Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
poniedziałek, 27 lipca 2009
Stary dobry Rubik
niedziela, 19 lipca 2009
Proces
Były podobne ataki, oskarżenia i procesy sądowe, kierowane wobec organizatorów wystaw, ukazujących prawdziwe oblicze aborcji. Trudno oczekiwać, by coś w tym względzie się miało zmienić. Natomiast świadków Ewangelii Życia trzeba bronić z całą mocą, zarówno w sferze duchowej - modlitwą - jak i społecznej. Nie wolno zabijać dzieci!
Zapraszam zatem wszystkich na stronę procesu p. Joanny Najfeld. Trzeba jej pomóc.
sobota, 18 lipca 2009
Dlaczego odchodzą?
Budowało? Może odchodzi właśnie dlatego, że nie budowało. Może właśnie się zorientował, że nie jest na swoim miejscu i idzie dalej, by to swoje miejsce odnaleźć...
Chyba jednak nie. Odchodzi, bo zrezygnował z troski o budowanie domu. Odchodzi, porzucając siebie, bo wydaje mu się - jest o tym przekonany - że nic go z tym dawnym "ja" nie łączy. Ciekawe tylko, że tak często wspomnienie przeszłości budzi agresję, wzburzenie i gniew.
Rozwód dziś stał się dla wielu par "opcją" na wypadek kryzysu. Więc kiedy kryzys przychodzi, odchodzą od siebie i nie walczą o trwanie swojej miłości. I myślę sobie, że podobnie jest ze wszystkimi innymi odejściami - przynajmniej po trochu. Że człowiek przyjmuje kryzys jako koniec (traktując to jako koniec pewnego etapu), zaś odejście jako opcję... i nie walczy o swoją wierność pierwszej miłości.
Czemu jednak odchodzi smutny, jak ów młodzieniec z ewangelii synoptycznych? Czemu w ludziach, którzy uznali, "że to koniec", jest tyle agresji? Może to stąd, że w głębi serca wie, iż powinno być inaczej?
czwartek, 2 lipca 2009
Etyczna nieodpowiedzialność - odpowiedzialna nieetyczność


niedziela, 28 czerwca 2009
Król i Madonna
Różnie się pisze o gwiazdach i gwiazdeczkach. Nazywa się ich królami (Rock-an-Rolla na przykład: Elvis Presley) i królowymi (tu mi żadne imię nie przychodzi do głowy, a raczej przychodzi ich tyle, że żadne już nie jest zbyt wiarygodne). Słowem, idole sceny muzyki rozrywkowej łatwo zajmują tron, i łatwo z niego spadają. Pamiętam upadek kariery Whitney Houston, przez lata walczącej o świat bez narkotyków, a potem uwikłanej w nie bez pamięci (swoją drogą, mam nadzieję, że come back się powiedzie).
Ostatnie dni naznaczone są z jednej strony śmiercią Michaela Jacksona – postaci niewątpliwie tragicznej, a z drugiej przygotowaniami do koncertu Madonny, czyli Madonny Louisy Ciccone w Polsce. Przygotowują się fani, przygotowują się organizatorzy i przygotowują się ci, którym ten koncert się nie podoba. Nie podoba się i mnie ze względu na czas i na sposób, w jaki jest reklamowany.
Śmierć Jacksona i koncert Madonny... Co je łączy? Przynajmniej w niektórych przekazach medialnych łączy je miejsce, jakie zajmowali i zajmują w życiu – miejsce idola, bożka – czy jak to drzewiej się mawiało: bałwana. I temu bałwanowi ludzie się kłaniają, biją mu pokłony, a on zazdrośnie strzeże miejsca, które zajął a które mu się wcale nie należy. To miejsce Boga, Jedynego, Który Daje Życie. Kiedy przed Apostołami ktoś padał na twarz, ci mówili: wstań, jestem tylko człowiekiem.
