sobota, 14 lutego 2009

Walę tynki

"Walę tynki" - czyli święto budowlańców. Jeden z tych dni, które wyznaczają ramy roku handlowego. Wszędzie serduszka, kwiaty, słodycze... Czasem mi się wydaje, że niemal każdy towar - niedawno oferowany jako "idealny prezent pod choinkę" obecnie jest rewelacyjnym podarunkiem walentynkowym.
Wielu z moich przyjaciół postanowiło ignorować Święto Zakochanych, niektórzy mówiąc wprost, że przy całej miłości, nie chcą wchodzić w "te klimaty". Dlaczego? Może dlatego, żeby nie rozmienić miłości na drobne...
Oczywiście, miłość potrzebuje znaków ją wyrażających. By płonąć, potrzebuje "paliwa". Ale jednocześnie, ważniejsze dla prawdziwej miłości jest uszanować kochaną osobę i zatroszczyć się o jej prawdziwe dobro, niż tylko miło spędzić upojny wieczór. Wiem, że upraszczam, ale jest to uproszczenie rodem ze sklepowych witryn.
Dzisiejszy świat zatracił gdzieś świadomość, czym jest miłość. Historie Terry Schiavo czy Eluany Englaro pokazują, że dziś przez "kochać" rozumie się, że "jest nam dobrze ze sobą". Miłość na dobre - tak, oczywiście! Miłość na złe - nie, na nią miejsca już nie ma. Nie ma na nią sił. Nie ma dla niej serca.
Nie podoba mu się miłość, która dużo kosztuje, zwłaszcza jeśli kosztuje życie - znoszenia słabości męża czy żony, ich grzechów, chorób, niepełnosprawności. Taka miłość - jeśli się ją gdzieś spotka, u kogoś zobaczy - wzbudza już nie podziw, ale raczej politowanie. I tak świadkowie traktowani są jak trefnisie, których kosztem można się łatwo zabawić.

środa, 11 lutego 2009

Talibowie i Polacy

Muszę się przyznać, że zapowiedź ścigania zabójców krakowskiego geologa, zabitego w Pakistanie przez talibów, wzbudziła moje niejakie zdziwienie. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak to ma wyglądać. Polski rząd naciska na Pakistan, by ścigał zbrodniarzy, ale realia polityczne są takie, że to Pakistan jest potęgą atomową, a nie my. Jak ów nacisk ma wyglądać? Nie łączą nas z Pakistanem ściślejsze więzi polityczne i gospodarcze, poza tym, że chcemy tam sprzedawać, co tylko się da. Możemy co najwyżej pomachać flagą Unii Europejskiej, ale Pakistan zdaje się niewiele sobie z tego robić, podobnie zresztą, jak niezbyt się przejmuje naciskami USA, które są cokolwiek od Polski mocniejsze.
Swoją drogą, warto pamiętać, że Talibowie, a ściślej mówiąc pasztuni, całkowicie kontrolują swoje terytorium – ani siły pakistańskie, ani amerykańskie, ani – w swoim czasie sowieckie (tyle że w Afganistanie) na razie sobie z owym państwem w państwie nie poradziły. Podobno nasz rząd zna personalia morderców, ale obawiam się, że za tym oświadczeniem nie stoją żadne konkrety, a nawet jeśli taką wiedzę nasz MSZ posiada, to niewiele z niej wynika.
Raz po raz dają się słyszeć wezwania, by nie używać dramatu polskiego geologa do doraźnych celów politycznych i komercyjnych. Słusznie. Jak jednak ocenić wypowiedzi ministrów i posłów w tej sprawie? Ani buńczuczne deklaracje pociągnięcia do odpowiedzialności zabójców Polaka, ani działania sejmowych komisji śledczych niczego nie zmienią i do niczego nie doprowadzą poza jednym: dalszym osłabieniem międzynarodowego autorytetu Polski.
Nie ma sensu zachowywać się jak mocarstwo, gdy mocarstwem się nie jest. Angażowanie się w interwencje we wszystkich punktach zapalnych na świecie niczemu nie służy poza zaspokojeniem własnego głodu wielkości. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu i – jak to śpiewał Wojciech Młynarski – robić swoje.
To co? – zapyta ktoś – mamy nic nie robić? Wydaje mi się, że realia sytuacji są takie, że nic sensownego zrobić nie można, poza uprzejmą prośbą do wyznawców Allaha, by w imię szacunku dla człowieka, pozwolili pochować naszego rodaka w rodzinnej ziemi. Powtarzam – takie są realia. Lepiej je zaakceptować, niż trwać w stworzonej przez siebie fikcji.

