Polskie Koleje Państwowe dawno mnie zniechęciły do korzystania ze swoich usług: jeździło się wolno, w brudnych wagonach, bez żadnej troski o bezpieczeństwo podróżnych. I drogo, coraz drożej… Z punktualnością drzewiej bywało różnie, ale gwoli sprawiedliwości powiem, że ostatnio pociągi przywożące moich znajomych zawsze były o czasie.
Ostatnio kolej została oddłużona, pojawiły się nowoczesne pociągi w niektórych stajniach, a moi znajomi jeżdżący na liniach na zachód od Wisły mówili, że w toaletach było nawet mydło i ręczniki. I może by mnie te wieści zachęciły, by wsiąść do pociągu, gdyby nie raz po raz pojawiające się protesty płacowe i strajki.
Nie rozumiem tych strajków. Nie rozumiem działań, które uderzają w firmę desperacko walczącą o odzyskanie dobrej opinii u potencjalnych klientów. Nie rozumiem działań, które opierają się na logice Kalego: że zabrać Kalemu krowa to źle, ale jak Kali zabrać krowa to dobrze. Siłą rzeczy obecnego strajku kolejarzy jako żywo też nie rozumiem. Walka o to, by prezydent nie podpisywał ustawy o emeryturach pomostowych jest w moim przekonaniu strzałem do własnej bramki. Wedle doniesień prasowych, niemal wszyscy pracownicy kolei, pracujący w trudnych warunkach mieli być objęci emeryturami pomostowymi. Ci, którzy nie pracują w trudnych warunkach mieli być z programu wyłączeni. Zawetowanie ustawy przez prezydenta oznaczałoby, że „pomostówek” nie otrzymałby nikt, ani wśród kolejarzy, ani nigdzie indziej.
Jeśli prawidłowo odczytuję intencje organizatorów protestu, występowali oni w imieniu swoich kolegów i koleżanek nie objętych programem wcześniejszych emerytur. Czyżby woleli sami nie mieć wcześniejszych emerytur, niż cieszyć się nimi ze świadomością, że inni ich nie otrzymają? Na pozór wygląda to chwalebnie, ale…
Czym różnią się warunki pracy kasjerki na stacji PKP od kasjerki w supermarkecie? Czym różni się praca sprzątaczki na stacji PKP od pracy sprzątaczki w Urzędzie Miejskim. Czy sam fakt, że pracuje się na rzecz Polskich Kolei Państwowych uprawniać ma do specjalnego traktowania przez całe społeczeństwo? A może w imię sprawiedliwości, wszystkie zawody występujące na kolei mają także poza kolejnictwem być objęte programem pomostowych emerytur?! W ten sposób cała Polska przechodziłaby na emeryturę w wieku lat 50 lub nawet mniej! Najbogatszych państw na to nie stać! Jakoś nikt nie zauważa, że bogaci dlatego są bogaci, bo ciężko na to pracują.
Wprowadzona przez Bismarcka koncepcja emerytury polegała na zapewnieniu opieki tym, którzy już nie mogą pracować. Wyznaczonej przez niego granicy 65 lat mało kto dożywał. Kto pracować nie chciał, nie mógł liczyć na wsparcie społeczne. Dziś czasy się zmieniły. Emerytura jest uznaniem, że pracownik, obywatel „swoje zrobił, niech się teraz pomęczą inni”. Z drugiej strony jednak, praca ludzi do pracy zdolnych (i odprowadzane podatki) jest warunkiem funkcjonowania całego państwowego systemu. Im mniej ludzi pracuje, i im większa jest grupa pozostająca na utrzymaniu państwa, tym mniejsze są możliwości struktur państwowych, by zapewnić funkcjonowanie wszystkich niezbędnych agend i organów na należytym poziomie. Mówiąc wprost, obecna zmiana prawa, zmniejszająca ilość osób uprawnionych do emerytur pomostowych o 75% nie wynika z jakiegoś diabolicznego uprzedzenia się polityków PO do licznych grup zawodowych, ale z ograniczenia świadczenia do tych pracujących w najtrudniejszych warunkach. Przypuszczam, że gdyby można było, to zapewniono by wcześniejsze emerytury wszystkim, ale po prostu nie ma na to pieniędzy.
Nie ma pieniędzy na wszystko. Jeśli wydamy to, co mamy, na emerytury pomostowe dla wszystkich, to nie będzie ich potem na nic. Oczywiście, można będzie dodrukować, tylko że to też droga do nikąd.
Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
czwartek, 11 grudnia 2008
Tylko dla małżeństw. Na razie
Media podały, że projekt ustawy biomedycznej, który trafił (na razie do konsultacji?) do parlamentu przewiduje procedury in vitro tylko dla małżeństw. Na razie, obawiam się. Doświadczenie pokazuje, że w miarę upływu czasu i przyzwyczajenia społeczeństwa do nowej sytuacji, stopniowo zwiększa się pole akceptacji dla działań wcześniej uznawanych za niegodziwe, i - co za tym idzie - poszerza się ramy prawne. Innymi słowy, w ciągu paru lat przewiduję nowelizację ustawy, pozwalającą na in vitro już nie tylko dla małżeństw i bez obostrzeń zaproponowanych obecnie przez komisję posła Gowina. W bioetyce proces ten nazywany jest równią pochyłą.
