Wczoraj w jednej z filadelfijskich gazet pojawił się satyryczny, choć w gruncie rzeczy dramatyczny rysunek. Opakowany zasiekami czołg, z napisami ostrzegającymi przed zbliżaniem się na mniej niż 500 metrów... Z jego wieżyczki wystaje ręka trzymająca pochodnię z ogniem olimpijskim.
Jak się wydaje, obraz dokładnie oddaje społeczne odczucia w kwestii olimpiady w Chinach. Olimpiada miała być elementem działań na rzecz pokoju - powierzenie jej Chinom, przy całym szacunku dla mieszkańców tego kraju, jest całkowitym nieporozumieniem. W moim przekonaniu, nie ma racji dla "sztafety pokoju", nie ma racji dla uczestnictwa polityków w ceremonii otwarcia igrzysk. W gruncie rzeczy nie ma racji do uczestnictwa w nich w ogóle. Bo to nie będą igrzyska olimpijskie, tylko pokaz siły Chin, jak kiedyś w Berlinie w 1936.
Czy powszechny bojkot igrzysk jako takich - przez sportowców, reklamodawców, media - przyniósłby jakiś skutek? Szczerze wątpię, bo Chiny są największym rynkiem i jedną z najważniejszych gospodarek na świecie. Miałoby to sens, gdyby społeczność międzynarodowa zgodziła się zapłacić ciężkie pieniądze za ekonomiczny bojkot tego kraju. Naprawdę ciężkie. Wszyscy znają markę "Made in China": tam robi się niemal wszystko za śmiesznie małe pieniądze - od odzieży, przez AGD po zaawansowaną elektronikę. Światowej gospodarce tanie Chiny (tanie, a więc łamiące prawa człowieka) po prostu się opłacają. Dodatkowy problem w tym, że Chiny mogłyby sięgnąć po rozwiązania pozaekonomiczne... Ma w tym praktykę - chociażby w Tybecie. Jakoś czarno to widzę.
Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 10 kwietnia 2008
środa, 9 kwietnia 2008
Podziały
Polska była kiedyś nazywana krajem bez stosów. Rzeczywiście, w porównaniu z resztą tak zwanego "cywilizowanego świata" w Polsce było wyjątkowo spokojnie, przynajmniej pod względem stosunków międzyreligijnych. Byli u nas chrześcijanie wszelkiej maści, wyznawcy judaizmu i islamu. Trudno oczywiście powiedzieć, że nie było waśni i sporów. Były, nieustannie - do momentu, gdy najazd nieprzyjaciół nie jednoczył wszystkich pod wspólnym sztandarem. Zresztą, jak się wydaje, ta szczególna skłonność do ustawicznych kłótni i wspólnej walki z najeźdźcą, była w równej mierze źródłem naszego przetrwania, jak i przyczyną wszelkich niemal nieszczęść. I pod tym względem nic się nie zmieniło. Nadal prawdziwym jest stwierdzenie, że gdzie dwóch polaków, tam trzy opinie, oraz cztery partie polityczne.
W naszym kraju wszystko jest polityką i wszystkie spory przeżywane są szalenie osobiście. Nie umiemy i chyba nie chcemy oddzielać osobistych odczuć od obiektywnych okoliczności. Nie umiemy kierować się ponadpersonalną racją stanu, dobrem kraju tak w jego całości, jak i jego wizerunkiem na zewnątrz. Przykładów można by namnożyć - posłużę się dwoma, zgoła odrębnej natury.
Ostatnie dni naznaczone były sporami wokół nagrody przyznanej ks. arcybiskupowi Stanisławowi Wielgusowi. Nagrody przyznanej z racji czysto naukowych. Mało kto jednak zwracał na to uwagę: dla niemal wszystkich uczestników sporu było to wydarzenie polityczne, które należy postrzegać w kontekście wątków lustracyjnych. Siłą rzeczy o tym, by całą sprawę okryć dyskretnym milczeniem, nie było mowy. Nie chodzi mi tu o zakrywanie prawdy, ale uważam, że wszystko co można było powiedzieć, powiedziane zostało już dawno i dalsze kłótnie służą jedynie utrwalaniu podziałów i ranieniu ludzi.
