Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 lipca 2010

Arena

Historia zatoczyła koło. Europa na nowo stała się terenem pogańskim, zdemoralizowanym i co gorsza, ze swej demoralizacji dumnym. Chrześcijanie na nowo są w mniejszości, uznani za dziwaków, potencjalnie niebezpiecznych dla otoczenia, a jednocześnie wygodnych, bo można ich oskarżać o najprzeróżniejsze bezeceństwa. Wyznawane przez nich zasady moralne postrzegane są jako drakońskie, nieludzkie, głupie, nieżyciowe, wręcz niemożliwe do zrealizowania.
Jednocześnie są wyjątkowo bacznie obserwowani przez otoczenie. Nieustannie ich słowa są konfrontowane z ich postępowaniem. Nie tylko po to, by każdą niespójność wytknąć i wyszydzić, ale także dlatego, że poganie podświadomie czują, że tam jest Prawda. Jak u Heroda - nie cierpiał Jana Chrzciciela, bał się go i zamknął go w więzieniu, ale też jednocześnie chętnie go słuchał.
W czasach starożytnych dysonans pomiędzy życiem pogan i chrześcijan zaprowadził tych ostatnich na arenę. Trudno oczekiwać, by do tego doszło obecnie, ale jest wiele sposobów, by wyrzucić człowieka z przestrzeni publicznej. Na przykład odbierając mu realne możliwości wykonywania pracy w zgodzie z sumieniem. W wielu krajach pracownicy służby zdrowia nie mają zagwarantowanej tzw. klauzuli sumienia. W Polsce ma ją tylko lekarz, a i on w ograniczonym wymiarze. Może to doprowadzić do sytuacji w której medyk będzie musiał wybrać pomiędzy swoją wiarą i wyznawanymi wartościami a pracą. Zresztą nie tylko medyk - także przedsiębiorca, urzędnik, polityk, naukowiec... Chrześcijanie mogą zostać efektywnie zepchnięci na margines społeczny jako "niezdolni do funkcjonowania w ramach nowoczesnych społeczeństw demokratycznych". I od zera, od działania w ukryciu będzie trzeba zacząć na nowo proces ewangelizacji Europy.

środa, 24 lutego 2010

Porozmawiajmy o dzieciach

Filip Kwiatek ("Nasz Krąg"): Zaciekawiła mnie pod koniec zeszłego roku wypowiedź Jonathana Sacksa, głównego rabina Wielkiej Brytanii, który powiedział: „Rdzenni Europejczycy skazani są na wymarcie, bo we współczesnej kulturze nie ma miejsca na ofiarę. A bez ofiar nie da się wychować dzieci. Jedyne poważne pytanie filozofii brzmi: „Dlaczego mam mieć dzieci?”. A na nie współczesna kultura nie odpowiada. Toczymy wielkie debaty o zmianach klimatycznych, a nawet nie wspominamy o rodzicielstwie”. Czy ksiądz podziela taką opinię?

xpk: Po pierwsze, dzieci się nie ma, nie są one niczyją własnością. Bóg powierza rodzicom dzieci, aby ci je wychowali, umożliwili wejść w dorosłość, a w końcu pozwolili im odejść. Jeżeli ktoś inaczej mówi o rodzicielstwie, to po prostu nie do końca je rozumie. Poza tym nawet jeżeli ominiemy problem tego niewłaściwego sformułowania, to decyzja czy mamy mieć dzieci nie należy do rodziców tylko do Pana Boga. Rodzice mają rozeznawać, jaka jest wola Boża i w niej uczestniczyć. Nie polega to na samodzielnym podejmowaniu decyzji, a na współpracy z Tym, który jest Dawcą Życia.

FK: Ale przed taki wyborem ludzie stają...

xpk: Najczęściej takie pytania stawiają osoby, które gdzieś „zgubiły” Boga w swoim życiu („zgubiły” w sensie żywej, intymnej relacji). Jeżeli nie mają relacji z Bogiem, to jest niebezpieczeństwo,że innych ludzi będą traktować posesywnie, jak własność. Jeśli nie czuję się dzieckiem Bożym, to nie traktuję innych jak braci, ale jak poddanych. Ma to także przeniesienie na potomstwo. Proszę zwrócić uwagę, że obecnie dominuje model wychowania dzieci na swój obraz i podobieństwo. Tymczasem rodzic ma wychować swoje pociechy ku odkryciu przez nie prawdziwego człowieczeństwa, które jest obrazem miłującego Boga-Stwórcy. Nie może być tu mowy o tym, co widzi się tak często: spełnianie wygórowanych oczekiwań rodziców, stawiane przez nich wymagań odnośnie wykształcenia, przyszłej kariery itd.

