środa, 12 listopada 2008

Słowo, które stwarza

Zgodnie z przepięknie namalowanym słowami obrazem z Księgi Rodzaju, Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. W moim przekonaniu owo podobieństwo realizuje się na co najmniej kilku płaszczyznach. Przede wszystkim do Boga jesteśmy podobni w tym, że naszą natura jest miłość – chcemy kochać i być kochani. W miłości odnajdujemy siebie, nasze życie.
Drugim takim podobieństwem do Stwórcy jest zdolność do uczestnictwa w dziele stworzenia, i bynajmniej nie mam na myśli naszych ludzkich zdolności prokreacyjnych związanych z seksualnym wymiarem życia. Chodzi mi o to, że każdym wypowiadanym słowem zmieniamy świat, stwarzając i niszcząc otaczającą nas rzeczywistość. Jakkolwiek niewiarygodnie by to brzmiało, teza nie jest wzięta z sufitu, ale z życia.
Kiedy mężczyzna wyznaje kobiecie, że ją kocha, jej serce się otwiera. Kiedy ktoś nas rani głupim, brutalnym słowem – czujemy, jakby gasło w nas życie. Słowa gniewne nakręcają w nas emocje i gniew, słowa spokojne łagodzą irytację.
Mówię o tym wszystkim, ponieważ niedawno zdałem sobie sprawę, że język, w jakim opowiadam moim studentom o problemach bioetycznych niekoniecznie jest najwłaściwszy. Mówię do nich o zygotach, embrionach, blastocystach, płodach, jakby pomijając milczeniem fakt, że za każdym razem chodzi o dziecko. To prawda, że tamte terminy wskazują na etap rozwoju młodego człowieka, ale jednocześnie jakoś go dehumanizują.
Łatwiej jest zaakceptować eksperymenty na embrionach niż eksperymenty na dziecku. Łatwiej jest myśleć o zygocie jako nie-człowieku, gdy używa się tylko technicznej terminologii medycznej. Łatwiej jest myśleć o nienarodzonym dziecku jako zlepku komórek, gdy słyszy się termin embrion. I niestety, łatwiej jest zgodzić się na terminację procesu rozwojowego blastocysty, niż gdy zacznie się mówić o zabójstwie niewinnego dziecka.
Słowa, które wypowiadamy kształtują nas, nasz sposób myślenia, i nasze postrzeganie świata. Nie wystarcza wiedzieć, że zygota, embrion czy płód to człowiek na różnych etapach swego rozwoju. Trzeba tę wiedzę uczynić częścią siebie, swojego myślenia czy postrzegania. Jednym z najłatwiejszych, a jednocześnie najskuteczniejszych sposobów zbudowania na nowo kultury życia jest zmiana języka, w jakim to życie opisujemy. Że ten embrion czy płód to zawsze jest dziecko. Że kobieta w ciąży nie tyle oczekuje dziecka, co jest już matką. Że poród to nie przyjście na świat, bo na świecie młody człowiek był już od wielu miesięcy, ale to tylko moment zmiany środowiska, w którym żyje.
Nie wolno nam się zgodzić na dehumanizacyjny dyktat cywilizacji technicznej. Jeśli już trzeba, to mówmy: człowiek na takim, albo innym etapie rozwoju. Człowiek! Dziecko! Osoba! Wbrew technologicznej nomenklaturze jesteśmy ludźmi – od poczęcia po wieczność. I warto, byśmy sami to dostrzegli i wypowiedzieli własnymi słowami.

wtorek, 11 listopada 2008

Było takie spotkanie...