Projekt zakłada między innymi, że wszystkie powołane do życia embriony (czyli - jak rozumiem - dzieci na embrionalnym etapie swego rozwoju) mają być umieszczone w macicy kobiety. Zapis ten w sumie niewiele oznacza, gdyż od momentu implantacji ciąża będzie podlegała "Ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży", ta zaś pozwala na dokonanie aborcji w przypadku "ciężkiego uszkodzenia płodu". W praktyce oznacza to możliwość przerwania ciąży w przypadku niemal każdej nieprawidłowości w rozwoju dziecka. Z etycznego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy dziecko zostanie zabite przed czy po implantacji.
Ograniczenie in vitro tylko do małżeństw będzie mocno oprotestowane argumentem o niedyskryminacji osób samotnych, żyjących w związkach nieformalnych i homoseksualnych. Posądzenia o dyskryminację z jakiegokolwiek powodu współcześni decydenci boją się jak ognia. Niestety...
Projekt zakłada między innymi, że wszystkie powołane do życia embriony (czyli - jak rozumiem - dzieci na embrionalnym etapie swego rozwoju) mają być umieszczone w macicy kobiety. Zapis ten w sumie niewiele oznacza, gdyż od momentu implantacji ciąża będzie podlegała "Ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży", ta zaś pozwala na dokonanie aborcji w przypadku "ciężkiego uszkodzenia płodu". W praktyce oznacza to możliwość przerwania ciąży w przypadku niemal każdej nieprawidłowości w rozwoju dziecka. Z etycznego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy dziecko zostanie zabite przed czy po implantacji.
Ograniczenie in vitro tylko do małżeństw będzie mocno oprotestowane argumentem o niedyskryminacji osób samotnych, żyjących w związkach nieformalnych i homoseksualnych. Posądzenia o dyskryminację z jakiegokolwiek powodu współcześni decydenci boją się jak ognia. Niestety...
poniedziałek, 8 grudnia 2008
Życie warte życia
Dziś moje Zgromadzenie obchodzi patronalną uroczystość: Niepokalane Poczęcie. Celebrujemy Tajemnicę miłości Boga, dla którego czas nie ma znaczenia. Zanim Chrystus dokonał dzieła Zbawienia na krzyżu, mocą Jego Paschy, Maryja od momentu swego poczęcia otrzymała dar wolności od grzechu pierworodnego.
Od poczęcia! Dar tej niezwykłej łaski mogła otrzymać tylko będąc osobą, bo łaska udzielana jest tylko wobec osoby. A więc od poczęcia była osobą. Wbrew wielkim i małym tego świata, którzy swoimi pokrętnymi opiniami usiłują wykazać, że człowiekiem się nie jest od początku, tylko od kiedyś-później, Ona otrzymuje dar najbardziej niezwykły ze wszystkich.
Swoją drogą, dobrze, że jej mama (wedle tradycji nosząca imię Anna) nie używała środków antykoncepcyjnych, że nie miała założonej wkładki domacicznej ani żadnego innego podobnego wynalazku współczesności.
Dziś jest taki dzień, gdy z nową siłą wołam: życie jest piękne! Życie jest warte życia! Jest cenne zarówno wtedy, gdy człowiek składa się z jednej, pierwszej komórki, gdy się rodzi i gdy jego życie zbliża się do kresu. Jest cenne i warte życia, gdy jest zdrowe i silne, ale równie cenne jest i wtedy, gdy jest chore i słabe.
Dziś za przejaw normalności i nowoczesności uchodzi sytuacja, gdy kobieta zostaje farmakologicznie lub mechanicznie obezpłodniona. Antykoncepcja i aborcja wyznaczają ponure standardy postępu cywilizacyjnego. Dlatego dziś, wraz z całym Kościołem wołam: tak nie wolno! Z całym Kościołem wysławiam Pana, który jest Miłośnikiem Życia, i błogosławię za dar, który jest fundamentem dla wszystkich pozostałych.
Dziękuję Bogu za wszystkich tych, którzy życiu służą - mężczyzn i kobiety, duchownych i świeckich.
Dziekuję za lekarzy ginekologów, którzy nie poddają się antynatalistycznemu lobbingowi.
Dziękuję za mądre położne, które uczą kobiety, jak cudowne jest macierzyństwo.
Dziękuję za rodziców wielodzietnych rodzin, którzy pokazują, że życie nie jest stanem patologicznym.
Dziękuję za tych, co pod swój dach przyjmują dzieci, które rodziców straciły.
Dziękuję małżonkom, którzy dotknięci cierpieniem niepłodności wciąż wzajemną miłością dają sobie nawzajem życie, niosą swój krzyż, a jednocześnie nie sięgają po in vitro, by wywalczyć swoje. Niektórzy z nich przyjmują dzieci przez adopcję; inni służą potrzebującym.
Dziękuję za mądrych i dobrych księży, którzy dodają otuchy i przywracają nadzieję.
Dziękuję za wszystkich, którzy służą życiu, którzy je bronią i którzy ukazują światu, że jest warte życia.
Od poczęcia! Dar tej niezwykłej łaski mogła otrzymać tylko będąc osobą, bo łaska udzielana jest tylko wobec osoby. A więc od poczęcia była osobą. Wbrew wielkim i małym tego świata, którzy swoimi pokrętnymi opiniami usiłują wykazać, że człowiekiem się nie jest od początku, tylko od kiedyś-później, Ona otrzymuje dar najbardziej niezwykły ze wszystkich.
