wtorek, 3 marca 2009

Prośba matki

Dramat matki, która od 24 lat opiekuje się pozostającym w śpiączce synem, nie podlega wątpliwości. Jej zmęczenie jest zrozumiałe. I frustracja brakiem pomocy skądkolwiek - oczywista. I właśnie ten stan pokazuje, jak bardzo jest opuszczona w swej trosce o umierającego powoli syna. Głos, by podać mu uśmiercający zastrzyk, zapewne nigdy by nie zabrzmiał, gdyby otoczenie - rodzina i służba zdrowia - nie pozostawili jej samej.
Eutanazja jest rozwiązaniem społecznie bardzo wygodnym: jest tania, szybka i nieodwracalna, zatem nie ma groźby komplikacji prawnych po jej przeprowadzeniu. Chorzy przestają być dla nas wyrzutem sumienia, przestają nas kłuć w oczy swoim cierpieniem. Wszyscy są zadowoleni: chory nie cierpi, my - zdrowi - mamy problem opieki nad nim z głowy, a społeczeństwo oszczędza pieniądze, które może przeznaczyć na terapię tym, których leczenie może przynieść jakieś sensowne rezultaty. Wszyscy są szczęśliwi. Szczęśliwi?
To zadowolenie ma swoją cenę - krew pozostaje na naszych rękach. Zabójstwo z premedytacją pozostaje zabójstwem, choćby było usankcjonowane przez prawo. Samobójstwo pozostaje samobójstwem, choćby odbywało się na życzenie chorego; zresztą - samobójstwo niemal zawsze dokonywane jest na własne życzenie (choć nie zawsze człowiek wówczas jest w pełni wolny w swojej decyzji).
Historia matki, która prosi o śmierć dla syna w swej istocie jest oskarżeniem nas wszystkich, że wolimy być zadowoleni z bezproblemowego - na ile to możliwe - życia, niż opiekować się tymi, którzy sami o siebie zatroszczyć się nie są w stanie.

Na marginesie warto tylko zaznaczyć, że informacje na temat stanu zdrowia Krzysztofa Jackiewicza mamy z doniesień dziennikarskich, są więc z zasady obarczone ryzykiem błędu lub niedostatku danych. Jak rozumiem, pozostający w śpiączce chory nie wymaga podtrzymywania akcji serca ani oddychania, jego stan jest stabilny i wymaga jedynie odżywiania i zwykłej opieki przeciwodleżynowej. Są to działania, które nie kwalifikują się do miana terapii nadzwyczajnej, przede wszystkim dlatego, że nie są terapią. Opieka pielęgnacyjna, odżywianie - są środkami zwyczajnymi, z których nigdy nie można zrezygnować.

2 komentarze:

Jarosław A. Sobkowiak pisze...

Przerażające jest doświadczenie faktu, iż tam, gdzie w wyniku decyzji społecznej odchodzi życie, wszyscy po części zabijamy. Niestety, nauczono nas tzw. decyzji społecznych, w które my wpisujemy się tylko swoim marnym procentem. Właściwie demokracja sprawiła, że rację ma większość czyli kto?
Zasada Pareta mówi, że jakby nie podzielić społeczeństwa to 20 procent zacznie rządzić 80. procentami. Czyli zawsze rządzi mniejszość. A jeżeli większość jest zewnątrzsterowna, to czy może decydować w sposób inspirujący, czy tylko odpowiada na zewnętrzne sterowanie... większością? W demokrację można się bawić w polityce, ale już kiedy naprawiamy kran czy pralkę wystarczy jeden specjalista. Wcale nie musi być na niego przetargu i głosowań. On po prostu jest dobry. Zasada pszczelarza brzmi: nie gmerać w ulu bez potrzeby. Taka prosta, a jakże mądra rada. Zwłaszcza nie ma sensu gmerać w ulu, kiedy nie kocha się pszczół.

AnKa pisze...

Dążenie do legalizacji czy choćby legislacji prawa do aktów moralnie złych (eutanazja, aborcja, in vitro...) jest odbiciem coraz częściej obserwowanego, szczególnie w młodym pokoleniu, szerszego przeświadczenia, że wszystko, co jest prawnie dozwolone, nie jest też złe moralnie. Tak, jakby panaceum na wyrzuty sumienia mógł być prosty akt prawny. To pokazuje, że stajemy się społeczeństwem przepisów, a nie miłości. A to oznacza, że w przyszłości, jeśli nie uchroni nas żaden przepis, to na miłość bliźniego raczej nie mamy co liczyć, jeśli coś się nie zmieni w wychowaniu.