poniedziałek, 26 lipca 2010

Niewidzialna kobieta

Pięknie dziewczyna mówi o miłosci Boga. O tym, że On widzi, kiedy nikt nie dostrzega, że Jemu zależy, gdy wszyscy inni lekceważą, że On doceni, gdy otoczenie dawno spisało Cię na straty.


czwartek, 22 lipca 2010

Knajpa w Gausthof zum Lowen

Mam tak bardzo dość politycznego szumu wokół posła J. Palikota, krzyża przed Pałacem Prezydenckim, i wszelkich innych głupot, że postanowiłem zamiast własnego komentarza wrzucić na bloga dowcip, który mi niedawno ktoś podesłał. Myślę, że stawia cały ten szum we właściwej perspektywie. Sapienti sat, jak mawiali starożytni.

Grupa 40 - letnich kolegów dyskutuje i dyskutuje, gdzie powinni spotkać się na obiad. W końcu zgodzili sie, ze najlepiej spotkać sie w restauracji Gausthof zum Lowen, ponieważ tamtejsze kelnerki maja bluzeczki z głębokimi wycięciami i ładne piersi.

10 lat później, w wieku 50 lat, grupa spotyka sie ponownie i znowu dyskutuje gdzie powinni sie spotkać. W końcu zgodzili sie wspólnie,ze najlepiej spotkać sie w Gausthof zum Lowen, ponieważ jedzenie jest bardzo dobre wybór wina jest dobry również.

10 lat później, w wieku 60 lat, grupa spotyka sie ponownie i znowu dyskutuje gdzie powinni sie spotkać. W końcu zgodzili sie wspólnie, ze najlepiej spotkać sie w Gausthof zum Lowen, ponieważ mogą tam zjeść w spokoju i ciszy i restauracja jest dla niepalących.

10 lat późnej, w wieku 70 lat, grupa spotyka sie ponownie i znowu dyskutuje gdzie powinni sie spotkać. W końcu zgodzili sie wspólnie, ze najlepiej spotkać sie w Gausthof zum Lowen, ponieważ restauracja ma dostęp dla wózków inwalidzkich i ma nawet windę.

10 lat później, w wieku 80 lat, grupa spotyka sie ponownie i znowu dyskutuje gdzie powinni sie spotkać. W końcu zgodzili sie wspólnie,ze najlepiej spotkać sie w Gausthof zum Lowen, zgodzili sie również, ze jest to wspaniały pomysł, ponieważ nigdy tam jeszcze nie byli.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Krzyż przy drodze

Niedawno TVP poprosiła mnie o komentarz do obecności krzyży w miejscach publicznych, krzyży powypadkowych, stojących w tylu miejscach przy polskich drogach. Mówiąc krótko, powinny tam zostać.
1. Był człowiek i tam zginął
2. Ktoś chce móc pożegnać swoich bliskich, którzy zginęli
3. Trzeba ostrzec innych użytkowników drogi.

A historia może iść jeszcze dalej...


czwartek, 15 lipca 2010

Polskie Kolejki Pasażerów

Kupowałem dziś bilet, taki "Superbilet". Na 2 miesiące do przodu, za 50 PLN na dowolnym dystansie, wraz z miejscówką. W sumie - rarytas. Tyle że kupowanie w kasach lubelskiego dworca zakrawa na swoistą paranoję. Kolejki do kas kolejowych są i były wszędzie i zawsze. W każdym kraju. Ale tylko w Lublinie spotkałem się z sytuacją, w której kasjerka, aby sprzedać bilet, musi odejść od swojego skomputeryzowanego stanowiska, by w komputerze na zapleczu sprawdzić numer pociągu, na który rzeczony bilet ma być sprzedany. Delikatnie rzecz ujmując odbieram to jako poważny regres technologiczny.
Jak myślę powody są możliwe dwa, a u podstaw któregokolwiek z nich jest trzeci.
1. Systemy są kompatybilne, ale nie są połączone w sieć. Rozwiązanie: kupić router i kable sieciowe. Koszt dla PKP w Lublinie około 400 zł.
2. Systemy komputerowe są niekompatybilne. Rozwiązanie: zrobić update oprogramowania, by nie trzeba było sprawdzać w innym programie numeru pociągów. Koszt - trudny do oszacowania, ale w kontekście historii efektywności zarządzania PKO - wysoki.
3. Ktoś nie pomyślał, a jeśli pomyślał, to z powodów pozamerytorycznych zadecydował, jak zadecydował. Rozwiązanie: Pomyśleć i podjąć działania merytoryczne. Koszt w przypadku zaniedbania - trudny do oszacowania, bo jeśli powodem jest bezmyślność, pojawią się kolejne kwiatki ludzkiej głupoty utrudniające życie pracownikom i pasażerom. A jeśli jest to efekt pozamerytorycznych rozwiązań, oznacza to, że ktoś kogoś "przekonał" do zastosowania rozwiązań niekorzystnych dla wszystkich poza decydentem. Nie bardzo mi się podoba ta koncepcja, ale jeśli ktoś ma ciekawsze hipotezy - jestem otwarty na sugestie.

Nie od dziś PKP wzbudza mój niesmak. Zbyt często na lubelskich trasach widziałem wagony zdewastowane i brudne, zaś dworce tak zapuszczone, że nie było gdzie spocząć w oczekiwaniu na transport. W pociągach niebezpiecznie było podróżować samemu, a tym bardziej zasnąć. To się powoli zmienia, to prawda, ale zbyt wolno. Zbyt wolno zmienia się mentalność włodarzy i pracowników PKP, którzy nie dostrzegają, że pracują dla pasażerów, a nie że pasażerowie dla nich. Pamiętam jakie protesty były podnoszone na konkurencję w postaci busów na trasie Lublin-Warszawa. Taniej, szybciej i bezpieczniej było busem. Do dziś jest. I nie czeka się w kolejce do kasy.