Kiedy aniołowi ktoś chciał złożyć ofiarę – ten nakazywał, by składać ją tylko samemu Bogu. Bo sługa Pana zna swoje miejsce i nie uzurpuje sobie prawa do tronu. A bożki, idole i bałwany chętnie tam wlazują, a potem zazdrośnie strzegą swego stanu posiadania, przynajmniej do czasu, gdy okazuje się, że król jest nagi i bożek nie ma mocy zbawiania świata.
czwartek, 25 czerwca 2009
Dziękuję za przewodników
Pierwszym jest pewien jezuita – nie znam jego nazwiska – który w 1967 roku w kaplicy przy ul. Rakowieckiej w Warszawie mnie ochrzcił. Moja matka chrzestna pamiętała, kto to był, mówiła mi o nim, a ja nie zapamiętałem - a teraz nie mam jak ją o to zapytać. Jestem temu księdzu za mój chrzest winny wdzięczność na wieki. I dlatego muszę w końcu sprawdzić, jak się nazywa. I otoczyć go modlitwą, już nie taką bezimienną – choć wiem, że ta bezimienność Panu Bogu nie przeszkadza, bo On zna wszystkich.
Drugim księdzem, któremu chcę podziękować, jest ks. Olgierd Nassalski, marianin, przez całe niemal moje dzieciństwo proboszcz na warszawskim Marymoncie, a później długoletni duszpasterz powołań w Zgromadzeniu Księży Marianów. Pokazał mi, jakim można być księdzem, zachwycił mnie swoim kapłaństwem, swoją miłością do Boga i do ludzi. Zachwycił i pociągnął – do Marianów.
Trzecim zaś jest ks. Janusz Nagórny, profesor teologii moralnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelski. On we mnie rozpalił miłość do pracy naukowej i dydaktycznej, pokazał jej wartość i znaczenie. I ofiarowując przyjaźń, jednocześnie zaproponował współpracę. To, co umiem dziś jako naukowiec, i jako dydaktyk, w ogromnej mierze zawdzięczam właśnie jemu.Wszyscy trzej już są u Pana, w Jego domu, po drugiej stronie Bramy Życia. Niech im Chrystus będzie nagrodą!
piątek, 19 czerwca 2009
Rok kapłański
Oto człowiek prosty. Jeśli widzi, że coś jest dobre, idzie za tym. Jeśli potrzebne - uczestniczy. I dlatego całkowicie zawierzył Chrystusowi i oparł na Nim swoje pasterzowanie. Stąd właśnie długie godziny na adoracji i w konfesjonale. Stąd jednoznaczne wezwania do nawrócenia, niezależnie od osoby penitenta.
Oto człowiek kochający. Zawsze miał czas i serce dla bliźniego. Jeśli miał coś jeszcze, to się tym też dzielił, choć bywały dni, gdy poza sercem i czasem nie miał nic. Odwiedzał ubogich, odrzuconych, chorych. Oddał im swoje serce.
Oto człowiek ubogi. W swoim ubóstwie był bratem dla największych nędzarzy i znakiem sprzeciwu dla zadowolonych z siebie bogaczy.że właśnie dlatego każde jego słowo miało taki ciężar...
Oto człowiek święty. Walczył o tę świętość, czasem dosłownie zmagając się z atakującym go demonem, a czasem przezwyciężając własne słabości, zniechęcenie, zmęczenie. Liczył się najpierw Bóg i Jego sprawy. A zaraz potem ci, do których go posłano.
Chciałem napisać, że chciałbym być taki, jak on. Chciałem, ale prawda jest taka, że - jak pewnie wielu innych - jest to nie do końca prawda. Chciałbym korzystać z owoców bez ponoszenia kosztów, bez zmagania, a tak się nie da. Prawdę mówiąc, cały czas mnie ten radykalizm porzeraża trochę. Nie chcę rezygnować z tego, co mam. W gruncie rzeczy postać świętego Proboszcza jest dla mnie wezwaniem do nawrócenia, z którym się jeszcze muszę nie raz zmierzyć. Na razie nie bardzo chyba umiem...