Na zupełnie innym polu trwa spór wcale nie mniej zaciekły, związany z rozszerzającym się zasięgiem afery korupcyjnej w polskiej piłce nożnej. Kolejni działacze i zawodnicy stają się obiektem zainteresowania organów ścigania. Sponsorzy wycofują się z finansowania drużyn. Canal Plus zagroził podobno nawet zerwaniem kontraktu. Sondaże pokazują, że ludzie domagają się dymisji prezesa Michała Listkiewicza, a ten nie widzi problemu.
Kiedyś mówiło się, że żona Cezara powinna być poza wszelkim podejrzeniem. W imię tej zasady zamieszani w skandale polityczne i obyczajowe działacze i politycy wycofywali się z życia publicznego. Dla dobra wszystkich, dla dobra sprawy. Teraz ani się nikt nie wycofa, ani dobro wszystkich nie jest w cenie. Każdy zajęty jest własnymi sprawami, własnych korzyści tylko szuka. Dlatego myślę, że żaden z dwóch wspomnianych konfliktów szybko nie wygaśnie; o rzeczywistym ich rozwiązaniu nawet nie śmiem marzyć. Czy naprawdę musi nas ktoś napaść, byśmy zwarli szeregi i zaczęli mówić jednym głosem?
W naszym kraju wszystko jest polityką i wszystkie spory przeżywane są szalenie osobiście. Nie umiemy i chyba nie chcemy oddzielać osobistych odczuć od obiektywnych okoliczności. Nie umiemy kierować się ponadpersonalną racją stanu, dobrem kraju tak w jego całości, jak i jego wizerunkiem na zewnątrz. Przykładów można by namnożyć - posłużę się dwoma, zgoła odrębnej natury.
Ostatnie dni naznaczone były sporami wokół nagrody przyznanej ks. arcybiskupowi Stanisławowi Wielgusowi. Nagrody przyznanej z racji czysto naukowych. Mało kto jednak zwracał na to uwagę: dla niemal wszystkich uczestników sporu było to wydarzenie polityczne, które należy postrzegać w kontekście wątków lustracyjnych. Siłą rzeczy o tym, by całą sprawę okryć dyskretnym milczeniem, nie było mowy. Nie chodzi mi tu o zakrywanie prawdy, ale uważam, że wszystko co można było powiedzieć, powiedziane zostało już dawno i dalsze kłótnie służą jedynie utrwalaniu podziałów i ranieniu ludzi.
Na zupełnie innym polu trwa spór wcale nie mniej zaciekły, związany z rozszerzającym się zasięgiem afery korupcyjnej w polskiej piłce nożnej. Kolejni działacze i zawodnicy stają się obiektem zainteresowania organów ścigania. Sponsorzy wycofują się z finansowania drużyn. Canal Plus zagroził podobno nawet zerwaniem kontraktu. Sondaże pokazują, że ludzie domagają się dymisji prezesa Michała Listkiewicza, a ten nie widzi problemu.
Kiedyś mówiło się, że żona Cezara powinna być poza wszelkim podejrzeniem. W imię tej zasady zamieszani w skandale polityczne i obyczajowe działacze i politycy wycofywali się z życia publicznego. Dla dobra wszystkich, dla dobra sprawy. Teraz ani się nikt nie wycofa, ani dobro wszystkich nie jest w cenie. Każdy zajęty jest własnymi sprawami, własnych korzyści tylko szuka. Dlatego myślę, że żaden z dwóch wspomnianych konfliktów szybko nie wygaśnie; o rzeczywistym ich rozwiązaniu nawet nie śmiem marzyć. Czy naprawdę musi nas ktoś napaść, byśmy zwarli szeregi i zaczęli mówić jednym głosem?