FK: A co w przypadkach, które spotyka się coraz częściej, kiedy młodzi małżonkowie mówią: mamy kredyt na mieszkanie i samochód, musimy oboje pracować, nie ma żłobków, nie stać nas na nianię, nasi rodzice mieszkają poza Warszawą itp., itd? Nie możemy mieć teraz dziecka (pierwszego lub kolejnego)…

xpk: No, jak podejmą taką decyzję, to rzeczywiście nie będą mieli dziecka. Natomiast takie argumenty pokazują, jakie ktoś ma priorytety w życiu. Jeżeli stabilizacja materialna i bezpieczeństwo socjalne są tym, ku czemu człowiek dąży, to temu podporządkuje także inne wybory i relacje, i również według tego sposobu myślenia usytuuje miejsce dzieci w swojej rodzinie. Małżeństwo jest ze swojej natury komunią życiodajną, czyli mąż swoją miłością obdarowuje żonę, żona podobnie odnosi się do męża i oboje dzięki temu tworzą przestrzeń dla nowego życia. Jeżeli tego wzajemnego obdarowywania się nie ma, tylko jest nastawienie, żeby mnie lub nam było dobrze, to dziecko staje się jedynie elementem wyposażenia, wprawdzie bardzo pięknym, czasem pożądanym, ale nigdy chcianym dla niego samego. Bo proszę spojrzeć: jeżeli muszę mieć dom w odpowiednim standardzie, samochód konkretnej marki, towarzystwo znajomych na wysokim poziomie, to nie będzie też miejsca na dziecko. Tak naprawdę priorytety takie oznaczają, że Bóg nie ma nic do powiedzenia w moim życiu, a szczególnie na temat wielkości mojej rodziny. Tymczasem chrześcijanin to taki człowiek, który najpierw pyta Boga o Jego wolę, a nie zabiega o to, jakim ma jeździć samochodem i ile ma zarabiać, żeby go było stać na rozmaite przyjemności. Chrześcijanin wierzy, że Bóg się zatroszczy o niego i jego rodzinę, nawet liczną. Spotkałem kiedyś rodzinę z ośmiorgiem dzieci (już sam rozmiar rodziny jest przez wielu traktowany jako patologia), a w której dzieci były zadbane i wykształcone, owszem nie przelewało się, ale były w niej widoczne przede wszystkim dwie rzeczy: głęboka wiara i wzajemna miłość. Było to prawdziwe świadectwo wsparcia i pomocy, jak również dowód na to, że nie wszystko w życiu musi być z najwyższej półki. Grunt, aby pełnić wolę Bożą! No, ale jeżeli kogoś taka argumentacja w ogóle nie dotyka, to oznacza, że znalazł sobie inny niż Bóg punkt odniesienia. W tej materii nie ma pustki. Każdy musi wierzyć w „coś”, co daje mu poczucie bezpieczeństwa, w czym może złożyć swoją nadzieję. Jeżeli to pierwsze miejsce nie należy do Boga, to jest ono zajęte przez coś innego, najczęściej są to pieniądze. Nie chcąc oceniać czy dezawuować niczyich postaw czy wyborów, chcę jasno powiedzieć, że dla chrześcijanina osobą, która jest życiowym drogowskazem jest Bóg.

FK: Jednak obserwując rzeczywistość daje się zauważyć, że odbiega ona od nakreślonego przez księdza obrazu. Co Kościół, co my, chrześcijanie, możemy zrobić, aby taki model małżeństwa i rodzicielstwa promować?

xpk: Zgadzam się, że kondycja Kościoła w Polsce w sensie poziomu wiary nie jest zbyt dobra, żeby nie powiedzieć wprost, że z naszą wiarą jest krucho. Jest ona często bardzo pobożna, ale nie jest pogłębiona, brakuje nam doświadczenia osobistej relacji z Bogiem, szczególnie w chwilach trudnych. W związku z tym również i kondycja rodziny pozostawia, w moim odczuciu, wiele do życzenia. Co można zrobić? Potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze, odważne działanie pasterzy Kościoła promujące rodzinę chrześcijańską, czyli ukazujące, jaka ta rodzina ma być. Po drugie, niezbędne jest świadectwo tych, którzy wiarę mają. Nie ma tu znaczenia, czy jest to osoba samotna czy wielodzietna rodzina – każdy kto odkrył Chrystusa w jego Bóstwie i Człowieczeństwie, kto doświadczył, że jest On Panem jego historii, jest wezwany, aby o tym świadczyć: w pracy, w szkole, w sklepie, w parafii, na ulicy – gdziekolwiek się znajdzie. Ten drugi element jest według mnie ważniejszy. Uważam, że odnowa Kościoła wyjdzie od dołu, od ludzi wiary, a nie z dokumentów kościelnych. Z drugiej strony, niestety,
dokumenty te są rzadko czytane przez wiernych. Która z rodzin przeczytała w swoim gronie np. adhortację Jana Pawła II Familiaris consortio lub jego List do rodzin? Znam takie, choć nie ma ich zbyt wiele. Z kolei, gdy z ambony padają słowa twarde, wymagające, wielu ludzi nie słucha, nawet wychodzi. Do nich może tylko trafić inny chrześcijanin: sąsiad, kolega z pracy, brat ze wspólnoty, który swoim życiem unaoczni mu, że można żyć inaczej, że warto się codziennie nawracać do Boga i żyć Jego Ewangelią.

