Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 14 stycznia 2010
Cios w plecy
czwartek, 7 stycznia 2010
Kolęda
niedziela, 3 stycznia 2010
Trawka
Faktem jest, że stosowanie alkoholu i narkotyków powoduje zagrożenie dla samego zażywającego, jak i jego otoczenia. I mimo braku prohibicji, wykonywanie pracy, czy prowadzenie samochodu, pod wpływem alkoholu jest postrzegane jako działanie społecznie nieakceptowalne. Rzecz w tym, że alkohol znacznie łatwiej wykryć niż narkotyki. Pewnie dlatego samo posiadanie narkotyków traktowane jest tak surowo w większości krajów. Problem pogłębia też fakt, że narkotyki znacznie szybciej uzależniają, pozbawiając człowieka możliwości kontroli swojego zachowania.
W gruncie rzeczy rozumiem jeden powód: nie ma wystarczającej liczby miejsc w więzieniach i możliwości przerobowych w aparacie sprawiedliwości. Zamiast zatem walczyć z narkotykami i narkomanią, proponuje się ich depenalizację lub ograniczoną legalizację. Tak jest łatwiej, taniej... Tak, ten argument rozumiem, ale się z nim nie zgadzam.
Za tą samą logiką idą zwolennicy aborcji, domagając się legalizacji zabijania nienarodzonych dzieci, argumentując to faktem istnienia rozwiniętego podziemia aborcyjnego i aborcyjnej "turystyki". Skoro ludzie i tak coś robią, to łatwiej jest im "przyklepać" coś złego, niż ich wychowywać ku nawróceniu.
Tu dochodzimy do sedna prawy: czy stosowanie narkotyków jest rzeczą dobrą, czy nie? W moim przekonaniu dobre to nie jest. I nie wolno poprzez prawo tworzyć wrażenia, że jest inaczej. Tak jak nie wolno (w perspektywie moralnej) zabijać dzieci , chorych, słabych, bezbronnych, tak też nie wolno, by prawo w imię rozładowania systemu sprawiedliwości dokonało depenalizacji tych działań czy wręcz ich legalizacji. Rozpoznanie niegodziwości czynu wobec poważnej skali jego konsekwencji (indywidualnych i społecznych) powinno skutkować prawem chroniącym interesy tych, którym zagraża wolność działania niektórych, choć niekoniecznie prowadząc sprawcę do więzienia.
Już słyszę jęk oburzenia z powodu porównania legalizacji posiadania narkotyków do legalizacji aborcji czy eutanazji. Niewątpliwie są to sprawy zypełnie odmienne, ale łączy je wewnętrzna niegodziwość czynów, które zwracają się przeciw życiu. W moim przekonaniu, decyzja władz czeskich jest moralnie zła, społecznie szkodliwa i po prostu krótkowzroczna i głupia. Oczywiście, Czesi mieli prawo taką decyzję podjąć; niestety skutki ich decyzji nie ograniczą się do terenu Republiki Czeskiej. Źle się stało.
I obawiam się, że to początek kolejnej pochyłej równi. Że za legalizacją narkotyków, podążą kolejne ruchy legislacyjne - tak jak w Holandii i nie tylko. Po raz kolejny okazuje się, jak wiele racji miał bł. Jan XXIII pisząc w "Mater et Magistra": "żaden chyba przejaw głupoty nie wydaje się bardziej znamienny dla naszych czasów, jak dążenie do utworzenia trwałego i dostatniego porządku życia doczesnego, nie opartego na nieodzownym fundamencie, to znaczy pomijającego Majestat Boga. W ten sposób usiłuje się podkreślić dostojeństwo człowieka, wysuszywszy źródło, z którego to dostojeństwo wypływa i jest zasilane" (MeM 3,4,1).
czwartek, 24 grudnia 2009
Życzenia wigilijne
To rodzinne święta. Dni, gdy staramy się być razem, przebaczamy sobie nawzajem winy, składamy życzenia. Życzenia są różne. Z reguły jakoś sztampowe: zdrowia, pomyślności, sukcesów, pieniędzy… Czasem bardziej a czasem mniej wyszukane, z rzadka jednak odnoszące się do tego, co jest u źródeł tych dni: tajemnicy obecności Boga w życiu człowieka. Rzadko życzymy sobie łaski nawrócenia (bo to brzmi jak oskarżenie), zbawienia (bo to jak życzenie rychłej śmierci) czy wytrwałości w znoszeniu cierpienia (bo to tak, jakbyśmy nie chcieli poprawy). Mało Boga jest w życzeniach, a gdy się już pojawia, brzmi to sztucznie i jakby wstydliwie.