czwartek, 29 stycznia 2009

Głos sumienia

Pada pytanie, czy były premier Kazimierz Marcinkiewicz powinien był odejść od swojej żony, by związać się z inną kobietą, czy też udawać wiernego męża i ojca (przy okazji, kwestia, czy jest ona znacznie młodsza od niego czy też nie, ma naprawdę drugorzędne znaczenie). Otóż jestem przekonany, że pytanie takie jest źle postawione, ponieważ fałszywie zakłada, iż wybór był jedynie pomiędzy niewiernością a obłudą.
Pan Premier nie musiał ani wiązać się z drugą kobietą, ani udawać miłości i wierności. Wystarczyło, by pozostał wierny bez udawania. Nie wiem, skąd się bierze przekonanie, że nie można postępować dobrze, że człowiek zawsze musi zgrzeszyć, jeśli tylko pojawi się pokusa. Przecież Chrystus właśnie do walki z pokusą nas wzywa! Właśnie do wierności zaprasza i uzdalnia! A jeśli człowiek od samego początku jest przekonany, że nie uda mu się wytrwać w wierności, to trudno się dziwić, że motywacji do zmagania brakuje…
Bóg nigdy nie stawia człowieka w sytuacji przymusu grzechu. Nie ma nigdy tak, by człowiek musiał wybrać grzech, że nie ma możliwości wyboru dobra. Kto głosi tezę o nieuchronności grzechu albo kłamie, albo jest po prostu niedoinformowany. Oczywiście, wybór dobra niekiedy kosztuje wiele, niekiedy jest niezwykle bolesny. Jest jednak potwierdzeniem moralnej wielkości człowieka, który uczciwie szuka prawdy, a gdy ją znajdzie – równie uczciwie za nią podąża aż do końca.
Wielu ludzi, popełniając czyny niegodziwe – kradnąc, kłamiąc czy cudzołożąc – twierdzi, że sumienie im niczego nie wyrzuca. Co więcej, zdają się być przekonani, iż postępują słusznie i dobrze! Mylą się jednak uważając, że sam fakt, iż osąd pochodzi z sumienia czyni go prawdziwym i obowiązującym. Sumienie może się mylić, zwłaszcza jeśli jest źle uformowane lub nieuformowane w ogóle.
By zatem powoływać się na głos swojego sumienia, trzeba najpierw dołożyć starań, by je solidnie uformować, uczciwie szukając prawdy – choćby najbardziej wymagającej i trudnej. Co przez to rozumiem? Ano – lekturę Pisma św., odwołanie do rzeczywistych autorytetów moralnych. Tylko sumienie rzeczywiście prawe może aspirować do kryterium prawdziwości osądu i tylko wtedy, jego osąd można uznać za pewny i wiążący.
„W głębi sumienia — czytamy w Soborowej Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele — człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra, a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony” (KDK 16).

czwartek, 22 stycznia 2009

Nowy zbawca...

