czwartek, 12 listopada 2009

5 minut Wałęsy

Rocznica obalenia berlińskiego muru pewnie by przeszła bez większego echa, jeśli chodzi o mnie, gdyby nie dwie wypowiedzi: Lecha Wałęsy, który jednoznacznie powiedział, że zjednoczenia Niemiec nie byłoby bez Papieża-Polaka, oraz rosyjskiego prezydenta Miedwiediewa, który domagał się docenienia roli Związku Radzieckiego w tym procesie. Te dwa głosy chyba najlepiej pokazują, jak różne perspektywy można mieć na jedno wydarzenie.

Niewątpliwie Związek Radziecki odegrał w procesie zjednoczenia Niemiec rolę kluczową, i to wielokrotnie. Najpierw doprowadził bowiem do ich podziału, będąc jednocześnie głównym inicjatorem wzniesienia muru oddzielającego strefę tzw. Berlina Zachodniego od reszty miasta. Warto też pamiętać, że głównym celem istnienia znacznych sił militarnych ZSRR w sowieckiej strefie okupacyjnej (nazwanej później Niemiecką Republiką Demokratyczną) było przygotowanie przyczółka do ekspansji socjalistycznego raju na Zachód. W tym kontekście opiewane pochwałami przyzwolenie Sowietów na zjednoczenie Niemiec przypomina chwalenie porywacza, że dobry z niego człowiek, skoro nie zabił, a jedynie poturbował i po otrzymaniu stosownego okupu – wypuścił, nie ponosząc żadnych konsekwencji swojej zbrodni.

Sowieci nie ponieśli bowiem żadnych konsekwencji dokonanych zbrodni przeciw ludzkości, w tym tej nas najmocniej dotyczącej – katyńskiej. Demontaż systemu trudno uznać za ich porażkę. Przeciwnie, była to klasyczna „ucieczka do przodu”, w której następcy (czyli federacja rosyjska) zachowała wszystkie aktywa, pozbywając się jednocześnie wszystkich wierzytelności. W podobny sposób na rodzimym rynku przebiegł demontaż PZPR, przekształconego w Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Podział Niemiec był skutkiem istnienia i działania dwóch systemów totalitarnych i jednoczesnej próby ocalenia normalności, na ile jest to możliwe. Z jednej strony przecież nazistowskie Niemcy doprowadziły do wojny, więc – po doświadczeniach po I wojnie światowej – okupacja przez aliantów była zrozumiałą konsekwencją zwycięstwa, była działaniem obliczonym na demilitaryzację agresywnego sąsiada. Z drugiej strony Zachód był zbyt słaby, by przeciwstawić się do końca wielkomocarstwowym dążeniom Stalina i oddał mu Europę Środkową i Wschodnią w podobny sposób, jak w 1938 roku podpisał porozumienie z Hitlerem w Monachium.

Dziś o Stalinie nadal się nie mówi w Europie źle, by nie drażnić Moskwy. Jeżeli padają krytyczne słowa, to w takim ujęciu, by nie było żadnego odniesienia do teraźniejszości. Głosy z Warszawy, by nazwać zbrodnie po imieniu opatrywane są mianem rewizjonistycznego awanturnictwa.

Moskwa najchętniej by nas zakneblowała, czego wyrazem był komentarz ambasadora Rosji przy NATO, który stwierdził, że 5 minut dla Wałęsy podczas ceremonii rocznicy obalenia berlińskiego muru to za dużo, skoro inni dostali tylko po dwie minuty. Pewnie za te pięć minut przyjdzie nam słono zapłacić, ale moja krnąbrna polska dusza zawsze się uśmiecha, gdy moskiewskiemu niedźwiedziowi ktoś przyciera nosa, nawet jeśli robi to nie za mocno, symbolicznie.