Nie chodzi mi o to, że życząc zdrowia czy sukcesu wykluczamy Pana z naszego życia, ale zachowujemy się niekiedy, tak jakby to nie były Jego urodziny. Świętujemy obecność Boga, nie wspominając o Nim. Niezbyt to miłe. Tak sobie myślę, że gdy padają kolejne życzenia, to może Mu być przykro, iż jest jakby ignorowany, bo choć przecież nie życzymy sobie rzeczy złych, jednocześnie nie są to sprawy najważniejsze. A może są? Może właśnie pokazują, że najważniejsze dla nas wygoda, sukces, kasa… Boże sprawy mamy „w domyśle”, niejako „w tle”, jakby mogły poczekać, lub na zasadzie, że „wiadomo, że tego też sobie życzymy”…
Tegoroczne Boże Narodzenie jest dla mnie zaproszeniem do nawrócenia i wyciszenia. Trzeba mi na nowo zaprosić Chrystusa do domu. To lekcja z Betlejem. Błogosławieństwo Narodzin przychodzi przecież w wyjątkowo mało widowiskowy sposób (jeśli nie liczyć zastępów chórów anielskich, które zbudziły pasterzy). Co więcej, związane jest z sytuacją odrzucenia i ucisku. Rodzinna atmosfera pojawia się tam zatem niejako na przekór wszystkiemu. Błogosławieństwo pokoju ludziom dobrej woli spoczywa na niewielu, bo większość była zbyt zajęta, by je przyjąć. Był wół i osioł, bo – jak mówi prorok – Izrael na niczym się nie zna, i lud Boży niczego nie pojmuje. Stąd wezwanie do nawrócenia, boć przecież tym nie znającym się na niczym Izraelem jest i moje serce.
Życzę więc wszystkim, moim przyjaciołom i wrogom, moim bliskim i dalekim, słuchaczom i czytelnikom, no i sobie, byśmy przyjmowali Boże dary tak, jak są nam dawane. Byśmy w Bogu szukali źródła życia i pokoju. Byśmy pozwolili się prowadzić Jego łasce. Niech dobry Bóg otwiera nasze serca i uzdalnia je do radości i przebaczenia, do wierności w miłości i wytrwałości w cierpieniu.
Dziś Wigilia. Dzień, gdy łamiąc się chlebem, dzieląc wspólny stół, staramy się przyjąć łaskę pojednania, jaką przynosi Wcielony Syn Boży. Dziś mówimy do siebie ludzkim głosem – głosem miłości. Przynajmniej taką mam nadzieję.
wtorek, 22 grudnia 2009
Madryt - Family Day
Spotkanie rodzin zorganizowane przez kard. Antonio María Rouco Varela, arcybiskupa Madrytu, oraz inicjatorów drogi neokatechumenalnej: Kiko Arguello i Carmen Hernandez, odbędzie się z udziałem wielu kardynałów i biskupów. Swój udział potwierdził Abp Józef Michalik, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Spośród kardynałów obecni będą: kard. Ennio Antonelli, prefekt Papieskiej Rady do spraw Rodziny, kard. Antonio Canizares, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, kard.Christoph Schonborn z Wiednia, Georg Sterzinski z Berlina i wielu innych. Z Polski udaje się na tę uroczystość grupa 600 osób ze wspólnot neokatechumenalnych, z tego ok. 30 osób z Lubelszczyzny.
Spotkanie w Święto Świętej Rodziny odbywa się w kontekście bardzo silnej kontestacji obrazu rodziny chrześcijańskiej w prawodawstwie europejskim i w mediach (zgoda na ekspresowe rozwody, legalizacja związków homoseksualnych, aborcja). Europa znajduje się dziś w poważnym kryzysie swojej tożsamości kulturowej i chrześcijańskiej. W krajach o najsilniejszych tradycjach katolickich (Włochy, Hiszpania, Polska) rodzi się dziś najmniej dzieci (ok. 1,2 % na małżeństwo), natomiast najsilniejszy rozwój wykazują muzułmanie (8,1%).
Ojciec Święty Benedykt XVI podczas modlitwy Anioł Pański skieruje z Watykanu swoje słowo do wszystkich uczestniczących w spotkaniu i oglądających je w telewizji. Dlatego serdecznie zapraszamy tych, którzy nie będą mogli pojechać do Madrytu, do włączenia się w tę modlitwę 27 grudnia o godzinie 12:00 – Telewizja Polska Program Pierwszy.