Barack Obama został zaprzysiężony jako 44 prezydent USA. Było hucznie i uroczyście. Ludzie klaskali, cieszyli się, świętowali, przedstawiając prawie czarnoskórego polityka (prawie, bo on w równej mierze czarny, jak i biały) jako zbawcę Ameryki i świata.
Zbawcą Obama nie jest. Cieszy się co prawda ogromnym poparciem, ale przed czterema laty poparcie dla George’a W. Busha było jeszcze większe, a obecnie określany jest jako jeden z dwóch najgorszych prezydentów USA. Przychylność tłumów jest bardzo zwodniczym sprzymierzeńcem. Zresztą, w trakcie przemówienia inauguracyjnego, tego entuzjazmu nie było za wiele, zwłaszcza ilekroć prezydent wspomniał trudy przezwyciężenia kryzysu.
Entuzjazm rynków finansowych jest jeszcze mniejszy. Finansiści i specjaliści od gospodarki czekają na konkretne posunięcia nowego prezydenta. Ostrożność ta podyktowana jest zapewne realizmem – świadomością, że każdy polityk jest zakładnikiem zarówno swojego elektoratu, jak i zastanych układów. Waszyngton zaś jest systemem układów jak żadna inna stolica. Nie spodziewam się zatem po prezydencie Obamie zbyt wielu radykalnych posunięć.
Wiem, że trudno spodziewać się po przemówieniu inauguracyjnym szczegółów, ale kilka rzeczy mnie zastanowiło. Obama mówił o pokoju, jako celu swej polityki, ale jednocześnie groził każdemu, kto podniesie rękę na Amerykę. Mówił o zgodzie, ale też kilkakrotnie wspomniał na jak wielu obszarach ludzie są podzieleni. Mówił trochę mętnie, choć płynnie, sprawiając wrażenie, że mówi, żeby mówić, a nie żeby powiedzieć.
Dlatego w odniesieniu do Polski nie sądzę, byśmy cieszyli się zbyt wielkim zainteresowaniem nowego prezydenta, tym bardziej, że chce on ograniczyć zaangażowanie militarne USA w świecie, a trudnona innej płaszczyźnie zauważyć znaczącą współpracę Ameryki i Polski. Barack Obama zignorował Polskę w czasie swojej przedwyborczej podróży po Europie, a choć podobno obecnie zapowiada przyjazd do Polski, i stosowne zaproszenia od premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego zostały wystosowane, nie sądzę, by przybył tu w najbliższym czasie. W czasach kryzysu motywacji do takiej niekoniecznej wizyty raczej trudno szukać.
Czego się zatem po 44. prezydenturze spodziewam? Obama – jak się wydaje – chce być znacznie bardziej aktywny na polu wewnętrznym. Jest socjalistą, zatem – jeśli wierzyć zapowiedziom przedwyborczym – zechce wprowadzić model państwa opiekuńczego, z rozbudowanym systemem osłon socjalnych. Jak sam powiedział we wtorek: "nie z litości, ale by każdemu dać równe szanse". Po doświadczeniach realnego socjalizmu w Polsce i doświadczeniu niewydolności tego systemu w Europie, trudno mi ów kierunek polityki przyjmować bezkrytycznie.
Jest Obama również liberałem i już zapowiedział, że podpisze Freedom of Conscience Act, dopuszczający aborcję na życzenie w dowolnym momencie ciąży i w dowolnym szpitalu (w tym w szpitalach katolickich). Nie akceptuję aborcji, a zapowiedź liberalizacji i tak już liberalnych regulacji w kwestiach początków ludzkiego życia skłania mnie do postawy pełnej rezerwy wobec nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Jak będzie – trudno dziś orzec. Ale nie wygląda to dobrze, przynajmniej z mojego kapłańskiego punktu widzenia. Życzę Ameryce jak najlepiej...

