Watykan nie broni homoseksualistów przed więzieniem torturami i śmiercią! Pełne oburzenia głosy, jakie dały się wczoraj zauważyć w medialnych doniesieniach – nade wszystko w jednym z ogólnopolskich dzienników, swoją drogą mających się za pismo opiniotwórcze – we mnie wzbudziły niejakie zdziwienie.
Stanowisko Kościoła katolickiego w odniesieniu do czynów homoseksualnych jest powszechnie znane, niezmienne od początku jego istnienia. Słowo Boże (1Kor 6,9) wprost stwierdza, że „ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. Warto zauważyć, że wyrok potępia wszelkie grzechy wynikające z nieuporządkowanych relacji seksualnych, niezależnie czy dotyczą one osób hetero- czy homoseksualnych. Są czyny, które są złe i ci, którzy je popełniają nie mają w sobie życia wiecznego.
Seksualność jest rzeczą naturalną i dobrą, ale nie służy do zabawy. Jej wewnętrzna celowość ukierunkowana jest na prokreację, a więc przekazywanie życia, a nie na samą przyjemność. Seksualność jest dobra, bo jest dziełem Boga, wpisanym w naturę człowieka. Jest też – wbrew lobbingowi homoseksualnemu i poprawności politycznej – ze swej natury heteroseksualna, dlatego Kościół postrzega skłonności homoseksualne jako stan nienormalny i wymagający leczenia. Same skłonności jednak nie są grzeszne. Grzeszne są czyny. Dlatego Kościół wzywa osoby homoseksualne do życia we wstrzemięźliwości seksualnej, podobne wezwanie kierując zresztą ku osobom heteroseksualnym nie będącym w związku małżeńskim.
Nie ma w tym stanowisku nic z dyskryminacji. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec zła. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec kradzieży (nawet wobec chorych na kleptomanię) czy gwałtu (wobec osób uzależnionych od seksu). Jednoznaczne potępienie czynów rozpoznanych jako niegodziwe moralnie nie oznacza zresztą przekreślenia ludzi, którzy je popełnili i braku szacunku wobec nich. Przeciwnie, właśnie ze względu na szacunek do osoby ludzkiej rodzi się sprzeciw wobec czynionego zła.
Oczywiście, łatwiej i wygodniej byłoby milczeć i pozwolić każdemu robić, cokolwiek się człowiekowi podoba. Łatwiej byłoby być tolerancyjnym wobec zła. Rzecz w tym, że tolerancja nie jest zbyt wysoko w hierarchii wartości. Znacznie wyżej od niej znajduje się miłość, a miłość stawia wymagania. Miłość się troszczy. Miłości zależy, by człowiek się stawał, by rósł w swym człowieczeństwie. A że wielu się to nie podoba – cóż, nie pierwszy raz.
Watykan nie podpisał deklaracji ONZ, bo ani nie postrzega homoseksualizmu w kategoriach praw człowieka, ani – jak mi się wydaje – nie widzi powodu, by w najmniejszym choć stopniu sugerować jakąkolwiek formę akceptacji dla czynów homoseksualnych. O poszanowanie praw człowieka, ludzkiej godności i życia Kościół walczył na długo przed powstaniem ONZ i ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Zresztą, ta deklaracja niczego nie zmieni. Państwa, w których za czyny homoseksualne można trafić na szafot nie przejmują się prawem międzynarodowym i Organizacją Narodów Zjednoczonych. Ta deklaracja niczego w ich praktyce prawnej nie zmieni. Da tylko sygnatariuszom poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Albo poczucie zgoła odmienne. I aby tego odmiennego poczucia uniknąć, Watykan odmawia podpisu. I dobrze!
Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 4 grudnia 2008
czwartek, 27 listopada 2008
Nie jak, ale czy? A tak naprawdę - stanowcze NIE!
Wiem, że temat był już na blogu, ale repetitio est mater studiorum więc wracam do tematu korzystając, że ktoś ze mną rozmawiał...
[za "Naszym Dziennikiem]
Stanowisko strony katolickiej w zespole bioetycznym powinno zakładać przede wszystkim dążenie do całkowitego wyeliminowania procederu in vitro
In vitro - nie "jak", ale "czy"
Z ks. dr. Piotrem Kieniewiczem z Katedry Teologii Życia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II rozmawia Izabela Borańska
Polsce potrzebna jest w ogóle ustawa bioetyczna?
- Problem z ustawą bioetyczną należy do wyjątkowo skomplikowanych. Z jednej strony bowiem należy dostrzec wymóg ochrony życia, praw i wartości przez państwo, a z drugiej dosyć duże oczekiwania znacznej grupy obywateli, bynajmniej niezainteresowanych takimi rozwiązaniami. Trzeba sobie zdawać sprawę, że z etycznego punktu widzenia, jeśli ludzkie życie postrzegane jest jako wartość podstawowa, jego ochrona adekwatnie musi być uznana za jeden z najwyższych priorytetów prawa. W praktyce oznaczałoby to bezwzględny zakaz stosowania procedur zapłodnienia pozaustrojowego, klonowania czy eksperymentów badawczych na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju.
Wydaje się, że zespół bioetyczny przyjął jako oczywistość konieczność dopuszczenia pewnych działań, obwarowując je co prawda licznymi warunkami. W moim przekonaniu, jest to założenie błędne, ponieważ z góry zakłada tzw. kompromis moralny w odniesieniu do zasad, które nie dopuszczają wyjątków. Jestem przekonany, że ustawa powinna zabraniać każdej z trzech wymienionych procedur: in vitro, klonowanie, eksperymenty badawcze na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju. Jednocześnie ustawa bioetyczna powinna obligować szpitale kliniczne i medyczne oraz farmakologiczne instytuty badawcze do poddawania nowych, eksperymentalnych procedur terapeutycznych osądowi komitetów bioetycznych, określając jednocześnie kształt i tryb funkcjonowania tych komitetów.
Zespół rekomenduje legalizację in vitro i częściową refundację z budżetu.
- Widoczne jest w zespole Gowina przekonanie o konieczności dopuszczenia in vitro, przy czym różnice odnoszą się do skali tego dopuszczenia, a nie do zasady jako takiej. W praktyce taka legalizacja oznaczałaby zaakceptowanie przez prawo działań, które rozpoznaję jako niemoralne ze względu na brak poszanowania godności osoby ludzkiej. Jednocześnie mam świadomość, że nawet jeśli zostanie przyjęte najbardziej restrykcyjne z rekomendowanych rozwiązań w kwestii in vitro, to otwarte w ten sposób drzwi w krótkim czasie spowodują ewolucję prawa w kierunku bardziej liberalnym. Proces taki miał miejsce w praktycznie wszystkich krajach, gdzie in vitro stało się przedmiotem działań legislacyjnych. Bezwarunkowy zakaz niszczenia zarodków oraz ograniczenia w kwestii liczby zapładnianych komórek jajowych w ramach procedury in vitro być może wskazują na dobrą wolę przynajmniej niektórych członków zespołu bioetycznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że stwarzają kolejne problemy. Co w sytuacji, jeśli już po dokonaniu zapłodnienia matka odmówi poddania się implantacji? Jak ustawodawca wyobraża sobie wyegzekwowanie obowiązku implantacji powstałych zarodków?