Swoją drogą, dobrze, że jej mama (wedle tradycji nosząca imię Anna) nie używała środków antykoncepcyjnych, że nie miała założonej wkładki domacicznej ani żadnego innego podobnego wynalazku współczesności.
Dziś jest taki dzień, gdy z nową siłą wołam: życie jest piękne! Życie jest warte życia! Jest cenne zarówno wtedy, gdy człowiek składa się z jednej, pierwszej komórki, gdy się rodzi i gdy jego życie zbliża się do kresu. Jest cenne i warte życia, gdy jest zdrowe i silne, ale równie cenne jest i wtedy, gdy jest chore i słabe.
Dziś za przejaw normalności i nowoczesności uchodzi sytuacja, gdy kobieta zostaje farmakologicznie lub mechanicznie obezpłodniona. Antykoncepcja i aborcja wyznaczają ponure standardy postępu cywilizacyjnego. Dlatego dziś, wraz z całym Kościołem wołam: tak nie wolno! Z całym Kościołem wysławiam Pana, który jest Miłośnikiem Życia, i błogosławię za dar, który jest fundamentem dla wszystkich pozostałych.
Dziękuję Bogu za wszystkich tych, którzy życiu służą - mężczyzn i kobiety, duchownych i świeckich.
Dziekuję za lekarzy ginekologów, którzy nie poddają się antynatalistycznemu lobbingowi.
Dziękuję za mądre położne, które uczą kobiety, jak cudowne jest macierzyństwo.
Dziękuję za rodziców wielodzietnych rodzin, którzy pokazują, że życie nie jest stanem patologicznym.
Dziękuję za tych, co pod swój dach przyjmują dzieci, które rodziców straciły.
Dziękuję małżonkom, którzy dotknięci cierpieniem niepłodności wciąż wzajemną miłością dają sobie nawzajem życie, niosą swój krzyż, a jednocześnie nie sięgają po in vitro, by wywalczyć swoje. Niektórzy z nich przyjmują dzieci przez adopcję; inni służą potrzebującym.
Dziękuję za mądrych i dobrych księży, którzy dodają otuchy i przywracają nadzieję.
Dziękuję za wszystkich, którzy służą życiu, którzy je bronią i którzy ukazują światu, że jest warte życia.
czwartek, 4 grudnia 2008
Deklaracja
Watykan nie broni homoseksualistów przed więzieniem torturami i śmiercią! Pełne oburzenia głosy, jakie dały się wczoraj zauważyć w medialnych doniesieniach – nade wszystko w jednym z ogólnopolskich dzienników, swoją drogą mających się za pismo opiniotwórcze – we mnie wzbudziły niejakie zdziwienie.
Stanowisko Kościoła katolickiego w odniesieniu do czynów homoseksualnych jest powszechnie znane, niezmienne od początku jego istnienia. Słowo Boże (1Kor 6,9) wprost stwierdza, że „ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. Warto zauważyć, że wyrok potępia wszelkie grzechy wynikające z nieuporządkowanych relacji seksualnych, niezależnie czy dotyczą one osób hetero- czy homoseksualnych. Są czyny, które są złe i ci, którzy je popełniają nie mają w sobie życia wiecznego.
Seksualność jest rzeczą naturalną i dobrą, ale nie służy do zabawy. Jej wewnętrzna celowość ukierunkowana jest na prokreację, a więc przekazywanie życia, a nie na samą przyjemność. Seksualność jest dobra, bo jest dziełem Boga, wpisanym w naturę człowieka. Jest też – wbrew lobbingowi homoseksualnemu i poprawności politycznej – ze swej natury heteroseksualna, dlatego Kościół postrzega skłonności homoseksualne jako stan nienormalny i wymagający leczenia. Same skłonności jednak nie są grzeszne. Grzeszne są czyny. Dlatego Kościół wzywa osoby homoseksualne do życia we wstrzemięźliwości seksualnej, podobne wezwanie kierując zresztą ku osobom heteroseksualnym nie będącym w związku małżeńskim.
Nie ma w tym stanowisku nic z dyskryminacji. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec zła. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec kradzieży (nawet wobec chorych na kleptomanię) czy gwałtu (wobec osób uzależnionych od seksu). Jednoznaczne potępienie czynów rozpoznanych jako niegodziwe moralnie nie oznacza zresztą przekreślenia ludzi, którzy je popełnili i braku szacunku wobec nich. Przeciwnie, właśnie ze względu na szacunek do osoby ludzkiej rodzi się sprzeciw wobec czynionego zła.
Oczywiście, łatwiej i wygodniej byłoby milczeć i pozwolić każdemu robić, cokolwiek się człowiekowi podoba. Łatwiej byłoby być tolerancyjnym wobec zła. Rzecz w tym, że tolerancja nie jest zbyt wysoko w hierarchii wartości. Znacznie wyżej od niej znajduje się miłość, a miłość stawia wymagania. Miłość się troszczy. Miłości zależy, by człowiek się stawał, by rósł w swym człowieczeństwie. A że wielu się to nie podoba – cóż, nie pierwszy raz.
