poniedziałek, 27 lipca 2009

Stary dobry Rubik

Wiem, że Rubik nie ma w Polsce dobrej prasy, ale ja go lubię. Nadal mi żal rozpadu teamu z Książkiem, ale muzyka została i ma się dobrze. Tak przynajmniej zapowiada się nowy album Santo Subito - Cantobiografia Jana Pawła II. I nie obchodzi mnie, że malkontenci będą gadać. Zawsze gadają. W Polsce ludziom zawsze się rzuca kłody pod nogi albo wiatrem po oczach dmucha (najlepiej z piaskiem). Ta piosenka bardzo mi się podoba. Zwykłością, pogodą melodii i ładnym tekstem Jacka Cygana.

niedziela, 19 lipca 2009

Proces

Dostałem maila o pewnym procesie. Karnym, choć z prywatnego oskarżenia. A tak naprawdę jest to kolejny atak na chrześcijan i wszystkich, którzy bronią życia nienarodzonych dzieci. Poszło o zdanie, w którym Janna Najfeld mówi, iż Wanda Nowicka jest na liście płac międzynarodowego koncernu promującego antykoncepcję i aborcję (chodzi zapewne o Planned Parenthood, choć nazwa nie pada). Zresztą, posłuchajcie sami...




Były podobne ataki, oskarżenia i procesy sądowe, kierowane wobec organizatorów wystaw, ukazujących prawdziwe oblicze aborcji. Trudno oczekiwać, by coś w tym względzie się miało zmienić. Natomiast świadków Ewangelii Życia trzeba bronić z całą mocą, zarówno w sferze duchowej - modlitwą - jak i społecznej. Nie wolno zabijać dzieci!

Zapraszam zatem wszystkich na stronę procesu p. Joanny Najfeld. Trzeba jej pomóc.

sobota, 18 lipca 2009

Dlaczego odchodzą?

Od jakiegoś czasu temat wraca w różnych wersjach. Temat odejścia. Odejście z partii. Koniec przyjaźni. Rozwód. Odejście z kapłaństwa. Odejście z Kościoła. Człowiek odchodzi zamykając za sobą drzwi do wszystkiego, co stanowiło jego życie, co było nim, co budowało jego tożsamość...
Budowało? Może odchodzi właśnie dlatego, że nie budowało. Może właśnie się zorientował, że nie jest na swoim miejscu i idzie dalej, by to swoje miejsce odnaleźć...
Chyba jednak nie. Odchodzi, bo zrezygnował z troski o budowanie domu. Odchodzi, porzucając siebie, bo wydaje mu się - jest o tym przekonany - że nic go z tym dawnym "ja" nie łączy. Ciekawe tylko, że tak często wspomnienie przeszłości budzi agresję, wzburzenie i gniew.

Rozwód dziś stał się dla wielu par "opcją" na wypadek kryzysu. Więc kiedy kryzys przychodzi, odchodzą od siebie i nie walczą o trwanie swojej miłości. I myślę sobie, że podobnie jest ze wszystkimi innymi odejściami - przynajmniej po trochu. Że człowiek przyjmuje kryzys jako koniec (traktując to jako koniec pewnego etapu), zaś odejście jako opcję... i nie walczy o swoją wierność pierwszej miłości.

Czemu jednak odchodzi smutny, jak ów młodzieniec z ewangelii synoptycznych? Czemu w ludziach, którzy uznali, "że to koniec", jest tyle agresji? Może to stąd, że w głębi serca wie, iż powinno być inaczej?

czwartek, 2 lipca 2009

Etyczna nieodpowiedzialność - odpowiedzialna nieetyczność



"General Electric" właśnie ogłosił rozpoczęcie badań toksykologicznych z wykorzystaniem embrionalnych komórek macierzystych, uzyskanych dzięki współpracy z "Geron Corporation". Argumentacja była prosta: Tak będzie taniej i szybciej, bo łatwiej sprawdzić szkodliwość i efekty uboczne leków wykorzystując ludzki materiał biologiczny, niż badając reakcje szczurów, myszy i małp na podawane specyfiki. Zdumiewa jednak fragment oświadczenia odnoszący się do kwestii etyczności decyzji:



"We acknowledge the considerable debate and take very seriously the ethical and societal issues associated with research using stem cells derived from embryonic or fetal tissue."


Wiemy o znaczącej debacie i bardzo poważnie traktujemy etyczne i społeczne kwestie związane z badaniami naukowymi z użyciem komórek macierzystych pozyskanych z embrionalnych i płodowych tkanek.




"We conduct our research in an ethically and scientifically responsible manner,"



Prowadzimy nasze badania w etycznie i naukowo odpowiedzialny sposób.