środa, 9 grudnia 2009
Komisja mydlenia oczu
Że na hazardzie zarabia bank wiedzą wszyscy. Zawsze tak było. Bank nie może przegrać. Zarabia balansując ryzyko i tak ustawia kursy, by nie przegrać. Poza tym, trzeba z czegoś żyć, więc nie przegrać to za mało – trzeba zarobić. Problem w tym, że choć wygrać chcą wszyscy, to przegrani zawsze mają pretensje i podejrzewają oszustwo.
Jest rzeczą dla mnie oczywistą, że kasyna są świetnym biznesem. Gdyby nie były, to by ich tyle nie powstawało. Wszyscy są z ich istnienia zadowoleni – gracze, bo mogą przeżyć dreszczyk emocji podczas obstawiania zakładów, i kasyno, bo na tym zarabia. Od czasu do czasu ktoś wygra, dzięki czemu popyt jest na grę utrzymany na odpowiednim poziomie, nie na tyle jednak wygrywa dużo, by kasyno wypadło z interesu. I koło się kręci.
Jak powiedziałem wszyscy z istnienia kasyn są zadowoleni. Nawet państwo, bo podatki płyną wartkim strumieniem. Problem w tym, że dla niektórych za mało wartkim, więc usiłują dojną krowę wydoić bardziej. Kasyna się bronią, lobbując za swoimi sprawami w mniej lub bardziej elegancki sposób. W Polsce w mało elegancki, bo lobbing jest niemal tożsamy z korupcją, a przynajmniej da się go tak odmalować.
Więc odmalowano, i oczywiście wybuchł skandal. Politycy (zwłaszcza opozycyjni, ale to nie dziwi, bo taka ich rola w tym spektaklu, rozdzierali szaty nad totalnym upadkiem moralności rządzących. Powołano komisję śledczą, nikt jednak nie miał i nie ma chyba wątpliwości, że nikomu nie zależało na wyświetleniu całej prawdy o hazardowym lobbingu w polskiej polityce. Opozycja chciała ograniczyć śledztwo do ostatnich dwóch lat (to tak, jakby opisywać przestępstwo na podstawie ostatnich 2 minut napadu na bank), a rządzący – rzekomo, by odsłonić wszystko – zapowiedzieli zamknięcie śledztwa za ostatnie lat piętnaście w cztery miesiące – pomysł równie absurdalny, co realizacja 6 letnich studiów medycznych w ciągu jednego semestru. Nie tarczy czasu na przejrzenie dokumentów, o przesłuchaniu świadków nie wspominając.
Działania Komisji dowiodły, że jej głównym celem istnienia jest pozorowanie pracy, nade wszystko przez stronę rządową. Wiarygodność jej jest żadna: zarówno zamieszanie wokół wyboru przewodniczącego (zresztą z partii rządzącej), jak i wykluczenie dwóch członków ugrupowania opozycyjnego zakwestionowały moralne prawo do jakiegokolwiek śledztwa. Nie można być sędzią we własnej sprawie. Zresztą, w sytuacji, gdy umoczeni są wszyscy, sejm powinien zrezygnować z prób wyjaśniania czegokolwiek i poczekać, aż prokuratura i Najwyższa Izba Kontroli same przeprowadzą śledztwo. Od tego są. A Parlament jest od uchwalania prawa, byle mądrego (co ostatnio nieczęsto ma miejsce, niestety).
A skoro już o uchwalaniu prawa mowa, to ruch Premiera delegalizujący tzw. „mały hazard” i reglamentujący w ogóle zakłady do kasyn może i nie jest zły, jednak sposób przeprowadzenia sprawy jest mocno nieszczęśliwy. Hazard nie jest najmądrzejszym sposobem wydawania pieniędzy. Łatwo się od niego uzależnić i doprowadzić siebie i rodzinę do bankructwa. Szkodliwość hazardu jest potwierdzona przez liczne badania naukowe. Ciekawe jednak, że ochronę przed zgubnymi skutkami hazardu zaczęto od błyskawicznego przeprowadzenia ustawy, bez żadnych działań edukacyjnych, informacyjnych czy propagandowych. Jakoś to dziwne wszystko. Tak jakby nowym prawem miano załatwić problem. Jedyna rzecz, że nie do końca jestem przekonany, czy chodzi o problem hazardu, czy coś innego: utrącenie pana Schetyny, albo zamydlenie komuś czymś oczu. Nie wiem co, ale jakoś to wszystko śmierdzi. Nie pierwszy raz, zresztą.