Zadaniem prawa jest nie tylko chronić obywateli, ale także ich wychowywać. Prawo niemoralne nie wychowuje, tylko demoralizuje, to znaczy obniża poziom wrażliwości moralnej i odpowiedzialności za podejmowane wybory.
Zdaniem Księdza, ustawa może zrobić więcej złego niż dobrego?
- Obawiam się, że proponowana ustawa bioetyczna będzie miała taki właśnie demoralizujący charakter. Dlatego wolałbym, by nie było żadnej ustawy, niż gdyby zła ustawa spowodowała powstanie kolejnej równi pochyłej prowadzącej do coraz to nowych zamachów na niewinne życie ludzkie. Z bardziej konkretnym komentarzem trzeba się oczywiście na razie wstrzymać do czasu przedłożenia konkretnego projektu ustawy, niemniej uwagę o wychowawczej roli prawa projektodawcy ustawy bioetycznej powinni sobie mocno wziąć do serca.
Dziękuję za rozmowę.
[za "Naszym Dziennikiem]
Stanowisko strony katolickiej w zespole bioetycznym powinno zakładać przede wszystkim dążenie do całkowitego wyeliminowania procederu in vitro
In vitro - nie "jak", ale "czy"
Z ks. dr. Piotrem Kieniewiczem z Katedry Teologii Życia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II rozmawia Izabela Borańska
Polsce potrzebna jest w ogóle ustawa bioetyczna?
- Problem z ustawą bioetyczną należy do wyjątkowo skomplikowanych. Z jednej strony bowiem należy dostrzec wymóg ochrony życia, praw i wartości przez państwo, a z drugiej dosyć duże oczekiwania znacznej grupy obywateli, bynajmniej niezainteresowanych takimi rozwiązaniami. Trzeba sobie zdawać sprawę, że z etycznego punktu widzenia, jeśli ludzkie życie postrzegane jest jako wartość podstawowa, jego ochrona adekwatnie musi być uznana za jeden z najwyższych priorytetów prawa. W praktyce oznaczałoby to bezwzględny zakaz stosowania procedur zapłodnienia pozaustrojowego, klonowania czy eksperymentów badawczych na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju.
Wydaje się, że zespół bioetyczny przyjął jako oczywistość konieczność dopuszczenia pewnych działań, obwarowując je co prawda licznymi warunkami. W moim przekonaniu, jest to założenie błędne, ponieważ z góry zakłada tzw. kompromis moralny w odniesieniu do zasad, które nie dopuszczają wyjątków. Jestem przekonany, że ustawa powinna zabraniać każdej z trzech wymienionych procedur: in vitro, klonowanie, eksperymenty badawcze na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju. Jednocześnie ustawa bioetyczna powinna obligować szpitale kliniczne i medyczne oraz farmakologiczne instytuty badawcze do poddawania nowych, eksperymentalnych procedur terapeutycznych osądowi komitetów bioetycznych, określając jednocześnie kształt i tryb funkcjonowania tych komitetów.
Zespół rekomenduje legalizację in vitro i częściową refundację z budżetu.
- Widoczne jest w zespole Gowina przekonanie o konieczności dopuszczenia in vitro, przy czym różnice odnoszą się do skali tego dopuszczenia, a nie do zasady jako takiej. W praktyce taka legalizacja oznaczałaby zaakceptowanie przez prawo działań, które rozpoznaję jako niemoralne ze względu na brak poszanowania godności osoby ludzkiej. Jednocześnie mam świadomość, że nawet jeśli zostanie przyjęte najbardziej restrykcyjne z rekomendowanych rozwiązań w kwestii in vitro, to otwarte w ten sposób drzwi w krótkim czasie spowodują ewolucję prawa w kierunku bardziej liberalnym. Proces taki miał miejsce w praktycznie wszystkich krajach, gdzie in vitro stało się przedmiotem działań legislacyjnych. Bezwarunkowy zakaz niszczenia zarodków oraz ograniczenia w kwestii liczby zapładnianych komórek jajowych w ramach procedury in vitro być może wskazują na dobrą wolę przynajmniej niektórych członków zespołu bioetycznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że stwarzają kolejne problemy. Co w sytuacji, jeśli już po dokonaniu zapłodnienia matka odmówi poddania się implantacji? Jak ustawodawca wyobraża sobie wyegzekwowanie obowiązku implantacji powstałych zarodków?
Zadaniem prawa jest nie tylko chronić obywateli, ale także ich wychowywać. Prawo niemoralne nie wychowuje, tylko demoralizuje, to znaczy obniża poziom wrażliwości moralnej i odpowiedzialności za podejmowane wybory.
Zdaniem Księdza, ustawa może zrobić więcej złego niż dobrego?
- Obawiam się, że proponowana ustawa bioetyczna będzie miała taki właśnie demoralizujący charakter. Dlatego wolałbym, by nie było żadnej ustawy, niż gdyby zła ustawa spowodowała powstanie kolejnej równi pochyłej prowadzącej do coraz to nowych zamachów na niewinne życie ludzkie. Z bardziej konkretnym komentarzem trzeba się oczywiście na razie wstrzymać do czasu przedłożenia konkretnego projektu ustawy, niemniej uwagę o wychowawczej roli prawa projektodawcy ustawy bioetycznej powinni sobie mocno wziąć do serca.
Dziękuję za rozmowę.
Mord z litości nad sobą
Gdy umierał Jan Paweł II, na Florydzie konała z głodu Terry Schiavo. Na wniosek męża, który chciał „ułożyć sobie życie” sąd zdecydował o odłączeniu pozostającej od lat w stanie śpiączki kobiety od aparatury dożywiającej. Zmarła na 3 dni przed Ojcem świętym. W ostatnich dniach włoski sąd zdecydował tak samo – tym razem na wniosek ojca – by zaprzestać odżywiania Eluany Englaro, która od 17 lat pozostawała w stanie śpiączki.
Z moralnego punktu widzenia to nawet nie jest eutanazja, jako że pacjent nie ma w kwestii swej śmierci nic do powiedzenia. Swoją drogą, nawet gdy chory prosi o przyspieszenie śmierci, spełnienie jego prośby nie jest godziwe. Terry Schiavo i Eluana Englaro zostały skazane na śmierć, bo ci, którzy im winni byli miłość, tej miłości odmówili. Mówili, że nie mogą patrzeć na cierpienie kochanych osób. Mówili, że śmierć będzie wybawieniem od cierpienia. Rzeczywiście, wybawi ich od cierpienia kochania tych, którzy potrzebują pomocy i opieki.