W niedzielę po południu celebrowałem Mszę św. w kościele pw. NMP z Lourdes przy ulicy Wileńskiej na warszawskiej Pradze. Po Eucharystii miało miejsce spotkanie z kilkoma małżeństwami, uczestniczącymi w Duszpasterstwie Niepłodnych Małżeństw. Ponieważ całość mojej konferencji-refleksji była nagrywana przez dziennikarkę z Radia Warszawa, informacja o spotkaniu trafiła do KAI-u, tę zaś przedrukowała - jak się dowiedziałem od przyjaciół - nawet "Gazeta Wyborcza". No i rozszalała się burza. W jednym z listów przeczytałem: "Przeczytałem artykuł w Gazecie Wyborczej. Ale to rozjuszyło niektórych komentatorów. Widzę, że internet stał się takim forum, przynajmniej tym forum, które stanowią czytelnicy Gazety, gdzie katolickie poglądy nie mają prawa bytu..."
O co ta burza? Zapraszam do lektury. Pozwoliłem sobie przekleić artykuł z Wyborczej, podpisany, że rodem z KAI-u, mam nadzieję, że nie popełniam z tego tytułu żadnego przestępstwa. Od razu też mówię, że uważam poniższą relację za dosyć rzetelną. A co do wytłuszczonego wprowadzenia - motyw do tego zdania zaczerpnąłem z C.S. Lawisa, "Siostrzeniec czarodzieja" (kto zna, natychmiast się zorientuje, a innych odsyłam do lektury).

Ks. Kieniewicz: Dziecko z in vitro nie przyniesie do domu szczęścia
KAI 2008-11-10, ostatnia aktualizacja 2008-11-10 17:14:29.0

- In vitro przyniesie dziecko do domu. Jeżeli jednak ma to być tylko spełnienie pragnienia rodziców, to nie przyniesie ono im do domu szczęścia i radości. Tego błogosławieństwa, które było im przygotowane przez Boga - powiedział ks. Piotr Kieniewicz podczas spotkania w warszawskim Duszpasterstwie Niepłodnych Małżeństw.
Kapłan przekonywał, że nie posiadanie dziecka, ale życiodajność małżeństwa jest planem bożym.

Jak przypomniał ks. Kieniewicz z zapłodnieniem in vitro wiąże się wiele problemów moralnych: nadliczbowe embriony, kwestia skuteczności metody, problem zdrowia kobiety poddawanej zabiegowi, sposób pozyskania materiału genetycznego. - Temu wszystkiemu Kościół mówi nie, wskazując na to, że zostaje naruszona godność osoby, zarówno małżonków jak i przyszłego dziecka - powiedział kapłan.

- Płodność małżonków jest ich darem i tajemnicą - tłumaczył etyk - Wyprowadzenie tego spoza małżeństwa oznacza odarcie największej tajemnicy ich miłości, właśnie z tajemnicy, a tym samym odarcie ich z godności. Jeden z elementów zjednoczenia małżeńskiego w in vitro jest dany komuś aby się tym zajął - dodał. Ks. Kieniewicz podkreślił, że "dziecko ma prawo do tego, żeby być owocem miłości z zachowaniem tego sacrum, że od początku do końca jest nietknięte".

Etyk przypomniał, że małżeństwo jest miejscem, gdzie rodzi się życie. Jak naucza Kościół nie jest to kwestia płodności biologicznej, ale miłości pomiędzy mężem i żoną. - Pierwszym beneficjentem tej miłości są właśnie małżonkowie, kiedy ich relacja zaczyna tętnić życiem - mówił prelegent. - Tak rodzi się środowisko, w którym powstaje miejsce na nowe życie - tłumaczył.

Ks. Kieniewicz stanowczo przypomniał, że rodzice nie mogą traktować dziecka jako spełnienia swojego marzenia, środka do celu. Zdaniem zakonnika dotyczy to także poczęć naturalnych, kiedy "dzieci są zaspokojeniem potrzeby rodziców bycia rodzicami". W takich rodzinach obok dobrej pracy, majątku, o poczuciu spełnienia rodziców decyduje także posiadanie dzieci.

