piątek, 27 listopada 2009

Bóg jest po naszej stronie także w czasie ciemności

Różne są cierpienia. Jeden choruje, drugi się chorym opiekuje. Jeden kocha bez wzajemności, inny tęskni za osobą ukochaną, z która się nie może spotkać. Jeden pracuje w skandalicznych warunkach, drugi nie ma wcale pracy. Jedni widzą w cierpieniu karę za grzechy (należną lub nie) inni – dopust Boży. Dla jednych cierpienie jest rzeczywistością nie do zniesienia, niszczącą i pozbawioną sensu, dla drugich jest szansą, by ujawniła się – jak to ujął Jan Paweł II – „moralna wielkość człowieka”. Wszystkie cierpienia łączy to, że dotkliwie naznaczają człowiecze życie.

Rzeczywistością cierpienia zajmowali się ludzie od niepamiętnych czasów, starając się rozgryźć jego wewnętrzną naturę i sens. Nie zamierzam na łamach tego felietonu rozgryźć ukrytą od zawsze tajemnicę. Chcę natomiast powiedzieć kilka słów o mojej wierze w Boga, w kontekście cierpienia właśnie. Bo ja wierzę, że Bóg jest dobry, że stoi po stronie człowieka i że w człowieczym cierpieniu jest obecny w sposób szczególny i wyjątkowy.

Dla niektórych ze spotkanych przeze mnie ludzi cierpienie jawi się jako kara za grzechy. Jakoś nie bardzo mi się to widzi. Karą za grzechy jest śmierć, mówi Święta Księga, śmierć wieczna, a więc piekło. Jednocześnie ta sama Święta Księga pokazuje nam Jezusa, Syna Bożego, który bierze na siebie moje, nas wszystkich grzechy i sam umiera na krzyżu. On umiera, aby grzeszny człowiek już nie musiał umierać! A potem zmartwychwstaje, aby nie utracił nadziei. Więc nie wierzę, by Bóg, który bierze na siebie ludzkie grzechy karał potem za nie grzeszników. Natomiast mam świadomość, że zaoferowanej grzesznikowi łaski przebaczenia, ten może nie przyjąć. Człowiek może odrzucić nadzieję wiecznego zbawienia. Człowiek może wybrać śmierć! I Bóg człowiekowi na ten wybór pozwala właśnie dlatego, że go kocha, bo szanuje jego wolność i jego wybory. Pozwala odejść, ale do końca woła, aby wrócił. I płacze, gdy syn marnotrawny nie wraca.

Problem w tym, że gdy ktoś wybiera śmierć, konsekwencji tego wyboru doświadcza nie tylko on sam, ale i wielu ludzi z jego otoczenia. Konsekwencją odrzucenia Boga było Auschwitz, konsekwencją był Katyń. Taką samą konsekwencją są połamane serca wielu ludzi, którym ich bliscy wyrządzili krzywdę. I tak, jak Bóg idzie za odchodzącym grzesznikiem i woła go do powrotu, tak krzywdzonym ludziom również towarzyszy – tym razem jako jeden z nich: Sprawiedliwy, zabity za niewinność, bo był niewygodny.

Towarzyszy tym, których dotykają choroby i klęski żywiołowe. Im też mówi o swojej miłości. Ich też zaprasza, by uwierzyli, że jest z nimi, że ich chce przeprowadzić przez Dolinę Cienia. Zazwyczaj Jego obecność nie usunie bólu i cierpienia z życia. Zazwyczaj podążanie za Bogiem nie rozprasza panujących ciemności. Bóg, w którego wierzę, nie czyni życia łatwiejszym. Sam stając się jednym z nas, przyjął na siebie wszystkie trudy codzienności. Nie zdejmie więc z nas innego ciężaru, jak tylko ciężar grzechów. Nie ulży brzemieniu, ale wzmocni siły. Nie rozjaśni mroku, ale przezeń przeprowadzi. Nie cofnie śmierci, ale zaprosi do życia wiecznego – jeśli Mu zawierzymy i damy Mu się poprowadzić.

A jeśli nie uwierzymy? A jeśli nie pozwolimy, by był naszym przewodnikiem? Z bólem rozdartego miłością serca pozwoli nam ponieść konsekwencje naszych wolnych, acz głupich wyborów.