Jan Paweł II w swojej encyklice o Ewangelii życia zwracał uwagę, że chorych i słabych zabija się dzisiaj coraz częściej tylko dlatego, że są ciężarem dla innych, dla swoich najbliższych i dla całego społeczeństwa. Uśmiercić chorego na chorobę nowotworową jest zdecydowanie taniej, niż poddawać go długotrwałej terapii. Taniej jest odmówić leczenia ludziom starym, niż wyjść naprzeciw ich potrzebom. A najlepiej, by chory sam chciał umrzeć, by sam uznał, że lepiej nie być ciężarem dla nikogo. Więc się nim na różne sposoby manipuluje, budując w nim poczucie osamotnienia i przerażającego obowiązku usunięcia się z życia w imię rzekomej troski o dobro innych.
Prośba o eutanazję jest w swej istocie oskarżeniem rodziny i przyjaciół o brak miłości. Człowiek, który wierzy w miłość, jest gotów przyjąć każdy ból, każde cierpienie. Ludzkie serce nie jest w stanie znieść tylko jednego – że nie jest kochane.
Nie wierzę w miłość, która zabija. Nie wierzę w sprawiedliwość, która głodem morzy nieprzytomnych ludzi. Nie wierzę w służbę zdrowia, która ludzi nazywa roślinami i odmawia im opieki. Papież wielokrotnie powtarzał, że sposób, w jaki społeczeństwo traktuje najsłabszych, jest sprawdzianem jego wewnętrznej kondycji. Jeśli społeczeństwo słabych, chorych, zniedołężniałych traktuje jak śmieci i niechciany ciężar – jeśli ich odrzuca i eliminuje (choćby ich własnymi rękami) – to takie społeczeństwo nie ma przyszłości.
Mówią niektórzy: „Nie stać nas na udzielenie pomocy i opieki wszystkim” i w pierwszym rzędzie ograniczają formy pomocy ludziom starym i ciężko chorym. Pytam zatem: Czy stać nas na to, by tym najsłabszym, najbardziej potrzebującym naszej miłości i wsparcia, odmówić opieki? Czy stać nas na to, by w imię własnej wygody i zadowolenia, że wokół nas nie widać cierpienia, w majestacie prawa niewinni ludzie byli mordowani tak, jak w swoim czasie zamordowano o. Maksymiliana Kolbe?
W Polsce eutanazja – na szczęście – nie jest legalna. Oby nigdy nie była. Obyśmy nie stanęli w jednej linii z tymi, którzy mają krew niewinną na rękach.
Z moralnego punktu widzenia to nawet nie jest eutanazja, jako że pacjent nie ma w kwestii swej śmierci nic do powiedzenia. Swoją drogą, nawet gdy chory prosi o przyspieszenie śmierci, spełnienie jego prośby nie jest godziwe. Terry Schiavo i Eluana Englaro zostały skazane na śmierć, bo ci, którzy im winni byli miłość, tej miłości odmówili. Mówili, że nie mogą patrzeć na cierpienie kochanych osób. Mówili, że śmierć będzie wybawieniem od cierpienia. Rzeczywiście, wybawi ich od cierpienia kochania tych, którzy potrzebują pomocy i opieki.
Jan Paweł II w swojej encyklice o Ewangelii życia zwracał uwagę, że chorych i słabych zabija się dzisiaj coraz częściej tylko dlatego, że są ciężarem dla innych, dla swoich najbliższych i dla całego społeczeństwa. Uśmiercić chorego na chorobę nowotworową jest zdecydowanie taniej, niż poddawać go długotrwałej terapii. Taniej jest odmówić leczenia ludziom starym, niż wyjść naprzeciw ich potrzebom. A najlepiej, by chory sam chciał umrzeć, by sam uznał, że lepiej nie być ciężarem dla nikogo. Więc się nim na różne sposoby manipuluje, budując w nim poczucie osamotnienia i przerażającego obowiązku usunięcia się z życia w imię rzekomej troski o dobro innych.
Prośba o eutanazję jest w swej istocie oskarżeniem rodziny i przyjaciół o brak miłości. Człowiek, który wierzy w miłość, jest gotów przyjąć każdy ból, każde cierpienie. Ludzkie serce nie jest w stanie znieść tylko jednego – że nie jest kochane.
Nie wierzę w miłość, która zabija. Nie wierzę w sprawiedliwość, która głodem morzy nieprzytomnych ludzi. Nie wierzę w służbę zdrowia, która ludzi nazywa roślinami i odmawia im opieki. Papież wielokrotnie powtarzał, że sposób, w jaki społeczeństwo traktuje najsłabszych, jest sprawdzianem jego wewnętrznej kondycji. Jeśli społeczeństwo słabych, chorych, zniedołężniałych traktuje jak śmieci i niechciany ciężar – jeśli ich odrzuca i eliminuje (choćby ich własnymi rękami) – to takie społeczeństwo nie ma przyszłości.
Mówią niektórzy: „Nie stać nas na udzielenie pomocy i opieki wszystkim” i w pierwszym rzędzie ograniczają formy pomocy ludziom starym i ciężko chorym. Pytam zatem: Czy stać nas na to, by tym najsłabszym, najbardziej potrzebującym naszej miłości i wsparcia, odmówić opieki? Czy stać nas na to, by w imię własnej wygody i zadowolenia, że wokół nas nie widać cierpienia, w majestacie prawa niewinni ludzie byli mordowani tak, jak w swoim czasie zamordowano o. Maksymiliana Kolbe?
W Polsce eutanazja – na szczęście – nie jest legalna. Oby nigdy nie była. Obyśmy nie stanęli w jednej linii z tymi, którzy mają krew niewinną na rękach.
czwartek, 20 listopada 2008
Niemoralna legalizacja
Ostatnie tygodnie na polskiej scenie bioetycznej naznaczone są mocno dyskusją nad legalizacją procedur in vitro i innych działań związanych z zapłodnieniem pozaustrojowym. Z jednej strony przypomina się fakt, że Polska nie ratyfikowała Konwencji bioetycznej i jest jednym z nielicznych krajów (jeśli nie jedynym) w Europie, który zagadnień bioetycznych nie reguluje prawnie w sposób kompleksowy. Z drugiej strony wskazuje się, że zła regulacja może przynieść więcej szkody niż pożytku…
Procedury zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce nie są regulowane niemal żadnymi zapisami prawnymi. Niemal, ponieważ istnieją dwa punkty Konstytucji, które mówią o ochronie życia i istnieje orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który jednoznacznie wypowiedział się, że te zapisy oznaczają ochronę ludzkiego życia od poczęcia. Niestety, to samo polskie prawo, od tej nie znoszącej wyjątków reguły robi wyjątek i dopuszcza sytuacje, w których odmawia prawnej ochrony nienarodzonym dzieciom, które są chore, nieprawidłowo się rozwijają lub poczęte zostały w wyniku przestępstwa ludzi dorosłych. W ten sposób prawo staje się wewnętrznie niespójne i wyłom w zasadzie bezwzględności ochrony życia zostaje uczyniony.