piątek, 6 listopada 2009

Niespodzianka

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że w czymkolwiek zgodzę się z SLD, a tu masz - niespodzianka. Ich pomysł na finansowanie mediów publicznych wypisz-wymaluj jak to, co mnie chodziło po głowie. Pytanie tylko, czy to powód niepokoju dla mnie, czy dla nich...

czwartek, 5 listopada 2009

Emerytura

Politycy PO mnie zaskoczyli krótkowzrocznością - pomysł, by przesunąć część składki z OFE do ZUS jest w moim przekonaniu skandalem. Podwójny skandalem. Z jednej strony oznacza powrót (jeszcze niepełny) do starego niewydolnego układu, w którym emerytura jest wyznaczana decyzją rządzących, a środki na nią pochodzą z pensji aktualnie pracujących. Innymi słowy mamy powrót do układu, którego niewydolność jest przysłowiowa. Po drugie skandal polega na tym, że część emerytury z OFE ma charakter kapitałowy i jest owocem oszczędności z moich zarobków. Czyli najpierw mi obiecano, że mogę oszczędzić, by moja emerytura była wyższa (gdy czas nadejdzie), bo oszczędności będą inwestowane, a teraz chce mi się to oszczędzanie uniemożliwić, lub poważnie ograniczyć, by zapełnić dziurę budżetową wynikającą z wad systemowych systemu, który się chce utrzymać.
Innymi słowy mamy przykład pomysłu wynikającego z niekompetencji i pazerności - niech będzie jak jest, a czego brakuje, należy zabrać tym, którzy mają, a nie mogą się bronić. Złodziejstwem mi to pachnie.

Mam nadzieję, że państwo politycy się obudzą i pomyślą trochę, bo inaczej zniknie ostatni powód, dla którego byłem gotowy mieć o nich trochę dobre zdanie: rozsądek w polityce gospodarczej. Przy takich pomysłach, co zarobili stracą. A na pewno stracą w moich oczach, cokolwiek jest to warte.

Media publiczne i koniec świata

Wczorajsza decyzja trybunału konstytucyjnego, potwierdzająca, że zwolnienie emerytów i bezrobotnych z opłat abonamentowych za radio i telewizję jest zgodne z Konstytucją, wywołało w mediach publicznych prawdziwą histerię. Komentarz jest w zasadzie jeden – decyzja Trybunału oznacza, że będzie mniej pieniędzy na media publiczne i że radio upadnie. Koniec z misją publicznego radia. Ktoś z „wierchuszki” stwierdził, że w obecnej sytuacji będzie pewnie trzeba zamknąć dwie rozgłośnie. Innymi słowy – koniec świata.

Usłyszałem w całej tej burzy w zasadzie jeden rozsądniejszy głos, stwierdzający, że Trybunał nic nie jest winien, a jedynie prawodawcy, którzy uchwalili nowe prawo. Trybunał jedynie stwierdził, że w przedstawionej do oceny formie jest ono zgodne z Konstytucją.

Dziennikarze i publicyści związani z publicznymi mediami mocno sprzeciwiają się finansowaniu radia i telewizji z budżetu państwa, zwłaszcza jeśli miałoby to oznaczać coroczne wyznaczanie kwoty na nie przeznaczonej. Dopatrują się w tym zamachu na swoją niezależność. Może i byłaby w tym racja, gdyby nie fakt, że wszystkie instytucje kontroli wewnętrznej w Polsce, co przytomnie zauważył marszałek Senatu, Bogdan Borusewicz, są właśnie tak finansowane i nikt nie kwestionuje ich niezależności. Co więcej, postulat zagwarantowania odgórnie minimalnej kwoty przeznaczonej na finansowanie radia i telewizji oznaczałoby w praktyce brak związku pomiędzy sytuacją gospodarczą Państwa a sytuacją ekonomiczną mediów. Czyli w dobie najgorszego kryzysu miałyby gwarancję, że jest im ciepło, miło i przyjemnie. Trudno sobie wyobrazić bardziej demoralizującą i gorszącą społecznie sytuację.