Decyzja koncernów „General Electric” i „Geron Corporation” musi budzić niepokój, nie tylko ze względu na konsekwencje, to znaczy wykorzystywanie embrionalnych komórek macierzystych. Ich pozyskanie zawsze wiąże się ze zniszczeniem ludzkiego życia, czyli mówiąc wprost – z zabijaniem nienarodzonych dzieci w bardzo wczesnej (5-8 dniowej) fazie rozwoju.


Równie niepokojąca jest dla mnie wymowa oświadczenia, jakie GE wydał w związku z tą decyzją. Jeśli bowiem stwierdza się, że osoby odpowiedzialne za rozpoczęcie badań zdają sobie sprawę z zarzutu niszczenia ludzkiego życia, a jednocześnie twierdzą, iż działania koncernu spełniają kryteria etyczne, trzeba jednoznacznie powiedzieć, iż owe kryteria de facto nie istnieją. Argumenty przemawiające za wykorzystaniem ludzkiego materiału biologicznego – oto do jakiego poziomu zostaje sprowadzony człowiek – mają charakter pragmatyczny i finansowy: tak będzie szybciej i taniej. Rodzi się pytanie, dlaczego zatem nie wykorzystywać ludzi już narodzonych? Od strony etycznej nie będzie to zbyt wielka różnica!


Chciałbym zatem przypomnieć, że podobną logikę stosował dr Mengele, nazistowski lekarz wykorzystujący więźniów obozów koncentracyjnych. Dziś tymi więźniami są dzieci, powołane do istnienia w laboratoriach i w tych laboratoriach pozbawione prawa do życia. Nie ma znaczenia, co badacz chce osiągnąć, czy też na ile poważnie mówi o odpowiedzialności etycznej. Subiektywne przekonanie co do etyczności podjętych decyzji, albo o poważnym traktowaniu etycznego wymiaru ludzkiego życia ma znaczenie jedyne drugorzędne, gdyż pierwszorzędnym źródłem moralnoci czynu jest jego wewnętrzna celowość. Innymi słowy o tym, czy dane działanie jest dobre, czy też nie, w pierwszym rzędzie decyduje prawda: coś jest dobre samo w sobie, albo nie jest. Dobra intencja czy inne okoliczności oczywiscie wpływają na ocenę moralną, ale wtórnie. Zresztą, jak mówi stare przysłowie: "Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.


Jaka jest zatem wewnętrzna prawda decyzji GE? Ano taka, (po pierwsze) że nienarodzone dziecko jest dla koncernu mniej warte niż szczury laboratoryjne, (po drugie) że pieniądze są ważniejsze niż ludzkie życie i (po trzecie) że wartości moralne mogą być przedmiotem debat, ale nie mogą wpływać na rachunek ekonomiczny. Kiedy zatem szefowie GE mówią o odpowiedzialnym podejściu do prolemu, muszę stwierdzić, że w moim przekonaniu używają słów, których znaczenia nie rozumieją. Nie rozumieją ani terminu "etyka", ani terminu "odpowiedzialność". I dlatego zapewne postępują nieetycznie i nieodpowiedzialnie. Co nie zmienia faktu, że etycznie ponoszą za swoje decyzje pełną odpowiedzialność.

niedziela, 28 czerwca 2009

Król i Madonna

Różnie się pisze o gwiazdach i gwiazdeczkach. Nazywa się ich królami (Rock-an-Rolla na przykład: Elvis Presley) i królowymi (tu mi żadne imię nie przychodzi do głowy, a raczej przychodzi ich tyle, że żadne już nie jest zbyt wiarygodne). Słowem, idole sceny muzyki rozrywkowej łatwo zajmują tron, i łatwo z niego spadają. Pamiętam upadek kariery Whitney Houston, przez lata walczącej o świat bez narkotyków, a potem uwikłanej w nie bez pamięci (swoją drogą, mam nadzieję, że come back się powiedzie).

Ostatnie dni naznaczone są z jednej strony śmiercią Michaela Jacksona – postaci niewątpliwie tragicznej, a z drugiej przygotowaniami do koncertu Madonny, czyli Madonny Louisy Ciccone w Polsce. Przygotowują się fani, przygotowują się organizatorzy i przygotowują się ci, którym ten koncert się nie podoba. Nie podoba się i mnie ze względu na czas i na sposób, w jaki jest reklamowany.

Śmierć Jacksona i koncert Madonny... Co je łączy? Przynajmniej w niektórych przekazach medialnych łączy je miejsce, jakie zajmowali i zajmują w życiu – miejsce idola, bożka – czy jak to drzewiej się mawiało: bałwana. I temu bałwanowi ludzie się kłaniają, biją mu pokłony, a on zazdrośnie strzeże miejsca, które zajął a które mu się wcale nie należy. To miejsce Boga, Jedynego, Który Daje Życie. Kiedy przed Apostołami ktoś padał na twarz, ci mówili: wstań, jestem tylko człowiekiem.

