Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 12 listopada 2009
5 minut Wałęsy
piątek, 6 listopada 2009
Niespodzianka
czwartek, 5 listopada 2009
Emerytura
Media publiczne i koniec świata
Wczorajsza decyzja trybunału konstytucyjnego, potwierdzająca, że zwolnienie emerytów i bezrobotnych z opłat abonamentowych za radio i telewizję jest zgodne z Konstytucją, wywołało w mediach publicznych prawdziwą histerię. Komentarz jest w zasadzie jeden – decyzja Trybunału oznacza, że będzie mniej pieniędzy na media publiczne i że radio upadnie. Koniec z misją publicznego radia. Ktoś z „wierchuszki” stwierdził, że w obecnej sytuacji będzie pewnie trzeba zamknąć dwie rozgłośnie. Innymi słowy – koniec świata.
Usłyszałem w całej tej burzy w zasadzie jeden rozsądniejszy głos, stwierdzający, że Trybunał nic nie jest winien, a jedynie prawodawcy, którzy uchwalili nowe prawo. Trybunał jedynie stwierdził, że w przedstawionej do oceny formie jest ono zgodne z Konstytucją.
Dziennikarze i publicyści związani z publicznymi mediami mocno sprzeciwiają się finansowaniu radia i telewizji z budżetu państwa, zwłaszcza jeśli miałoby to oznaczać coroczne wyznaczanie kwoty na nie przeznaczonej. Dopatrują się w tym zamachu na swoją niezależność. Może i byłaby w tym racja, gdyby nie fakt, że wszystkie instytucje kontroli wewnętrznej w Polsce, co przytomnie zauważył marszałek Senatu, Bogdan Borusewicz, są właśnie tak finansowane i nikt nie kwestionuje ich niezależności. Co więcej, postulat zagwarantowania odgórnie minimalnej kwoty przeznaczonej na finansowanie radia i telewizji oznaczałoby w praktyce brak związku pomiędzy sytuacją gospodarczą Państwa a sytuacją ekonomiczną mediów. Czyli w dobie najgorszego kryzysu miałyby gwarancję, że jest im ciepło, miło i przyjemnie. Trudno sobie wyobrazić bardziej demoralizującą i gorszącą społecznie sytuację.
Całym sercem jestem za utrzymaniem publicznych mediów i finansowaniem ich misji kulturowej. Abonament uważam jednak za formę dodatkowego opodatkowania, w dodatku nakładanego – jeśli chodzi o wysokość – w drodze rozporządzenia a nie ustawy. Obecna sytuacja domaga się zatem zmiany. Najprostszym rozwiązaniem byłoby związanie finansowania mediów publicznych z procedurami podatkowymi na zasadzie przekazania jakiejś części podatku dochodowego na rzecz radia i telewizji, dokładnie tak samo, jak ma to miejsce z przekazywaniem części daniny na rzecz instytucji pożytku publicznego. Trzeba by było, oczywiście, ustalić odpowiednie procedury i wyliczyć odpowiedni procenty, ale sam mechanizm jest banalnie prosty i – co ważne – jest już sprawdzony w praktyce.