środa, 18 listopada 2009

Krzyż i wrogowie

"Zgorszenie dla Żydów i głupota dla pogan" – tak o recepcji przesłania Krzyża pisał św. Paweł. Jak widać, po kilkunastu wiekach, gdy krzyż w sposób oczywisty wiązany był z kulturą i tożsamością ludów Europy, przyszedł czas, gdy słowa Apostoła Narodów odzyskały swoją aktualność. Wyrok Trybunału Sprawiedliwości – swoją drogą, po raz kolejny Trybunał sprawiedliwości stał się narzędziem niesprawiedliwości – wywołał histerię wśród lewicowych, antykatolicko nastawionych polityków. Prym w tym gronie wiedzie pani Joanna Senyszyn, która nie jest w stanie przepuścić jakiejkolwiek okazji zadania ciosu wspólnocie chrześcijańskiej.

Ciekawa rzecz, że ten sam przepis, w oparciu o który orzeczono wyrok Trybunału, może być podstawą przeciwnego wyroku – gdyby znalazł się ktoś, kto domagałby się obecności krzyża w klasie, wiedziony przywołaną w sentencji wyroku logiką sąd musiałby przyznać skarżącej osobie rację.

Musiałby?

Obawiam się, że znalazłyby się wówczas inne przepisy, które by uniemożliwiły wydanie takiego, korzystnego dla chrześcijan, orzeczenia. Zarówno bowiem władza ustawodawcza, jak i sądownicza w zjednoczonej Europie zdają się służyć propagowaniu niemoralności i swoistych prześladowań na tle przekonań religijnych. Piszę „swoistych”, ponieważ – póki co – nikt jeszcze z powodu wyznawanej wiary do więzienia nie trafił, ale wiele wskazuje na to, iż zmierzamy w tym kierunku. W niektórych państwach pewne precedensy miały już miejsce: wprowadzono zakaz noszenia symboli religijnych czy strojów odnoszących się do wyznawanej wiary; nieprzestrzeganie tych praw spowodowało utratę pracy przez całkiem sporą grupę osób.

Obecność krzyża w miejscach publicznych narusza rzekomo zasadę świeckości państwa. Pomijam fakt, że do niedawna mówiono o „neutralności światopoglądowej”; zmiana wskazuje na zawężanie obszaru akceptowalnej obecności chrześcijan w życiu publicznym. Oczywiście, wolno chrześcijanom mieć swoje przekonania i sprawować praktyki religijne, ale tylko w ten sposób, by w żaden sposób nie naruszało to spokoju tych, którzy z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego.

Jest rzeczą ciekawą, że pani Senyszyn et consortes walczy o usunięcie krzyży z każdej szkoły i urzędu, choć do żadnej szkoły już chodzić raczej nie będzie. Jakoś bym rozumiał jej zaangażowanie, gdyby chodziło o usunięcie krzyży z jej osobistego otoczenia (o co zresztą całkiem aktywnie z pewnością zabiegała i zabiega). Krzyż ją drażni i irytuje. Dlaczego? Bo jest znakiem miłości większej niż grzech? Bo jest znakiem wiary, której nie rozumie i której się sprzeciwia?

Mam nadzieję, że krzyże na ścianach polskich szkół i urzędów pozostaną, tak jak mam nadzieję, że pozostaną w polskich domach i – co najważniejsze – w polskich sercach. A jeśli nam je pozdejmują – mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy powieszą nowe (jak za starych, smutnych czasów). A jeśli nawet się nie uda (choć cóż miałoby sprawić, by się nie udało?), to mam nadzieję, że chrześcijanom wystarczy odwagi, by nosić krzyże na piersiach, w klapach marynarek, by czynić znak krzyża publicznie i pozdrawiać się w imię Jezusa Chrystusa. I mam nadzieję, że gdy będą nas prześladować za krzyż, nie zabraknie nam miłości wobec naszych nieprzyjaciół.

czwartek, 12 listopada 2009

5 minut Wałęsy

Rocznica obalenia berlińskiego muru pewnie by przeszła bez większego echa, jeśli chodzi o mnie, gdyby nie dwie wypowiedzi: Lecha Wałęsy, który jednoznacznie powiedział, że zjednoczenia Niemiec nie byłoby bez Papieża-Polaka, oraz rosyjskiego prezydenta Miedwiediewa, który domagał się docenienia roli Związku Radzieckiego w tym procesie. Te dwa głosy chyba najlepiej pokazują, jak różne perspektywy można mieć na jedno wydarzenie.