Watykan nie podpisał deklaracji ONZ, bo ani nie postrzega homoseksualizmu w kategoriach praw człowieka, ani – jak mi się wydaje – nie widzi powodu, by w najmniejszym choć stopniu sugerować jakąkolwiek formę akceptacji dla czynów homoseksualnych. O poszanowanie praw człowieka, ludzkiej godności i życia Kościół walczył na długo przed powstaniem ONZ i ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Zresztą, ta deklaracja niczego nie zmieni. Państwa, w których za czyny homoseksualne można trafić na szafot nie przejmują się prawem międzynarodowym i Organizacją Narodów Zjednoczonych. Ta deklaracja niczego w ich praktyce prawnej nie zmieni. Da tylko sygnatariuszom poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Albo poczucie zgoła odmienne. I aby tego odmiennego poczucia uniknąć, Watykan odmawia podpisu. I dobrze!
Stanowisko Kościoła katolickiego w odniesieniu do czynów homoseksualnych jest powszechnie znane, niezmienne od początku jego istnienia. Słowo Boże (1Kor 6,9) wprost stwierdza, że „ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. Warto zauważyć, że wyrok potępia wszelkie grzechy wynikające z nieuporządkowanych relacji seksualnych, niezależnie czy dotyczą one osób hetero- czy homoseksualnych. Są czyny, które są złe i ci, którzy je popełniają nie mają w sobie życia wiecznego.
Seksualność jest rzeczą naturalną i dobrą, ale nie służy do zabawy. Jej wewnętrzna celowość ukierunkowana jest na prokreację, a więc przekazywanie życia, a nie na samą przyjemność. Seksualność jest dobra, bo jest dziełem Boga, wpisanym w naturę człowieka. Jest też – wbrew lobbingowi homoseksualnemu i poprawności politycznej – ze swej natury heteroseksualna, dlatego Kościół postrzega skłonności homoseksualne jako stan nienormalny i wymagający leczenia. Same skłonności jednak nie są grzeszne. Grzeszne są czyny. Dlatego Kościół wzywa osoby homoseksualne do życia we wstrzemięźliwości seksualnej, podobne wezwanie kierując zresztą ku osobom heteroseksualnym nie będącym w związku małżeńskim.
Nie ma w tym stanowisku nic z dyskryminacji. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec zła. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec kradzieży (nawet wobec chorych na kleptomanię) czy gwałtu (wobec osób uzależnionych od seksu). Jednoznaczne potępienie czynów rozpoznanych jako niegodziwe moralnie nie oznacza zresztą przekreślenia ludzi, którzy je popełnili i braku szacunku wobec nich. Przeciwnie, właśnie ze względu na szacunek do osoby ludzkiej rodzi się sprzeciw wobec czynionego zła.
Oczywiście, łatwiej i wygodniej byłoby milczeć i pozwolić każdemu robić, cokolwiek się człowiekowi podoba. Łatwiej byłoby być tolerancyjnym wobec zła. Rzecz w tym, że tolerancja nie jest zbyt wysoko w hierarchii wartości. Znacznie wyżej od niej znajduje się miłość, a miłość stawia wymagania. Miłość się troszczy. Miłości zależy, by człowiek się stawał, by rósł w swym człowieczeństwie. A że wielu się to nie podoba – cóż, nie pierwszy raz.
Watykan nie podpisał deklaracji ONZ, bo ani nie postrzega homoseksualizmu w kategoriach praw człowieka, ani – jak mi się wydaje – nie widzi powodu, by w najmniejszym choć stopniu sugerować jakąkolwiek formę akceptacji dla czynów homoseksualnych. O poszanowanie praw człowieka, ludzkiej godności i życia Kościół walczył na długo przed powstaniem ONZ i ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Zresztą, ta deklaracja niczego nie zmieni. Państwa, w których za czyny homoseksualne można trafić na szafot nie przejmują się prawem międzynarodowym i Organizacją Narodów Zjednoczonych. Ta deklaracja niczego w ich praktyce prawnej nie zmieni. Da tylko sygnatariuszom poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Albo poczucie zgoła odmienne. I aby tego odmiennego poczucia uniknąć, Watykan odmawia podpisu. I dobrze!
czwartek, 27 listopada 2008
Nie jak, ale czy? A tak naprawdę - stanowcze NIE!
Wiem, że temat był już na blogu, ale repetitio est mater studiorum więc wracam do tematu korzystając, że ktoś ze mną rozmawiał...
[za "Naszym Dziennikiem]
Stanowisko strony katolickiej w zespole bioetycznym powinno zakładać przede wszystkim dążenie do całkowitego wyeliminowania procederu in vitro
In vitro - nie "jak", ale "czy"
Z ks. dr. Piotrem Kieniewiczem z Katedry Teologii Życia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II rozmawia Izabela Borańska
Polsce potrzebna jest w ogóle ustawa bioetyczna?
- Problem z ustawą bioetyczną należy do wyjątkowo skomplikowanych. Z jednej strony bowiem należy dostrzec wymóg ochrony życia, praw i wartości przez państwo, a z drugiej dosyć duże oczekiwania znacznej grupy obywateli, bynajmniej niezainteresowanych takimi rozwiązaniami. Trzeba sobie zdawać sprawę, że z etycznego punktu widzenia, jeśli ludzkie życie postrzegane jest jako wartość podstawowa, jego ochrona adekwatnie musi być uznana za jeden z najwyższych priorytetów prawa. W praktyce oznaczałoby to bezwzględny zakaz stosowania procedur zapłodnienia pozaustrojowego, klonowania czy eksperymentów badawczych na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju.
