czwartek, 24 lipca 2008

Matka i dziecko. I lekarz...

Znajomy lekarz ginekolog kiedyś powiedział niezwykle znamienne zdanie: "Kobieta, jeśli jest matką choćby przez chwilę tylko, pozostanie matką na zawsze". Mówiliśmy wtedy - na antenie lubelskiego radia "eR" - o kobietach, które zmagają się z cierpieniem po utracie dziecka: że zbyt często nie znajdują wsparcia w swoich bliskich, że wręcz gubią się w bólu, którego się nie da opisać w słowach i wobec tego okrywa się wszystko milczeniem. Mówiliśmy o mężach-ojcach, którzy chcieliby pomóc swoim żonom, cierpiących po stracie dziecka, którego nigdy nie widzieli...

Wczoraj dotarła do mnie opowieść o matce, która już po raz drugi w tym roku utraciła noszone pod sercem dziecko. Radość oczekiwania złamana została bólem straty, bólem tak wielkim, że świat jakby przestał istnieć. Wydawałoby się, że w takiej chwili świadkowie tego bólu staną na wysokości zadania, otoczą ją miłością, dzieląc jej cierpienie. Rzeczywiście, wielu pokazało klasę. Mąż, najbliżsi przyjaciele...

Nie popisali się tylko pracownicy pewnego warszawskiego szpitala. Zabrali niejako jej macierzyństwo. Odebrali jej dziecko. W karcie informacyjnej napisali o dziecku: "wyskrobina". O człowieku napisali, że nie istniał, choć przez 8 tygodni rodzice cieszyli się jego czy jej obecnością. To dziecko, choć niewielkie - w chwili śmierci mogło mieć ok 2 cm długości i ważyć ok 2 gram - miało serce, twarz, mózg, układ pokarmowy... Nawet ten, kto ma trudność z zaakceptowaniem człowieczeństwa dopiero co zapłodnionej komórki jajowej, widząc maleńkiego Człowieka, musiałby przyznać, że wygląda jak człowiek. Tym bardziej lekarz. Tymczasem tu do jednego bólu, dodano drugi. Matka utraciła swoje dziecko niejako po raz drugi - bo najpierw przez jego śmierć, a potem przez bezduszność lekarza... Od lekarza, od personelu medycznego można wymagać więcej. Trzeba wymagać więcej!

Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by zmarłe w łonie matki dziecko pozbawić prawa do człowieczeństwa. Nie wiem, kto wpadł na iście diabelski pomysł, by lekarską profesję odrzeć z szacunku do człowieczeństwa. Dziś pacjent szpitalnego oddziału często nie jest człowiekiem: jest chorą częścią swego ciała, jest przypadkiem medycznym, jest uszkodzonym ciałem, które trzeba poskładać do kupy. I tak na nefrologii leżą chore nerki, na onkologii różne raki, na ginekologii... Jedna z kobiet powiedziała mi wprost, że nigdzie nie czuła się tak upokorzona, odarta z godności, człowieczeństwa i intymności, jak na oddziale ginekologiczno-położniczym.

Ktoś mi tłumaczył, że lekarzy uczy się, że nie powinni wchodzić w relacje ze swymi pacjentami, gdyż może to zaburzać ich profesjonalną ocenę sytuacji. W podręcznikach medycznych znaleźć można całą masę fachowych terminów i określeń, za którymi stoi człowiek. Jestem jednak głęboko przekonany, że fachowość i obiektywizm nie ucierpią, jeśli lekarz będzie traktował swoich pacjentów po ludzku. Nie ma zakazu używania terminu dziecko w odniesieniu do zarodka, embrionu czy płodu. Zawsze można dodać, w której fazie rozwojowej dany człowiek się znajdował, jeśli przydarza się nieszczęście i maleństwo umiera. Fakt, czasem trzeba użyć terminologii medycznej, ścisłej, fachowej - ale można to napisać po łacinie, by nie ranić złamanego bólem serca matki. I cokolwiek by kombinować, używanie terminu "wyskrobina" w odniesieniu do dziecka zmarłego w 8 tygodniu ciąży nie jest wyrazem profesjonalizmu, czy obiektywizmu. Jest przejawem totalnego braku wyczucia i empatii.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Tego zachowania nawet nie da się skomentowac

Kienio pisze...

Owszem, ale może w końcu coś się zmieni, jak się będzie wytykać takie postawy.

A poza tym, dziecku trzeba przywrócić należne mu miejsce. Trzeba mu zwrócić odebraną mu godność. Zbyt cenny to skarb, by poszedł w zapomnienie...

Konrad pisze...

Opisana sytuacja zwraca uwagę na problem dalszych losów ciał dzieci zmarłych w wyniku poronienia. Większość z nich jest traktowanych po prostu jako medyczny odpad. Tylko sporadycznie ktoś zdobywa się na prośbę o wydanie ciała dziecka (co również nie jest takie proste), a jeszcze rzadziej organizuje się pogrzeby takich dzieci. Moim zdaniem (i nie tylko), jest to wielkie zaniedbanie ze strony Kościoła, który nie wypracował w tym wypadku jakiegoś oficjalnego stanowiska i stanowczych działań. Moim zdaniem, mimo praktycznych trudności, powinna powstać jakaś przemyślana inicjatywa mająca na celu zmianę obecnej sytuacji.

Sara Zuzia pisze...

jakie to dziwne,że człowiek XXI wieku,który uważa siebie za władcę świata,twórcę wynalazków,najwyższe stworzenie w ewolucji,najważniejszy byt na ziemi,za cud istnienia i jednocześnie traktuje drugiego człowieka jak przedmiot i "wyskrobinę"...dlaczego?czyżby godność i szacunek do człowieka odnosi się tylko do mnie samego?czyżby termin ten stał się terminem ściśle egocentrycznym?być może.w każdym razie,jeśli nie ujrzymy człowieka w człowieku,pozabijamy się nawzajem.skrzywdzimy z premedytacją,nie czując żadnej różnicy.tak szczerze powiedziawszy to szkoda mi tego lekarza.widzi człowieka bardzo niejasno i nawet nie wie jak wiele traci na tym.jak nie dostrzega cudownych rzeczy,jak wielkie bogactwo ucieka mu przez palce.zbyt często lekarze i my wszyscy jesteśmy niewidomi.bo niestety,to nie tylko choroba medycyny,ale także i nasza:bo czym się różnimy od nich,gdy mówimy źle o innych,upokarzamy ich,choćby słowem obrażamy?tak samo nie traktujemy ich jak ludzi a jedynie jak przedmiot bez uczuć i godności...ten lekarz jest prawdziwym świadectwem i niestety często obrazem znieczulicy nas wszystkich.nie winię tu tylko lekarza,ale sama biję się w piersi...