiarami molestowania seksualnego był odebrany i doceniony przez opinię publiczną i media jako niezwykle znaczący i piękny. Czego media chyba nie zrozumiały, podobnie zresztą jak opinia publiczna, jest fakt, że Kościół katolicki już dawno zmierzył się z problemem pedofilii. Obecnie chyba żadna instytucja nie ma równie rygorystycznych uregulowań, byle tylko zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

W przededniu prawyborów

Pensylwania, póki był Papież w USA, to jeszcze trochę miała zróżnicowane wiadomości, ale ledwie wyjechał, tematyka została zmonopolizowana przez prawybory w partii demokratycznej. Wbrew pozorom, prawybory nie są tu postrzegane jako wewnętrzna sprawa danej partii, ale jako element przygotowań do powszechnych wyborów prezydenckich. Komentują je więc wszyscy i wszyscy, niezależnie od zapatrywań i sympatii politycznych wzywają do aktywnego udziału w wyborach, także w prawyborach. Innymi słowy to nie jest test popularności ani zabawa w przewidywanie wyniku wyborów, jak to ma miejsce u nas. Prawybory są realnym, mającym poważne znaczenie elementem systemu wyborczego, jego jakby "pierwszym etapem". Od ich wyniku zależy cały ciąg dalszy procedur wyborczych.
Sytuacja wygląda obecnie tak, że oboje kandydaci z partii Demokratów są w kwestii stosunku do życia bardzo do siebie podobni: popierają aborcję (o eutanazji na razie cicho), także w bardzo zaawansowanej ciąży, a nawet aborcję okołoporodową (Obama wprost, a Clinton pośrednio). Siłą rzeczy, z moralnego puntu widzenia ich osoby są niemożliwe do zaakceptowania przez Kościół. Jakież było moje zdziwienie, gdym niedawno spotkał dwie zakonnice (!), które wręcz były dumne, że popierają sen. Baracka Obamę w jego dążeniu do prezydentury.
Kontrkandydat z partii republikańskiej jest łatwiejszy na tym polu do "przełknięcia". Jego wizja prawa okołoaborcyjnego odpowiada mniej więcej regulacjom obowiązującym w Polsce. Jednocześnie dąży on do zakwestionowania i unieważnienia wyroku Roe vs. Wade, który doprowadził do legalizacji aborcji na gruncie konstytucyjnych praw obywatelskich. Swoją drogą, Bush chciał podobnie, ale przez prawie 8 lat nei udało mu się tego dopiąć. Nie dlatego, że nie chciał, ale system prawny w USA nie jest łatwy tu do przezwyciężenia. Na razie zmienił skład Sądu Najwyższego - co będzie dalej, czas pokaże.

Komentatorzy przewidują, że prawybory w Pensylwanii wygra zapewne Hilary Rodham Clinton, co tylko wyrówna stawkę i przedłuży pojedynek praktycznie do konwencji Partii Demokratów, która ostatecznie dokona wyboru kandydata (przegrany będzie mógł startować własnym sumptem, ale jest to mało prawdopodobny scenariusz). Ponieważ jednak przewaga popularności pani Clinton w Pensylwanii gwałtownie maleje (w moim przekonaniu na skutek bardzo ostrej kampanii negatywnej pod adresem konkurenta), może być tak, że prawybory wygra Barack Obama, praktycznie przesądzając o końcowej nominacji. Chociaż bowiem zabraknie mu znacznej części głosów elektorskich do automatycznej nominacji, jego przewaga nad p. Clinton będzie zbyt poważna, by na konwencji ktokolwiek usiłował przeforsować jej kandydaturę. Obawiam się, że Obama wygra zarówno prawybory w Pensylwanii, jak i nominację swojej partii, by ostatecznie sięgnąć po fotel prezydenta USA. Tak przewiduję - obym się mylił.

Christ Our Hope - New York

Jedna awaria internetu i zaczęły się problemy. Transmisje ze spotkań z Ojcem św. były możliwe właśnie dzięki przekazowi internetowemu. Co prawda różne stacje telewizyjne (zwłaszcza katolicka EWTN) transmitowały wizytę Papieża, ale nie miałem do nich dostępu. Pozostawało opierać się na opowieściach uczestników (na szczęście byli tacy w pobliżu) i liczyć na naprawę łącza.