Wydaje się, że zespół bioetyczny przyjął jako oczywistość konieczność dopuszczenia pewnych działań, obwarowując je co prawda licznymi warunkami. W moim przekonaniu, jest to założenie błędne, ponieważ z góry zakłada tzw. kompromis moralny w odniesieniu do zasad, które nie dopuszczają wyjątków. Jestem przekonany, że ustawa powinna zabraniać każdej z trzech wymienionych procedur: in vitro, klonowanie, eksperymenty badawcze na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju. Jednocześnie ustawa bioetyczna powinna obligować szpitale kliniczne i medyczne oraz farmakologiczne instytuty badawcze do poddawania nowych, eksperymentalnych procedur terapeutycznych osądowi komitetów bioetycznych, określając jednocześnie kształt i tryb funkcjonowania tych komitetów.
Zespół rekomenduje legalizację in vitro i częściową refundację z budżetu.
- Widoczne jest w zespole Gowina przekonanie o konieczności dopuszczenia in vitro, przy czym różnice odnoszą się do skali tego dopuszczenia, a nie do zasady jako takiej. W praktyce taka legalizacja oznaczałaby zaakceptowanie przez prawo działań, które rozpoznaję jako niemoralne ze względu na brak poszanowania godności osoby ludzkiej. Jednocześnie mam świadomość, że nawet jeśli zostanie przyjęte najbardziej restrykcyjne z rekomendowanych rozwiązań w kwestii in vitro, to otwarte w ten sposób drzwi w krótkim czasie spowodują ewolucję prawa w kierunku bardziej liberalnym. Proces taki miał miejsce w praktycznie wszystkich krajach, gdzie in vitro stało się przedmiotem działań legislacyjnych. Bezwarunkowy zakaz niszczenia zarodków oraz ograniczenia w kwestii liczby zapładnianych komórek jajowych w ramach procedury in vitro być może wskazują na dobrą wolę przynajmniej niektórych członków zespołu bioetycznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że stwarzają kolejne problemy. Co w sytuacji, jeśli już po dokonaniu zapłodnienia matka odmówi poddania się implantacji? Jak ustawodawca wyobraża sobie wyegzekwowanie obowiązku implantacji powstałych zarodków?
Zadaniem prawa jest nie tylko chronić obywateli, ale także ich wychowywać. Prawo niemoralne nie wychowuje, tylko demoralizuje, to znaczy obniża poziom wrażliwości moralnej i odpowiedzialności za podejmowane wybory.
Zdaniem Księdza, ustawa może zrobić więcej złego niż dobrego?
- Obawiam się, że proponowana ustawa bioetyczna będzie miała taki właśnie demoralizujący charakter. Dlatego wolałbym, by nie było żadnej ustawy, niż gdyby zła ustawa spowodowała powstanie kolejnej równi pochyłej prowadzącej do coraz to nowych zamachów na niewinne życie ludzkie. Z bardziej konkretnym komentarzem trzeba się oczywiście na razie wstrzymać do czasu przedłożenia konkretnego projektu ustawy, niemniej uwagę o wychowawczej roli prawa projektodawcy ustawy bioetycznej powinni sobie mocno wziąć do serca.
Dziękuję za rozmowę.
[za "Naszym Dziennikiem]
Stanowisko strony katolickiej w zespole bioetycznym powinno zakładać przede wszystkim dążenie do całkowitego wyeliminowania procederu in vitro
In vitro - nie "jak", ale "czy"
Z ks. dr. Piotrem Kieniewiczem z Katedry Teologii Życia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II rozmawia Izabela Borańska
Polsce potrzebna jest w ogóle ustawa bioetyczna?
- Problem z ustawą bioetyczną należy do wyjątkowo skomplikowanych. Z jednej strony bowiem należy dostrzec wymóg ochrony życia, praw i wartości przez państwo, a z drugiej dosyć duże oczekiwania znacznej grupy obywateli, bynajmniej niezainteresowanych takimi rozwiązaniami. Trzeba sobie zdawać sprawę, że z etycznego punktu widzenia, jeśli ludzkie życie postrzegane jest jako wartość podstawowa, jego ochrona adekwatnie musi być uznana za jeden z najwyższych priorytetów prawa. W praktyce oznaczałoby to bezwzględny zakaz stosowania procedur zapłodnienia pozaustrojowego, klonowania czy eksperymentów badawczych na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju.
Wydaje się, że zespół bioetyczny przyjął jako oczywistość konieczność dopuszczenia pewnych działań, obwarowując je co prawda licznymi warunkami. W moim przekonaniu, jest to założenie błędne, ponieważ z góry zakłada tzw. kompromis moralny w odniesieniu do zasad, które nie dopuszczają wyjątków. Jestem przekonany, że ustawa powinna zabraniać każdej z trzech wymienionych procedur: in vitro, klonowanie, eksperymenty badawcze na dzieciach w embrionalnej fazie rozwoju. Jednocześnie ustawa bioetyczna powinna obligować szpitale kliniczne i medyczne oraz farmakologiczne instytuty badawcze do poddawania nowych, eksperymentalnych procedur terapeutycznych osądowi komitetów bioetycznych, określając jednocześnie kształt i tryb funkcjonowania tych komitetów.
Zespół rekomenduje legalizację in vitro i częściową refundację z budżetu.