Legalizacja – choćby pod najściślejszymi obwarowaniami – procedur in vitro tylko ten zamęt by pogłębiła, pozwoliłaby bowiem na traktowanie ludzi w ich najwcześniejszej fazie rozwoju w sposób przedmiotowy, jako towar, który – jeśli nie spełnia wymogów jakościowych – będzie poddawany utylizacji. Utylizacja w takiej sytuacji oznacza zabójstwo.
Uciekając przed tą niewygodną prawdą niektórzy lekarze i badacze współcześni odmawiają prawa do człowieczeństwa istotom ludzkim w ich najwcześniejszej fazie rozwoju, stwierdzając, że człowiekiem się ów byt staje dopiero po zagnieżdżeniu się w macicy kobiety. Tertulian powtarzał, że nie może być człowiekiem ten, kto nie był nim od początku.
Nacisk, by zawrzeć kompromis wokół in vitro, jest ogromny. Przypomina się rok 1989 i następne, gdy został zawarty kompromis polityczny pozwalający na uchwalenie ustawy aborcyjnej, ograniczającej skalę legalnej aborcji w Polsce. Zachodzi jednak pomiędzy tymi dwiema sytuacjami subtelna różnica. W tamtym czasie, prawo pozwalało na niemal nieograniczoną aborcję – tylko wiek dziecka mógł je ochronić przed atakiem abortera. Zmiana prawa służyć miała zmianie tej sytuacji. W przypadku in vitro nie ma regulacji, która by pozwalała na przeprowadzanie zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. Innymi słowy, w żadnym zapisie prawnym nie istnieje stwierdzenie, że można to zrobić.
Problem w tym, że legalizacja czegokolwiek rodzi w ludziach przekonanie nie tylko o prawnej, ale także moralnej dopuszczalności danego działania. Widać to doskonale w kwestii aborcji, gdzie zdecydowana większość naszych obywateli uznaje obecne w prawie wyjątki od zasady bezwzględnej ochrony życia za oczywiste i słuszne. Można się zatem spodziewać, że legalizacja in vitro pociągnie za sobą uznanie, że są to procedury moralnie godziwe. A nie są. I właśnie dlatego, że nie są, jest tylko jedna regulacja, która byłaby moralnie do zaakceptowania: całkowity zakaz in vitro i nieterapeutycznych eksperymentów na dzieciach w ich embrionalnej fazie rozwoju. Tu nie ma miejsca na kompromis. Lepiej, by prawo w tej kwestii nie mówiło zatem nic, niż gdyby miało być demoralizujące.
Procedury zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce nie są regulowane niemal żadnymi zapisami prawnymi. Niemal, ponieważ istnieją dwa punkty Konstytucji, które mówią o ochronie życia i istnieje orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który jednoznacznie wypowiedział się, że te zapisy oznaczają ochronę ludzkiego życia od poczęcia. Niestety, to samo polskie prawo, od tej nie znoszącej wyjątków reguły robi wyjątek i dopuszcza sytuacje, w których odmawia prawnej ochrony nienarodzonym dzieciom, które są chore, nieprawidłowo się rozwijają lub poczęte zostały w wyniku przestępstwa ludzi dorosłych. W ten sposób prawo staje się wewnętrznie niespójne i wyłom w zasadzie bezwzględności ochrony życia zostaje uczyniony.
Legalizacja – choćby pod najściślejszymi obwarowaniami – procedur in vitro tylko ten zamęt by pogłębiła, pozwoliłaby bowiem na traktowanie ludzi w ich najwcześniejszej fazie rozwoju w sposób przedmiotowy, jako towar, który – jeśli nie spełnia wymogów jakościowych – będzie poddawany utylizacji. Utylizacja w takiej sytuacji oznacza zabójstwo.
Uciekając przed tą niewygodną prawdą niektórzy lekarze i badacze współcześni odmawiają prawa do człowieczeństwa istotom ludzkim w ich najwcześniejszej fazie rozwoju, stwierdzając, że człowiekiem się ów byt staje dopiero po zagnieżdżeniu się w macicy kobiety. Tertulian powtarzał, że nie może być człowiekiem ten, kto nie był nim od początku.
Nacisk, by zawrzeć kompromis wokół in vitro, jest ogromny. Przypomina się rok 1989 i następne, gdy został zawarty kompromis polityczny pozwalający na uchwalenie ustawy aborcyjnej, ograniczającej skalę legalnej aborcji w Polsce. Zachodzi jednak pomiędzy tymi dwiema sytuacjami subtelna różnica. W tamtym czasie, prawo pozwalało na niemal nieograniczoną aborcję – tylko wiek dziecka mógł je ochronić przed atakiem abortera. Zmiana prawa służyć miała zmianie tej sytuacji. W przypadku in vitro nie ma regulacji, która by pozwalała na przeprowadzanie zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. Innymi słowy, w żadnym zapisie prawnym nie istnieje stwierdzenie, że można to zrobić.
Problem w tym, że legalizacja czegokolwiek rodzi w ludziach przekonanie nie tylko o prawnej, ale także moralnej dopuszczalności danego działania. Widać to doskonale w kwestii aborcji, gdzie zdecydowana większość naszych obywateli uznaje obecne w prawie wyjątki od zasady bezwzględnej ochrony życia za oczywiste i słuszne. Można się zatem spodziewać, że legalizacja in vitro pociągnie za sobą uznanie, że są to procedury moralnie godziwe. A nie są. I właśnie dlatego, że nie są, jest tylko jedna regulacja, która byłaby moralnie do zaakceptowania: całkowity zakaz in vitro i nieterapeutycznych eksperymentów na dzieciach w ich embrionalnej fazie rozwoju. Tu nie ma miejsca na kompromis. Lepiej, by prawo w tej kwestii nie mówiło zatem nic, niż gdyby miało być demoralizujące.
środa, 12 listopada 2008
Słowo, które stwarza
Zgodnie z przepięknie namalowanym słowami obrazem z Księgi Rodzaju, Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. W moim przekonaniu owo podobieństwo realizuje się na co najmniej kilku płaszczyznach. Przede wszystkim do Boga jesteśmy podobni w tym, że naszą natura jest miłość – chcemy kochać i być kochani. W miłości odnajdujemy siebie, nasze życie.
Drugim takim podobieństwem do Stwórcy jest zdolność do uczestnictwa w dziele stworzenia, i bynajmniej nie mam na myśli naszych ludzkich zdolności prokreacyjnych związanych z seksualnym wymiarem życia. Chodzi mi o to, że każdym wypowiadanym słowem zmieniamy świat, stwarzając i niszcząc otaczającą nas rzeczywistość. Jakkolwiek niewiarygodnie by to brzmiało, teza nie jest wzięta z sufitu, ale z życia.
