czwartek, 18 lutego 2010

Błogosławieństwo narzeczonych

Błogosławieństwo
Dostąpiłem zaszczytu błogosławieństwa narzeczonych. Młodzi ludzie, ona jeszcze w szkole średniej, w klasie maturalnej, a on 5 lat od niej starszy. Zakochani, zauroczeni sobą, a jednocześnie bardzo dojrzali w swoim wyborze młodzi ludzie podjęli decyzję, że chcą spędzić ze sobą życie. I że chcą się do małżeństwa uczciwie przygotować, opierając owo przygotowanie nie tyle na potędze uczucia, co na Panu Bogu. Poprosili mnie zatem, bym podczas liturgii słowa pobłogosławił ich rozpoczynające się narzeczeństwo.

Radość, jaka malowała się na ich twarzach trudno opisać. On zachwycony każdym jej ruchem i gestem. Ona odnajdująca w nim bezpieczeństwo i spokój. Najwspanialsze było to, że tej radości nie zamknęli w sobie, ale zaprosili do uczestnictwa w niej swoich rodziców i przyjaciół. I zaprosili pięknie, delikatnie i po prostu, unikając taniego ekshibicjonizmu i żenującej ostentacji.

Jest rzeczą wspaniałą móc być świadkiem kwitnącej miłości. To tak, jakby patrzeć na rozwijający się kwiat i po prostu cieszyć oczy jego pięknem. Warunkiem jednak tego zachwytu jest nie szukać drugiego dna i nie dopatrywać się rzeczy, których nie ma. Jeśli tej prostoty czystego spojrzenia na miłość zabraknie, natychmiast zaczną się sądy, obmowy, narzekania i tzw. „dobre rady”, które niejednego doprowadziły już do furii.

Młodzi niestety nie uniknęli tego dobrodziejstwa inwentarza. Niewczesna pseudożyczliwość niektórych natychmiast zaczęła zadawać pytania, czy to nie za wcześnie, albo jakie niedopowiedziane powody skłoniły ich do decyzji o zaręczynach. Ktoś zapytał nawet, czy dziewczyna nie jest w ciąży. Pomijając bezczelność pytania, warto powiedzieć wprost, że płynie ono z powszechnego przekonania, że młodzi, kochający się ludzie, współżyją ze sobą, zaś dziecko jest niechcianą konsekwencją przyjemności stąd płynącej. Mało komu przychodzi do głowy, że narzeczeni chcą żyć w czystości, by w ten sposób lepiej przygotować się do zawarcia sakramentu małżeństwa.

Inni życzliwi doradcy mówili, że najpierw trzeba pokończyć szkoły, zdobyć dyplomy i pracę, ustatkować się, a dopiero potem myśleć można o małżeństwie i rodzinie. Takie komentarze też jasno pokazały, jak różne mogą być priorytety. Bo dla Młodej najważniejsza jest rodzina: przyszły mąż i dzieci, jeśli Pan Bóg pozwoli. Ona chce prowadzić dom, w nim realizując swoją kobiecość – jako żona i matka. Dla wielu takie postawienie sprawy wydaje się absurdalne, ale dla mnie dowodzi wewnętrznej dojrzałości i właściwego ustawienia hierarchii wartości.

I najlepsze: młodzi postanowili, że narzeczeństwo potrwa rok. Nie dlatego, że trzeba zgromadzić fundusze na wesele. Nie dlatego, że trzeba wypełnić tradycję. Nawet nie dlatego, że takie jest zapotrzebowanie społeczne (u bliższej i dalszej rodziny). Nie, oni chcą się po prostu nauczyć kochać jedno drugie, kochać prawdziwą, Bożą miłością. Chcą się nauczyć rozmawiać o sprawach łatwych i trudnych, chcą nauczyć się pokonywać razem trudności i znosić wzajemnie swoje słabości.

Bardzo są w sobie zakochani. Mimo to jednak, to nie będzie łatwe narzeczeństwo, to nie będzie łatwy rok. Przygotowanie do małżeństwa potraktowane poważnie będzie ich z całą pewnością kosztowało niemało sił i nerwów. Ale kiedy patrzę na nich, jestem przekonany, że są na to zmaganie gotowi, bo wiedzą, że warto w miłość zainwestować. I warto ją oprzeć na mocnym, Bożym fundamencie.

1 komentarz:

Ewa Anna pisze...

Podziwiem tych młodych ludzi. Poniekąd rozumiem krytykantów, ponieważ rzadko zdarza się, by w tak młodym wieku podejmować tak odpowiedzialne decyzje.
Mówienie o małżeństwie z perspektywy katolickiej nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem.
Na moje słowa, że nie chciałabym wyjść za rozwodnika słyszę pytania:
"Czy rozwodnik jest gorszym człowiekiem" oraz o potencjalnym "szczęściu", które odrzucam. "Przecież co drugie małżeństwo katolickie się rozpada, Kościół mi gwarancji szczęścia nie da..."
Może i nie da, ale z pewnością pomoże.