- Widoczne jest w zespole Gowina przekonanie o konieczności dopuszczenia in vitro, przy czym różnice odnoszą się do skali tego dopuszczenia, a nie do zasady jako takiej. W praktyce taka legalizacja oznaczałaby zaakceptowanie przez prawo działań, które rozpoznaję jako niemoralne ze względu na brak poszanowania godności osoby ludzkiej. Jednocześnie mam świadomość, że nawet jeśli zostanie przyjęte najbardziej restrykcyjne z rekomendowanych rozwiązań w kwestii in vitro, to otwarte w ten sposób drzwi w krótkim czasie spowodują ewolucję prawa w kierunku bardziej liberalnym. Proces taki miał miejsce w praktycznie wszystkich krajach, gdzie in vitro stało się przedmiotem działań legislacyjnych. Bezwarunkowy zakaz niszczenia zarodków oraz ograniczenia w kwestii liczby zapładnianych komórek jajowych w ramach procedury in vitro być może wskazują na dobrą wolę przynajmniej niektórych członków zespołu bioetycznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że stwarzają kolejne problemy. Co w sytuacji, jeśli już po dokonaniu zapłodnienia matka odmówi poddania się implantacji? Jak ustawodawca wyobraża sobie wyegzekwowanie obowiązku implantacji powstałych zarodków?
Zadaniem prawa jest nie tylko chronić obywateli, ale także ich wychowywać. Prawo niemoralne nie wychowuje, tylko demoralizuje, to znaczy obniża poziom wrażliwości moralnej i odpowiedzialności za podejmowane wybory.
Zdaniem Księdza, ustawa może zrobić więcej złego niż dobrego?
- Obawiam się, że proponowana ustawa bioetyczna będzie miała taki właśnie demoralizujący charakter. Dlatego wolałbym, by nie było żadnej ustawy, niż gdyby zła ustawa spowodowała powstanie kolejnej równi pochyłej prowadzącej do coraz to nowych zamachów na niewinne życie ludzkie. Z bardziej konkretnym komentarzem trzeba się oczywiście na razie wstrzymać do czasu przedłożenia konkretnego projektu ustawy, niemniej uwagę o wychowawczej roli prawa projektodawcy ustawy bioetycznej powinni sobie mocno wziąć do serca.
Dziękuję za rozmowę.
Mord z litości nad sobą
Gdy umierał Jan Paweł II, na Florydzie konała z głodu Terry Schiavo. Na wniosek męża, który chciał „ułożyć sobie życie” sąd zdecydował o odłączeniu pozostającej od lat w stanie śpiączki kobiety od aparatury dożywiającej. Zmarła na 3 dni przed Ojcem świętym. W ostatnich dniach włoski sąd zdecydował tak samo – tym razem na wniosek ojca – by zaprzestać odżywiania Eluany Englaro, która od 17 lat pozostawała w stanie śpiączki.
Z moralnego punktu widzenia to nawet nie jest eutanazja, jako że pacjent nie ma w kwestii swej śmierci nic do powiedzenia. Swoją drogą, nawet gdy chory prosi o przyspieszenie śmierci, spełnienie jego prośby nie jest godziwe. Terry Schiavo i Eluana Englaro zostały skazane na śmierć, bo ci, którzy im winni byli miłość, tej miłości odmówili. Mówili, że nie mogą patrzeć na cierpienie kochanych osób. Mówili, że śmierć będzie wybawieniem od cierpienia. Rzeczywiście, wybawi ich od cierpienia kochania tych, którzy potrzebują pomocy i opieki.
Jan Paweł II w swojej encyklice o Ewangelii życia zwracał uwagę, że chorych i słabych zabija się dzisiaj coraz częściej tylko dlatego, że są ciężarem dla innych, dla swoich najbliższych i dla całego społeczeństwa. Uśmiercić chorego na chorobę nowotworową jest zdecydowanie taniej, niż poddawać go długotrwałej terapii. Taniej jest odmówić leczenia ludziom starym, niż wyjść naprzeciw ich potrzebom. A najlepiej, by chory sam chciał umrzeć, by sam uznał, że lepiej nie być ciężarem dla nikogo. Więc się nim na różne sposoby manipuluje, budując w nim poczucie osamotnienia i przerażającego obowiązku usunięcia się z życia w imię rzekomej troski o dobro innych.
Prośba o eutanazję jest w swej istocie oskarżeniem rodziny i przyjaciół o brak miłości. Człowiek, który wierzy w miłość, jest gotów przyjąć każdy ból, każde cierpienie. Ludzkie serce nie jest w stanie znieść tylko jednego – że nie jest kochane.
Nie wierzę w miłość, która zabija. Nie wierzę w sprawiedliwość, która głodem morzy nieprzytomnych ludzi. Nie wierzę w służbę zdrowia, która ludzi nazywa roślinami i odmawia im opieki. Papież wielokrotnie powtarzał, że sposób, w jaki społeczeństwo traktuje najsłabszych, jest sprawdzianem jego wewnętrznej kondycji. Jeśli społeczeństwo słabych, chorych, zniedołężniałych traktuje jak śmieci i niechciany ciężar – jeśli ich odrzuca i eliminuje (choćby ich własnymi rękami) – to takie społeczeństwo nie ma przyszłości.
Mówią niektórzy: „Nie stać nas na udzielenie pomocy i opieki wszystkim” i w pierwszym rzędzie ograniczają formy pomocy ludziom starym i ciężko chorym. Pytam zatem: Czy stać nas na to, by tym najsłabszym, najbardziej potrzebującym naszej miłości i wsparcia, odmówić opieki? Czy stać nas na to, by w imię własnej wygody i zadowolenia, że wokół nas nie widać cierpienia, w majestacie prawa niewinni ludzie byli mordowani tak, jak w swoim czasie zamordowano o. Maksymiliana Kolbe?