Kiedy mężczyzna wyznaje kobiecie, że ją kocha, jej serce się otwiera. Kiedy ktoś nas rani głupim, brutalnym słowem – czujemy, jakby gasło w nas życie. Słowa gniewne nakręcają w nas emocje i gniew, słowa spokojne łagodzą irytację.
Mówię o tym wszystkim, ponieważ niedawno zdałem sobie sprawę, że język, w jakim opowiadam moim studentom o problemach bioetycznych niekoniecznie jest najwłaściwszy. Mówię do nich o zygotach, embrionach, blastocystach, płodach, jakby pomijając milczeniem fakt, że za każdym razem chodzi o dziecko. To prawda, że tamte terminy wskazują na etap rozwoju młodego człowieka, ale jednocześnie jakoś go dehumanizują.
Łatwiej jest zaakceptować eksperymenty na embrionach niż eksperymenty na dziecku. Łatwiej jest myśleć o zygocie jako nie-człowieku, gdy używa się tylko technicznej terminologii medycznej. Łatwiej jest myśleć o nienarodzonym dziecku jako zlepku komórek, gdy słyszy się termin embrion. I niestety, łatwiej jest zgodzić się na terminację procesu rozwojowego blastocysty, niż gdy zacznie się mówić o zabójstwie niewinnego dziecka.
Słowa, które wypowiadamy kształtują nas, nasz sposób myślenia, i nasze postrzeganie świata. Nie wystarcza wiedzieć, że zygota, embrion czy płód to człowiek na różnych etapach swego rozwoju. Trzeba tę wiedzę uczynić częścią siebie, swojego myślenia czy postrzegania. Jednym z najłatwiejszych, a jednocześnie najskuteczniejszych sposobów zbudowania na nowo kultury życia jest zmiana języka, w jakim to życie opisujemy. Że ten embrion czy płód to zawsze jest dziecko. Że kobieta w ciąży nie tyle oczekuje dziecka, co jest już matką. Że poród to nie przyjście na świat, bo na świecie młody człowiek był już od wielu miesięcy, ale to tylko moment zmiany środowiska, w którym żyje.
Nie wolno nam się zgodzić na dehumanizacyjny dyktat cywilizacji technicznej. Jeśli już trzeba, to mówmy: człowiek na takim, albo innym etapie rozwoju. Człowiek! Dziecko! Osoba! Wbrew technologicznej nomenklaturze jesteśmy ludźmi – od poczęcia po wieczność. I warto, byśmy sami to dostrzegli i wypowiedzieli własnymi słowami.
Drugim takim podobieństwem do Stwórcy jest zdolność do uczestnictwa w dziele stworzenia, i bynajmniej nie mam na myśli naszych ludzkich zdolności prokreacyjnych związanych z seksualnym wymiarem życia. Chodzi mi o to, że każdym wypowiadanym słowem zmieniamy świat, stwarzając i niszcząc otaczającą nas rzeczywistość. Jakkolwiek niewiarygodnie by to brzmiało, teza nie jest wzięta z sufitu, ale z życia.
Kiedy mężczyzna wyznaje kobiecie, że ją kocha, jej serce się otwiera. Kiedy ktoś nas rani głupim, brutalnym słowem – czujemy, jakby gasło w nas życie. Słowa gniewne nakręcają w nas emocje i gniew, słowa spokojne łagodzą irytację.
Mówię o tym wszystkim, ponieważ niedawno zdałem sobie sprawę, że język, w jakim opowiadam moim studentom o problemach bioetycznych niekoniecznie jest najwłaściwszy. Mówię do nich o zygotach, embrionach, blastocystach, płodach, jakby pomijając milczeniem fakt, że za każdym razem chodzi o dziecko. To prawda, że tamte terminy wskazują na etap rozwoju młodego człowieka, ale jednocześnie jakoś go dehumanizują.
Łatwiej jest zaakceptować eksperymenty na embrionach niż eksperymenty na dziecku. Łatwiej jest myśleć o zygocie jako nie-człowieku, gdy używa się tylko technicznej terminologii medycznej. Łatwiej jest myśleć o nienarodzonym dziecku jako zlepku komórek, gdy słyszy się termin embrion. I niestety, łatwiej jest zgodzić się na terminację procesu rozwojowego blastocysty, niż gdy zacznie się mówić o zabójstwie niewinnego dziecka.
Słowa, które wypowiadamy kształtują nas, nasz sposób myślenia, i nasze postrzeganie świata. Nie wystarcza wiedzieć, że zygota, embrion czy płód to człowiek na różnych etapach swego rozwoju. Trzeba tę wiedzę uczynić częścią siebie, swojego myślenia czy postrzegania. Jednym z najłatwiejszych, a jednocześnie najskuteczniejszych sposobów zbudowania na nowo kultury życia jest zmiana języka, w jakim to życie opisujemy. Że ten embrion czy płód to zawsze jest dziecko. Że kobieta w ciąży nie tyle oczekuje dziecka, co jest już matką. Że poród to nie przyjście na świat, bo na świecie młody człowiek był już od wielu miesięcy, ale to tylko moment zmiany środowiska, w którym żyje.
Nie wolno nam się zgodzić na dehumanizacyjny dyktat cywilizacji technicznej. Jeśli już trzeba, to mówmy: człowiek na takim, albo innym etapie rozwoju. Człowiek! Dziecko! Osoba! Wbrew technologicznej nomenklaturze jesteśmy ludźmi – od poczęcia po wieczność. I warto, byśmy sami to dostrzegli i wypowiedzieli własnymi słowami.
wtorek, 11 listopada 2008
Było takie spotkanie...
W niedzielę po południu celebrowałem Mszę św. w kościele pw. NMP z Lourdes przy ulicy Wileńskiej na warszawskiej Pradze. Po Eucharystii miało miejsce spotkanie z kilkoma małżeństwami, uczestniczącymi w Duszpasterstwie Niepłodnych Małżeństw. Ponieważ całość mojej konferencji-refleksji była nagrywana przez dziennikarkę z Radia Warszawa, informacja o spotkaniu trafiła do KAI-u, tę zaś przedrukowała - jak się dowiedziałem od przyjaciół - nawet "Gazeta Wyborcza". No i rozszalała się burza. W jednym z listów przeczytałem: "Przeczytałem artykuł w Gazecie Wyborczej. Ale to rozjuszyło niektórych komentatorów. Widzę, że internet stał się takim forum, przynajmniej tym forum, które stanowią czytelnicy Gazety, gdzie katolickie poglądy nie mają prawa bytu..."