Kiedy aniołowi ktoś chciał złożyć ofiarę – ten nakazywał, by składać ją tylko samemu Bogu. Bo sługa Pana zna swoje miejsce i nie uzurpuje sobie prawa do tronu. A bożki, idole i bałwany chętnie tam wlazują, a potem zazdrośnie strzegą swego stanu posiadania, przynajmniej do czasu, gdy okazuje się, że król jest nagi i bożek nie ma mocy zbawiania świata.

czwartek, 25 czerwca 2009

Dziękuję za przewodników

Dziś na progu roku kapłańskiego – mimo całego doświadczenia swej słabości i kruchości – z wdzięcznością zwracam się ku mojemu Panu. Dziękuję Mu za tę drogę, dziękuję Mu za wezwanie, za spotkanych ludzi, za możliwość posługiwania wśród nich. I dziękuję Mu za innych kapłanów, których kiedyś postawił na mojej drodze. Szczególnie chcę Mu podziękować za trzech.
Pierwszym jest pewien jezuita – nie znam jego nazwiska – który w 1967 roku w kaplicy przy ul. Rakowieckiej w Warszawie mnie ochrzcił. Moja matka chrzestna pamiętała, kto to był, mówiła mi o nim, a ja nie zapamiętałem - a teraz nie mam jak ją o to zapytać. Jestem temu księdzu za mój chrzest winny wdzięczność na wieki. I dlatego muszę w końcu sprawdzić, jak się nazywa. I otoczyć go modlitwą, już nie taką bezimienną – choć wiem, że ta bezimienność Panu Bogu nie przeszkadza, bo On zna wszystkich.
Drugim księdzem, któremu chcę podziękować, jest ks. Olgierd Nassalski, marianin, przez całe niemal moje dzieciństwo proboszcz na warszawskim Marymoncie, a później długoletni duszpasterz powołań w Zgromadzeniu Księży Marianów. Pokazał mi, jakim można być księdzem, zachwycił mnie swoim kapłaństwem, swoją miłością do Boga i do ludzi. Zachwycił i pociągnął – do Marianów.
Trzecim zaś jest ks. Janusz Nagórny, profesor teologii moralnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelski. On we mnie rozpalił miłość do pracy naukowej i dydaktycznej, pokazał jej wartość i znaczenie. I ofiarowując przyjaźń, jednocześnie zaproponował współpracę. To, co umiem dziś jako naukowiec, i jako dydaktyk, w ogromnej mierze zawdzięczam właśnie jemu.Wszyscy trzej już są u Pana, w Jego domu, po drugiej stronie Bramy Życia. Niech im Chrystus będzie nagrodą!

piątek, 19 czerwca 2009

Rok kapłański

Dziś się zaczął rok kapłański. W liście napisanym na tę okoliczność Benedykt XVI przywołuje Proboszcza z Ars jako wzór dla nas, którzy zostaliśmy zaproszeni do kapłańskiej posługi. Nie będę tu przytaczał całego listu - każdy może go przeczytać sam, jeśli chce. Chcę natomiast podzielić się swoim spojerzeniem na św. Jana Marię Vianey'a.

Oto człowiek prosty. Jeśli widzi, że coś jest dobre, idzie za tym. Jeśli potrzebne - uczestniczy. I dlatego całkowicie zawierzył Chrystusowi i oparł na Nim swoje pasterzowanie. Stąd właśnie długie godziny na adoracji i w konfesjonale. Stąd jednoznaczne wezwania do nawrócenia, niezależnie od osoby penitenta.

Oto człowiek kochający. Zawsze miał czas i serce dla bliźniego. Jeśli miał coś jeszcze, to się tym też dzielił, choć bywały dni, gdy poza sercem i czasem nie miał nic. Odwiedzał ubogich, odrzuconych, chorych. Oddał im swoje serce.

Oto człowiek ubogi. W swoim ubóstwie był bratem dla największych nędzarzy i znakiem sprzeciwu dla zadowolonych z siebie bogaczy.że właśnie dlatego każde jego słowo miało taki ciężar...

Oto człowiek święty. Walczył o tę świętość, czasem dosłownie zmagając się z atakującym go demonem, a czasem przezwyciężając własne słabości, zniechęcenie, zmęczenie. Liczył się najpierw Bóg i Jego sprawy. A zaraz potem ci, do których go posłano.

Chciałem napisać, że chciałbym być taki, jak on. Chciałem, ale prawda jest taka, że - jak pewnie wielu innych - jest to nie do końca prawda. Chciałbym korzystać z owoców bez ponoszenia kosztów, bez zmagania, a tak się nie da. Prawdę mówiąc, cały czas mnie ten radykalizm porzeraża trochę. Nie chcę rezygnować z tego, co mam. W gruncie rzeczy postać świętego Proboszcza jest dla mnie wezwaniem do nawrócenia, z którym się jeszcze muszę nie raz zmierzyć. Na razie nie bardzo chyba umiem...