Niewątpliwie Związek Radziecki odegrał w procesie zjednoczenia Niemiec rolę kluczową, i to wielokrotnie. Najpierw doprowadził bowiem do ich podziału, będąc jednocześnie głównym inicjatorem wzniesienia muru oddzielającego strefę tzw. Berlina Zachodniego od reszty miasta. Warto też pamiętać, że głównym celem istnienia znacznych sił militarnych ZSRR w sowieckiej strefie okupacyjnej (nazwanej później Niemiecką Republiką Demokratyczną) było przygotowanie przyczółka do ekspansji socjalistycznego raju na Zachód. W tym kontekście opiewane pochwałami przyzwolenie Sowietów na zjednoczenie Niemiec przypomina chwalenie porywacza, że dobry z niego człowiek, skoro nie zabił, a jedynie poturbował i po otrzymaniu stosownego okupu – wypuścił, nie ponosząc żadnych konsekwencji swojej zbrodni.

Sowieci nie ponieśli bowiem żadnych konsekwencji dokonanych zbrodni przeciw ludzkości, w tym tej nas najmocniej dotyczącej – katyńskiej. Demontaż systemu trudno uznać za ich porażkę. Przeciwnie, była to klasyczna „ucieczka do przodu”, w której następcy (czyli federacja rosyjska) zachowała wszystkie aktywa, pozbywając się jednocześnie wszystkich wierzytelności. W podobny sposób na rodzimym rynku przebiegł demontaż PZPR, przekształconego w Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Podział Niemiec był skutkiem istnienia i działania dwóch systemów totalitarnych i jednoczesnej próby ocalenia normalności, na ile jest to możliwe. Z jednej strony przecież nazistowskie Niemcy doprowadziły do wojny, więc – po doświadczeniach po I wojnie światowej – okupacja przez aliantów była zrozumiałą konsekwencją zwycięstwa, była działaniem obliczonym na demilitaryzację agresywnego sąsiada. Z drugiej strony Zachód był zbyt słaby, by przeciwstawić się do końca wielkomocarstwowym dążeniom Stalina i oddał mu Europę Środkową i Wschodnią w podobny sposób, jak w 1938 roku podpisał porozumienie z Hitlerem w Monachium.

Dziś o Stalinie nadal się nie mówi w Europie źle, by nie drażnić Moskwy. Jeżeli padają krytyczne słowa, to w takim ujęciu, by nie było żadnego odniesienia do teraźniejszości. Głosy z Warszawy, by nazwać zbrodnie po imieniu opatrywane są mianem rewizjonistycznego awanturnictwa.

Moskwa najchętniej by nas zakneblowała, czego wyrazem był komentarz ambasadora Rosji przy NATO, który stwierdził, że 5 minut dla Wałęsy podczas ceremonii rocznicy obalenia berlińskiego muru to za dużo, skoro inni dostali tylko po dwie minuty. Pewnie za te pięć minut przyjdzie nam słono zapłacić, ale moja krnąbrna polska dusza zawsze się uśmiecha, gdy moskiewskiemu niedźwiedziowi ktoś przyciera nosa, nawet jeśli robi to nie za mocno, symbolicznie.

piątek, 6 listopada 2009

Niespodzianka

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że w czymkolwiek zgodzę się z SLD, a tu masz - niespodzianka. Ich pomysł na finansowanie mediów publicznych wypisz-wymaluj jak to, co mnie chodziło po głowie. Pytanie tylko, czy to powód niepokoju dla mnie, czy dla nich...

czwartek, 5 listopada 2009

Emerytura

Politycy PO mnie zaskoczyli krótkowzrocznością - pomysł, by przesunąć część składki z OFE do ZUS jest w moim przekonaniu skandalem. Podwójny skandalem. Z jednej strony oznacza powrót (jeszcze niepełny) do starego niewydolnego układu, w którym emerytura jest wyznaczana decyzją rządzących, a środki na nią pochodzą z pensji aktualnie pracujących. Innymi słowy mamy powrót do układu, którego niewydolność jest przysłowiowa. Po drugie skandal polega na tym, że część emerytury z OFE ma charakter kapitałowy i jest owocem oszczędności z moich zarobków. Czyli najpierw mi obiecano, że mogę oszczędzić, by moja emerytura była wyższa (gdy czas nadejdzie), bo oszczędności będą inwestowane, a teraz chce mi się to oszczędzanie uniemożliwić, lub poważnie ograniczyć, by zapełnić dziurę budżetową wynikającą z wad systemowych systemu, który się chce utrzymać.
Innymi słowy mamy przykład pomysłu wynikającego z niekompetencji i pazerności - niech będzie jak jest, a czego brakuje, należy zabrać tym, którzy mają, a nie mogą się bronić. Złodziejstwem mi to pachnie.

Mam nadzieję, że państwo politycy się obudzą i pomyślą trochę, bo inaczej zniknie ostatni powód, dla którego byłem gotowy mieć o nich trochę dobre zdanie: rozsądek w polityce gospodarczej. Przy takich pomysłach, co zarobili stracą. A na pewno stracą w moich oczach, cokolwiek jest to warte.