O co ta burza? Zapraszam do lektury. Pozwoliłem sobie przekleić artykuł z Wyborczej, podpisany, że rodem z KAI-u, mam nadzieję, że nie popełniam z tego tytułu żadnego przestępstwa. Od razu też mówię, że uważam poniższą relację za dosyć rzetelną. A co do wytłuszczonego wprowadzenia - motyw do tego zdania zaczerpnąłem z C.S. Lawisa, "Siostrzeniec czarodzieja" (kto zna, natychmiast się zorientuje, a innych odsyłam do lektury).
Ks. Kieniewicz: Dziecko z in vitro nie przyniesie do domu szczęścia
KAI 2008-11-10, ostatnia aktualizacja 2008-11-10 17:14:29.0
- In vitro przyniesie dziecko do domu. Jeżeli jednak ma to być tylko spełnienie pragnienia rodziców, to nie przyniesie ono im do domu szczęścia i radości. Tego błogosławieństwa, które było im przygotowane przez Boga - powiedział ks. Piotr Kieniewicz podczas spotkania w warszawskim Duszpasterstwie Niepłodnych Małżeństw.
Kapłan przekonywał, że nie posiadanie dziecka, ale życiodajność małżeństwa jest planem bożym.
Jak przypomniał ks. Kieniewicz z zapłodnieniem in vitro wiąże się wiele problemów moralnych: nadliczbowe embriony, kwestia skuteczności metody, problem zdrowia kobiety poddawanej zabiegowi, sposób pozyskania materiału genetycznego. - Temu wszystkiemu Kościół mówi nie, wskazując na to, że zostaje naruszona godność osoby, zarówno małżonków jak i przyszłego dziecka - powiedział kapłan.
- Płodność małżonków jest ich darem i tajemnicą - tłumaczył etyk - Wyprowadzenie tego spoza małżeństwa oznacza odarcie największej tajemnicy ich miłości, właśnie z tajemnicy, a tym samym odarcie ich z godności. Jeden z elementów zjednoczenia małżeńskiego w in vitro jest dany komuś aby się tym zajął - dodał. Ks. Kieniewicz podkreślił, że "dziecko ma prawo do tego, żeby być owocem miłości z zachowaniem tego sacrum, że od początku do końca jest nietknięte".
Etyk przypomniał, że małżeństwo jest miejscem, gdzie rodzi się życie. Jak naucza Kościół nie jest to kwestia płodności biologicznej, ale miłości pomiędzy mężem i żoną. - Pierwszym beneficjentem tej miłości są właśnie małżonkowie, kiedy ich relacja zaczyna tętnić życiem - mówił prelegent. - Tak rodzi się środowisko, w którym powstaje miejsce na nowe życie - tłumaczył.
Ks. Kieniewicz stanowczo przypomniał, że rodzice nie mogą traktować dziecka jako spełnienia swojego marzenia, środka do celu. Zdaniem zakonnika dotyczy to także poczęć naturalnych, kiedy "dzieci są zaspokojeniem potrzeby rodziców bycia rodzicami". W takich rodzinach obok dobrej pracy, majątku, o poczuciu spełnienia rodziców decyduje także posiadanie dzieci.
Małżeństwom dotkniętym problemem niepłodności, jako lekarstwo Kościół pokazuje miłość. W takich rodzinach też jest miejsce dla dzieci, ale nie dziecko, tylko życiodajność tego małżeństwa jest planem Boga. - Adopcja, tak jak ją Kościół rozumie, rodzi się z miłości, która daje przestrzeń na nowe życie. I wtedy nie jest ważne czy to jest dziecko z ośrodka adopcyjnego czy poczęte w sposób naturalny - mówił ks. Kieniewicz.
"Dziecko poczęte z myślenia rodziców, że zrobią wszystko, aby je mieć, nie przyniesie do domu szczęścia i radości. Nie to, które było im przygotowane przez Boga. Dziecko będzie, ale nie będzie błogosławieństwa" - dodał kapłan.
Prelegent przypomniał także o niskiej skuteczności in vitro. Według najlepszych ośrodków szacowana jest ona na 30 proc. Takie wyniki są uzyskiwane kiedy do procedury kwalifikuje się młode małżeństwa, najchętniej starające się o dziecko krócej niż rok, a także nie liczy się ilości prób podejmowanych przy zapłodnieniu, tylko ilość małżeństw, które ostatecznie mają ciążę. W ten sposób eliminuje się także wszystkie sytuacje niepowodzenia metody: przedwczesny poród, deformacje dziecka zakończone aborcją, śmierć okołourodzeniową, czy późniejszą śmierć z powodu komplikacji porodowych.
Zdaniem kapłana skuteczność metody in vitro - jeżeli liczymy ilość podjętych procedur i ilość poczęć - wynosi od 6 do 10 proc. Jeżeli bierzemy pod uwagę ilość poczęć zarodków w stosunku do dzieci urodzonych, w najlepszym razie skuteczność tej metody to 1-2 proc. Najczęściej bowiem do życia przy zapłodnieniu in vitro powołuje się od 10 do 15 zarodków.
Dyskusja z ks. Piotrem Kieniewiczem miała miejsce w ramach comiesięcznego cyklu spotkań Duszpasterstwa Niepłodnych Małżeństw. Inicjatywa spotkań powstała z potrzeby umocnienia duchowego małżonków, którzy mają problem z poczęciem własnego potomstwa. Prof. Bogdan Chazan, ginekolog i położnik szacuje, że trudności z poczęciem dziecka ma około 20 proc. małżeństw w Polsce. Jednakże problem bezpłodności dotyczy około 7 proc. z nich, co oznacza, że pozostałe, po podjęciu leczenia, mogą począć potomstwo.
KAI
Prawdę mówiąc, nie dziwię się burzy na gazetowym forum. Jeślibym miał cokolwiek dodać do przytoczonego tekstu, to tylko tyle - powiedziałem to też na rzeczonym spotkaniu - każde życie jest bezczenne. Każde życie trzeba przyjąć i ukochać, także to, które poczęte jest metodą in vitro. Nie ma gorszych dzieci, nie ma dzieci mniej zasługujących na miłość. Są tylko takie, które są źle kochane.
Nie osądzam nikogo, ani rodziców ani lekarzy. Myślę, że w wielu przypadkach ich działanie podyktowane jest dobrymi pragnieniami i chęcią zaradzenia trudnej, by nie rzec - dramatycznej sytuacji. Odrzucając in vitro, odrzucam działanie, ponieważ postrzegam je jako niegodziwe. Co zrobią ludzie z tą moją oceną - pozostawiam ich sumieniu. Mam nadzieję, że wezmą przytoczone argumenty pod uwagę. Jeśli zaś nie - trudno. Ja będę wiedział, że nie milczałem, tchórzliwie ukrywając rozpoznaną prawdę.
O co ta burza? Zapraszam do lektury. Pozwoliłem sobie przekleić artykuł z Wyborczej, podpisany, że rodem z KAI-u, mam nadzieję, że nie popełniam z tego tytułu żadnego przestępstwa. Od razu też mówię, że uważam poniższą relację za dosyć rzetelną. A co do wytłuszczonego wprowadzenia - motyw do tego zdania zaczerpnąłem z C.S. Lawisa, "Siostrzeniec czarodzieja" (kto zna, natychmiast się zorientuje, a innych odsyłam do lektury).