W piątek Benedykt XVI przybył do Nowego Jorku i uczestniczył w dwóch spotkaniach: w synagodze (po raz pierwszy papież wszedł do amerykańskiej synagogi) i w modlitwie ekumenicznej. Oba spotkania przebiegały w niezwykle serdecznej atmosferze, we wzajemnej otwartości i szacunku. Uwagę moja zwrócił nacisk z jakim Benedykt XVI wezwał przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich do wiernego świadectwa Chrystusowi. "Dziś świadkowie są potrzebni jak nigdy" - powiedział.

Sobota była bardzo ważnym punktem w programie papieskiej pielgrzymki do USA. Przed południem Msza św. w katedrze św. Patryka, która zgromadziła duchownych i zakonników. W jednym z poruszonych podczas homilii wątków Ojciec św. powiedział, że choć Kościół jest postrzegany jako instytucja pełna zakazów i ograniczeń, prawda o nim jest inna. Porównał Kościół do witraży nowojorskiej katedry. Z zewnątrz wydają się ciemne i nieatrakcyjne. Jedynie od środka można zobaczyć ich piękno. Podobnie i piękno Kościoła mogą dostrzec w pełni tylko ci, którzy są wewnątrz. Zachęcił do odnowienia ducha wiary i wierności powołaniu.

Po południu Ojciec św. przybył do Seminarium św. Józefa i tam odbyło się spotkanie z młodzieżą, duchowną i świecką, seminarzystami, studentami. Około 8-9 tysięcy młodych ludzi zgromadziło się w ogrodach seminaryjnych, by słuchać Papieża. I rzeczywiście słuchali, zresztą z wzajemnością. Dało się odczuć tego samego ducha młodości, tę samą atmosferę, znaną ze spotkań Jana Pawła II z młodzieżą. Papież mówił o modlitwie, jako o fundamencie wiary. W pewnym momencie powiedział: "Okazjonalna relacja z Chrystusem nie wystarczy. On chce z wami dzielić relację głęboką, intymną, stałą..." Dostał za to brawa.

Niedziela była dniem ostatnim. Rano symboliczna wizyta w "Strefie Zero", czyli miejscu, gdzie do 11 września 2001 roku stały dwie wieże World Trade Center. Papież przybył około 10 rano, ukląkł i długa chwilę modlił się w milczeniu. Potem zapalił paschał i odmówił modlitwę za tych, którzy tam zginęli i za tych, którzy ich ratowali. Chwilę porozmawiał z kilkorgiem z ocalałych z katastrofy i odjechał. W milczeniu - to milczenie było niezwykle przejmujące, niezwykle wymowne.

Po południu Msza św. na stadionie Jankesów. Wypełniony po brzegi obiekt zgromadził przedstawicieli praktycznie wszystkich amerykańskich diecezji. Chętnych było tak wielu, że losowano, kto może w tym wydarzeniu uczestniczyć. I znowu, Ojciec św. mówi o wierze, o wyzwoleniu w Chrystusie, o nadziei, która płynie ze spotkania z Nim, łasce, która umożliwia przezwyciężenie skandali i nawrócenie z popełnionych grzechów. W czasie modlitwy wiernych miły "polski akcent" - modlitwa o pokój odczytana była w naszym języku.

Wieczorne pożegnanie z Benedyktem XVI na lotnisku Kennedy'ego było równie krótkie, co wzruszające. Papieża żegnał wiceprezydent USA Dick Chenney i ...kilka tysięcy ludzi, któzy co chwila przerywali wystąpienia obu mężów oklaskami.

Mówiąc krótko, jestem przekonany, że jak mało która wizyta Papieża w jakimkolwiek kraju, ta miała ogromne znaczenie. Jeśli już ją porównywać do jakiejkolwiek z pielgrzymek Jana Pawła II, powiedziałbym, że można przywołać 1979 rok i wołanie z Placu Zwycięstwa o Ducha, który odnowi oblicze tej ziemi. Mam nadzieję, że podobne znaczenie będzie miała wizyta Benedykta XVI w USA w kwietniu 2008.