Całym sercem jestem za utrzymaniem publicznych mediów i finansowaniem ich misji kulturowej. Abonament uważam jednak za formę dodatkowego opodatkowania, w dodatku nakładanego – jeśli chodzi o wysokość – w drodze rozporządzenia a nie ustawy. Obecna sytuacja domaga się zatem zmiany. Najprostszym rozwiązaniem byłoby związanie finansowania mediów publicznych z procedurami podatkowymi na zasadzie przekazania jakiejś części podatku dochodowego na rzecz radia i telewizji, dokładnie tak samo, jak ma to miejsce z przekazywaniem części daniny na rzecz instytucji pożytku publicznego. Trzeba by było, oczywiście, ustalić odpowiednie procedury i wyliczyć odpowiedni procenty, ale sam mechanizm jest banalnie prosty i – co ważne – jest już sprawdzony w praktyce.

I jeszcze słowo na temat misji publicznych mediów. Odnoszę czasem wrażenie, że – nade wszystko w odniesieniu do telewizji – nieco jest to termin nadużywany. Zbyt często miejsce „misyjnych” emisji emitowane są programy, służące nade wszystko nawiązaniu konkurencji ze stacjami komercyjnymi. Ambitne programy kulturalne są przesuwane na całkowicie niekulturalne pory, transmisje sportowe są coraz rzadsze (wykupują je stacje komercyjne). Brakuje ambitnej publicystyki, programów popularnonaukowych. Jest natomiast mnóstwo tasiemcowych seriali o mocno wątpliwym wymiarze kulturotwórczym czy edukacyjnym oraz taniej, płaskiej rozrywki. W zasadzie najbardziej charakterystycznym elementem wyróżniającym publiczną telewizję od stacji komercyjnych jest to, że filmy nie są przerywane reklamami. Z mojego punktu widzenia to nie jest zbyt wielka różnica. Tęsknię za wzorcem brytyjskim, gdzie reklam w BBC nie ma wcale. I tam praktycznie cały program jest „misyjny”, bo taki być musi. A u nas jest niewiadomoco. Może cała ta sytuacja wymusi zmiany. Zapewne wymusi. Pytanie tylko, czy na lepsze…

czwartek, 29 października 2009

Sprawiedliwa zapłata

Znane dobrze odniesienia biblijne, jak choćby „nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu”, czy inne, w tym uwaga św. Pawła odnośnie do prawa do utrzymania ze strony tych, którym posługiwał, wskazują, iż związek pracy i wynagrodzenia za nią jest całkowicie oczywisty i płynie bardziej z prawa naturalnego, niż z Objawienia. Jednocześnie jednak trzeba zauważyć, iż Słowo Boże mocno podkreśla wymóg spełnienia zobowiązania zaciągniętego przez stosunek pracy i traktuje zatrzymanie należnej zapłaty jako jedną z najcięższych niegodziwości.

W nauczaniu Kościoła można znaleźć pięć podstawowych kryteriów wysokości wynagrodzenia, od których spełnienia uzależniona zostaje moralna akceptacja płacy. Cztery pierwsze odnoszą się do samej pracy, piąta – płynie z szacunku wobec pracownika, dlatego można by ją odnieść do zasady solidarności społecznej, choć słuszniej – zdaniem autora – będzie podporządkować ją zasadzie sprawiedliwości.

Pierwszym kryterium sprawiedliwej zapłaty jest skorelowanie jej ze stopniem wysiłku i uciążliwości, jaki pracownik musi włożyć, by spełnić stawiane mu wymagania. Im więcej trudu domaga się wykonywana praca, tym wyższe powinno być wynagrodzenie. Ważne jest jednak, by uwzględnić tutaj jakość wykonywanej pracy. Sam fakt, że pracownik się napracuje, namęczy, nie daje mu prawa do wynagrodzenia, tym bardziej wyższego wynagrodzenia, jeśli owoce tego wysiłku są mizerne lub żadne. Co więcej, bywa, że właśnie zdolność do sprawnego wypełnienia nałożonych obowiązków – powodująca wrażenie braku wysiłku w pracy – jest swoistym znakiem jakości pracownika i dowodem jego wysokich kompetencji.

