Skąd się bierze antyklerykalizm? Skąd się bierze nastawienie „na nie” wobec Kościoła? Dlaczego tak wielu ludzi nie lubi księży? Ostatnio przeczytałem przynajmniej kilka antyklerykalnych tekstów, odbyłem kilka rozmów z ludźmi cokolwiek wrogo do Kościoła nastawionych... Ciekawe, że w tych rozmowach zaznaczali, że co prawda księża to są „tacy i tacy” (i nie były to pochlebne opinie), ale ze mną się da pogadać.
Nie wydaje mi się, bym specjalnie się różnił od moich przyjaciół w sutannach. Z każdym z nich da się pogadać. Fakt, wiem, że bywają i tacy duchowni, którym sutanna tak obsika serce, że brakuje sił do kochania ludzi, ale prawdę mówiąc, nie spotkałem ich zbyt wielu. Większość znanych mi duchownych to ludzie, którzy swoje serce oddali Kościołowi, a ściślej rzecz ujmując – swoim parafianom. Są do ich dyspozycji na każde niemal zawołanie i wbrew obiegowym opiniom nie pieniądze są dla nich najważniejsze. Spowiadają, niekiedy po kilka godzin dziennie, rozmawiają (o życiu i śmierci) z tymi, którzy nie mają do kogo otworzyć ust... Normalni ludzie, którzy dają innym Chrystusa bez głośnych demonstracji, wywieszania transparentów i dobijania się o pokłony na rogu każdej ulicy.
Fakt, od czasu do czasu pojawi się taki, który zamiast Ewangelią zajmuje się realizacją własnych celów. Ma swoją agendę, którą ciągnie. Ludźmi się nie przejmuje, dobra gromadzi i domaga się od wszystkich wyrazów szacunku i uwielbienia. Są tacy, którzy popełniają bardzo poważne grzechy, krzywdząc słabych i bezbronnych i siejąc zgorszenie. Są tacy, którzy kwalifikują się do miana zdrajcy. Ale trudno się dziwić, skoro nawet wśród Dwunastu był Judasz. Zdradzić może tylko przyjaciel, tylko ktoś, kto jest blisko.
Zresztą, mam świadomość, że sam też jestem grzesznikiem, biedaczkiem, który łatwo i często grzeszy – jak wszyscy. Oczywiście, można powiedzieć, że jako ksiądz i zakonnik nie powinienem, że powinienem świecić przykładem. Tylko że z tego moralizowania siebie niewiele dobra wynika. Z osądzania i gadania, że tak być nie powinno, dobro się nie rodzi. Dobro się rodzi z przyjęcia łaski, udzielonej za darmo grzesznikowi.
Prawdę mówiąc, to sam trochę jestem antyklerykalny. Nie podoba mi się wizja Kościoła, w której ksiądz miałby być ponad ludźmi, miałby wszystko wiedzieć, miałby być „najmądrzejszy w całej wsi”. Bo wspólnota oznacza, że wszyscy jesteśmy kimś jednym w Chrystusie.
Jednocześnie jednak mam świadomość, że bycie księdzem oznacza bycie przewodnikiem i pasterzem i ojcem. I że mam służyć swoją radą, a niekiedy i sądem. Nie mam jednak złudzeń, że to powód to chwały. Pasterzowanie zostało mi zadane i to nie jest mój wybór, tylko Chrystusa. I jeśli wypowiadam osąd, to w oparciu o światło, jakie mam od Niego.
Wiem, że wielu ludzi w Chrystusa nie wierzy. Nie zmuszam nikogo do tego, by mnie słuchał. Nie zamierzam nikogo nawracać. Chrystus nie powołał mnie do nawracania, ale do głoszenia Ewangelii. Nie chce ktoś przynależeć do Kościoła, nie chce ktoś uznać Chrystusa – wolny wybór. Szanuję to. Ale też chciałbym, by Ci, którzy nie wierzą i wierzyć nie chcą, uznali prawo moje i innych wierzących do wypowiedzenia swojej wiary publicznie, tak jak oni wypowiadają swoją niewiarę.
Tak sobie myślę, że antyklerykalizm w swej istocie jest sprzeciwem nie tyle wobec księży, co wobec Ewangelii. Jeśli bowiem odmawia się nam prawa do wypowiadania w sprawach moralności, w sprawach życia publicznego, to tym samym ogranicza się zakres spraw, który Ewangelia miałaby dotyczyć. Rzecz w tym, że ona dotyczy człowieka, całego człowieka, we wszystkich wymiarach jego egzystencji. Więc kiedy widzę, że dzieje się coś złego – znaczy się coś, co postrzegam jako złe i szkodliwe – nie mogę milczeć, bo Chrystus postawił mnie, bym głosił w porę i nie w porę Jego Ewangelię. Nie wszystkim się to podoba, wiem. Ale – jak mówi Święta Księga – „mądrość usprawiedliwiona jest przez swoje czyny”.
Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 18 czerwca 2009
czwartek, 11 czerwca 2009
Ja mu wierzę
Nie zamierzam nikogo przekonywać do żadnej partii. W gruncie rzeczy, Prawica RP jako partia też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Ale mam ogromną wdzięczność do Marka Jurka za konsekwentną postawę obrony życia zarówno na polu życia osobistego, jak i w działalności publicznej i politycznej. I nie chodzi tu o jakiś zacięty, tępy, ideologiczny (ale w gruncie rzeczy bezmyślny i agresywny) sprzeciw wobec aborcji, ale o konsekwentną i uczciwą troskę o budowanie cywilizacji życia na każdym obszarze życia. Nawet wtedy, gdy kosztuje to utratę politycznego zaplecza, stanowiska, pieniędzy i wpływów. Nawet wtedy, gdy zaczyna się być z tego powodu traktowanym jak polityczny dziwoląg, parias albo oszołom.
Marek Jurek pokazał, że jest tę cenę zapłacić gotów. A ponieważ jest jedynym znanym mi na polskiej scenie politycznej graczem (w tym kontekście, to chyba nie do końca to adekwatne słowo), więc ma mój szacunek. I moje poparcie. Może nie tak "agresywne", jak to pokazał Wojciech Cejrowski w tym swoim spocie, ale równie zdecydowane.
Marek Jurek pokazał, że jest tę cenę zapłacić gotów. A ponieważ jest jedynym znanym mi na polskiej scenie politycznej graczem (w tym kontekście, to chyba nie do końca to adekwatne słowo), więc ma mój szacunek. I moje poparcie. Może nie tak "agresywne", jak to pokazał Wojciech Cejrowski w tym swoim spocie, ale równie zdecydowane.
Mam tylko nadzieję, że współpracownicy Marka Jurka utrzymają ten sam standard. I dlatego zdecydowanie wolałbym móc głosować w wyborach o ordynacji większościowej. Wtedy miałbym pewność, że popieram tego, kogo popieram, a nie dobrze ustawionych kolegów i towarzyszy.
Wrzuciłem tu tych kilka odcinków Wojtka Cejrowskiego, bo mi jest jakoś bliski. Nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale stawia sprawy jasno. Pewnie jaśniej, niż bym umiał to powiedzieć, bo niewątpliwie gadane ma. A że denerwuje i irytuje, cóż... Może dlatego, że o coś mu chodzi?
Jak napisałem na początku, nie zamierzam nikogo agitować za Prawicą RP, ani przekonywać do Marka Jurka. Niemniej, we mnie wzbudził on zaufanie i moje poparcie ma. On, niekoniecznie jego partia i partyjni koledzy. I chciałbym, by takich jak on było w polityce więcej: takich, którzy wolą być uznani za głupców dla Chrystusa, którzy gotowi są bronić życia; takich, którzy są gotowi dla Prawdy stracić twarz, opinię i stanowisko.
wtorek, 9 czerwca 2009
No comment
One Sunday morning an Old Cowboy entered a Church just before services were to begin. Although the Old Man and his clothes were spotlessly clean, he wore jeans, a denim shirt and boots that were very worn and ragged. In his hand he carried a worn out old hat and an equally worn out Bible.
The Church he entered was in a very upscale and exclusive part of the city. It was the largest and most beautiful Church the Old Cowboy had ever seen. The people of the congregation were all dressed with expensive clothes and accessories.
As the Cowboy took a seat, the others moved away from him. No one greeted, spoke to, or welcomed him. They were all appalled at his appearance and did not attempt to hide it. As the Old Cowboy was leaving the church, the Preacher approached him and asked the Cowboy to do him a favor. 'Before you come back in here again, have a talk with God and ask him what he thinks would be appropriate attire for worship.'
The Old Cowboy assured the Preacher he would..? The next Sunday, he showed back up for the services wearing the same ragged jeans, shirt, boots, and hat. Once again he was completely shunned and ignored. The Preacher approached the man and said, 'I thought I asked you to speak to God before you came back to our Church'.
'I did,' replied the Old Cowboy.
'If you spoke to God, what did he tell you the proper attire should be for worshiping in here?' asked the Preacher.
'Well, Sir, God told me that He didn't have a clue what I should wear. He said He'd never been in this Church before.'
The Church he entered was in a very upscale and exclusive part of the city. It was the largest and most beautiful Church the Old Cowboy had ever seen. The people of the congregation were all dressed with expensive clothes and accessories.
As the Cowboy took a seat, the others moved away from him. No one greeted, spoke to, or welcomed him. They were all appalled at his appearance and did not attempt to hide it. As the Old Cowboy was leaving the church, the Preacher approached him and asked the Cowboy to do him a favor. 'Before you come back in here again, have a talk with God and ask him what he thinks would be appropriate attire for worship.'
The Old Cowboy assured the Preacher he would..? The next Sunday, he showed back up for the services wearing the same ragged jeans, shirt, boots, and hat. Once again he was completely shunned and ignored. The Preacher approached the man and said, 'I thought I asked you to speak to God before you came back to our Church'.
'I did,' replied the Old Cowboy.
'If you spoke to God, what did he tell you the proper attire should be for worshiping in here?' asked the Preacher.
'Well, Sir, God told me that He didn't have a clue what I should wear. He said He'd never been in this Church before.'
czwartek, 4 czerwca 2009
Wybory
Zbliżają się wybory do europarlamentu. Kolejne. Wedle sondaży, tylko jedna trzecia uprawnionych zamierza w nich wziąć udział. To nie jest dobry znak, a to z kilku powodów.