Małżeństwom dotkniętym problemem niepłodności, jako lekarstwo Kościół pokazuje miłość. W takich rodzinach też jest miejsce dla dzieci, ale nie dziecko, tylko życiodajność tego małżeństwa jest planem Boga. - Adopcja, tak jak ją Kościół rozumie, rodzi się z miłości, która daje przestrzeń na nowe życie. I wtedy nie jest ważne czy to jest dziecko z ośrodka adopcyjnego czy poczęte w sposób naturalny - mówił ks. Kieniewicz.

"Dziecko poczęte z myślenia rodziców, że zrobią wszystko, aby je mieć, nie przyniesie do domu szczęścia i radości. Nie to, które było im przygotowane przez Boga. Dziecko będzie, ale nie będzie błogosławieństwa" - dodał kapłan.

Prelegent przypomniał także o niskiej skuteczności in vitro. Według najlepszych ośrodków szacowana jest ona na 30 proc. Takie wyniki są uzyskiwane kiedy do procedury kwalifikuje się młode małżeństwa, najchętniej starające się o dziecko krócej niż rok, a także nie liczy się ilości prób podejmowanych przy zapłodnieniu, tylko ilość małżeństw, które ostatecznie mają ciążę. W ten sposób eliminuje się także wszystkie sytuacje niepowodzenia metody: przedwczesny poród, deformacje dziecka zakończone aborcją, śmierć okołourodzeniową, czy późniejszą śmierć z powodu komplikacji porodowych.

Zdaniem kapłana skuteczność metody in vitro - jeżeli liczymy ilość podjętych procedur i ilość poczęć - wynosi od 6 do 10 proc. Jeżeli bierzemy pod uwagę ilość poczęć zarodków w stosunku do dzieci urodzonych, w najlepszym razie skuteczność tej metody to 1-2 proc. Najczęściej bowiem do życia przy zapłodnieniu in vitro powołuje się od 10 do 15 zarodków.

Dyskusja z ks. Piotrem Kieniewiczem miała miejsce w ramach comiesięcznego cyklu spotkań Duszpasterstwa Niepłodnych Małżeństw. Inicjatywa spotkań powstała z potrzeby umocnienia duchowego małżonków, którzy mają problem z poczęciem własnego potomstwa. Prof. Bogdan Chazan, ginekolog i położnik szacuje, że trudności z poczęciem dziecka ma około 20 proc. małżeństw w Polsce. Jednakże problem bezpłodności dotyczy około 7 proc. z nich, co oznacza, że pozostałe, po podjęciu leczenia, mogą począć potomstwo.

KAI

* * *

Prawdę mówiąc, nie dziwię się burzy na gazetowym forum. Jeślibym miał cokolwiek dodać do przytoczonego tekstu, to tylko tyle - powiedziałem to też na rzeczonym spotkaniu - każde życie jest bezczenne. Każde życie trzeba przyjąć i ukochać, także to, które poczęte jest metodą in vitro. Nie ma gorszych dzieci, nie ma dzieci mniej zasługujących na miłość. Są tylko takie, które są źle kochane.
Nie osądzam nikogo, ani rodziców ani lekarzy. Myślę, że w wielu przypadkach ich działanie podyktowane jest dobrymi pragnieniami i chęcią zaradzenia trudnej, by nie rzec - dramatycznej sytuacji. Odrzucając in vitro, odrzucam działanie, ponieważ postrzegam je jako niegodziwe. Co zrobią ludzie z tą moją oceną - pozostawiam ich sumieniu. Mam nadzieję, że wezmą przytoczone argumenty pod uwagę. Jeśli zaś nie - trudno. Ja będę wiedział, że nie milczałem, tchórzliwie ukrywając rozpoznaną prawdę.