Dlatego drugie kryterium sprawiedliwości płacy wynika z uzależnienia jej od kompetencji pracownika – zarówno merytorycznych jak i formalnych, przy czym istotniejsze powinny być rzeczywiste umiejętności osoby wykonującej daną pracę niż certyfikaty poświadczające wykształcenie zawodowe (choć i one powinny być w ustalaniu wysokości wynagrodzenia uwzględniane). Im lepszym się jest pracownikiem, tym więcej powinno się zarabiać.
Trzecim kryterium wyznaczającym sprawiedliwą zapłatę jest odniesienie do stopnia odpowiedzialności, jaką ponosi pracownik – zarówno w wymiarze organizacyjnym jak i wprost materialnym. Podobnie jak dwa poprzednie kryteria, także i to jest wyczuwane przez ludzi niejako intuicyjnie, choć jednocześnie najłatwiej tu o konflikty, zazdrość, niezrozumienie i nadużycia.

W mocno stechnicyzowanym i zglobalizowanym świecie coraz więcej ludzi ponosi ogromną odpowiedzialność zarówno za dobra materialne znacznej wielkości, jak i za ludzi. Trzeba wprost powiedzieć, że często są to dobra nieporównywalne. Nie sposób zestawić ze sobą odpowiedzialności lekarza, który ratuje życie chorego, z odpowiedzialnością dyrektora banku. Trudno także porównywać odpowiedzialność głowy państwa i prezesa koncernu paliwowego.

Trzeba zaznaczyć, że niesprawiedliwą byłaby płaca poważnie odbiegająca od wynagrodzenia osób pełniących podobne stanowiska w innych przedsiębiorstwach lub działach danej firmy lub też – płaca nieproporcjonalna do sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Zasada sprawiedliwości rozdzielczej nakazuje partycypację w zyskach (ale i stratach) przedsiębiorstwa przez wszystkich jej pracowników. Niegodziwością jest zatem domaganie się i wypłacanie podwyżek i premii w sytuacji, gdy przedsiębiorstwo ponosi straty, a tym bardziej, gdy dosłownie tonie w długach. Także nie można zaakceptować wysokich odpraw w sytuacji, gdy zwalniana osoba ponosi odpowiedzialność za złą sytuację ekonomiczną przedsiębiorstwa.

Na koniec jeszcze jeden wątek. Nauczanie Kościoła wielokrotnie wskazywało na konieczność „urodzinnienia” wynagrodzenia, które powinno pozwolić na utrzymanie całej rodziny. Praca nad utrzymaniem domu i wychowaniem dzieci będąc niezwykle wartościowym wkładem w życie społeczne, jest jednocześnie drogą realizacji własnego powołania kobiety-żony-matki do pracy. Z drugiej strony wiadomo, że pracownik, który chętnie i z radością wraca do domu, który jest w tym domu szczęśliwy obecnością i miłością swojej żony, zazwyczaj jest lepszym pracownikiem. I w to warto zainwestować.