Po pierwsze, pokazuje, jak bardzo świat polityki rozmija się z życiem codziennym obywateli. Dwadzieścia lat, jakie dziś mijają od pierwszych – co prawda częściowo tylko – ale jednak wolnych wyborów do naszego parlamentu, nie przekonały ludzi do zaangażowania się w życie polityczne. Nie widać, by udział w głosowaniu lub jego brak cokolwiek zmieniały. Mój głos nie wydaje się wpływać na moje życie. Politycy żyją własnymi sprawami, walką o władzę, walką o pozycję, o słowa, o czas antenowy. Ich dyskusje rzadko dotyczą spraw, które są ważne dla mnie i moich bliskich. Co prawda, w przemówieniach nie brakuje zwrotów, że Polacy chcą tego, czy tamtego, ale moje życie nijak się ma do tych pokrzykiwań.
Po drugie, niewielkie zaangażowanie w życie polityczne zdaje się wynikać ze zniechęcenia poziomem dyskusji politycznych i ciągłych personalnych potyczek pomiędzy poszczególnymi aktorami. Niemerytoryczność sporów i oczywista płytkość motywacji urażonych polityków, ciągłe wzajemne obrzucanie się inwektywami – w połączeniu z kolejnymi zaniedbaniami w konkretnych decyzjach – wszystko to skłania do zignorowania pieniaczy i zajęcia się swoimi sprawami. Bo drogi nie są budowane, a jeśli już są, to są budowane zbyt wolno. Reformy systemu opieki zdrowotnej, szkolnictwa, systemu podatkowego nadal pozostają w sferze deklaracji a nie faktów.
Po trzecie, polski system parlamentarny (w tym także ordynacja do europarlamentu) zasadniczo nie przewiduje odpowiedzialności polityków przed społeczeństwem, a jedynie przed własnymi partiami. Jedynym wyjątkiem jest senat, którego istnienie w kolejnych kadencjach wciąż nie jest pewne, bo raz po raz pojawiają się pomysły jego likwidacji. Ordynacja proporcjonalna oznacza, że głosuje się na partie, a dopiero w ramach tych partii, na danego polityka. Siłą rzeczy, wybrany polityk czuje się najpierw lojalnym wobec partii i – bardzo ogólnie – narodu, nie zaś wobec ludzi, którzy na niego głosowali. Prymat partii nad elektoratem prowadzi do absurdalnej instytucji dyscypliny partyjnej, w której partyjne władze decydują za przedstawicieli narodu, jak ci mają głosować. Co więcej, partyjna logika systemu parlamentarnego sprawia, że polityk, który sprzeniewierzył się swemu elektoratowi, może zostać wprowadzony do parlamentu dzięki wysokiemu poparciu swoich kolegów i odpowiednio wysokiemu miejscu na liście wyborczej.
Nie podoba mi się ten model. Nie podoba mi się kupowanie kota w worku. Rozumiem doskonale wszystkich, którzy mają dość chowania się polityków za partyjnymi parawanami. Rozumiem tych, którzy nie chcą głosować. Ale rozumiejąc ich motywacje muszę powiedzieć, że uznając ich brak zgody na kształt politycznej sceny i rządzącego nią scenariusza, nie zgadzam się z decyzją o nieuczestniczeniu w wyborach.
Jeśli nie wiesz, kogo poprzeć... Jeśli wiesz, że nie możesz poprzeć nikogo... Jeśli chcesz wyrazić swój sprzeciw wobec tego, co się w polskiej polityce dzieje... Nie ignoruj tych wyborów, ale weź w nich udział. Pójdź i wrzuć głos, na którym skreślisz wszystkich kandydatów. Nie wierz tym, którzy twierdzą, że to będzie głos zmarnowany. Będąc nieważnym, pozostaje istotnym znakiem, że losy Ojczyzny są dla ciebie ważne, ale jednocześnie będzie to znak sprzeciwu wobec wszystkich, którzy o tych losach decydują.
Jeszcze niedawno sam byłem zdecydowany właśnie tak uczynić. Zmieniłem zdanie, bo znalazłem człowieka i ugrupowanie, które rodzi moją nieśmiałą nadzieję na zmianę. Oczywiście, nie powiem, kogo mam na myśli i kogo poprę w tych wyborach, ale proszę wszystkich – nawet jeśli nie macie kogo poprzeć, idźcie w niedzielę zagłosować. Weźcie w swoje ręce tę odrobinę odpowiedzialności za Polskę, jaka jest nam zadana.
Po pierwsze, pokazuje, jak bardzo świat polityki rozmija się z życiem codziennym obywateli. Dwadzieścia lat, jakie dziś mijają od pierwszych – co prawda częściowo tylko – ale jednak wolnych wyborów do naszego parlamentu, nie przekonały ludzi do zaangażowania się w życie polityczne. Nie widać, by udział w głosowaniu lub jego brak cokolwiek zmieniały. Mój głos nie wydaje się wpływać na moje życie. Politycy żyją własnymi sprawami, walką o władzę, walką o pozycję, o słowa, o czas antenowy. Ich dyskusje rzadko dotyczą spraw, które są ważne dla mnie i moich bliskich. Co prawda, w przemówieniach nie brakuje zwrotów, że Polacy chcą tego, czy tamtego, ale moje życie nijak się ma do tych pokrzykiwań.