Media publiczne i koniec świata

Wczorajsza decyzja trybunału konstytucyjnego, potwierdzająca, że zwolnienie emerytów i bezrobotnych z opłat abonamentowych za radio i telewizję jest zgodne z Konstytucją, wywołało w mediach publicznych prawdziwą histerię. Komentarz jest w zasadzie jeden – decyzja Trybunału oznacza, że będzie mniej pieniędzy na media publiczne i że radio upadnie. Koniec z misją publicznego radia. Ktoś z „wierchuszki” stwierdził, że w obecnej sytuacji będzie pewnie trzeba zamknąć dwie rozgłośnie. Innymi słowy – koniec świata.

Usłyszałem w całej tej burzy w zasadzie jeden rozsądniejszy głos, stwierdzający, że Trybunał nic nie jest winien, a jedynie prawodawcy, którzy uchwalili nowe prawo. Trybunał jedynie stwierdził, że w przedstawionej do oceny formie jest ono zgodne z Konstytucją.

Dziennikarze i publicyści związani z publicznymi mediami mocno sprzeciwiają się finansowaniu radia i telewizji z budżetu państwa, zwłaszcza jeśli miałoby to oznaczać coroczne wyznaczanie kwoty na nie przeznaczonej. Dopatrują się w tym zamachu na swoją niezależność. Może i byłaby w tym racja, gdyby nie fakt, że wszystkie instytucje kontroli wewnętrznej w Polsce, co przytomnie zauważył marszałek Senatu, Bogdan Borusewicz, są właśnie tak finansowane i nikt nie kwestionuje ich niezależności. Co więcej, postulat zagwarantowania odgórnie minimalnej kwoty przeznaczonej na finansowanie radia i telewizji oznaczałoby w praktyce brak związku pomiędzy sytuacją gospodarczą Państwa a sytuacją ekonomiczną mediów. Czyli w dobie najgorszego kryzysu miałyby gwarancję, że jest im ciepło, miło i przyjemnie. Trudno sobie wyobrazić bardziej demoralizującą i gorszącą społecznie sytuację.

Całym sercem jestem za utrzymaniem publicznych mediów i finansowaniem ich misji kulturowej. Abonament uważam jednak za formę dodatkowego opodatkowania, w dodatku nakładanego – jeśli chodzi o wysokość – w drodze rozporządzenia a nie ustawy. Obecna sytuacja domaga się zatem zmiany. Najprostszym rozwiązaniem byłoby związanie finansowania mediów publicznych z procedurami podatkowymi na zasadzie przekazania jakiejś części podatku dochodowego na rzecz radia i telewizji, dokładnie tak samo, jak ma to miejsce z przekazywaniem części daniny na rzecz instytucji pożytku publicznego. Trzeba by było, oczywiście, ustalić odpowiednie procedury i wyliczyć odpowiedni procenty, ale sam mechanizm jest banalnie prosty i – co ważne – jest już sprawdzony w praktyce.

I jeszcze słowo na temat misji publicznych mediów. Odnoszę czasem wrażenie, że – nade wszystko w odniesieniu do telewizji – nieco jest to termin nadużywany. Zbyt często miejsce „misyjnych” emisji emitowane są programy, służące nade wszystko nawiązaniu konkurencji ze stacjami komercyjnymi. Ambitne programy kulturalne są przesuwane na całkowicie niekulturalne pory, transmisje sportowe są coraz rzadsze (wykupują je stacje komercyjne). Brakuje ambitnej publicystyki, programów popularnonaukowych. Jest natomiast mnóstwo tasiemcowych seriali o mocno wątpliwym wymiarze kulturotwórczym czy edukacyjnym oraz taniej, płaskiej rozrywki. W zasadzie najbardziej charakterystycznym elementem wyróżniającym publiczną telewizję od stacji komercyjnych jest to, że filmy nie są przerywane reklamami. Z mojego punktu widzenia to nie jest zbyt wielka różnica. Tęsknię za wzorcem brytyjskim, gdzie reklam w BBC nie ma wcale. I tam praktycznie cały program jest „misyjny”, bo taki być musi. A u nas jest niewiadomoco. Może cała ta sytuacja wymusi zmiany. Zapewne wymusi. Pytanie tylko, czy na lepsze…

czwartek, 29 października 2009

Sprawiedliwa zapłata

Znane dobrze odniesienia biblijne, jak choćby „nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu”, czy inne, w tym uwaga św. Pawła odnośnie do prawa do utrzymania ze strony tych, którym posługiwał, wskazują, iż związek pracy i wynagrodzenia za nią jest całkowicie oczywisty i płynie bardziej z prawa naturalnego, niż z Objawienia. Jednocześnie jednak trzeba zauważyć, iż Słowo Boże mocno podkreśla wymóg spełnienia zobowiązania zaciągniętego przez stosunek pracy i traktuje zatrzymanie należnej zapłaty jako jedną z najcięższych niegodziwości.