niedziela, 6 kwietnia 2008
Tempus fugit
Czas rzeczywiście ucieka. Ludzie odchodzą na drugą stronę życia - wczoraj pożegnaliśmy ks. Tadeusza Rogalewskiego MIC, profesora teologii moralnej. Zmarł nagle 2 kwietnia w Sulejówku. Ktoś o nim powiedział: "Nie wiem, czy był święty, ale kochał ludzi". To prawda. Prosty, dobry i pogodny człowiek.
Pamiętam, że ks. prof. J. Nagórny zawsze przytaczał słowa Jana Pawła II do młodzieży (nie wiem skąd): "Mówią wam, że czas to pieniądz. A ja wam mówię - czas to miłość". Rzeczywiście, w miłości człowieka objawia się miłość Boga, a nie na odwrót. Nie wystarczy powiedzieć, że człowiek jest drogą Kościoła, bo zbyt często tą drogą się maszeruje w podkutych butach. Człowieka trzeba kochać tak, by on mógł ową miłość odczytać i nią się nacieszyć. By mógł ją zobaczyć i poczuć. I zachwycić się nią. Tylko wtedy będzie w stanie dostrzec w niej skrawek nieba.
Nie chodzi mi tutaj o jakieś sentymentalne wzdychania i irenistyczne zagłaskiwanie sporów i różnic. Miłość jednak, jeśli trzeba ją tłumaczyć, wyjaśniać i opatrywać milionami stron instrukcji, zdaje się być po prostu nieprawdziwą.
Siła miłości Chrystusa jest dla mnie tak wielka, właśnie dlatego, że nie muszę jej tłumaczyć. Jeden fakt mówi sam za siebie: Oto Bóg stał się człowiekiem (choć nie musiał), umarł na krzyżu (choć nie musiał), i zmartwychwstał (choć również nie musiał). Wszystko to zrobił, chociaż nie musiał. Chciał jednak mi pokazać swoją determinację w miłości. Mógł zapewne zbawić mnie na niezliczoną ilość innych sposobów, ale wybrał drogę, która dla grzesznego człowieka będzie czytelnym znakiem zapytania, czytelnym znakiem miłości.
Wiem, że od razu pojawiają się w tym kontekście pytania o sens cierpienia. Wojny i nienawiść nie są jednak pomysłem Pana Boga a naszym, ludzkim. Zaś choroby i klęski żywiołowe... Cóż, myślę, że rację maja ci którzy ich źródła szukają w "jękach i bólach stworzenia", które cierpi z powodu grzechu człowieka. Nie mam złudzeń, że to prosty przyczynowo-skutkowy układ, typu "uderzyli w głowę, to głowa boli". To raczej związek natury duchowej...
Pamiętam, że ks. prof. J. Nagórny zawsze przytaczał słowa Jana Pawła II do młodzieży (nie wiem skąd): "Mówią wam, że czas to pieniądz. A ja wam mówię - czas to miłość". Rzeczywiście, w miłości człowieka objawia się miłość Boga, a nie na odwrót. Nie wystarczy powiedzieć, że człowiek jest drogą Kościoła, bo zbyt często tą drogą się maszeruje w podkutych butach. Człowieka trzeba kochać tak, by on mógł ową miłość odczytać i nią się nacieszyć. By mógł ją zobaczyć i poczuć. I zachwycić się nią. Tylko wtedy będzie w stanie dostrzec w niej skrawek nieba.
Nie chodzi mi tutaj o jakieś sentymentalne wzdychania i irenistyczne zagłaskiwanie sporów i różnic. Miłość jednak, jeśli trzeba ją tłumaczyć, wyjaśniać i opatrywać milionami stron instrukcji, zdaje się być po prostu nieprawdziwą.