Ks. Kieniewicz: Dziecko z in vitro nie przyniesie do domu szczęścia
KAI 2008-11-10, ostatnia aktualizacja 2008-11-10 17:14:29.0
- In vitro przyniesie dziecko do domu. Jeżeli jednak ma to być tylko spełnienie pragnienia rodziców, to nie przyniesie ono im do domu szczęścia i radości. Tego błogosławieństwa, które było im przygotowane przez Boga - powiedział ks. Piotr Kieniewicz podczas spotkania w warszawskim Duszpasterstwie Niepłodnych Małżeństw.
Kapłan przekonywał, że nie posiadanie dziecka, ale życiodajność małżeństwa jest planem bożym.
Jak przypomniał ks. Kieniewicz z zapłodnieniem in vitro wiąże się wiele problemów moralnych: nadliczbowe embriony, kwestia skuteczności metody, problem zdrowia kobiety poddawanej zabiegowi, sposób pozyskania materiału genetycznego. - Temu wszystkiemu Kościół mówi nie, wskazując na to, że zostaje naruszona godność osoby, zarówno małżonków jak i przyszłego dziecka - powiedział kapłan.
- Płodność małżonków jest ich darem i tajemnicą - tłumaczył etyk - Wyprowadzenie tego spoza małżeństwa oznacza odarcie największej tajemnicy ich miłości, właśnie z tajemnicy, a tym samym odarcie ich z godności. Jeden z elementów zjednoczenia małżeńskiego w in vitro jest dany komuś aby się tym zajął - dodał. Ks. Kieniewicz podkreślił, że "dziecko ma prawo do tego, żeby być owocem miłości z zachowaniem tego sacrum, że od początku do końca jest nietknięte".
Etyk przypomniał, że małżeństwo jest miejscem, gdzie rodzi się życie. Jak naucza Kościół nie jest to kwestia płodności biologicznej, ale miłości pomiędzy mężem i żoną. - Pierwszym beneficjentem tej miłości są właśnie małżonkowie, kiedy ich relacja zaczyna tętnić życiem - mówił prelegent. - Tak rodzi się środowisko, w którym powstaje miejsce na nowe życie - tłumaczył.
Ks. Kieniewicz stanowczo przypomniał, że rodzice nie mogą traktować dziecka jako spełnienia swojego marzenia, środka do celu. Zdaniem zakonnika dotyczy to także poczęć naturalnych, kiedy "dzieci są zaspokojeniem potrzeby rodziców bycia rodzicami". W takich rodzinach obok dobrej pracy, majątku, o poczuciu spełnienia rodziców decyduje także posiadanie dzieci.
Małżeństwom dotkniętym problemem niepłodności, jako lekarstwo Kościół pokazuje miłość. W takich rodzinach też jest miejsce dla dzieci, ale nie dziecko, tylko życiodajność tego małżeństwa jest planem Boga. - Adopcja, tak jak ją Kościół rozumie, rodzi się z miłości, która daje przestrzeń na nowe życie. I wtedy nie jest ważne czy to jest dziecko z ośrodka adopcyjnego czy poczęte w sposób naturalny - mówił ks. Kieniewicz.
"Dziecko poczęte z myślenia rodziców, że zrobią wszystko, aby je mieć, nie przyniesie do domu szczęścia i radości. Nie to, które było im przygotowane przez Boga. Dziecko będzie, ale nie będzie błogosławieństwa" - dodał kapłan.
Prelegent przypomniał także o niskiej skuteczności in vitro. Według najlepszych ośrodków szacowana jest ona na 30 proc. Takie wyniki są uzyskiwane kiedy do procedury kwalifikuje się młode małżeństwa, najchętniej starające się o dziecko krócej niż rok, a także nie liczy się ilości prób podejmowanych przy zapłodnieniu, tylko ilość małżeństw, które ostatecznie mają ciążę. W ten sposób eliminuje się także wszystkie sytuacje niepowodzenia metody: przedwczesny poród, deformacje dziecka zakończone aborcją, śmierć okołourodzeniową, czy późniejszą śmierć z powodu komplikacji porodowych.
Zdaniem kapłana skuteczność metody in vitro - jeżeli liczymy ilość podjętych procedur i ilość poczęć - wynosi od 6 do 10 proc. Jeżeli bierzemy pod uwagę ilość poczęć zarodków w stosunku do dzieci urodzonych, w najlepszym razie skuteczność tej metody to 1-2 proc. Najczęściej bowiem do życia przy zapłodnieniu in vitro powołuje się od 10 do 15 zarodków.
Dyskusja z ks. Piotrem Kieniewiczem miała miejsce w ramach comiesięcznego cyklu spotkań Duszpasterstwa Niepłodnych Małżeństw. Inicjatywa spotkań powstała z potrzeby umocnienia duchowego małżonków, którzy mają problem z poczęciem własnego potomstwa. Prof. Bogdan Chazan, ginekolog i położnik szacuje, że trudności z poczęciem dziecka ma około 20 proc. małżeństw w Polsce. Jednakże problem bezpłodności dotyczy około 7 proc. z nich, co oznacza, że pozostałe, po podjęciu leczenia, mogą począć potomstwo.
KAI
* * *
Prawdę mówiąc, nie dziwię się burzy na gazetowym forum. Jeślibym miał cokolwiek dodać do przytoczonego tekstu, to tylko tyle - powiedziałem to też na rzeczonym spotkaniu - każde życie jest bezczenne. Każde życie trzeba przyjąć i ukochać, także to, które poczęte jest metodą in vitro. Nie ma gorszych dzieci, nie ma dzieci mniej zasługujących na miłość. Są tylko takie, które są źle kochane.
Nie osądzam nikogo, ani rodziców ani lekarzy. Myślę, że w wielu przypadkach ich działanie podyktowane jest dobrymi pragnieniami i chęcią zaradzenia trudnej, by nie rzec - dramatycznej sytuacji. Odrzucając in vitro, odrzucam działanie, ponieważ postrzegam je jako niegodziwe. Co zrobią ludzie z tą moją oceną - pozostawiam ich sumieniu. Mam nadzieję, że wezmą przytoczone argumenty pod uwagę. Jeśli zaś nie - trudno. Ja będę wiedział, że nie milczałem, tchórzliwie ukrywając rozpoznaną prawdę.
