środa, 10 września 2008

Kolejna kampania

Niedawno media nagłośniły sprawę listu pewnego mężczyzny, który w skierowanym do Prezydenta RP liście prosi o zgodę na eutanazję. Media grzecznie zaznaczały, że Prezydent nie może udzielić takiej zgody, ale od razu przytoczone zostały opinie uzasadniające konieczność legalizacji eutanazji. Oczywiście - wszystko w imię obiektywizmu i prezentacji wszystkich możliwych stanowisk.

Nie wątpię, że są ludzie, którzy noszą jarzmo cierpienia ponad ich siły. Są takie sytuacje, gdy cierpienie staje się ponad siły. Dzieje się tak nade wszystko, gdy cierpiący człowiek jest pozostawiony samemu sobie, gdy jest zignorowany, gdy czuje się porzucony, niepotrzebny i niechciany, czy nawet gdy przypomina mu się (nie wprost oczywiście), że jest ciężarem dla innych. Wszystko to razem składa się na jedną całość - że oto temu, kto najbardziej potrzebuje miłości, tej miłości odmówiono. Odarcie z miłości jest rzeczywiście cierpieniem nie do zniesienia.

Współczesna medycyna umie sobie poradzić z problemem fizycznego bólu. Nawet jednak w tych rzadkich sytuacjach, gdy całkowita eliminacja bólu, jeśli cierpiący człowiek otoczony jest miłością, życie nadal będzie dla niego warte życia. Poznany przed dwoma laty kapelan szpitala w Holandii potwierdził to stanowisko w sposób jednoznaczny: człowiek kochany gotów jest cierpieć, człowiek porzucony - nawet jeśli w zasadzie nic mu nie jest, chce umrzeć, bo odcięty jest od źródła życia.

Człowiek jest wolny i jeśli się uprze, nie ma możliwości, by go powstrzymać przed dokonaniem czynów złych, czy głupich. Mówiąc "głupi" mam na myśli nie tyle "nieprzemyślany" (bo z reguły kwestia odebrania sobie życia jest jakoś przemyślana, nierzadko na wiele sposobów i wielu kontekstach), ale używam tego słowa w sensie biblijnym - jako odrzucenie Boga i nieuwzględnienie nieodwracalności konsekwencji podjętych działań. Uważam eutanazję za głupią, bo oznacza ostateczną rezygnację z szukania miłości, rezygnację z wiary w miłość, która jest większa niż cierpienie wynikające z choroby. Eutanazja jest zatem również ostatecznym odrzuceniem wiary w drugiego człowieka. Jest uznaniem zarówno własnej bezwartościowości jak i bezsensu egzystencji jako takiej.

Media eksponują cierpienie takich ludzi, ale samego cierpiącego człowieka pozostawiają jego bólowi. Swoimi przekazami niejako potwierdzają jego odczucie bezsensu i porzucenia, przypieczętowując decyzję o przyspieszeniu śmierci. Rzekomy obiektywizm staje się - niemal w dosłownym sensie - ostatnim gwoździem do trumny. Nie pierwszy raz, zresztą. Nie od dziś wiadomo, że obiektywizm dziennikarski jest mitem, bo fakty relacjonują ludzie, którzy mają swoje poglądy i przekonania. O doboru opisywanych faktów, od sposobu ich przedstawienia, od zamieszczonych komentarzy, zależy opinia publiczna. Media tę opinię kształtują, i nie mam wątpliwości, że jest to proces świadomie zaaranżowany i realizowany.

poniedziałek, 8 września 2008

A chwała w tym, czego winni się wstydzić

"O tempora, o mores!" - słowa Cycerona z jego słynnej pierwszej mowy przeciw Katylinie jak ulał pasują do kolejnego pomysłu nowoczesnych demoralizatorów. Z dumą opowiadają usługodawcy o pomyśle uroczystości rozwodowych - topieniu obrączek, zakopywaniu ich w trumnach, rzucaniu lotkami w zdjęcia "byłych"...
Wiem, że nie ma się co obrażać na czasy, na niemoralność. Ale jednocześnie nie można nazwać grzechu inaczej, jak jego własnym mianem. Jezus mówi wprost w Kazaniu na Górze, że "Każdy, kto oddala swoją żonę - poza wypadkiem nierządu - naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa" (Mt 5:32). Świętować rozerwanie przysięgi, która miała obowiązywać "aż do śmierci" jest jakimś nieprawdopodobnym zakłamaniem sumień.
Nieustannie wzrastająca liczba rozwodów bierze się - jak mi się wydaje - z jednej podstawowej przyczyny: z dopuszczenia, że takie rozwiązanie jest możliwe. Jeśli jest możliwe, to zapewne jest i dobre, a jeśli dobre - to czemu tego nie świętować?
Gdzieś w tle daje się zauważyć degradacja roli słowa, której skutkiem tracą na znaczeniu wszelkiego rodzaju zobowiązania, przysięgi i przyrzeczenia. Wszystko można powiedzieć i obiecać, ale też wszystko można odwołać, wszystko poddać w wątpliwość.