Siła miłości Chrystusa jest dla mnie tak wielka, właśnie dlatego, że nie muszę jej tłumaczyć. Jeden fakt mówi sam za siebie: Oto Bóg stał się człowiekiem (choć nie musiał), umarł na krzyżu (choć nie musiał), i zmartwychwstał (choć również nie musiał). Wszystko to zrobił, chociaż nie musiał. Chciał jednak mi pokazać swoją determinację w miłości. Mógł zapewne zbawić mnie na niezliczoną ilość innych sposobów, ale wybrał drogę, która dla grzesznego człowieka będzie czytelnym znakiem zapytania, czytelnym znakiem miłości.
Wiem, że od razu pojawiają się w tym kontekście pytania o sens cierpienia. Wojny i nienawiść nie są jednak pomysłem Pana Boga a naszym, ludzkim. Zaś choroby i klęski żywiołowe... Cóż, myślę, że rację maja ci którzy ich źródła szukają w "jękach i bólach stworzenia", które cierpi z powodu grzechu człowieka. Nie mam złudzeń, że to prosty przyczynowo-skutkowy układ, typu "uderzyli w głowę, to głowa boli". To raczej związek natury duchowej...
środa, 2 kwietnia 2008
Santo subito!
Błogosławieństwo jego obecności naznaczyło życie wielu ludzi. Moje również. Pamiętam dzień jego wyboru. Pamiętam kolejne pielgrzymki. Pamiętam dzień zamachu. Dzień spotkania w Licheniu, gdy gościł w mariańskim klasztorze, i w Rzymie, gdy byłem ze studentami na Passze. I wieczór, gdy odszedł do domu Ojca. I pogrzeb. I okrzyk "SANTO SUBITO!!!"
I do dziś nie czuję się komfortowo, gdy ktoś w jego intencji zaczyna modlitwę za zmarłych. Nie pasuje mi do niego - raczej modlitwa o rychłą beatyfikację i kanonizację.
I do dziś nie czuję się komfortowo, gdy ktoś w jego intencji zaczyna modlitwę za zmarłych. Nie pasuje mi do niego - raczej modlitwa o rychłą beatyfikację i kanonizację.
wtorek, 1 kwietnia 2008
Prima Aprilis
Czy dziś można kłamać?
Czy kłamstwo może być primaaprilisowym żartem?
Czy są kłamstwa nieszkodliwe?
Na wszystkie trzy pytania odpowiadam przecząco. Kłamstwo - a więc świadome i dobrowolne rozminięcie się z prawdą w celu wprowadzenia w błąd - jest czynem złym ze swej natury. Jaki by mu cel nie przyświecał, nie usprawiedliwi tego działania. Ani dziś, ani nigdy. Tym bardziej, jeśli osoba posługująca się kłamstwem jest sama inicjatorem wypowiedzi.
Oczywiście, są sytuacje, gdy ktoś domaga się ujawnienia prawdy mu nienależnej. Ale nawet wtedy kłamstwo nie jest rozwiązaniem. Lepiej milczeć lub udzielić odpowiedzi wymijającej...
Niektórzy mówią, że dziś takie nieszkodliwe kłamstwa powinny być traktowane jako żarty. Dziennikarze generują nieprawdziwe wiadomości, by następnego dnia z dumą skonstatować, że oto kogoś udało się wprowadzić w błąd. Przypomina mi się historia o błaźnie, który specjalizował się w takich żartach. Ludzie uwielbiali, gdy wprowadzał ich w błąd. Świetnie się bawili, gdy robił zdziwione lub przerażone miny. Któregoś dnia błazen wbiegł na salę widowiskową krzycząc "POŻAR!!!". Odpowiedziała mu salwa śmiechu. Jako jedyny się uratował.
