środa, 30 września 2009

Absurdy codzienności

Nie mam żadnych wątpliwości, że nowoczesne państwo powinno troszczyć się o bezpieczeństwo swoich obywateli, szczególną troską otaczając najsłabszych. Jak się to ma do kwestii In vitro – mówiłem wielokrotnie, więc dziś sobie i Państwu odpuszczę; dziś chciałbym podjąć temat nieco inny. Chodzi mianowicie o troskę o dzieci i stopień ingerencji Państwa w życie prywatne obywateli.
Kiedy moi przyjaciele zaczęli starać się o możliwość adopcji dziecka, ze zdumieniem dowiedzieli się, że nie mają na to większych szans, ponieważ nie spełniają standardów socjalnych. Dla wyjaśnienia: oboje pracują w państwowych instytucjach, bynajmniej nie na szeregowych stanowiskach, zarabiają jednak tyle, że nie ma mowy o uzyskaniu zdolności kredytowej wymaganej do zakupu dużego mieszkania. A mieszkanie duże musi być, jeśli by mieli adoptować dziecko, bo dziecko musi mieć swój osobny pokój. Czyli, jeśliby chcieli mieć dwoje dzieci (wiadomo, że tak lepiej przynajmniej z wychowawczego punktu widzenia, o innych nie wspominając) – muszą im przeznaczyć dwa pokoje. Uświadomiłem sobie, że najlepsze środowisko wychowawcze dla adoptowanego dziecka – rodzina wielodzietna – nie ma zazwyczaj żadnych szans na adopcję, bo z reguły nie ma możliwości, by wydzielić osobny pokój. Pomijam tu kwestię testu na minimalny dochód na głowę – zapewne też nie byłoby możliwe spełnienie stawianych wymogów. Być może to tylko nadgorliwy urzędnik (urzędnicy), ale mam niejasne wrażenie, że sytuacja jest poważniejsza. Po prostu nowoczesne państwo chce wszystko kontrolować, koncesjonując prawo do wychowania. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie w cywilizowanym świecie do sytuacji, w której normalne małżeństwo będzie musiało uzyskać zgodę jakiegoś urzędu na posiadanie potomstwa; takie praktyki są obecne na przykład w Chinach, które historię swej cywilizacji datują co prawda ponad 3000 lat wstecz, jednak z drugiej strony władza traktuje obywateli jako niewolników w podobny sposób, jak w Europie czyniono to za czasów Cesarstwa Rzymskiego.
Być może jednak chińskie podejście znajdzie liczniejszych naśladowców w świecie demokratycznym. Oto we wtorkowych serwisach informacyjnych znalazłem wiadomość, iż Wydział Spraw Społecznych (Department of Human Services) w stanie Michigan w USA zakazał pewnej kobiecie opiekowania się dziećmi jej przyjaciół, co rzeczona niewiasta robiła nota bene bez wynagrodzenia. Przyjacielską pomoc uznano za nielicencjonowaną działalność opiekuńczą. W innym miejscu (bodaj w Wielkiej Brytanii, ale teraz już nie pomnę gdzie) urząd decyzją administracyjną uniemożliwił młodym (acz pełnoletnim) ludziom zawarcie małżeństwa, uznając ich za psychicznie do tego niezdolnych; nie przeszkadzało to w niczym, by zachowali wszystkie (no, prawie wszystkie) prawa obywatelskie. U nas z kolei – pamiętamy to wszyscy, bo niedawna to historia – sąd odebrał matce dziecko zaraz po narodzinach i dopiero nacisk opinii społecznej doprowadził do powrotu dziewczynki do domu.
Nadzór nadzorem i kontrole kontrolami, ale – jak to mawia jeden z moich kolegów z czasów liceum – nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Państwo w swojej trosce o obywateli nie musi pilnować wszystkiego i wściubiać nos do prywatnego życia obywateli. Ma interweniować, gdy dzieje się źle, ale nie może zakładać, że każdy jest potencjalnym kryminalistą, którego na wszelki wypadek trzeba zakuć w kajdanki i objąć kuratelą. Ludziom trzeba pozwolić żyć, dorastać, zmagać się, i pomagać dopiero wtedy, gdy naprawdę już sobie nie radzą.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

W Domu Dziecka czy innych podobnych placówkach nie ma oddzielnych pokoi dla każdego dziecka, czyli też nie powinny mieć prawa opieki.

Anonimowy pisze...

Chyba, że dzieci są różnej płci.

Michał pisze...

W pełni zgadzam się z opinią, że państwo nie powinno nadmiernie ingerować w życie obywateli. Wydaje mi się, że Ksiądz dotknął bardzo istotnego problemu. Polska jest krajem gdzie adopcja jest niesłychanie trudna. Oczywiście należy zrozumieć pewne formalne wymogi z nią związane, jednak wydaje się, że raczej w sprawach adopcyjnych powinno się stosować zasadę pozytywnego doboru. Wydaje mi się, że to nie ilość pokoi i nie dochód na członka rodziny jest gwarantem miłości. Jeśli jakaś rodzina chce adoptować dziecko to raczej po to aby je wychować i kochać i to niezależnie od zamożności. Są rodziny które wiele lat starają się o dziecko nie wychodzi im to, starają się o adopcje i w momencie gdy spotykają się z administracyjną ścianą uciekają się np. do in vitro, a nawet do tzw. wynajmowania brzucha. I w kontekście wieloletnich starań i często beznadziejności ich sytuacji wydaje się to NIESTETY konieczne. Może właśnie instytucje pozarządowe lub Kościół mogły by w sprawach adopcyjnych jakoś włączać się lub poświadczać za takich rodziców ?
Z wyrazami szacunku