czwartek, 22 października 2009

Szczególny dzień

Wczoraj był szczególny dzień. Nie dlatego, że wiceprezydent Biden przyjechał porozmawiać z naszymi o nowym systemie antyrakietowym – notabene istniejącym wyłącznie na deskach kreślarskich i z perspektywą uruchomienia w 2015-2018 roku, jeśli dobrze pójdzie i następna administracja amerykańska, wzorem obecnej, nie zmieni zdania. We współczesnej polityce zasada „pacta sunt servanda” nie obowiązuje, albo obowiązuje rzadko. Zresztą, Biden nic konkretnego nie powiedział, bo powiedzieć nie mógł. Innymi słowy, wbrew oświadczeniom amerykańskiego gościa, trzeba powiedzieć jasno, że Polska nie jest jednym z najważniejszych sojuszników Ameryki. Nie jest i nie była. I raczej nie będzie, bo niewiele ma Ameryce do zaoferowania w obecnej sytuacji geopolitycznej. Oczywiście, czasem jest sojusznikiem przydatnym, zwłaszcza, gdy nadskakuje i zdaje się wyprzedzać życzenia USA, ale o mit o znaczącej roli Polski w polityce międzynarodowej USA nie ma żadnych podstaw.
Także kolejny dzień zmagań o kształt uchwały powołującej komisję do zbadania kolejnej afery nie nadał wczorajszemu dniowi szczególnego charakteru. Ot, kolejny epizod kłótni między partyjnymi ugrupowaniami, gotowymi iść na noże o każde słowo i posyłać do więzienia z powodu odbytej rozmowy telefonicznej. I choć w mediach mówi się i pisze o kolejnych agentach – już nie Bolkach, ale Tomkach – żadnych szczególności w tym nie dostrzegłem.
Wszystko przesłoniło inne, bardzo osobiste dla mnie, ale znaczące dla Kościoła, wydarzenie. Wczoraj, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela na warszawskiej Starówce, mój Ojciec otrzymał święcenia diakonatu. Wraz z pięcioma innymi kandydatami do święceń z Archidiecezjalnego Seminarium Misyjnego Redemptoris Mater, stanął przed ks. abpem Kazimierzem Nyczem, by wypowiedzieć „jestem” i by podjąć urząd i posługiwanie diakońskie.
Trudno opisać moje uczucia, gdy wkładałem na niego stułę i dalmatykę. Ja, ksiądz od lat z górą szesnastu, ubierałem w diakońskie szaty własnego ojca. Wiem, że to tylko etap do święceń kapłańskich, wyznaczonych na 22 maja, ale w niczym to nie zmniejsza doniosłości i powagi wydarzenia. Powiedzieć, że byłem wzruszony i przejęty, to za mało, zdecydowanie za mało. Miałem i mam pełną świadomość, że oto stałem się uczestnikiem Tajemnicy: powołania do kapłaństwa Chrystusowego, udzielonego mojemu Ojcu.
Powiedziałem, że to ważne wydarzenie także dla całego Kościoła. Tak uważam. Pokazuje bowiem, że Bóg udziela swoich darów na przeróżne sposoby i nawet późny wiek (Tata ma 68 lat) nie jest dla Niego przeszkodą – jedyne, czego potrzebuje do działania, jest kochające, wierzące i pełne nadziei życia wiecznego serce. Dopóki zatem śmierć nie zamknie ludzkiego pielgrzymowania, słowo jest do takiego serca kierowane, by mogły się dokonać wielkie dzieła Boże.
Przepraszam, jeśli ktoś ma mi za złe nazbyt osobisty wydźwięk dzisiejszego felietonu. Z mojego punktu widzenia, te wczorajsze święcenia były najważniejszym wydarzeniem na świecie. Bardzo dziękuję moim przyjaciołom za modlitwę, a niektórym z nich za obecność podczas liturgii święceń w Warszawie, a ks. Arcybiskupowi Józefowi Życińskiemu za dobre słowo i modlitwę w intencji mojego Ojca. Proszę zaś Was wszystkich, drodzy Przyjaciele Radia eR, byście otoczyli diakona Antoniego – ale i wszystkich, którzy w ostatnim czasie otrzymali święcenia diakonatu i kapłaństwa – gorącą modlitwą. Niech Duch Święty prowadzi ich, i nas wszystkich, drogami Bożymi.

czwartek, 15 października 2009

Cyrk

W Polsce wszystko jest polityką, od kwestii budowy drogi w gminie poprzez dyskusje nad aborcją i in vitro, aż po wyborcze przepychanki. A może raczej – wszystko do niedawna polityką było. Było, ale już nie jest. Dziś jest to zwykłe partyjniactwo, w którym pieniacze ze wszystkich możliwych stron usiłują zwrócić na siebie uwagę poprzez ustawiczną krytykę swoich oponentów.