Nie ma kłamstw nieszkodliwych. Każde szkodzi przynajmniej jednej osobie - temu, kto je wypowiada, gdyż osłabia jego wrażliwość na prawdę. Każde szkodzi również społeczności, gdyż w ostatecznym rozrachunku podkopuje fundament wzajemnego zaufania. Tak już jest, że sądzimy innych według siebie. Wiedząc, że sami posługujemy się kłamstwem, tracimy zaufanie do innych.
Nie ma co się usprawiedliwiać, że primaaprilisowy przekręt jest tylko zabawą. To groźna zabawa, głupia zabawa. Lepiej tak się nie bawić. Są inne, znacznie bardziej właściwe...
Swoją drogą, takich głupich i groźnych zabaw jest więcej. Jedną z nich są horoskopy. Ale to już inna historia. Kiedyś do nich trzeba będzie wrócić...
Czy kłamstwo może być primaaprilisowym żartem?
Czy są kłamstwa nieszkodliwe?
Na wszystkie trzy pytania odpowiadam przecząco. Kłamstwo - a więc świadome i dobrowolne rozminięcie się z prawdą w celu wprowadzenia w błąd - jest czynem złym ze swej natury. Jaki by mu cel nie przyświecał, nie usprawiedliwi tego działania. Ani dziś, ani nigdy. Tym bardziej, jeśli osoba posługująca się kłamstwem jest sama inicjatorem wypowiedzi.
Oczywiście, są sytuacje, gdy ktoś domaga się ujawnienia prawdy mu nienależnej. Ale nawet wtedy kłamstwo nie jest rozwiązaniem. Lepiej milczeć lub udzielić odpowiedzi wymijającej...
Niektórzy mówią, że dziś takie nieszkodliwe kłamstwa powinny być traktowane jako żarty. Dziennikarze generują nieprawdziwe wiadomości, by następnego dnia z dumą skonstatować, że oto kogoś udało się wprowadzić w błąd. Przypomina mi się historia o błaźnie, który specjalizował się w takich żartach. Ludzie uwielbiali, gdy wprowadzał ich w błąd. Świetnie się bawili, gdy robił zdziwione lub przerażone miny. Któregoś dnia błazen wbiegł na salę widowiskową krzycząc "POŻAR!!!". Odpowiedziała mu salwa śmiechu. Jako jedyny się uratował.
Nie ma kłamstw nieszkodliwych. Każde szkodzi przynajmniej jednej osobie - temu, kto je wypowiada, gdyż osłabia jego wrażliwość na prawdę. Każde szkodzi również społeczności, gdyż w ostatecznym rozrachunku podkopuje fundament wzajemnego zaufania. Tak już jest, że sądzimy innych według siebie. Wiedząc, że sami posługujemy się kłamstwem, tracimy zaufanie do innych.
Nie ma co się usprawiedliwiać, że primaaprilisowy przekręt jest tylko zabawą. To groźna zabawa, głupia zabawa. Lepiej tak się nie bawić. Są inne, znacznie bardziej właściwe...
Swoją drogą, takich głupich i groźnych zabaw jest więcej. Jedną z nich są horoskopy. Ale to już inna historia. Kiedyś do nich trzeba będzie wrócić...
poniedziałek, 31 marca 2008
Miłość...
W jednej z rozmów rozmowa zeszła - jak to czasem bywa między zakonnikami - na doświadczenie miłości, która - by być miłością w ogóle - musi być wierna. Nie ma innej miłości, jak miłość wierna, do końca, nieodwołalna. I tak zrodziła się myśl, by podumać nad jednym ze zjawisk współczesności.
* * *
Mieszkają razem, choć nie są małżeństwem. Nie widzą w tym nic złego. Czasem mieszkają osobno, ale gdy się spotykają - zachowują się wobec siebie bardzo swobodnie. Widziałem pary, które nawet w kościele, podczas niedzielnej Mszy św. okazywały sobie jednoznacznie znaki intymnej bliskości. Podobnie na korytarzach uczelni i szkół, także katolickich. O przystankach, restauracjach czy parkach nie ma co nawet wspominać. Obrazki takie można spotkać wszędzie.