Po drugie, niewielkie zaangażowanie w życie polityczne zdaje się wynikać ze zniechęcenia poziomem dyskusji politycznych i ciągłych personalnych potyczek pomiędzy poszczególnymi aktorami. Niemerytoryczność sporów i oczywista płytkość motywacji urażonych polityków, ciągłe wzajemne obrzucanie się inwektywami – w połączeniu z kolejnymi zaniedbaniami w konkretnych decyzjach – wszystko to skłania do zignorowania pieniaczy i zajęcia się swoimi sprawami. Bo drogi nie są budowane, a jeśli już są, to są budowane zbyt wolno. Reformy systemu opieki zdrowotnej, szkolnictwa, systemu podatkowego nadal pozostają w sferze deklaracji a nie faktów.
Po trzecie, polski system parlamentarny (w tym także ordynacja do europarlamentu) zasadniczo nie przewiduje odpowiedzialności polityków przed społeczeństwem, a jedynie przed własnymi partiami. Jedynym wyjątkiem jest senat, którego istnienie w kolejnych kadencjach wciąż nie jest pewne, bo raz po raz pojawiają się pomysły jego likwidacji. Ordynacja proporcjonalna oznacza, że głosuje się na partie, a dopiero w ramach tych partii, na danego polityka. Siłą rzeczy, wybrany polityk czuje się najpierw lojalnym wobec partii i – bardzo ogólnie – narodu, nie zaś wobec ludzi, którzy na niego głosowali. Prymat partii nad elektoratem prowadzi do absurdalnej instytucji dyscypliny partyjnej, w której partyjne władze decydują za przedstawicieli narodu, jak ci mają głosować. Co więcej, partyjna logika systemu parlamentarnego sprawia, że polityk, który sprzeniewierzył się swemu elektoratowi, może zostać wprowadzony do parlamentu dzięki wysokiemu poparciu swoich kolegów i odpowiednio wysokiemu miejscu na liście wyborczej.
Nie podoba mi się ten model. Nie podoba mi się kupowanie kota w worku. Rozumiem doskonale wszystkich, którzy mają dość chowania się polityków za partyjnymi parawanami. Rozumiem tych, którzy nie chcą głosować. Ale rozumiejąc ich motywacje muszę powiedzieć, że uznając ich brak zgody na kształt politycznej sceny i rządzącego nią scenariusza, nie zgadzam się z decyzją o nieuczestniczeniu w wyborach.
Jeśli nie wiesz, kogo poprzeć... Jeśli wiesz, że nie możesz poprzeć nikogo... Jeśli chcesz wyrazić swój sprzeciw wobec tego, co się w polskiej polityce dzieje... Nie ignoruj tych wyborów, ale weź w nich udział. Pójdź i wrzuć głos, na którym skreślisz wszystkich kandydatów. Nie wierz tym, którzy twierdzą, że to będzie głos zmarnowany. Będąc nieważnym, pozostaje istotnym znakiem, że losy Ojczyzny są dla ciebie ważne, ale jednocześnie będzie to znak sprzeciwu wobec wszystkich, którzy o tych losach decydują.
Jeszcze niedawno sam byłem zdecydowany właśnie tak uczynić. Zmieniłem zdanie, bo znalazłem człowieka i ugrupowanie, które rodzi moją nieśmiałą nadzieję na zmianę. Oczywiście, nie powiem, kogo mam na myśli i kogo poprę w tych wyborach, ale proszę wszystkich – nawet jeśli nie macie kogo poprzeć, idźcie w niedzielę zagłosować. Weźcie w swoje ręce tę odrobinę odpowiedzialności za Polskę, jaka jest nam zadana.
czwartek, 28 maja 2009
Nazwać dziecko po imieniu
Prawdę mówiąc, myślałem, że się nie doczekam. Że tak jak dotąd, sprawa rozejdzie się po kościach i mimo hucznych zapowiedzi PiS-owski projekt ustawy bioetycznej nie ujrzy światła dziennego. Zresztą, wciąż może tak być, że projekt zostanie uwalony w klubie, w komisjach, albo na posiedzeniu plenarnym, już podczas pierwszego czytania. Obym się mylił, ale właśnie taką przyszłość mu przewiduję, a to z dwóch powodów: po pierwsze jest to projekt konsekwentnie opowiadający się po stronie ludzkiego życia i godności (a więc za wartościami nie pozostawiającymi miejsca na kompromis), a po drugie ponieważ domaga się jednoznacznego opowiedzenia się po stronie tych wartości od polityków. Ci zaś nawet jeśli deklarują się jako katolicy i przeciwnicy aborcji, nie są w stanie zaakceptować postaw bezkompromisowych, bo uważają je za niedemokratyczne. Czyli pierwszy powód ma charakter merytoryczny, a drugi – formalny.
Paradoksalnie, ta właśnie sytuacja – spodziewanego powszechnego sprzeciwu wobec projektu całkowitego zakazu in vitro, klonowania i eksperymentów na dzieciach w ich najwcześniejszej fazie życia – otóż właśnie ta sytuacja odsłoni prawdziwe oblicze zarówno naszej polskiej sceny politycznej, ale też naszej wiary jako narodu. Pokaże się, ile w naszym społeczeństwie warte jest ludzkie życie, ile warta jest ludzka godność, a ile własne pragnienia, chęci i aspiracje. Jednocześnie będzie to szansa na przypomnienie każdemu i wszystkim, że człowiek zaczyna się wtedy, gdy zaczyna się jego życie. Że nie ma – jak to postulują niektórzy myśliciele – jakiegoś „okresu przejściowego” pomiędzy zapłodnieniem a poczęciem, pomiędzy poczęciem a narodzinami. Nie ma potencjalnego człowieka. Albo jest człowiek, albo nie. Jak to ujął przed wiekami Tertulian: „Nie może być człowiekiem ten, kto nie jest nim od początku”.