Nie, PKP się nie zmieniły. To nadal są Polskie Kolejki Pasażerow. I nie napawa nadzieją, że są to coraz krótsze kolejki. Ubywa pasażerów i ubywa połączeń, bo ludzie nie chcą jeździć na tych warunkach. Można się na pasażerów oburzać, można się na nich obrażać, ale ludzie głosują tu swoimi portfelami. I coś tak czuję, że gdyby mieli realną konkurencję kolejową, to PKP przędłyby jeszcze gorzej. Może czas zacząć merytorycznie myśleć, proszę Państwa?

środa, 14 lipca 2010

Odpowiedzialność polityczna

Oskarżenie Tuska o odpowiedzialność polityczną za katastrofę smoleńską jest z mojego punktu widzenia aktem histerycznym, równie żałosnym, co przerażającym. Żałosnym w sensie zrzucania odpowiedzialności za tragedię na kogoś, kto z definicji zawsze i za wszystko jest winny. Przerażającym, ponieważ pokazuje totalną niemerytoryczność działań największej siły opozycyjnej w parlamencie. Dodatkowo jest to krok samobójczy, gdyż podnosi argument zaniedbania w zakresie zakupu nowych samolotów dla VIPów; za rządów PiSu zaniedbanie było dokładnie to samo. Tyle tylko, że wtedy nie spadł żaden samolot.
Nie jestem zwolennikiem PO. Nie podoba mi się ani Premier, ani Prezydent Elekt. Ale obciążać ich i całą Platformę winą za śmierć Lecha Kaczyńskiego jest absurdalne. Zarzucać im, że nie dopilnowali obecności Kompanii Reprezentacyjnej WP przy trumnie Prezydenta w Smoleńsku i w Moskwie - jest śmieszne. Uczynić z politycznej śmierci Tuska cel swego istneinia - jest niebezpieczne dla Polski.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Dawno mnie tu nie było

Ano dawno. Może się poprawię, ale obiecać trudno, bo pracy wiela, a czasu mało... A wydarzyło się jeszcze więcej. Chciałbym tu niejedno opowiedzieć, ale nie mogę, bo miejsce publiczne i się sępy zawsze zlecą i niejakie kłopoty się zacząć mogą. Wiadomo, nie wszyscy dziennikarze są źli :), większość z nich - jak mniemam - to dobre dusze, ale tych akurat sie nie boję. Boję się tych, którzy na cudzym grzbiecie własny kręcą interes.
Nie będe więc pisał ani o święceniach, ani o prymicjach mojego Taty. Nie będę zamieszczał tu jego zdjęć, by ich nikt nie wykorzystał na zasadzie, że w publicznym miejscu wiszą.
Powiem tylko tyle: Bóg nie powiedział ostatniego słowa ani w życiu mohego ojca, ani w niczyim innym. Słuchać Go tylko trzeba. Nigdy nie wiadomo, co się znajdzie za najbliższym zakrętem.

środa, 28 kwietnia 2010

Zawsze coś się dzieje

Panu Bogu za to przymusowe przedłużenie pobytu w USA jestem bardzo wdzięczny. W gruncie rzeczy trudno ten okres nazwac wakacjami. Wręcz przeciwnie. Zarówno od strony pastoralnej, jak i naukowej był on bardzo obfity w spotkania. Poznałem lepiej zespół Dra Thomasa Hilgersa z Instytutu Papieża Pawła VI - centrum NaProTechnology. Dane mi tez było uczestniczyć w spotkaniach grupy Ruchu Konsekrecji Rodzin.

Omaha,NE jest stanem o stosunkowo dużym - jak na USA - odsetku katolików. Ja miałem wyjątkowe "szczęście" - na mojej drodze postawił Bóg ludzi nie tylko jako katolicy się deklarujących, ale rzeczywiście swoją wiarą żyjących. Szczególne wrażenie na mnie zrobili lekarze ginekolodzy, którzy podporządkowali swoją praktykę medyczną wymogom etycznym. Nie stosują antykoncepcji, sterylizacji ani aborcji. Prowadzą solidną diagnostykę i poświęcają swój czas pacjentom. Dużo czasu. Taka własnie jest NaProTechnology. Chrześcijańskie rodziny zaznaczają swoją obecność nie tylko wspólną modlitwą, ale i wielkością (5 dzieci lub więcej, wśród tych, które obecnie spotkałem). No i stylem życia - ilością i jakością wspólnie spędzanego czasu, uważnym doborem programów tv i materiałów audio-video. Miło było patrzeć na relacje panujące wśród nich.

Prawdę mówiąc, nieco mnie te spotkania zaskoczyły - pozytywnie, oczywiście. Zmusiły do weryfikacji dotychczasowych opinii odnośnie do kondycji amerykańskiego katolicyzmu. Czułem się tu jak w domu, w tym sensie przynajmniej, że wiara w rzeczywisty sposób wpływała na postawy i decyzje spotykanych ludzi, choćby wbrew opinii otoczenia.

Żeby nie było zbyt pięknie, przy odprawie na lotnisku w Omaha pojawił się problem. Tym razem nie był to wulkan, ale miła skądinąd pani za kontuarem, która oświadczyła, że za drugą sztukę bagażu musze dopłacić 35 dolarów. Niby niewieżnie zirytowała mnie konieczność opłacania usługi już raz wykupionej. Pani nie przeszkadzało, że na bilecie stało "jak wół", że mogę mieć 2 sztuki bagażu. Ponieważ w United Airlines można mieć jedną, więc dopłacić trzeba i już. Jak to mówią Amerykanie - "There is always something"...

No ale - daj Boże - wracam w końcu do domu...