czwartek, 15 stycznia 2009

Bliższa ciału koszula

Bliższa ciału koszula, mówi stare przysłowie i ostatnie wydarzenia za naszą wschodnią granicą dobitnie to potwierdzają. Rzecz dawno wyszła poza kwestie gospodarcze. Gazprom i Naftohaz są jedynie szyldami za którymi stoją rządy Rosji i Ukrainy. Zresztą, odbiorcy gazu tez nie są zwykłymi klientami, którzy czują się nabici w butelkę i wobec tego są cokolwiek zdenerwowani. Dla Słowacji czy Bułgarii gaz jest surowcem strategicznym w najściślejszym tego słowa znaczeniu. Jego brak oznacza nie tylko kryzys gospodarczy, ale także humanitarny – nade wszystko w zimie.
Mocnym komentarzem dla trwającego ponad tydzień przerzucania się stron odpowiedzialnością za brak tranzytu gazu jest wypowiedź słowackiego premiera, który stwierdził, że nic go nie obchodzi, kto jest winny sytuacji. Obchodzi go los jego kraju. Parafrazując fragment bajki Mickiewicza „Wy się kłócicie, nam chodzi o życie”.
Polska na razie w tak dramatycznej sytuacji, jak Słowacja, jeszcze nie jest. Dyskusje jednak wśród polityków, zamiast refleksji nad kwestią zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego krajowi, zdają się koncentrować na połajankach, z czyjej winy Polska jest uzależniona od rosyjskiego gazu i dlaczego dotychczasowe projekty dywersyfikacyjne upadły. Nie potrafią zająć się problemem, ale podobnie jak rosyjscy i ukraińscy dygnitarze zajmują się ratowaniem własnej twarzy.
To dlatego wypowiedzi posła Janusza Palikota czy Jacka Kurskiego wywołują tak ostre reakcje. Rzadko odnosząc się do jakiegokolwiek problemu, uderzają w poszczególne osoby podważając ich dobre imię. Na tym punkcie nasi politycy są szczególnie wrażliwi.
Oczywiście, każdy ma prawo do dobrego imienia. Każdy ma prawo go bronić. Rzecz w tym, że w naszym parlamencie ogromna część aktywności jednych skupia się na podważeniu godności adwersarzy, a tych drugich na obronie godności własnej. Sprawy merytoryczne życia publicznego w tym czasie leżą odłogiem, a jeśli nawet są podejmowane w debacie parlamentarnej, to i tak informacja na ten temat nie dociera do opinii publicznej zajętej wysłuchiwaniem kolejnych inwektyw, analizą dowodów niekompetencji, kłamstw, oszczerstw i insynuacji. Cierpią oczywiście na tym prace parlamentu, bo w tej atmosferze i przy tej metodologii niczego sensownego uchwalić się nie da. Każda decyzja jest politycznym targiem, w którym ważone są interesy partii i polityków. Interes narodowy schodzi na plan dalszy (jeśli w ogóle jeszcze na nim funkcjonuje). Ot, bliższa ciału koszula.
Mam zatem pomysł racjonalizatorski. A nawet kilka. Po pierwsze trzeba zlikwidować transmisje obrad sejmu. Po drugie należy odebrać parlamentarzystom immunitet. Po trzecie, Objąć obraźliwe wypowiedzi parlamentarzystów jurysdykcją sądów doraźnych, tak jak dotyczy to innych chuligańskich ekscesów. Po czwarte, zlikwidować partyjne listy i wprowadzić większościową ordynację wyborczą. Po piąte w końcu – zlikwidować dofinansowanie partii politycznych z budżetu państwa. Bycie parlamentarzystą powinno na nowo stać się służbą publiczną, a nie synekurą, zaś sam parlamentarzysta ma służyć Polsce, a nie swojej partii. To już przerabialiśmy i nie widzę najmniejszego powodu, by do tych koszmarnych pomysłów wracać.

piątek, 9 stycznia 2009

Freedom of Choice Act (FOCA)

Poniżej przedruk - dla wszystkich, którzy są zafascynowani nową gwiazdą USA - ku przestrodze. I jako zaproszenie do modlitwy...