środa, 5 listopada 2008

Krajobraz po bitwie

No i po wyborach. Wszyscy sobie gratulują, wszyscy zapewniają o możliwej współpracy i co ciekawe – tradycja dotychczasowych wyborów prezydenckich pokazuje, że nie są to zapowiedzi gołosłowne. Taki kraj, gdzie wszyscy są przyzwyczajeni, że zwycięzca bierze wszystko – i głosy i władzę i odpowiedzialność. Chociaż nie, odpowiedzialność nie całą. Odpowiedzialność spoczywa na wszystkich i nikt ze świadomie uczestniczących w życiu publicznym Amerykanów się od niej nie wymawia. Przynajmniej oficjalnie. I jeśli załatwia ktoś swoje własne sprawy (to znaczy dba o reelekcję do Senatu czy Izby Reprezentantów), to nie kosztem odpowiedzialności za swój region wyborczy i kraj – to zresztą byłoby działanie samobójcze, bo nieodpowiedzialnych polityków, awanturników, kryminalistów, aferzystów się tam nie wybiera. Praktycznie zawsze, gdy okazuje się, że ktoś jest w czymś umoczony, to sam się wycofuje z życia publicznego. Czasem jest to element układu z prokuratorem, a czasem nie.
Jak inaczej to wszystko wygląda u nas. U nas odnosi się wrażenie, że kampania wyborcza trwa w najlepsze przez całą kadencję parlamentu i prezydenta. Kłótnie i spory powodują niekiedy paraliż decyzyjny lub pociągają za sobą decyzje iście kuriozalne. Ale cóż, co kraj to obyczaj.
Dlaczego Amerykanie wybrali Baracka Obamę? Myślę, że powodów można wymienić co najmniej kilka. Pierwszym, który napędził mu zwolenników był wciąż urzędujący w Białym Domu George W. Bush. Agresywny w polityce międzynarodowej, niezgrabny w dyplomacji i w polityce wewnętrznej – zarówno jego osoba jak i podejmowane decyzje systematycznie podkopywały sympatie wobec partii republikańskiej. Dlatego wołanie Obamy o zmianę (zmieńmy cokolwiek, gorzej być nie może) trafiło na niezwykle podatny grunt.
Drugim powodem był lęk o przyszłość. Narastający kryzys ekonomiczny był świetną pożywką dla socjalistycznie brzmiących obietnic demokratycznego kandydata, domagającego się podwyższenia podatków dla bogatych i coraz szerszego wsparcia najuboższych. Mało kto zauważał, że kierunek ten podcina sam fundament gospodarki amerykańskiej, opartej na inicjatywie obywatelskiej, ale też na świadomym podjęciu ryzyka. W sytuacji kryzysu finansowego Amerykanie zatęsknili do europejskiej wizji państwa opiekuńczego, nie zdając sobie sprawy, że ceną za jej przyjęcie może być krach ekonomiczny na niespotykaną w ich historii skalę.
Po cichu mam nadzieję, że socjalistyczny program Baracka Obamy pozostanie nietknięty na papierze, że z wielkiego gadania o przemianie niewiele będzie. Zbyt wiele zobowiązań podjął senator z Illinois podczas swojej kampanii, gdy gromadził fundusze na jej sfinansowanie. Zbyt wiele obietnic musiał złożyć tym bogatym, by teraz im móc odebrać kolejne kwoty poprzez podniesienie podatków. Poza tym, prezydent USA, przy całej władzy, jaką mu daje konstytucja, musi się liczyć z Kongresem. Nie jest jednowładcą. Jeślibym zatem miał obstawiać, to powiedziałbym, że będzie tak, jak jest. Zmienią się zatem tylko garnitury… W każdym razie, taką mam nadzieję.
Co do prowadzonej przez USA polityki też wielkich zmian nie oczekuję. Zapewne w polityce zagranicznej będzie ciut spokojniej. Jedyna poważna zmiana, której się szczerze obawiam, odnosi się do kwestii moralnych. Obama w sferze moralnej jest nie liczącym się z wartością poczętego życia liberałem, co przy demokratycznej większości w Kongresie może doprowadzić do wielu tragicznych zmian legislacyjnych. Może jednak nie będzie tak źle, może się znajdzie wystarczająco wielu sprawiedliwych…