Człowiek na początku zbudowany jest z jednej komórki, ale potem rośnie, a potem umiera. W międzyczasie się rodzi, dojrzewa... Cały czas ten sam człowiek. Dlatego, gdy mówimy o jego początkowym okresie życia, trzeba o tym człowieczeństwie pamiętać i mówić. A więc: zamiast mówić „zarodek”, „embrion”, „płód” – mówmy „dziecko”! Mówmy „człowiek”! Jeśli trzeba, dodajmy, że to dziecko w embrionalnej czy płodowej fazie swego życia. Ale zawsze „dziecko”! Zawsze „człowiek”!
Zbyt łatwo dziś jest schować prawdę o tych najmniejszych za techniczną nomenklaturą medyczną, całkowicie zdepersonalizowaną i odczłowieczoną. Agresywne wypowiedzi zwolenników aborcji, antykoncepcji, in vitro, klonowania i eutanazji usiłują krzykiem zagłuszyć prawdę o ludzkiej i osobowej naturze ludzi dopiero co powołanych do istnienia. Wobec tego krzyku nie wolno nam się ani cofnąć ani ugiąć. Jak napisał św. Ignacy Antiocheński w liście do św. Polikarpa : „Bądź odporny jak uderzone kowadło”. Pius XII skomentował to jednym zdaniem zachęty: „Podjęte przez Was ogromne trudy przyniosą wielkie owoce”.
Przygotowany przez posła Jarosława Gowina projekt ustawy bioetycznej upadł, bo był kompromisowy. Projekt posła Bolesława Piechy niestety zapewne również upadnie z powodu swej bezkompromisowości. I ofiarami obu tych upadków będą dzieci – najsłabsi z najsłabszych. Po raz kolejny prawda zostanie złożona na ołtarzu postępu. Wygrają silni, urodzeni, mający dostęp do pieniędzy, środków przekazu i – konsekwentnie – do władzy.
Obym był złym prorokiem, ale jakoś – poza podaniem się do dymisji przez marszałka Marka Jurka – nie pamiętam, by prawda była w naszym parlamencie naprawdę ceniona. I powiedzmy sobie uczciwie, że bez nawrócenia – tak polityków, jak i nas wszystkich – sytuacja się nie zmieni. Uwalimy każdy projekt, który będzie od nas wymagał radykalnego opowiedzenia się po stronie prawdy i dobra.
Paradoksalnie, ta właśnie sytuacja – spodziewanego powszechnego sprzeciwu wobec projektu całkowitego zakazu in vitro, klonowania i eksperymentów na dzieciach w ich najwcześniejszej fazie życia – otóż właśnie ta sytuacja odsłoni prawdziwe oblicze zarówno naszej polskiej sceny politycznej, ale też naszej wiary jako narodu. Pokaże się, ile w naszym społeczeństwie warte jest ludzkie życie, ile warta jest ludzka godność, a ile własne pragnienia, chęci i aspiracje. Jednocześnie będzie to szansa na przypomnienie każdemu i wszystkim, że człowiek zaczyna się wtedy, gdy zaczyna się jego życie. Że nie ma – jak to postulują niektórzy myśliciele – jakiegoś „okresu przejściowego” pomiędzy zapłodnieniem a poczęciem, pomiędzy poczęciem a narodzinami. Nie ma potencjalnego człowieka. Albo jest człowiek, albo nie. Jak to ujął przed wiekami Tertulian: „Nie może być człowiekiem ten, kto nie jest nim od początku”.
Człowiek na początku zbudowany jest z jednej komórki, ale potem rośnie, a potem umiera. W międzyczasie się rodzi, dojrzewa... Cały czas ten sam człowiek. Dlatego, gdy mówimy o jego początkowym okresie życia, trzeba o tym człowieczeństwie pamiętać i mówić. A więc: zamiast mówić „zarodek”, „embrion”, „płód” – mówmy „dziecko”! Mówmy „człowiek”! Jeśli trzeba, dodajmy, że to dziecko w embrionalnej czy płodowej fazie swego życia. Ale zawsze „dziecko”! Zawsze „człowiek”!
Zbyt łatwo dziś jest schować prawdę o tych najmniejszych za techniczną nomenklaturą medyczną, całkowicie zdepersonalizowaną i odczłowieczoną. Agresywne wypowiedzi zwolenników aborcji, antykoncepcji, in vitro, klonowania i eutanazji usiłują krzykiem zagłuszyć prawdę o ludzkiej i osobowej naturze ludzi dopiero co powołanych do istnienia. Wobec tego krzyku nie wolno nam się ani cofnąć ani ugiąć. Jak napisał św. Ignacy Antiocheński w liście do św. Polikarpa : „Bądź odporny jak uderzone kowadło”. Pius XII skomentował to jednym zdaniem zachęty: „Podjęte przez Was ogromne trudy przyniosą wielkie owoce”.