Obama i spór o wolność wyboru

Piotr Gillert (Rzeczpospolita)

Projekt, który może wywołać konflikt prezydenta z prawicą nazywa się w skrócie FOCA i wywołuje ogromne emocje po obu stronach aborcyjnego frontu .

Barack Obama obiecał wyborcom, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi jako prezydent, będzie podpisanie ustawy o wolności wyboru

W pierwszych miesiącach rządów Barack Obama będzie miał pełne ręce roboty: kryzys finansów i gospodarki, dwie wojny, zagrożenie atakami terrorystycznymi, niepewna sytuacja międzynarodowa. Jakby tego było mało, nad jego głową wisi jeszcze groźba gwałtownego starcia z ruchem antyaborcyjnym.

Ustawa o wolności wyboru, znana szerzej pod skrótem FOCA, której współautorem był jako senator Obama, to dla jednych ustawowa gwarancja swobód kobiet, dla innych atak na prawo stanów do ograniczonej ochrony życia poczętego.

Przed rokiem Obama przyrzekł zwolennikom prawa do aborcji, że jeśli Kongres przyjmie ustawę, on niezwłocznie ją podpisze. – To będzie pierwsza rzecz, jaką zrobię jako prezydent – zapowiadał. Wypowiedź ta do dziś działa na organizacje antyaborcyjne jak płachta na byka.

Historia FOCA sięga końca lat 80., gdy zwolennicy legalności aborcji po raz pierwszy wprowadzili w Senacie projekt ustawy pod tą nazwą, obawiając się rychłej rewizji słynnego orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawie Roe kontra Wade (odmawiała ona stanom prawa do delegalizowania aborcji).

Najnowsze wcielenie FOCA wprowadzone pod obrady w kwietniu ubiegłego roku jest odpowiedzią zwolenników wyboru na inne ważne orzeczenie Sądu Najwyższego. W 2007 roku sąd podtrzymał federalny zakaz przeprowadzania tzw. aborcji przez częściowy poród, którą wykonuje się w zaawansowanej ciąży, wywołując poród i zabijając płód w jego trakcie. Dla ugrupowań pro-choice był to poważny znak ostrzegawczy – uznały one, że czas zapisać przyznane kobietom przez Sąd Najwyższy swobody w ustawie Kongresu, zanim ten sam sąd, tylko w innym składzie, kawałek po kawałku je odbierze.

Miażdżące zwycięstwo demokratów w ostatnich wyborach otwiera przed nimi historyczną szansę przyjęcia ustawy, która zakazywałaby wszelkich prób ograniczania kobietom dostępu do aborcji.

– FOCA to cyniczna próba przedwczesnego zakończenia debaty nad aborcją i ogłoszenia zwycięstwa, mimo że wszystko wskazuje na to, że społeczeństwo nie popiera większości przeprowadzanych w Ameryce aborcji – twierdzi Denise Burke ze stowarzyszenia Amerykanie Zjednoczeni dla Życia. Organizacja ta rozesłała do stanowych parlamentów wzór rezolucji potępiającej FOCA, wzywając je do jak najszybszego jej przyjęcia. Pod apelem do Kongresu o odrzucenie projektu podpisało się do soboty ponad 310 tysięcy osób.

Wizja przyjęcia ustawy wywołała gwałtowną reakcję między innymi w amerykańskim Kościele katolickim, który w przypadku przegłosowania projektu w obecnym kształcie nie mógłby odmawiać zabiegów aborcyjnych w setkach prowadzonych pod jego patronatem szpitali i klinik. Część biskupów zapowiedziała, że jeśli władze będą próbowały wyegzekwować to prawo, każe zamknąć wszystkie podlegające im szpitale.

Inni, tacy jak biskup diecezji Arlington Paul Loverde, gotowi są stawiać opór. – Moja odpowiedź brzmiałaby: nie zamknę szpitala i nie zamierzam przeprowadzać aborcji. Proszę, aresztujcie mnie.