FK: Dziękuję za rozmowę.

Powyższy tekst pochodzi z wydawanego przy parafii św. Zygmunta na Warszawskich Bielanach pisma"Nasz Krąg", numer 1/10 (123) ISSN 1505-0327 nasz.krag@interia.pl. Wywiad przeprowadził Filip Kwiatek, redaktor naczelny.

czwartek, 18 lutego 2010

Błogosławieństwo narzeczonych

Błogosławieństwo
Dostąpiłem zaszczytu błogosławieństwa narzeczonych. Młodzi ludzie, ona jeszcze w szkole średniej, w klasie maturalnej, a on 5 lat od niej starszy. Zakochani, zauroczeni sobą, a jednocześnie bardzo dojrzali w swoim wyborze młodzi ludzie podjęli decyzję, że chcą spędzić ze sobą życie. I że chcą się do małżeństwa uczciwie przygotować, opierając owo przygotowanie nie tyle na potędze uczucia, co na Panu Bogu. Poprosili mnie zatem, bym podczas liturgii słowa pobłogosławił ich rozpoczynające się narzeczeństwo.

Radość, jaka malowała się na ich twarzach trudno opisać. On zachwycony każdym jej ruchem i gestem. Ona odnajdująca w nim bezpieczeństwo i spokój. Najwspanialsze było to, że tej radości nie zamknęli w sobie, ale zaprosili do uczestnictwa w niej swoich rodziców i przyjaciół. I zaprosili pięknie, delikatnie i po prostu, unikając taniego ekshibicjonizmu i żenującej ostentacji.

Jest rzeczą wspaniałą móc być świadkiem kwitnącej miłości. To tak, jakby patrzeć na rozwijający się kwiat i po prostu cieszyć oczy jego pięknem. Warunkiem jednak tego zachwytu jest nie szukać drugiego dna i nie dopatrywać się rzeczy, których nie ma. Jeśli tej prostoty czystego spojrzenia na miłość zabraknie, natychmiast zaczną się sądy, obmowy, narzekania i tzw. „dobre rady”, które niejednego doprowadziły już do furii.

Młodzi niestety nie uniknęli tego dobrodziejstwa inwentarza. Niewczesna pseudożyczliwość niektórych natychmiast zaczęła zadawać pytania, czy to nie za wcześnie, albo jakie niedopowiedziane powody skłoniły ich do decyzji o zaręczynach. Ktoś zapytał nawet, czy dziewczyna nie jest w ciąży. Pomijając bezczelność pytania, warto powiedzieć wprost, że płynie ono z powszechnego przekonania, że młodzi, kochający się ludzie, współżyją ze sobą, zaś dziecko jest niechcianą konsekwencją przyjemności stąd płynącej. Mało komu przychodzi do głowy, że narzeczeni chcą żyć w czystości, by w ten sposób lepiej przygotować się do zawarcia sakramentu małżeństwa.

Inni życzliwi doradcy mówili, że najpierw trzeba pokończyć szkoły, zdobyć dyplomy i pracę, ustatkować się, a dopiero potem myśleć można o małżeństwie i rodzinie. Takie komentarze też jasno pokazały, jak różne mogą być priorytety. Bo dla Młodej najważniejsza jest rodzina: przyszły mąż i dzieci, jeśli Pan Bóg pozwoli. Ona chce prowadzić dom, w nim realizując swoją kobiecość – jako żona i matka. Dla wielu takie postawienie sprawy wydaje się absurdalne, ale dla mnie dowodzi wewnętrznej dojrzałości i właściwego ustawienia hierarchii wartości.

I najlepsze: młodzi postanowili, że narzeczeństwo potrwa rok. Nie dlatego, że trzeba zgromadzić fundusze na wesele. Nie dlatego, że trzeba wypełnić tradycję. Nawet nie dlatego, że takie jest zapotrzebowanie społeczne (u bliższej i dalszej rodziny). Nie, oni chcą się po prostu nauczyć kochać jedno drugie, kochać prawdziwą, Bożą miłością. Chcą się nauczyć rozmawiać o sprawach łatwych i trudnych, chcą nauczyć się pokonywać razem trudności i znosić wzajemnie swoje słabości.