Przygotowany przez posła Jarosława Gowina projekt ustawy bioetycznej upadł, bo był kompromisowy. Projekt posła Bolesława Piechy niestety zapewne również upadnie z powodu swej bezkompromisowości. I ofiarami obu tych upadków będą dzieci – najsłabsi z najsłabszych. Po raz kolejny prawda zostanie złożona na ołtarzu postępu. Wygrają silni, urodzeni, mający dostęp do pieniędzy, środków przekazu i – konsekwentnie – do władzy.
Obym był złym prorokiem, ale jakoś – poza podaniem się do dymisji przez marszałka Marka Jurka – nie pamiętam, by prawda była w naszym parlamencie naprawdę ceniona. I powiedzmy sobie uczciwie, że bez nawrócenia – tak polityków, jak i nas wszystkich – sytuacja się nie zmieni. Uwalimy każdy projekt, który będzie od nas wymagał radykalnego opowiedzenia się po stronie prawdy i dobra.
środa, 27 maja 2009
Projekt, co go pewnie uwalą
Na łamach "Naszego Dziennika" ukazał się dziś mój komentarz do projektu ustawy bioetycznej autorstwa posła Bolesława Piechy (PIS). Nie odnosząc się do kwestii przynależności partyjnej autora, trzeba przyznać, że zasługuje on na uwagę. Poniżej kilka moich uwag na jego temat.
A swoją drogą, pewnie ten projekt uwalą w pierwszym czytaniu...
Projekt dokonuje kilku poprawek w istniejącym już prawie odnoszącym się do kwestii bioetycznych. Ze szczególnym zadowoleniem przywitałem projekt zmiany przepisów odnośnie do sprzeciwu sumienia, który to sprzeciw wreszcie uzyskuje realny i moralnie akceptowalny charakter. Szkoda tylko, że uczniowie i studenci szkół medycznych nadal nie są tą ochroną objęci i muszą uczestniczyć we wszystkich przewidzianych programem nauczania procedurach, nawet jeśli sprzeciwia się to ich przekonaniom i decyzjom sumienia. Należy zatem stosowny zapis o uszanowaniu decyzji sumienia uczniów i studentów szkół medycznych i farmaceutycznych dodać podczas dalszych prac ustawodawczych nad projektem.
A swoją drogą, pewnie ten projekt uwalą w pierwszym czytaniu...
* * *
Prawdę mówiąc, myślałem, że się nie doczekam dnia, w którym pojawi się projekt prawa całkowicie delegalizujący zapłodnienie pozaustrojowe. Muszę przyznać, że po doświadczeniach związanych z próbą wzmocnienia konstytucyjnej ochrony życia ludzkiego w najwcześniejszym okresie jego istnienia, a także po komentarzach polityków z różnych ugrupowań odnośnie do projektu ustawy bioetycznej autorstwa Jarosława Gowina (PO) straciłem nadzieję na odważny i jednoznaczny ruch ze strony posłów opowiadających się za całkowitą ochroną ludzkiego życia. Bardzo mnie cieszy całkowita delegalizacja in vitro, klonowania, tworzenia hybryd i chimer ludzkich oraz nieterapeutycznych eksperymentów na ludziach, także w najwcześniejszej fazie ich życia, postulowana w przygotowanym przez Bolesława Piechę (PiS) projekcie o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego. Uznanie niezbywalnej godności ludzkiej u dziecka poczętego konsekwentnie przekłada się w projekcie na ochronę jego życia, godności i tożsamości (zarówno tożsamości genetycznej, jak i społecznej). Mam głęboką nadzieję, że tę ochronę uda się zapewnić poprzez uchwalenie projektowanej ustawy.
Projekt dokonuje kilku poprawek w istniejącym już prawie odnoszącym się do kwestii bioetycznych. Ze szczególnym zadowoleniem przywitałem projekt zmiany przepisów odnośnie do sprzeciwu sumienia, który to sprzeciw wreszcie uzyskuje realny i moralnie akceptowalny charakter. Szkoda tylko, że uczniowie i studenci szkół medycznych nadal nie są tą ochroną objęci i muszą uczestniczyć we wszystkich przewidzianych programem nauczania procedurach, nawet jeśli sprzeciwia się to ich przekonaniom i decyzjom sumienia. Należy zatem stosowny zapis o uszanowaniu decyzji sumienia uczniów i studentów szkół medycznych i farmaceutycznych dodać podczas dalszych prac ustawodawczych nad projektem.
Projekt wprowadza faktyczne zabezpieczenie prawa osoby do godnej śmierci, jednocześnie jednoznacznie uniemożliwiając "podciągnięcie" pod ten termin działań samobójczych i eutanatycznych. To niezwykle ważny zapis i niezwykle cieszy mnie jego obecność w projekcie.W trakcie lektury projektu zrodziło się we mnie jednak kilka uwag, którymi pragnę się tu podzielić. Nie stawiam ich jako dyskwalifikujących projekt; przeciwnie - ich celem jest wsparcie projektodawcy w dziele tworzenia prawa, tak aby było ono wewnętrznie spójne i dobre (także w moralnym wymiarze), przyczyniając się do umocnienia dobra wspólnego.