W Polsce eutanazja – na szczęście – nie jest legalna. Oby nigdy nie była. Obyśmy nie stanęli w jednej linii z tymi, którzy mają krew niewinną na rękach.
Z moralnego punktu widzenia to nawet nie jest eutanazja, jako że pacjent nie ma w kwestii swej śmierci nic do powiedzenia. Swoją drogą, nawet gdy chory prosi o przyspieszenie śmierci, spełnienie jego prośby nie jest godziwe. Terry Schiavo i Eluana Englaro zostały skazane na śmierć, bo ci, którzy im winni byli miłość, tej miłości odmówili. Mówili, że nie mogą patrzeć na cierpienie kochanych osób. Mówili, że śmierć będzie wybawieniem od cierpienia. Rzeczywiście, wybawi ich od cierpienia kochania tych, którzy potrzebują pomocy i opieki.
Jan Paweł II w swojej encyklice o Ewangelii życia zwracał uwagę, że chorych i słabych zabija się dzisiaj coraz częściej tylko dlatego, że są ciężarem dla innych, dla swoich najbliższych i dla całego społeczeństwa. Uśmiercić chorego na chorobę nowotworową jest zdecydowanie taniej, niż poddawać go długotrwałej terapii. Taniej jest odmówić leczenia ludziom starym, niż wyjść naprzeciw ich potrzebom. A najlepiej, by chory sam chciał umrzeć, by sam uznał, że lepiej nie być ciężarem dla nikogo. Więc się nim na różne sposoby manipuluje, budując w nim poczucie osamotnienia i przerażającego obowiązku usunięcia się z życia w imię rzekomej troski o dobro innych.
Prośba o eutanazję jest w swej istocie oskarżeniem rodziny i przyjaciół o brak miłości. Człowiek, który wierzy w miłość, jest gotów przyjąć każdy ból, każde cierpienie. Ludzkie serce nie jest w stanie znieść tylko jednego – że nie jest kochane.
Nie wierzę w miłość, która zabija. Nie wierzę w sprawiedliwość, która głodem morzy nieprzytomnych ludzi. Nie wierzę w służbę zdrowia, która ludzi nazywa roślinami i odmawia im opieki. Papież wielokrotnie powtarzał, że sposób, w jaki społeczeństwo traktuje najsłabszych, jest sprawdzianem jego wewnętrznej kondycji. Jeśli społeczeństwo słabych, chorych, zniedołężniałych traktuje jak śmieci i niechciany ciężar – jeśli ich odrzuca i eliminuje (choćby ich własnymi rękami) – to takie społeczeństwo nie ma przyszłości.
Mówią niektórzy: „Nie stać nas na udzielenie pomocy i opieki wszystkim” i w pierwszym rzędzie ograniczają formy pomocy ludziom starym i ciężko chorym. Pytam zatem: Czy stać nas na to, by tym najsłabszym, najbardziej potrzebującym naszej miłości i wsparcia, odmówić opieki? Czy stać nas na to, by w imię własnej wygody i zadowolenia, że wokół nas nie widać cierpienia, w majestacie prawa niewinni ludzie byli mordowani tak, jak w swoim czasie zamordowano o. Maksymiliana Kolbe?
W Polsce eutanazja – na szczęście – nie jest legalna. Oby nigdy nie była. Obyśmy nie stanęli w jednej linii z tymi, którzy mają krew niewinną na rękach.
czwartek, 20 listopada 2008
Niemoralna legalizacja
Ostatnie tygodnie na polskiej scenie bioetycznej naznaczone są mocno dyskusją nad legalizacją procedur in vitro i innych działań związanych z zapłodnieniem pozaustrojowym. Z jednej strony przypomina się fakt, że Polska nie ratyfikowała Konwencji bioetycznej i jest jednym z nielicznych krajów (jeśli nie jedynym) w Europie, który zagadnień bioetycznych nie reguluje prawnie w sposób kompleksowy. Z drugiej strony wskazuje się, że zła regulacja może przynieść więcej szkody niż pożytku…
Procedury zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce nie są regulowane niemal żadnymi zapisami prawnymi. Niemal, ponieważ istnieją dwa punkty Konstytucji, które mówią o ochronie życia i istnieje orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który jednoznacznie wypowiedział się, że te zapisy oznaczają ochronę ludzkiego życia od poczęcia. Niestety, to samo polskie prawo, od tej nie znoszącej wyjątków reguły robi wyjątek i dopuszcza sytuacje, w których odmawia prawnej ochrony nienarodzonym dzieciom, które są chore, nieprawidłowo się rozwijają lub poczęte zostały w wyniku przestępstwa ludzi dorosłych. W ten sposób prawo staje się wewnętrznie niespójne i wyłom w zasadzie bezwzględności ochrony życia zostaje uczyniony.
Legalizacja – choćby pod najściślejszymi obwarowaniami – procedur in vitro tylko ten zamęt by pogłębiła, pozwoliłaby bowiem na traktowanie ludzi w ich najwcześniejszej fazie rozwoju w sposób przedmiotowy, jako towar, który – jeśli nie spełnia wymogów jakościowych – będzie poddawany utylizacji. Utylizacja w takiej sytuacji oznacza zabójstwo.