Nie sądzę, by celebracje rozwodów uczyniły świat mądrzejszym, piękniejszym czy szczęśliwszym. Nie sądzę też, by ludzie stawali się przez to lepsi. To po co?

niedziela, 7 września 2008

Porządek miłości

Trudno jest kochać wszystkich naraz (boć przecież się człek nie rozdwoi), ale i nie ma co się łudzić, że możliwe jest kochać wszystkich jednakowo, zwłaszcza, gdy kochanie ma wyrazić się w konkretnej pomocy człowiekowi będącemu w potrzebie.

Słowo Boże mówi, że mamy kochać bliźniego jak siebie samego. To prawda, jeśli nie kocham siebie, jak mogę kochać drugiego człowieka? Jeśli nie szanuję siebie, jak mogę drugiego szanować? Prawdziwa miłość nie zamyka się na innych, więc prawdziwa miłość siebie też nie może być utożsamiona z egocentrycznym skupieniem się na własnych tylko sprawach, jednakże jest to fundament konieczny, by miłość mogła być właściwie uporządkowana. Dwa inne elementy tego porządku to rozpoznanie skali i charakteru potrzeby.

Jest rzeczą oczywistą, że bardziej potrzebuje wsparcia ktoś, kogo życie lub zdrowie jest zagrożone, od tego, komu jest po prostu niewygodnie. Nieco mniej oczywistym dla niektórych jest uznanie pierwszeństwa potrzeb duchowych przed fizycznymi. Ważność potrzeb natury duchowej nie oznacza jednak, że w niektórych sytuacjach rzeczą pilniejszą jest pomoc materialna (czyli np. najpierw nakarmić, a potem wyspowiadać), choćby owa duchowa była poważniejszą.

W końcu porządek miłości każe pamiętać, że różni ludzie są nam w różnym stopniu "zadani" do kochania. Małżonkowie najpierw są odpowiedzialni za siebie nawzajem, rodzice za dzieci... Nie ma sensu mówić o miłości głodujących ludzi w Afryce, jeśli człowiek nie troszczy się o swoich najbliższych. Czyli im ktoś jest bliżej mnie (np. na mocy więzów krwi lub podobnych), tym większy ma "tytuł" do mojej miłości.

Porządek miłości każdy musi zbudować w sobie sam, przez spokojne i uczciwe kształtowanie prawego sumienia. Ogólne zasady mają pozwolić mi podjąć właściwą decyzję, gdy przyjdzie czas próby i będę musiał dokonać wyboru, komu pomóc, a komu odmówić wsparcia. Bo i odmówić niekiedy trzeba, nie dlatego, jakobym pomóc nie chciał, ale dlatego, że się po prostu nie rozdwoję.

piątek, 5 września 2008

Znak, który już nie oznacza

Od kilku ładnych tygodni, by nie powiedzieć - od paru miesięcy - "Onet.pl poleca" cykl materiałów o życiu seksualnym współczesnych Polaków i nie tylko Polaków. Generalnie wymowa całego cyklu jest jednoznaczna - seks jest ok, tzn. nie ma żadnych przeciwwskazań (a nawet są wskazania, by go "uprawiać", bo jest zdrowy). Oczywiście są tacy, którzy ze względów ideologicznych (religijnych) uważają, że pozamałżeński seks jest zły. Są sytuacje, gdy jest zabroniony - gdy lat za mało. Ciekawe, że w tym ostatnim wypadku "specjaliści" zalecają jedynie rozpowszechnienie antykoncepcji (i aborcji), mimo, że to "czyn zabroniony", jak pokazała historia "Agaty". O nauczaniu Kościoła mówi się z uśmiechem pełnym politowania, i z reguły nie do końca kompetentnie (i bez zrozumienia) przytaczając obowiązujące w Kościele normy moralne.

W Kościele nie mówi się o seksie, ale o akcie małżeńskim. Także o antykoncepcji naucza się w kontekście relacji małżeńskiej. Mówi się o miłości, którego małżeńskie zjednoczenie ma być czytelnym i ostatecznym znakiem - znakiem płodnym, który "daje życie" zarówno małżonkom, ale też otwiera drogę dla nowego życia.

Nowoczesny świat najpierw oddzielił akt małżeński od małżeństwa, a następnie rozerwał jego wewnętrzną płodną naturę. Ani nie jest on znakiem miłości małżonków, ani nie służy pogłębieniu ich wzajemnej komunii, ani też nie otwiera się na nowe życie. Stał się zbiorem elementów: przyjemności, fizjologii, reprodukcji, relacji, z których każdy jest jakoś prawdziwy, ale wyłączony z pierwotnego kontekstu - staje się kłamstwem.

Zjednoczenie seksualne nie jest już zatem wyrazem jedności i do jedności nie prowadzi. Wewnętrzna płodność współżycia została zniszczona przez antykoncepcję i perspektywę aborcji w wypadku "niepowodzenia". Miłość przestała być miłością. Znak przestał cokolwiek oznaczać.

środa, 3 września 2008

Tertulian

Z Forum Frondy...