1. Wobec dramatu kriokonserwacji tysięcy ludzkich istnień, projekt przewiduje prawo do adopcji prenatalnej. Należy z mocą stwierdzić, że procedura ta również narusza godność dziecka. W instrukcji Kongregacji Nauki Wiary "Dignitas personae" Kościół, odnosząc się do tej sytuacji, stwierdza, że "tysiące porzuconych embrionów stwarzają sytuację niesprawiedliwości nie do naprawienia". Dlatego Jan Paweł II odwołał się do sumienia osób sprawujących odpowiedzialne funkcje w środowisku naukowym, a w szczególny sposób do lekarzy, aby została wstrzymana produkcja ludzkich embrionów, zważywszy że nie ma moralnie godziwego rozwiązania, które zapewniłoby ludzką przyszłość wielu tysiącom "zamrożonych" embrionów, choć przecież mają one i zawsze zachowają swoje podstawowe prawa i tym samym winny być chronione przez prawo jako ludzkie osoby (DP 19; dokument odwołuje się w tym miejscu do przemówienia Jana Pawła II do uczestników sympozjum na temat: "Evangelium vitae a prawo" i XI Międzynarodowego Kolokwium Prawa Kanonicznego (24 maja 1996 r.), n. 6: AAS 88 (1996 r.), 943-944; L'Osservatore Romano, wyd. polskie, n. 9/1996 r., s. 44).
Wobec powyższego, pozostaje stałe przechowywanie w stanie kriokonserwacji powołanych do istnienia dzieci - jest to smutna konsekwencja podjętych wcześniej decyzji. Przyjęty w projekcie kompromis wynika - jak się wydaje - z przekonania, że w zaistniałej sytuacji coś trzeba zrobić, a jeżeli trzeba, to jakieś rozwiązanie istnieć musi. Otóż takiego (godziwego) rozwiązania nie ma, a jeżeli nawet jest, to nie jest nim procedura adopcji prenatalnej. Na marginesie, wydaje się, że dopuszczona procedura adopcji prenatalnej przez kobiety niebędące w małżeństwie, będąc odbiciem analogicznej procedury adopcyjnej wobec dzieci urodzonych, sama w sobie rodzi wątpliwości co do ochrony praw dziecka, które powinno wychowywać się w pełnej rodzinie.
2. Użyta w projekcie terminologia jest odrobinę niespójna. W zasadniczej części projektu użyta jest terminologia medyczna, która ma charakter depersonalizujący. Postulować należałoby zatem wprowadzenie terminologii przypominającej o osobowym charakterze życia ludzkiego, także w odniesieniu do dzieci poczętych, a jeszcze nie narodzonych. Zarodek, embrion, płód to zawsze dziecko, człowiek. Należy więc mówić: "dziecko w embrionalnej fazie rozwoju". Jakkolwiek przy okazji omawiania warunków przeprowadzania eksperymentów medycznych dziecko nienarodzone jest traktowane na równi z każdym innym pacjentem, o tyle przy omawianiu procedur zapłodnienia pozaustrojowego tej koherencji brakuje.
3. Ustawa nie reguluje kwestii sztucznego zapłodnienia wewnątrzustrojowego, a więc procedur:
a. AIH (Artificial Isemination Husband or Homologous) - sztuczna inseminacja homologiczna;
b. AID (Artificial Isemination Donor) - sztuczna inseminacja heterologiczna;
c. GIFT (Gametes Intrafallopian Transfer) - medycznie wspomagane zapłodnienie wewnątrzustrojowe.
Z etycznego punktu widzenia są one również niemoralne, ze względu na odmowę uznania podmiotowego charakteru godności człowieka od momentu poczęcia (a ściślej - w momencie poczęcia). Oczywiście, jest to zło "mniejsze", niemniej należy podkreślić, że prawo nie może akceptować czynów niegodziwych, jeśli ma utrzymać swój zobowiązujący charakter. Dziecko ma prawo począć się wskutek pełnego aktu małżeńskiego, dlatego godziwość procedur medycznych kończy się, gdy zastępują one prokreacyjny wymiar aktu małżeńskiego technicznym działaniem personelu medycznego. Terapia niepłodności ma służyć przywróceniu płodności, a więc umożliwieniu naturalnego poczęcia będącego dopełnieniem współżycia małżonków.
4. Zaproponowane w projekcie (Rozdział VII, art. 50-56) sankcje karne za naruszenie fundamentalnego prawa dziecka nienarodzonego do życia są odmienne niż analogiczne kary za to samo przestępstwo wobec osób urodzonych. Oznacza to faktyczną odmowę uznania ich w pełni osobowego statusu.
5. Rozdział IV zatytułowany "Status embrionu" w rzeczywistości mówi jedynie o statusie prawnym (art. 29-30). Należałoby go uzupełnić o prawne stwierdzenie osobowego statusu dziecka poczętego i wskazać na konsekwentną koherencję przepisów karnych wynikających z rozpoznania tego faktu. Należy podkreślić w tym miejscu, że zapis powinien wyraźnie stwierdzać rozpoznanie przez ustawodawcę osobowego statusu dziecka, a nie sugerować (wprost lub pośrednio) przyznawanie tego statusu na mocy decyzji władz. Osobowy charakter bytu wynika bowiem z faktu zaistnienia, a nie czyjegokolwiek aktu prawnego. Stąd postulowany zapis jednoznacznie określałby stan faktyczny.