środa, 5 listopada 2008
Krajobraz po bitwie
No i po wyborach. Wszyscy sobie gratulują, wszyscy zapewniają o możliwej współpracy i co ciekawe – tradycja dotychczasowych wyborów prezydenckich pokazuje, że nie są to zapowiedzi gołosłowne. Taki kraj, gdzie wszyscy są przyzwyczajeni, że zwycięzca bierze wszystko – i głosy i władzę i odpowiedzialność. Chociaż nie, odpowiedzialność nie całą. Odpowiedzialność spoczywa na wszystkich i nikt ze świadomie uczestniczących w życiu publicznym Amerykanów się od niej nie wymawia. Przynajmniej oficjalnie. I jeśli załatwia ktoś swoje własne sprawy (to znaczy dba o reelekcję do Senatu czy Izby Reprezentantów), to nie kosztem odpowiedzialności za swój region wyborczy i kraj – to zresztą byłoby działanie samobójcze, bo nieodpowiedzialnych polityków, awanturników, kryminalistów, aferzystów się tam nie wybiera. Praktycznie zawsze, gdy okazuje się, że ktoś jest w czymś umoczony, to sam się wycofuje z życia publicznego. Czasem jest to element układu z prokuratorem, a czasem nie.
Jak inaczej to wszystko wygląda u nas. U nas odnosi się wrażenie, że kampania wyborcza trwa w najlepsze przez całą kadencję parlamentu i prezydenta. Kłótnie i spory powodują niekiedy paraliż decyzyjny lub pociągają za sobą decyzje iście kuriozalne. Ale cóż, co kraj to obyczaj.
Dlaczego Amerykanie wybrali Baracka Obamę? Myślę, że powodów można wymienić co najmniej kilka. Pierwszym, który napędził mu zwolenników był wciąż urzędujący w Białym Domu George W. Bush. Agresywny w polityce międzynarodowej, niezgrabny w dyplomacji i w polityce wewnętrznej – zarówno jego osoba jak i podejmowane decyzje systematycznie podkopywały sympatie wobec partii republikańskiej. Dlatego wołanie Obamy o zmianę (zmieńmy cokolwiek, gorzej być nie może) trafiło na niezwykle podatny grunt.
Drugim powodem był lęk o przyszłość. Narastający kryzys ekonomiczny był świetną pożywką dla socjalistycznie brzmiących obietnic demokratycznego kandydata, domagającego się podwyższenia podatków dla bogatych i coraz szerszego wsparcia najuboższych. Mało kto zauważał, że kierunek ten podcina sam fundament gospodarki amerykańskiej, opartej na inicjatywie obywatelskiej, ale też na świadomym podjęciu ryzyka. W sytuacji kryzysu finansowego Amerykanie zatęsknili do europejskiej wizji państwa opiekuńczego, nie zdając sobie sprawy, że ceną za jej przyjęcie może być krach ekonomiczny na niespotykaną w ich historii skalę.
Po cichu mam nadzieję, że socjalistyczny program Baracka Obamy pozostanie nietknięty na papierze, że z wielkiego gadania o przemianie niewiele będzie. Zbyt wiele zobowiązań podjął senator z Illinois podczas swojej kampanii, gdy gromadził fundusze na jej sfinansowanie. Zbyt wiele obietnic musiał złożyć tym bogatym, by teraz im móc odebrać kolejne kwoty poprzez podniesienie podatków. Poza tym, prezydent USA, przy całej władzy, jaką mu daje konstytucja, musi się liczyć z Kongresem. Nie jest jednowładcą. Jeślibym zatem miał obstawiać, to powiedziałbym, że będzie tak, jak jest. Zmienią się zatem tylko garnitury… W każdym razie, taką mam nadzieję.
Co do prowadzonej przez USA polityki też wielkich zmian nie oczekuję. Zapewne w polityce zagranicznej będzie ciut spokojniej. Jedyna poważna zmiana, której się szczerze obawiam, odnosi się do kwestii moralnych. Obama w sferze moralnej jest nie liczącym się z wartością poczętego życia liberałem, co przy demokratycznej większości w Kongresie może doprowadzić do wielu tragicznych zmian legislacyjnych. Może jednak nie będzie tak źle, może się znajdzie wystarczająco wielu sprawiedliwych…
Jak inaczej to wszystko wygląda u nas. U nas odnosi się wrażenie, że kampania wyborcza trwa w najlepsze przez całą kadencję parlamentu i prezydenta. Kłótnie i spory powodują niekiedy paraliż decyzyjny lub pociągają za sobą decyzje iście kuriozalne. Ale cóż, co kraj to obyczaj.
Dlaczego Amerykanie wybrali Baracka Obamę? Myślę, że powodów można wymienić co najmniej kilka. Pierwszym, który napędził mu zwolenników był wciąż urzędujący w Białym Domu George W. Bush. Agresywny w polityce międzynarodowej, niezgrabny w dyplomacji i w polityce wewnętrznej – zarówno jego osoba jak i podejmowane decyzje systematycznie podkopywały sympatie wobec partii republikańskiej. Dlatego wołanie Obamy o zmianę (zmieńmy cokolwiek, gorzej być nie może) trafiło na niezwykle podatny grunt.
Drugim powodem był lęk o przyszłość. Narastający kryzys ekonomiczny był świetną pożywką dla socjalistycznie brzmiących obietnic demokratycznego kandydata, domagającego się podwyższenia podatków dla bogatych i coraz szerszego wsparcia najuboższych. Mało kto zauważał, że kierunek ten podcina sam fundament gospodarki amerykańskiej, opartej na inicjatywie obywatelskiej, ale też na świadomym podjęciu ryzyka. W sytuacji kryzysu finansowego Amerykanie zatęsknili do europejskiej wizji państwa opiekuńczego, nie zdając sobie sprawy, że ceną za jej przyjęcie może być krach ekonomiczny na niespotykaną w ich historii skalę.
Po cichu mam nadzieję, że socjalistyczny program Baracka Obamy pozostanie nietknięty na papierze, że z wielkiego gadania o przemianie niewiele będzie. Zbyt wiele zobowiązań podjął senator z Illinois podczas swojej kampanii, gdy gromadził fundusze na jej sfinansowanie. Zbyt wiele obietnic musiał złożyć tym bogatym, by teraz im móc odebrać kolejne kwoty poprzez podniesienie podatków. Poza tym, prezydent USA, przy całej władzy, jaką mu daje konstytucja, musi się liczyć z Kongresem. Nie jest jednowładcą. Jeślibym zatem miał obstawiać, to powiedziałbym, że będzie tak, jak jest. Zmienią się zatem tylko garnitury… W każdym razie, taką mam nadzieję.
Co do prowadzonej przez USA polityki też wielkich zmian nie oczekuję. Zapewne w polityce zagranicznej będzie ciut spokojniej. Jedyna poważna zmiana, której się szczerze obawiam, odnosi się do kwestii moralnych. Obama w sferze moralnej jest nie liczącym się z wartością poczętego życia liberałem, co przy demokratycznej większości w Kongresie może doprowadzić do wielu tragicznych zmian legislacyjnych. Może jednak nie będzie tak źle, może się znajdzie wystarczająco wielu sprawiedliwych…
Subskrybuj:
Posty (Atom)