"Wytłumacz mi, w jaki sposób istniejesz - a ja ci powiem w jaki sposób będziesz istniał"

Świetne. Tylko, że dziś mało kto się nad tym zastanawia. A szkoda, szkoda wielka...

Standardy racjonalistów

Zbiegły się w czasie dwie wiadomości. Jedna, że pewien włoski proboszcz (wraz z parafią) został skazany na zapłatę pewnej kobiecie 60 tys. euro odszkodowania (+ ok 8 tys. kosztów sądowych) za "straty psychiczne i moralne spowodowane używaniem przez parafię dzwonów kościelnych". Druga wiadomość to podesłany mi przez zaprzyjaźnioną dziennikarkę "Apel racjonalistów do polityków".
Krew we mnie zawrzała, choć nie gniewem a smutkiem, bo prześladowania chrześcijan odbywają się nie tylko w Indiach, ale i w Europie. Nie tylko w laickiej Francji, ale w krajach o silnych i zdawałoby się - żywych - tradycjach chrześcijańskich.

Na miejscu wspomnianego proboszcza, bym nie zapłacił zasądzonej kary. Jeśli by to miało skutkować osadzeniem w więzieniu - poszedłbym do więzienia. Ale kary bym nie zapłacił. Dzwonów bym zabrać nie pozwolił, broniąc ich jak Rejtan na sejmie warszawskim. Nie zgodzę się na zamknięcie chrześcijaństwa do zakrystii. Wiara nie jest sprawą prywatną, choć jest osobistą decyzją każdego.

A co do racjonalistów... To nie pierwszy głos domagający się agresywnego wykluczenia Kościoła z życia publicznego. W moim przekonaniu opierają się na z gruntu fałszywym założeniu, że wiara chrześcijańska jest szkodliwa dla kształtu życia społecznego, że działania Kościoła są szkodliwe społecznie i że podstawowym warunkiem szczęścia jest eliminacja Kościoła i wszelkich znaków wiary chrześcijańskiej z życia publicznego. W imię rzekomej sprawiedliwości racjonaliści chcą odebrać chrześcijanom - nie tylko katolikom - prawo głosu w debacie publicznej, prawo do publicznego wyrażania swoich przekonań oraz prawo do decydowania o wykorzystaniu uzyskanych z pracy własnych rąk pieniędzy.

Nowoczesny ateizm, wraz z wykluczeniem Boga z życia człowieka, usiłuje oczywiście wykluczyć i wszelkie znaki wiary z życia publicznego. Ciekawe, że coraz rzadziej domaga się, by ogłosić, że Boga nie ma, ale walczy by żyć, jakby Bóg nie istniał.Jak tak dalej pójdzie wolno będzie demonstrować swój ateizm, homoseksualizm albo ekologiczne zakręcenie, ale nie wolno będzie publicznie powiedzieć "Wierzę w Boga". Ale może i dobrze. Może trzeba, by chrześcijanie stali się z powrotem "małą trzódką", by na nowo odzyskali moc zaczynu. Może trzeba głębokiego oczyszczenia, by wyznawcy Chrystusa umocnieni całym dynamizmem Ewangelii na nowo stali się światłem dla świata i solą dla ziemi.

wtorek, 2 września 2008

Gdyby...

Pan prezydent raczył był powiedzieć: "Jestem zadowolony z wyników wczorajszego szczytu. Oczywiście, gdyby Unia składała się z samych Polsk, wynik mógłby być zupełnie inny". Zgadzam się w pełni, przynajmniej co do drugiego zdania, bo jeśli chodzi o moje zadowolenie, lub jego brak, to nie mam zdania. Ale co składu Unii Europejskiej, Pan Prezydent ma absolutną rację, przynajmniej w pewnym sensie.
Gdyby Unia składała się z samych Polsk, nigdy by nie zaistniała, a nawet jeśliby zaistniała, nigdy by nie stała się silnym ciałem polityczno-gospodarczym na arenie międzynarodowej. Największa wada narodowa Polaków, czyli bezinteresowna zawiść, rozpirożyłaby wszystko w drobny mak, zanim cokolwiek sensownego by powstało czy zostało zrobione. U nas przecież w kraju nie da się przeprowadzić staruszki przez jezdnię bez politycznej awantury, a co dopiero mówić o przeprowadzeniu jakichkolwiek reform czy inicjatyw.
Weźmy chocby sztandarowy polski projekt: EURO 2012. Na razie poza odrobiną szumu medialnego i wbiciem kilku pali w opróżniony z handlarzy Stadion Dziesięciolecia, nic się nie dzieje. Co więcej, wiadomo, że niektóre planowane przedsięwzięcia już zostały zaniechane - jak np. druga linia metra.
Śmiem twierdzić, że jeśli Unia uradziła cos jednomyślnie to tylko dlatego, że nie składa się z samych Polsk. I tak dobrze, że tę jednomyślnośc osiągnęła, mając jedną Polskę w składzie. Gdyby miała nawet tylko dwie, o zgodzie by nie było mowy...