W nauczaniu Kościoła można znaleźć pięć podstawowych kryteriów wysokości wynagrodzenia, od których spełnienia uzależniona zostaje moralna akceptacja płacy. Cztery pierwsze odnoszą się do samej pracy, piąta – płynie z szacunku wobec pracownika, dlatego można by ją odnieść do zasady solidarności społecznej, choć słuszniej – zdaniem autora – będzie podporządkować ją zasadzie sprawiedliwości.

Pierwszym kryterium sprawiedliwej zapłaty jest skorelowanie jej ze stopniem wysiłku i uciążliwości, jaki pracownik musi włożyć, by spełnić stawiane mu wymagania. Im więcej trudu domaga się wykonywana praca, tym wyższe powinno być wynagrodzenie. Ważne jest jednak, by uwzględnić tutaj jakość wykonywanej pracy. Sam fakt, że pracownik się napracuje, namęczy, nie daje mu prawa do wynagrodzenia, tym bardziej wyższego wynagrodzenia, jeśli owoce tego wysiłku są mizerne lub żadne. Co więcej, bywa, że właśnie zdolność do sprawnego wypełnienia nałożonych obowiązków – powodująca wrażenie braku wysiłku w pracy – jest swoistym znakiem jakości pracownika i dowodem jego wysokich kompetencji.

Dlatego drugie kryterium sprawiedliwości płacy wynika z uzależnienia jej od kompetencji pracownika – zarówno merytorycznych jak i formalnych, przy czym istotniejsze powinny być rzeczywiste umiejętności osoby wykonującej daną pracę niż certyfikaty poświadczające wykształcenie zawodowe (choć i one powinny być w ustalaniu wysokości wynagrodzenia uwzględniane). Im lepszym się jest pracownikiem, tym więcej powinno się zarabiać.
Trzecim kryterium wyznaczającym sprawiedliwą zapłatę jest odniesienie do stopnia odpowiedzialności, jaką ponosi pracownik – zarówno w wymiarze organizacyjnym jak i wprost materialnym. Podobnie jak dwa poprzednie kryteria, także i to jest wyczuwane przez ludzi niejako intuicyjnie, choć jednocześnie najłatwiej tu o konflikty, zazdrość, niezrozumienie i nadużycia.

W mocno stechnicyzowanym i zglobalizowanym świecie coraz więcej ludzi ponosi ogromną odpowiedzialność zarówno za dobra materialne znacznej wielkości, jak i za ludzi. Trzeba wprost powiedzieć, że często są to dobra nieporównywalne. Nie sposób zestawić ze sobą odpowiedzialności lekarza, który ratuje życie chorego, z odpowiedzialnością dyrektora banku. Trudno także porównywać odpowiedzialność głowy państwa i prezesa koncernu paliwowego.

Trzeba zaznaczyć, że niesprawiedliwą byłaby płaca poważnie odbiegająca od wynagrodzenia osób pełniących podobne stanowiska w innych przedsiębiorstwach lub działach danej firmy lub też – płaca nieproporcjonalna do sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Zasada sprawiedliwości rozdzielczej nakazuje partycypację w zyskach (ale i stratach) przedsiębiorstwa przez wszystkich jej pracowników. Niegodziwością jest zatem domaganie się i wypłacanie podwyżek i premii w sytuacji, gdy przedsiębiorstwo ponosi straty, a tym bardziej, gdy dosłownie tonie w długach. Także nie można zaakceptować wysokich odpraw w sytuacji, gdy zwalniana osoba ponosi odpowiedzialność za złą sytuację ekonomiczną przedsiębiorstwa.

Na koniec jeszcze jeden wątek. Nauczanie Kościoła wielokrotnie wskazywało na konieczność „urodzinnienia” wynagrodzenia, które powinno pozwolić na utrzymanie całej rodziny. Praca nad utrzymaniem domu i wychowaniem dzieci będąc niezwykle wartościowym wkładem w życie społeczne, jest jednocześnie drogą realizacji własnego powołania kobiety-żony-matki do pracy. Z drugiej strony wiadomo, że pracownik, który chętnie i z radością wraca do domu, który jest w tym domu szczęśliwy obecnością i miłością swojej żony, zazwyczaj jest lepszym pracownikiem. I w to warto zainwestować.