Pan Prezydent za punkt honoru (wątpliwy niewątpliwie) postawił sobie blokowanie poczynań rządu, z którym ma konstytucyjny obowiązek współpracować. Jak echo wciąż pobrzmiewa wygłoszone zaraz po wyborach oświadczenie Lecha Kaczyńskiego wobec jego brata – Jarosława: „Panie Prezesie, zadanie wykonane”. Z kolei Premier i jego otoczenie nie omijają żadnej okazji, by wbić przysłowiową szpilę gospodarzowi Pałacu Namiestnikowskiego – ot, chociażby poprzez manifestacyjną zmianę sposobu odwołania ministrów. Jak to ktoś powiedział: najwyraźniej ktoś nie chciał podać prezydentowi ręki – w ten złośliwy nieco komentarz jestem skłonny uwierzyć, bo wpisuje się w całokształt polskiej sceny politycznej. Zresztą i prezydent nie pozostał dłużnym, składając podczas zaprzysiężenia nowych ministrów życzenia… nauczycielom i pomijając fakt rekonstrukcji rządu niemal całkowitym milczeniem. Innymi słowy smutny cyrk trwa nadal.

Obawiam się, że jedną z konsekwencji będzie podobny bojkot kolejnej odsłony przedstawienia, jak miało to miejsce wczoraj na stadionie w Chorzowie. I podobnie jak tam, „nasi” strzelą sobie samobója, po czym w dobrych nastrojach – bo przecież zagrali dobry mecz, tylko im „nie wyszło” – będą spektakl ciągnąć dalej. I tak jak z piłką nożną kibice – pozbawieni alternatywy wyborcy będą zmuszeni ścierpieć kolejną kompromitację.

Myślę, że niewielu jest w Polsce ludzi, którzy nie lubią historii o Kargulu i Pawlaku, wojnie rodzin tak długiej, że nikt już nie wie, o co poszło i kiedy. Śmiejemy się z ich zacietrzewienia, z pobłażaniem traktując swary i kłótnie. Widzimy, jak głupie są to postawy. I jak bardzo nasze. Śmiejemy się jednak, chcąc ukryć własne zmieszanie, boć przecież na co dzień jesteśmy świadkami, ba – uczestnikami – podobnych relacji. Nie ma się co łudzić: spory pomiędzy prezydentem i premierem różnią się od naszych kłótni i sporów tylko blaskiem telewizyjnych kamer i reporterskich fleszy.

Ostatnimi czasy zauważyłem jednak pewne światełko w tunelu. Oto Telewizja Polska zrezygnowała z transmisji obrad sejmu, oczywiście przy jednogłośnym sprzeciwie aktorów Teatru na Wiejskiej. Jeśliby konsekwentnie zrezygnowała z robienia wywiadów z posłami i senatorami, z członkami rządu i prezydentem – nie tylko telewizja publiczna, ale wszystkie stacje – relacjonując wyłącznie efekty prac rządu, parlamentu i prezydenta, jestem przekonany, że standardy w polityce znacznie by się poprawiły. Nie byłoby wtedy sensu zajmować się biciem piany, obrzucać przeciwników błotem ani przechwalać się pomysłami nie do zrealizowania – społeczeństwo patrzyłoby na owoce i po owocach oceniałoby rządzących.

Na razie ocenia po kłótniach i wygląda na to, że niespecjalnie lubi to, co widzi. Przynajmniej ja nie lubię. Bardzo!