Takie kontrowersje to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje Obama na początku prezydentury. Dlatego nie ma wcale pewności, że demokraci podejmą w najbliższym czasie próbę przeforsowania ustawy. – Zostało jeszcze wiele pracy – uspokaja nastroje Nancy Keenan, szefowa proaborcyjnej organizacji NARAL.

wtorek, 6 stycznia 2009

Ekspert

Nie mam złudzeń - pani Senyszyn jest harcownikiem ze strony Lewicy, jak posłowie Kurski i Palikot ze strony PiS-u i Platformy. Rozumiem, że ma wprowadzać ferment w poruszanych przez siebie kwestiach i niejako sondować społeczne nastroje. Jej ostatnia wypowiedź mnie mocno rozbawiła (od strony formalnej) ale i zirytowała (od merytorycznej). Rozbawiła mnie pewność, z jaką pani S. wypowiada się na temat tożsamości chrześcijańskiej. Ona wie, co to znaczy być prawdziwym chrześcijaninem. Wie też, że Urząd Nauczycielski Kościoła nie ma o tym najmniejszego pojęcia. Tylko pogratulować.
Irytacja natomiast przyszła, ponieważ pani S. najwyraźniej nie jest w stanie dopuścić myśli, że może się mylić, zwłaszcza jeśli jej adwersarzami są biskupi. Chroniczna alergia na Kościół zdaje się jednak wpływać na zdolność akceptacji faktów. I dlatego nie jest w stanie widzieć innej drogi dla walki z bezpłodnością jak in vitro (zamiast solidnej diagnostyki i leczenia przywracającego płodność). Cóż, tak bywa.
Harce pani poseł po raz kolejny przyniosły powtarzany od lat refren o mieszaniu się Kościoła do spraw politycznych i społecznych, refren postulatu o rozdziale Kościoła od Państwa, refren zamykający Kościół za drzwiami zakrystii (bo nawet nie kościoła – przecież na ambonie też nie wolno nic powiedzieć). Zarzut, że Kościół narzuca innym swoje poglądy jest o tyle interesujący, że nie dostrzegam istotnej różnicy pomiędzy zabiegami zwolenników i przeciwników legalizacji in vitro. Czyżby zatem prawo do wypowiadania swojej opinii mieli tylko ci, którzy podzielają zdanie p. Senyszyn, a jej przeciwnicy (zwłaszcza członkowie hierarchii kościelnej) mają milczeć? Czy fakt otrzymania święceń kapłańskich skutkuje pozbawieniem praw obywatelskich?
Kościół nikomu nie narzuca swojego nauczania. Przedstawia je, ponieważ uważa, że jego obowiązkiem jest głosić poznaną prawdę. Zaprasza wszystkich do wspólnej refleksji i podążania drogą poznanej prawdy. Mówi: „Tak widzimy człowieka i świat w którym żyje. Jeśli ta prawda porusza twoje serce – dołącz do nas i idź z nami. Jeśli chcesz, przyjmij prawdę, którą odnaleźliśmy”. Pozostawia wszystkim pełną wolność. Kto nie chce – może odejść. Komu nie odpowiadają ścieżki wiary chrześcijańskiej, może iść własnymi drogami.
Wiem, że wielu ludzi odchodzi, nie zgadzając się na nauczanie Kościoła w sferze ludzkiej moralności. Nie jestem w stanie ich zatrzymać. Nie mogę jednak zakłamywać poznanej prawdy. Nie mogę iść na kompromis tam, gdzie nie ma na niego miejsca. Jeśli z tego powodu pozostanę sam – trudno. Jak mawiali starożytni: „Amicus Plato, amicus Socrates, sed magis Amica – Veritas” (Przyjacielem Platon, przyjacielem Sokrates, ale większą przyjaciółką jest Prawda).