I jeszcze słowo na temat misji publicznych mediów. Odnoszę czasem wrażenie, że – nade wszystko w odniesieniu do telewizji – nieco jest to termin nadużywany. Zbyt często miejsce „misyjnych” emisji emitowane są programy, służące nade wszystko nawiązaniu konkurencji ze stacjami komercyjnymi. Ambitne programy kulturalne są przesuwane na całkowicie niekulturalne pory, transmisje sportowe są coraz rzadsze (wykupują je stacje komercyjne). Brakuje ambitnej publicystyki, programów popularnonaukowych. Jest natomiast mnóstwo tasiemcowych seriali o mocno wątpliwym wymiarze kulturotwórczym czy edukacyjnym oraz taniej, płaskiej rozrywki. W zasadzie najbardziej charakterystycznym elementem wyróżniającym publiczną telewizję od stacji komercyjnych jest to, że filmy nie są przerywane reklamami. Z mojego punktu widzenia to nie jest zbyt wielka różnica. Tęsknię za wzorcem brytyjskim, gdzie reklam w BBC nie ma wcale. I tam praktycznie cały program jest „misyjny”, bo taki być musi. A u nas jest niewiadomoco. Może cała ta sytuacja wymusi zmiany. Zapewne wymusi. Pytanie tylko, czy na lepsze…
czwartek, 29 października 2009
Sprawiedliwa zapłata
W nauczaniu Kościoła można znaleźć pięć podstawowych kryteriów wysokości wynagrodzenia, od których spełnienia uzależniona zostaje moralna akceptacja płacy. Cztery pierwsze odnoszą się do samej pracy, piąta – płynie z szacunku wobec pracownika, dlatego można by ją odnieść do zasady solidarności społecznej, choć słuszniej – zdaniem autora – będzie podporządkować ją zasadzie sprawiedliwości.
Pierwszym kryterium sprawiedliwej zapłaty jest skorelowanie jej ze stopniem wysiłku i uciążliwości, jaki pracownik musi włożyć, by spełnić stawiane mu wymagania. Im więcej trudu domaga się wykonywana praca, tym wyższe powinno być wynagrodzenie. Ważne jest jednak, by uwzględnić tutaj jakość wykonywanej pracy. Sam fakt, że pracownik się napracuje, namęczy, nie daje mu prawa do wynagrodzenia, tym bardziej wyższego wynagrodzenia, jeśli owoce tego wysiłku są mizerne lub żadne. Co więcej, bywa, że właśnie zdolność do sprawnego wypełnienia nałożonych obowiązków – powodująca wrażenie braku wysiłku w pracy – jest swoistym znakiem jakości pracownika i dowodem jego wysokich kompetencji.
Dlatego drugie kryterium sprawiedliwości płacy wynika z uzależnienia jej od kompetencji pracownika – zarówno merytorycznych jak i formalnych, przy czym istotniejsze powinny być rzeczywiste umiejętności osoby wykonującej daną pracę niż certyfikaty poświadczające wykształcenie zawodowe (choć i one powinny być w ustalaniu wysokości wynagrodzenia uwzględniane). Im lepszym się jest pracownikiem, tym więcej powinno się zarabiać.
Trzecim kryterium wyznaczającym sprawiedliwą zapłatę jest odniesienie do stopnia odpowiedzialności, jaką ponosi pracownik – zarówno w wymiarze organizacyjnym jak i wprost materialnym. Podobnie jak dwa poprzednie kryteria, także i to jest wyczuwane przez ludzi niejako intuicyjnie, choć jednocześnie najłatwiej tu o konflikty, zazdrość, niezrozumienie i nadużycia.
W mocno stechnicyzowanym i zglobalizowanym świecie coraz więcej ludzi ponosi ogromną odpowiedzialność zarówno za dobra materialne znacznej wielkości, jak i za ludzi. Trzeba wprost powiedzieć, że często są to dobra nieporównywalne. Nie sposób zestawić ze sobą odpowiedzialności lekarza, który ratuje życie chorego, z odpowiedzialnością dyrektora banku. Trudno także porównywać odpowiedzialność głowy państwa i prezesa koncernu paliwowego.
Trzeba zaznaczyć, że niesprawiedliwą byłaby płaca poważnie odbiegająca od wynagrodzenia osób pełniących podobne stanowiska w innych przedsiębiorstwach lub działach danej firmy lub też – płaca nieproporcjonalna do sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Zasada sprawiedliwości rozdzielczej nakazuje partycypację w zyskach (ale i stratach) przedsiębiorstwa przez wszystkich jej pracowników. Niegodziwością jest zatem domaganie się i wypłacanie podwyżek i premii w sytuacji, gdy przedsiębiorstwo ponosi straty, a tym bardziej, gdy dosłownie tonie w długach. Także nie można zaakceptować wysokich odpraw w sytuacji, gdy zwalniana osoba ponosi odpowiedzialność za złą sytuację ekonomiczną przedsiębiorstwa.