czwartek, 30 października 2008

Dyskryminacja

Kilka dni temu podrzucono mi link o Garym McFarlane’ie, seksuologu i terapeucie chrześcijańskim, którego dyscyplinarnie usunięto z pracy, ponieważ otwarcie przyznał, że jako chrześcijanin nie może udzielać porad seksuologicznych osobom homoseksualnym. Komentując swoje zwolnienie Gary McFarlane powiedział, że odbiera to jako ewidentną formę dyskryminacji, przejaw coraz powszechniejszego nastawienia antychrześcijańskiego. Dodał, że gdyby takie obiekcje wyraził będąc wyznawcą islamu, z całą pewnością by go nie zwolniono.
Cała historia miała miejsce w Wielkiej Brytanii, ale prawdę mówiąc, równie dobrze mogła się zdarzyć gdziekolwiek indziej, chyba nawet w Polsce. Bo w Polsce chrześcijanie też są dyskryminowani; niekoniecznie na poziomie instytucjonalnym – tu czasem są wręcz nadmiernie i niepotrzebnie eksponowani. Kiedy mówię o dyskryminacji, mam na myśli swoiste wykluczenie społeczne ludzi, którzy na co dzień radykalnie żyją Ewangelią. Szyderstwa, obelgi, utrudnienia w znalezieniu lub utrzymaniu pracy niemal codziennie spotykają rodziców (zwłaszcza matki) rodzin wielodzietnych. Lekarzy chrześcijańskich, odmawiających dokonania aborcji czy przepisywania środków antykoncepcyjnych odsądza się – jak to dawniej mawiano – od czci i wiary. Polityków, którzy konsekwentnie kierują się zasadami moralności chrześcijańskiej określa się mianem radykalnych, by nie rzec – oszołomów. O moherowych beretach nie ma co wspominać – kontekst, w jakim termin ukuto mówi sam za siebie.
Oczywiście, środowiska niechrześcijańskie wypierają się działań i postaw dyskryminacyjnych. Mówią o równych szansach, o równości wypowiedzi… Rzecz w tym, że efektem wprowadzania „oświeconego” podejścia do rzeczywistości byłoby zamknięcie chrześcijanom ust. Publicznie wolno byłoby powiedzieć wszystko, byle o Bogu i płynących z wiary w Niego wartościach nie wspominać. Wolno byłoby mieć dowolne przekonania, ale wiara nie mogłaby wpływać na działania w życiu publicznym. Duchowni niemal traciliby prawo do publicznego wypowiadania się z racji pełnionej przez siebie funkcji. Tak byłoby, gdyby spełnione zostały postulaty laickości państwa, państwa, w którym ateizm urósłby do klucza życia publicznego.
Dzisiejsza Europa nie jest daleka od tego stanu rzeczy. Postulat tolerancji dawno zamienił się w dyktat mniejszości, w którym pod pozorem ochrony praw różnego rodzaju mniejszości, ogranicza się możliwości działania ludziom wierzącym. Najbardziej ograniczani są chrześcijanie – najmniej wyznawcy islamu, choć i wobec nich laickie lobby bywa niekiedy agresywne. Promuje się natomiast wszelkiego rodzaju mniejszości, w prowokacyjny sposób eksponując ich przekonania i przeciwstawiając je nauczaniu (nade wszystko nauczaniu moralnemu) wierzących.
Jeśli dla ateistów i – jak sami siebie określają – racjonalistów krzyż nic nie znaczy, to czemu tak domagają się usunięcia go z urzędów i miejsc publicznych. Dla chrześcijan obecność krzyża jest nie mniej ważna, co dla osób niewierzących jego brak. Chrześcijaninem się jest, a nie bywa, dlatego nie można „zawiesić” swojego chrześcijaństwa za drzwiami gabinetu czy biura. A jeśli ktoś się boi, że spowoduje to nieprawidłowości w funkcjonowaniu biur i urzędów, to w moim przekonaniu może się tak zdarzyć tylko wtedy, gdyby prawo regulujące działanie tych instytucji było niemoralne. Wiara chrześcijańska wzywa do prawości sumień, uczciwości i solidności w pracy. Czy zatem nie lepiej byłoby, gdyby te wartości zajmowały naczelne miejsce w życiu?