Uciekając przed tą niewygodną prawdą niektórzy lekarze i badacze współcześni odmawiają prawa do człowieczeństwa istotom ludzkim w ich najwcześniejszej fazie rozwoju, stwierdzając, że człowiekiem się ów byt staje dopiero po zagnieżdżeniu się w macicy kobiety. Tertulian powtarzał, że nie może być człowiekiem ten, kto nie był nim od początku.
Nacisk, by zawrzeć kompromis wokół in vitro, jest ogromny. Przypomina się rok 1989 i następne, gdy został zawarty kompromis polityczny pozwalający na uchwalenie ustawy aborcyjnej, ograniczającej skalę legalnej aborcji w Polsce. Zachodzi jednak pomiędzy tymi dwiema sytuacjami subtelna różnica. W tamtym czasie, prawo pozwalało na niemal nieograniczoną aborcję – tylko wiek dziecka mógł je ochronić przed atakiem abortera. Zmiana prawa służyć miała zmianie tej sytuacji. W przypadku in vitro nie ma regulacji, która by pozwalała na przeprowadzanie zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. Innymi słowy, w żadnym zapisie prawnym nie istnieje stwierdzenie, że można to zrobić.
Problem w tym, że legalizacja czegokolwiek rodzi w ludziach przekonanie nie tylko o prawnej, ale także moralnej dopuszczalności danego działania. Widać to doskonale w kwestii aborcji, gdzie zdecydowana większość naszych obywateli uznaje obecne w prawie wyjątki od zasady bezwzględnej ochrony życia za oczywiste i słuszne. Można się zatem spodziewać, że legalizacja in vitro pociągnie za sobą uznanie, że są to procedury moralnie godziwe. A nie są. I właśnie dlatego, że nie są, jest tylko jedna regulacja, która byłaby moralnie do zaakceptowania: całkowity zakaz in vitro i nieterapeutycznych eksperymentów na dzieciach w ich embrionalnej fazie rozwoju. Tu nie ma miejsca na kompromis. Lepiej, by prawo w tej kwestii nie mówiło zatem nic, niż gdyby miało być demoralizujące.
Procedury zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce nie są regulowane niemal żadnymi zapisami prawnymi. Niemal, ponieważ istnieją dwa punkty Konstytucji, które mówią o ochronie życia i istnieje orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który jednoznacznie wypowiedział się, że te zapisy oznaczają ochronę ludzkiego życia od poczęcia. Niestety, to samo polskie prawo, od tej nie znoszącej wyjątków reguły robi wyjątek i dopuszcza sytuacje, w których odmawia prawnej ochrony nienarodzonym dzieciom, które są chore, nieprawidłowo się rozwijają lub poczęte zostały w wyniku przestępstwa ludzi dorosłych. W ten sposób prawo staje się wewnętrznie niespójne i wyłom w zasadzie bezwzględności ochrony życia zostaje uczyniony.
Legalizacja – choćby pod najściślejszymi obwarowaniami – procedur in vitro tylko ten zamęt by pogłębiła, pozwoliłaby bowiem na traktowanie ludzi w ich najwcześniejszej fazie rozwoju w sposób przedmiotowy, jako towar, który – jeśli nie spełnia wymogów jakościowych – będzie poddawany utylizacji. Utylizacja w takiej sytuacji oznacza zabójstwo.
Uciekając przed tą niewygodną prawdą niektórzy lekarze i badacze współcześni odmawiają prawa do człowieczeństwa istotom ludzkim w ich najwcześniejszej fazie rozwoju, stwierdzając, że człowiekiem się ów byt staje dopiero po zagnieżdżeniu się w macicy kobiety. Tertulian powtarzał, że nie może być człowiekiem ten, kto nie był nim od początku.
Nacisk, by zawrzeć kompromis wokół in vitro, jest ogromny. Przypomina się rok 1989 i następne, gdy został zawarty kompromis polityczny pozwalający na uchwalenie ustawy aborcyjnej, ograniczającej skalę legalnej aborcji w Polsce. Zachodzi jednak pomiędzy tymi dwiema sytuacjami subtelna różnica. W tamtym czasie, prawo pozwalało na niemal nieograniczoną aborcję – tylko wiek dziecka mógł je ochronić przed atakiem abortera. Zmiana prawa służyć miała zmianie tej sytuacji. W przypadku in vitro nie ma regulacji, która by pozwalała na przeprowadzanie zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. Innymi słowy, w żadnym zapisie prawnym nie istnieje stwierdzenie, że można to zrobić.
Problem w tym, że legalizacja czegokolwiek rodzi w ludziach przekonanie nie tylko o prawnej, ale także moralnej dopuszczalności danego działania. Widać to doskonale w kwestii aborcji, gdzie zdecydowana większość naszych obywateli uznaje obecne w prawie wyjątki od zasady bezwzględnej ochrony życia za oczywiste i słuszne. Można się zatem spodziewać, że legalizacja in vitro pociągnie za sobą uznanie, że są to procedury moralnie godziwe. A nie są. I właśnie dlatego, że nie są, jest tylko jedna regulacja, która byłaby moralnie do zaakceptowania: całkowity zakaz in vitro i nieterapeutycznych eksperymentów na dzieciach w ich embrionalnej fazie rozwoju. Tu nie ma miejsca na kompromis. Lepiej, by prawo w tej kwestii nie mówiło zatem nic, niż gdyby miało być demoralizujące.
Subskrybuj:
Posty (Atom)