6. W projekcie zmian w Ustawie z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty odnośnie do przerwania działań pielęgnacyjnych, karmienia i nawadniania, gdy "nie służy to dobru chorego", zrodziły się we mnie pewne wątpliwości (art. 30a ust. 3). Brak precyzyjnego określenia, co jest tym dobrem, stwarza pole do poważnych nadużyć, jak to miało miejsce w przypadku Terry Schiavo (USA) i Eluany Englaro (Włochy). Wyjaśnienia zawarte w uzasadnieniu projektu wskazują co prawda na intencje prawodawcy, powinny skutkować jednak stosownym zapisem w projekcie.
Projekt ustawy bioetycznej autorstwa p. Bolesława Piechy przypuszczalnie wywoła burzę, zarówno wśród posłów, jak i w całym społeczeństwie. Będzie okazją do jasnego pokazania, kto broni życia, a dla kogo ludzkie, bezbronne życie jest tylko kartą przetargową i towarem, przedmiotem handlu politycznego lub komercyjnego. Z całą pewnością podniosą się głosy, że projekt odbiera bezpłodnym małżonkom nadzieję na rodzicielstwo, że jest nieludzki. Należy się na takie głosy przygotować i jednoznacznie bronić godności i życia dzieci w ich najwcześniejszej fazie rozwoju. Być może okaże się, że obrońców życia nie ma w Polsce zbyt wielu. Będzie to jednocześnie weryfikacja faktycznej przynależności do Kościoła katolickiego. Trzeba bowiem pamiętać, że "w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu" (EV 73).
czwartek, 21 maja 2009
Ślepa sprawiedliwość
No to spór pomiędzy premierem i prezydentem został rozstrzygnięty. O ile dobrze rozumiem wyrok, to nic się nie zmieni. Prezydent będzie sobie mógł robić wycieczki na szczyty i zjazdy, tyle że to rządowi przysługuje prawo do formułowania konkretów stanowiska Polski w kwestii polityki zagranicznej państwa. Jeśli zatem premier z prezydentem w ostatnim czasie nie zmienili, szykują się nam kolejne spięcia, skandale i publiczne połajanki. Myślę, że Trybunał Konstytucyjny schował głowę w piasek, wydając orzeczenie, które niczego nie rozstrzyga, niczego nie zmienia i niczego nie rozwiązuje. Ale jakoś mnie to nie dziwi. Rozstrzygnięcie byłoby zinterpretowane jako polityczne zwycięstwo którejś ze stron, i – siłą rzeczy posądzenie o stronniczość Trybunału - a tego przecież należy unikać.Jakoś mi się ów wyrok wpisuje w mentalność nie-narażania się na kłopoty. Nie chodzi o znaną z lat 50-tych dyspozycyjność aparatu sprawiedliwości wobec władzy ale raczej o taki rodzaj bezstronności, który polega na nie zajmowaniu zbyt wyrazistego stanowiska. W imię podobnej mentalności przestępcy mają nierzadko większe prawa niż ofiary przestępstw, a wysokość wyroków nijak się ma do moralnego ciężaru czynu. Wczoraj usłyszałem o kolejnym prawniczym kwiatku, tym razem z naszego lubelskiego podwórka. Otóż sąd wydał wyrok w sprawie mężczyzny, który we mgle wyprzedzał swoim renault inny pojazd, z nadmierną prędkością i przekraczając podwójną ciągłą linię. Zderzył się czołowo z jadącym z naprzeciwka matizem, w efekcie czego dwie osoby jadące matizem zmarły. Smaczku całej historii dodaje fakt, iż winny kierowca jechał bez prawa jazdy, ponieważ mu je odebrano za notoryczne łamanie przepisów drogowych. Sąd skazał winowajcę na 5 lat pozbawienia wolności. Najbardziej zdumiały mnie komentarze prawników, że wyrok jest surowy, ale sprawiedliwy. Trudno mi się z tą niesprawiedliwą sprawiedliwością zgodzić. Zresztą nie tylko sądy są niesprawiedliwe. Prokuratorzy również. Pod naciskiem opinii publicznej (jakoś trudno mi zaakceptować inne powody) nie stosują prawa chroniącego życie poczętych w laboratoriach dzieci i dopuszczając do powstania – jak to ujął poseł Jarosław Gowin – „horroru laboratoryjnego”. Z nieznanych mi powodów dopuszcza się faktycznej obojętności aparatu ścigania wobec powszechnej praktyki oferowania i dokonywania nielegalnej aborcji w prywatnych gabinetach ginekologicznych.Mówią, że sprawiedliwość jest ślepa. Miałoby to oznaczać, że wszystkich traktuje jednakowo, nikogo nie faworyzując. Może i ślepa była, ale najwyraźniej już nie jest. Dziś rzeczona sprawiedliwość zajmuje się budowaniem swojego PR-u, starając się nikomu nie narazić, przynajmniej nikomu z tych, którzy zajmują eksponowane lub decyzyjne stanowiska. Smutne. Biedni i słabi znowu są bezbronni wobec swych oprawców. Anawim – ubodzy Pana... Teraz naprawdę już tylko On staje po ich stronie. I zapowiada z kart Świętej Księgi, że o ich życie i prawa się upomni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)