czwartek, 23 października 2008

Hańba - nie-hańba

Przegłosowano ustawy o komercjalizacji szpitali, a zgromadzeni na sali posiedzeń Sejmu widzowie (głównie pielęgniarki) okrzyczeli decyzję parlamentu mianem hańby. Zastanowiło mnie to, i zasmuciło. Zastanowiło, bo uwidoczniło całkowity brak zrozumienia dla potrzeby urealnienia kosztów funkcjonowania służby zdrowia w Polsce. Zasmuciło – gdyż okazało się, że temu brakowi zrozumienia towarzyszy brak chęci zmiany stanu rzeczy.
Od lat mówi się o dramatycznej potrzebie reformy służby zdrowia. Z regularnością pór roku media donoszą o długach szpitali i próbach ich ratowania. Równie regularnie pojawiają się protesty ze strony personelu medycznego i żądania reformy oraz kolejnych podwyżek. Podwyżki zazwyczaj „jakieś” (nie za duże, zazwyczaj) są przyznawane, zapowiedzi reformy są ogłaszane i na tym rzecz się kończy. Od 1989 roku reforma systemu zdrowia sprowadziła się do utworzenia kas chorych, zastąpionych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Niezależnie od przyjętych nazw i szczegółowych uregulowań prawnych, system pozostał praktycznie niezmieniony: służba zdrowia była i jest finansowana z budżetu państwa, tyle że poprzez fundusze celowe. Siłą rzeczy, jeśli pojawiały się problemy (takie jak zadłużenie), pompowano w system kolejne transze gotówki.
Wiadomo, że ochrona zdrowia jest praktycznie workiem bez dna. Jest w stanie zużyć dowolną ilość środków finansowych, chociażby poprzez wprowadzanie coraz nowocześniejszych metod i procedur diagnostycznych i terapeutycznych, oraz przepisywanie coraz nowocześniejszych leków. Nowocześniejszych, czyli droższych. Głównymi beneficjentami ich zastosowania nie zawsze są chorzy, ale zawsze są ich producenci (ale to osobna historia, na inną okazję).
Każdy chce być leczony jak najlepiej. Każdy wie, że to kosztuje. Ale, jak długo nie widzimy rachunku do zapłacenia, niespecjalnie się tym przejmujemy. Lekarze nie przejmują się cenami leków, bo za nie nie płacą – płacą pacjenci. Pacjenci nie przejmują się kosztami badań, jak długo płaci za nie NFZ. Dyrektorzy szpitali nie przejmują się nawet rachunkami za prąd i ogrzewanie, bo rosnący dług zawsze jakoś – w ten czy inny sposób – uregulowywało państwo (czyli my wszyscy). I choć rodziło to ogromne pole do nadużyć i niegospodarności, byliśmy zadowoleni. Nie widząc przecieku, żyliśmy beztrosko korzystając z „bezpłatnej” ochrony zdrowia. Problem w tym, że ten przeciekający zbiornik zaczął zagrażać naszemu bezpieczeństwu.
Komercjalizacja szpitali rzeczywiście może w ostatecznym rozrachunku doprowadzić do prywatyzacji przynajmniej niektórych z nich. Najpierw jednak zmusi nas wszystkich do urealnienia możliwości i kosztów ich utrzymania. Zmusi nas do sprawdzenia, czy nas stać na nieograniczony dostęp do świadczeń. Nie ma bowiem co się łudzić – tzw. koszyk świadczeń gwarantowanych obejmuje zdecydowaną większość procedur medycznych.
Każdy z nas wie, że budżet gospodarstwa domowego jest ograniczony. Nie możemy sobie na wszystko pozwolić, bo doprowadzimy samych siebie do bankructwa. Obecny kryzys finansowy na świecie właśnie stąd się wziął, że ludzie żyli na kredyt bez opamiętania. Jeśli jest dla nas oczywiste, że musimy rozsądnie gospodarzyć własnym budżetem domowym, czemu tak trudno nam zrozumieć, że jako społeczeństwo też dysponujemy tylko ograniczonym zasobem środków. Wszystkiego mieć nie możemy. Wszystkiego mieć nie będziemy.
Wiem, że przegłosowana we wtorek ustawa wzbudziła oburzenie i protesty środowisk medycznych, tak lekarzy jak i pielęgniarek. Ja się nie oburzam. Powiem więcej, cieszę się z tej ustawy, zarówno jako teolog moralista, jak i jako pacjent. Jako teolog widzę w niej szansę na urzeczywistnienie dobra wspólnego duchu odpowiedzialności, gdyż każdy szpital będzie miał realnego gospodarza – samorząd terytorialny. I społeczność lokalna będzie mogła decydować czy i ile chce na szpital łożyć, czy i ile chce przeznaczyć na opiekę nad chorymi. Innymi słowy, proces ten pozwoli na ukazanie, ile w naszej trosce o najsłabszych jest z deklaracji, a ile z ducha ofiary. Jeżeli bowiem urealnienie kosztów oznaczać ma pogorszenie sytuacji ludzi chorych, to znaczy, że oni zawsze byli na przegranej pozycji względem zdrowych i silnych, tylko o tym nie wiedzieli.
Jako pacjent też się cieszę z reformy i to podwójnie. Po pierwsze po raz pierwszy ktoś chce coś zrobić poza pompowaniem pieniędzy w niewydolny system. Po drugie wiem, że pańskie oko konia tuczy i obecność prawdziwego gospodarza będzie lepszym gwarantem mojego bezpieczeństwa niż inspektorzy NFZ, przy całym moim szacunku dla wykonywanej przez nich pracy. Nie wierzę w „darmową” ochronę zdrowia, więc chcę, by szpitalami ktoś mądrze zarządzał. Chcę, by były gotowe na przyjęcie mnie, gdy choroba lub wypadek zmusi mnie do szukania w nich pomocy. A jeśli się okaże, że lepiej zarządza szpitalem prywatna osoba lub firma – cóż, niech i tak będzie. W końcu ubezpieczenie zdrowotne po coś każdy z nas opłaca, czyż nie?