czwartek, 3 grudnia 2009
Owoce drzewa pokoju Baracka Obamy
Przez ostatnie kilka lat po świecie krążyły opowieści o Najmądrzejszym Prezydencie Najpotężniejszego Państwa na świecie, czyli o Georgu W. Bushu. Rzeczywiście, jego gafy budziły – z różnym natężeniem i częstotliwością – na zmianę wesołość i zażenowanie. Bush się nie obrażał, że ktoś z niego żartuje (żartownisiów chroniła zresztą amerykańska konstytucja i zagwarantowane w niej prawo do swobody wypowiedzi). Mówiono o nim, że jest zbyt gruboskórny, by do niego docierały prześmiewcze uwagi. Trochę żałuję, że inni politycy (zwłaszcza ci, którzy są znani z gaf, przerostu ambicji i kompleksów) nie są równie gruboskórni – życie byłoby zdecydowanie prostsze i spokojniejsze. Jaki Bush był, widzieli wszyscy. Osobiście ceniłem go za jednoznaczną postawę wobec poczętego życia, które usiłował chronić i promować. To, że nie udało się mu obalić wyroku Roe vs. Wade z 1973 roku wynikało (jak myślę) głównie ze struktur demokracji amerykańskiej i mechanizmów nią rządzących. Jak by nie było – może nie był najbłyskotliwszym i najinteligentniejszym mężem stanu, ale był w moim przekonaniu uczciwy, a nie o każdym polityku da się to powiedzieć. Może właśnie przez tę swoją wewnętrzną uczciwość dał się wkręcić w wojnę w Iraku waszyngtońskim jastrzębiom.
Jego następca zdobył prezydencki fotel głównie dzięki błyskotliwej retoryce, obietnicom z kapelusza o nowej jakości polityki zagranicznej i społecznej oraz szerokiemu poparciu biznesu i klasy średniej. Obiecywał pokój na świecie i dobrobyt dla wszystkich (znaczy się, dla wszystkich Amerykanów głównie). Na fali zachwytu nad rzucanymi w kampanii obietnicami został laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. Trudno powiedzieć za co, bo prezydentem był od roku, niczego nie zdziałał (choć wiele obiecywał), ani jako prezydent, ani jako senator (którym zresztą był niewiele dłużej).
Wyraziłem smutne zadowolenie wówczas, że Pokojowego Nobla nie otrzymał Jan Paweł II. Swoista „wpadka” z przyznaniem nagrody Matce Teresie z Kalkuty jest wyjątkiem w serii decyzji, w których wyróżnienie otrzymywały osoby o mocno kontrowersyjnym życiorysie. Pierwszym spektakularnym znakiem, że coś jest nie tak było przyznanie Nobla Jaserowi Arafatowi w 1994 roku. Razem z nim nagrodę otrzymali Premier Izraela Yitzhak Rabin i Minister Spraw Zagranicznych tego państwa Shimon Peres. Jako podstawę podano wysiłki dla pokoju na Środkowym Wschodzie. Problem w tym, że jeszcze rok wcześniej Arafat był nazywany terrorystą, zaś polityka Izraela względem Palestyny była daleka od jakichkolwiek działań o charakterze pokojowym. Innymi słowy, wspomniani panowie otrzymali nagrodę za to, że przestali się bić między sobą, przynajmniej na chwilę.
Pan Jezus mówił, by drzewo oceniać po owocach, a nie nasionach. Na razie nie widzę owoców pokoju Laureata Obamy. Przeciwnie, raz po raz słychać, jak pokojowe obietnice są odwoływane. Pierwotne terminy wycofania wojsk z Iraku dawno już minęły (miała to być wiosna 2009, jeśli ktoś zapomniał). Do Afganistanu wysłanych będzie kolejnych 30 000 żołnierzy, jeśli wierzyć informacjom prasowym. I choć zapowiedział Pan Prezydent, że za półtora roku Stany Zjednoczone wycofają się z tego kraju, od razu dodał, że może się zdarzyć, iż się nie wycofają. Uczy się Pan Obama na swoich błędach. Tak sobie myślę, że po zakończeniu prezydentury Obama powinien otrzymać propozycję zagrania siebie w jakimś filmie, rolę nagrodzoną Oskarem, zanim film wejdzie do dystrybucji. I jeszcze nagrodę Pulitzera za niewydane jeszcze wspomnienia. I złoty medal olimpijski za całokształt twórczości.