W filmach regułą jest, że jeśli na ekranie główny bohater spotyka piękną kobietę, to seks jest tylko kwestią czasu (prawidłowość obowiązuje w obie strony zazwyczaj). Seks jest obecny i widoczny wszędzie: w sztuce (?), w reklamie, w prasie codziennej...
Statystyki (także te prowadzone przez instytucje kościelne) mówią, że dla większości społeczeństwa małżeństwo nie jest koniecznym wymogiem, jeśli chodzi o współżycie seksualne, zwłaszcza w odniesieniu do tych, którzy szukają swojego partnera/partnerki na stałe. Oznacza to, że mniej więcej połowa (przynajmniej) tych, którzy deklarują się jako osoby wierzące, chrześcijanie i katolicy, nie uznaje nauczania Kościoła w odniesieniu do moralności życia seksualnego.
A nauczanie jest proste jak budowa cepa: współżycie seksualne jest godziwe jedynie w małżeństwie, jeśli jest wpisane w wewnętrzną płodność małżeńskiej relacji - to znaczy, kiedy buduje jedność małżonków (jako wspólnoty) i jest otwarte na nowe życie. Rodzi się pytanie, dlaczego?
1. Akt małżeński jest znakiem obustronnego obdarowania sobą - do końca i w pełni. Poza małżeństwem takie obdarowanie nie jest możliwe, bo albo nie jest do końca, albo nie w pełni. Jest rzeczą oczywistą, że przymierze małżeńskie może zostać wypowiedziane, zerwane, że można mu się sprzeniewierzyć. Czym innym jest jednak złamanie zaciągniętego zobowiązania, a czym innym brak jakiegokolwiek zobowiązania.
2. Nawet w małżeństwie nie każde współżycie jest godziwe - jeśli mu brakuje tej wewnętrznej postawy daru, staje się ono próbą zawłaszczenia drugiej osoby, aż po gwałt małżeński włącznie.
3. Przed- czy też szerzej: poza-małżeński seks oznacza próbę dokonania znaku ostatecznej i pełnej miłości, ale znak pozostaje zakłamany, gdyż odarty jest ze swego znaczenia. Współżycie seksualne staje się sposobem rozładowania emocji, zabawą, grą - jak język, w którym kłamstwo jest swego rodzaju konwencją: wszyscy wiedzą, że wszyscy kłamią. Podobnie i tu, powszechna zgoda na bycie razem "bez zobowiązań".
4. Problem w tym, że seks ze swej natury powoduje zaciągnięcie zobowiązania. Najpierw dlatego, że zawsze może zaowocować ciążą. Stąd stosowanie antykoncepcji nie tyle "zabezpiecza przed konsekwencjami" co odsłania nieodpowiedzialność nastawienia i podejmowanych działań. Po drugie, seks zaciąga zobowiązania wobec osoby, z którą się wchodzi we współżycie ze względu na strukturę psychiczną człowieka. W akcie seksualnym osoba zawsze otwiera się tak mocno na drugiego człowieka, że pamięć o tym wydarzeniu zostaje głęboko "wdrukowana" w jego strukturę psychiczną, lub nawet mocniej: w strukturę psycho-fizyczno-duchową.
Nie ma zatem czegoś takiego, jak "seks bez zobowiązań". Nie może być relacji "na próbę", chyba, że od początku jest to próba przegrana.
I jeszcze jedno słowo. Wiem, że są tacy, którzy mieszkają razem przed ślubem, by zaoszczędzić na kosztach utrzymania, ale żyją w czystości i współżycia seksualnego nie podejmują. Odbiór społeczny jest jednak inny - w świadomości otoczenia ich wspólne zamieszkiwanie jest jednoznacznie interpretowane jako życie na wzór małżeński, podczas gdy małżeństwem nie są. Innymi słowy - dają antyświadectwo. I mimo życia w czystości, nie są w porządku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