czwartek, 16 października 2008

Kłótnia

Zastanawiałem się, o co chodzi Premierowi i Prezydentowi. I chyba jak zawsze chodzi o ego. Problem w tym, że kosztem nas wszystkich, kosztem obrazu kraju na arenie międzynarodowej. Teraz już nie ma znaczenia, kto ma rację. Dla kłócących się dziś polityków nie jest ważne, kto ma rację, tylko kto postawi na swoim. Koszmar.

Usłyszałem dziś zdanie: "a ja ich zlewam". Może to nie jest szczyt uprzejmości, ale doskonale oddaje moje samopoczucie w tej kwestii. Kłótnie dwugłowego smoka jakoś nie nastrajają mnie do podejmowania obywatelskich obowiązków, w tym obowiązku uczestnictwa w wyborach, gdy nadejdzie pora. Z drugiej strony za każdym razem idę z nadzieją, że może tym razem będzie inaczej. No i jest... jak zwykle.
Wydaje mi się, że jeśli tak dalej pójdzie, w końcu dojdzie do zmiany konstytucji i albo Premiera zrobią Prezydentem, albo Prezydenta Premierem. Smok dwugłowy, stanie się smokiem jednogłowym i przynajmniej nie będzie się kłócić. Czy będzie mądrzejszy - gwarancji nie ma żadnych, ale może będzie ciut mniej żałosny.