Na koniec jeszcze jeden wątek. Nauczanie Kościoła wielokrotnie wskazywało na konieczność „urodzinnienia” wynagrodzenia, które powinno pozwolić na utrzymanie całej rodziny. Praca nad utrzymaniem domu i wychowaniem dzieci będąc niezwykle wartościowym wkładem w życie społeczne, jest jednocześnie drogą realizacji własnego powołania kobiety-żony-matki do pracy. Z drugiej strony wiadomo, że pracownik, który chętnie i z radością wraca do domu, który jest w tym domu szczęśliwy obecnością i miłością swojej żony, zazwyczaj jest lepszym pracownikiem. I w to warto zainwestować.
czwartek, 22 października 2009
Szczególny dzień
Także kolejny dzień zmagań o kształt uchwały powołującej komisję do zbadania kolejnej afery nie nadał wczorajszemu dniowi szczególnego charakteru. Ot, kolejny epizod kłótni między partyjnymi ugrupowaniami, gotowymi iść na noże o każde słowo i posyłać do więzienia z powodu odbytej rozmowy telefonicznej. I choć w mediach mówi się i pisze o kolejnych agentach – już nie Bolkach, ale Tomkach – żadnych szczególności w tym nie dostrzegłem.
Wszystko przesłoniło inne, bardzo osobiste dla mnie, ale znaczące dla Kościoła, wydarzenie. Wczoraj, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela na warszawskiej Starówce, mój Ojciec otrzymał święcenia diakonatu. Wraz z pięcioma innymi kandydatami do święceń z Archidiecezjalnego Seminarium Misyjnego Redemptoris Mater, stanął przed ks. abpem Kazimierzem Nyczem, by wypowiedzieć „jestem” i by podjąć urząd i posługiwanie diakońskie.
Trudno opisać moje uczucia, gdy wkładałem na niego stułę i dalmatykę. Ja, ksiądz od lat z górą szesnastu, ubierałem w diakońskie szaty własnego ojca. Wiem, że to tylko etap do święceń kapłańskich, wyznaczonych na 22 maja, ale w niczym to nie zmniejsza doniosłości i powagi wydarzenia. Powiedzieć, że byłem wzruszony i przejęty, to za mało, zdecydowanie za mało. Miałem i mam pełną świadomość, że oto stałem się uczestnikiem Tajemnicy: powołania do kapłaństwa Chrystusowego, udzielonego mojemu Ojcu.
Powiedziałem, że to ważne wydarzenie także dla całego Kościoła. Tak uważam. Pokazuje bowiem, że Bóg udziela swoich darów na przeróżne sposoby i nawet późny wiek (Tata ma 68 lat) nie jest dla Niego przeszkodą – jedyne, czego potrzebuje do działania, jest kochające, wierzące i pełne nadziei życia wiecznego serce. Dopóki zatem śmierć nie zamknie ludzkiego pielgrzymowania, słowo jest do takiego serca kierowane, by mogły się dokonać wielkie dzieła Boże.
Przepraszam, jeśli ktoś ma mi za złe nazbyt osobisty wydźwięk dzisiejszego felietonu. Z mojego punktu widzenia, te wczorajsze święcenia były najważniejszym wydarzeniem na świecie. Bardzo dziękuję moim przyjaciołom za modlitwę, a niektórym z nich za obecność podczas liturgii święceń w Warszawie, a ks. Arcybiskupowi Józefowi Życińskiemu za dobre słowo i modlitwę w intencji mojego Ojca. Proszę zaś Was wszystkich, drodzy Przyjaciele Radia eR, byście otoczyli diakona Antoniego – ale i wszystkich, którzy w ostatnim czasie otrzymali święcenia diakonatu i kapłaństwa – gorącą modlitwą. Niech Duch Święty prowadzi ich, i nas wszystkich, drogami Bożymi.