wtorek, 14 października 2008

Kampania

Niedawno dowiedziałem się, że pewna szacowna fundacja (słyszałem o niej wiele dobrego w swoim czasie) zajmująca się m.in. pomocą osobom uzależnionym od alkoholu i narkotyków rozszerzyła swoją aktywność o pomoc osobom zagrożonym i zarażonym wirusem nabytego braku odporności, czyli HIV. Wśród haseł reklamujących akcję "Obudź się! Żyj!" natrafiłem na dodane przez kogoś (na szczęście odrzucone przez nadawcę reklamy ale i samą fundację zdanie: "Czy możesz sobie pozwolić na pełne zaufanie?"
Obudziło ono we mnie smutną refleksję związaną głównie z innymi, dosyć mocno reklamowanymi programami profilaktyki HIV/AIDS. Takie pytania, stawiają w moim przekonaniu pod znakiem zapytania sam fundament jedności małżeńskiej. Nie ma - przynajmniej od ludzkiej strony (bo przecież jest jeszcze łaska sakramentu) - ważniejszej rzeczy między mężem i żoną, jak bezwarunkowe zaufanie. Niestety, zakwestionować zaufanie jest łatwo. Wbić klin nieufności jest łatwo. A skutki mogą być opłakane. Podejrzliwość i nieuzasadniona zazdrość stopniowo jątrząc w sercu człowieka stopniowo czynią go niezdolnym do miłości.
Zdaję sobie sprawę, że autorzy programów profilaktycznych starają się podejść do rzeczywistości w sposób realistyczny. Wiedząc, że współżycie seksualne jest traktowane jako rzecz oczywista niezależnie, czy ludzi łączy węzeł małżeński, czy też nie, wskazują na łatwość zainfekowania wirusem HIV. Wszystko prawda. Paradoksalnie jednak wpisują się w ów klimat akceptacji dla powszechnej demoralizacji, niejako potwierdzając to założeniem, że "wszyscy to robią" i "do nikogo nie można mieć pełnego zaufania".
Mało kto dziś wierzy w czystą, wolną od seksu przyjaźń między mężczyzną a kobietą. Mało kto wierzy w piękne, czyste narzeczeństwo i w bezkompromisową wierność małżeńską. Z góry zakłada się, że jeśli mężczyzna jest sam na sam z kobietą, to będą współżyli. Z góry też zakłada się, że niemożliwe jest wychowanie do czystości i wstrzemięźliwości seksualnej. Z tego braku wiary rodzą się programy nazywane profilaktyką AIDS i kampanie wzywające do robienia testów na obecność wirusa HIV.
Wydaje mi się, że nie wszystkie tego typu inicjatywy dadzą się pogodzić z chrześcijańską wizją małżeństwa i rodziny i z chrześcijańską wizją świata. Program ABC (Abstynencja, Bycie wiernym i Prezerwatywy - ang. Comdom, stąd nazwa programu) właśnie ze względu na propagowanie użycia prezerwatywy jest nie do pogodzenia z chrześcijańską wizją moralności. Przed zakażeniem drogą seksualną chroni wyłącznie abstynencja poza małżeństwem i wierność w małżeństwie. Współżycie poza małżeństwem jest ze swej natury niegodziwe, i nie widzę żadnego powodu, by uznawać je za normalne i dobre, nawet jeśli grzech cudzołóstwa ma charakter niemal powszechny.
Co zatem mogą zrobić chrześcijańskie organizacje, jeśli chcą włączyć się w profilaktykę HIV/AIDS? W moim przekonaniu mogą i powinny promować chrześcijańską wizję moralności. Że nie dostaną na to pieniędzy z Unii Europejskiej czy Ministerstwa Zdrowia? Trudno... Wiara nie jest po to, by zarabiać, a ci, którzy ją traktują jako źródło zysku, najlepiej na tym w ostatecznym rozrachunku nie wychodzą. Że będziemy jako chrześcijanie wyśmiewani i krytykowani - cóż, a bo to pierwszy raz?