Bardzo są w sobie zakochani. Mimo to jednak, to nie będzie łatwe narzeczeństwo, to nie będzie łatwy rok. Przygotowanie do małżeństwa potraktowane poważnie będzie ich z całą pewnością kosztowało niemało sił i nerwów. Ale kiedy patrzę na nich, jestem przekonany, że są na to zmaganie gotowi, bo wiedzą, że warto w miłość zainwestować. I warto ją oprzeć na mocnym, Bożym fundamencie.

czwartek, 28 stycznia 2010

Próba sumienia

Wczoraj po południu zadzwoniła do mnie dziennikarka „Naszego Dziennika” z pytaniem o komentarz do najnowszych decyzji Marszałka Sejmu – chodziło o decyzję o wprowadzeniu pod obrady Sejmu lewicowego projektu ustawy bioetycznej. Nie wiem, skąd ND tę informację uzyskał, bo nie udało mi się jej nijak potwierdzić, a doniesienia prasowe, nade wszystko odnoszące się do bioetyki, staram się uważnie śledzić. Jak by nie było, polityczny zwrot w lewo najsilniejszego ugrupowania parlamentarnego zdziwił mnie i zaniepokoił.

Trudno mi – jeśli to doniesienie się potwierdzi – interpretować rozwój sytuacji inaczej jak jako kolejną ofensywę „cywilizacji śmierci”. Znowu będą dyskusje czy człowiek jest człowiekiem, i czy należy mu się szacunek zawsze, czy tylko w niektórych sytuacjach. A ponieważ płachta działa na byka, zwłaszcza czerwona, tak sobie myślę, że atak na godność człowieka powinna pobudzić nas, chrześcijan, do zdecydowanego sprzeciwu i radykalizacji stanowiska.

A więc koniec z debatą, czy dziecko na najwcześniejszym, embrionalnym etapie rozwoju, jest człowiekiem, czy też nie. Skoro liberałowie negują to człowieczeństwo, to my możemy równie jednoznacznie odrzucić ich poglądy. Oczywiście, jeśli będą pytać o powody, można im po raz kolejny opowiedzieć, jak rozwija się człowiek, ale – obawiam się – pytać nie będą. Skoro mają się rozpocząć prace nad ustawą bioetyczną w jej najbardziej niegodziwej wersji, chrześcijanie powinni stanąć murem w sprzeciwie i złożyć formalny wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. I głosować, bez dyskusji.

Stosunek do drugiego człowieka jest miarą własnego człowieczeństwa, nade wszystko zaś stosunek do człowieka bezbronnego. Pokrętne argumenty kwestionujące człowieczeństwo dzieci rozwijających się w łonach matek skutkują wypaczeniem sumień. A wypaczone sumienie przestaje szukać prawdy, przestaje wierzyć w jej istnienie i zobowiązujący charakter. I to nie tylko na płaszczyźnie bioetycznej, ale każdej innej również.

Współczesny człowiek stara się być rozsądny, racjonalny w swoich decyzjach, rzec by można roztropny. Tyle że roztropność, jako cnota związana z postawą długomyślności, w sposób konieczny odnosi się do świata wartości obiektywnych, nade wszystko do prawdy. Roztropność pyta się: „czy stać mnie na to, by porzucić ścieżkę prawdy?” i owo „czy stać mnie” odnosi do dobra ostatecznego, a więc zbawienia. Porzucenie dróg prawdy nie jest zatem roztropne, niezależnie od tego jak bardzo przemyślnym i rozsądnym się wydawało.

Prawda jest prosta, jak nóż obosieczny odcinając dobro od zła i światło od ciemności, wyznacza ścieżkę życia. Znieprawione sumienie usiłuje natomiast wykazać, że rzeczywistość można różnie tłumaczyć i interpretować, mącąc jednocześnie zarówno klarowność opisu sytuacji, jak i jednoznaczność oceny moralnej. Zgodnie ze starym przysłowiem, „w mętnej wodzie diabeł ryby łowi”. I tak pokrętne słowa prowadzą stopniowo, acz nieuchronnie do wewnętrznego znieprawienia.

Po raz kolejny parlamentarzyści chrześcijańscy, a my wszyscy razem z nimi, staniemy przed próbą jakości naszej wiary i wierności prawdzie: prawdzie o naszej wierze, prawdzie o naszym własnym człowieczeństwie i o gotowości do obrony godności tych, którzy o własne życie, godność i prawa z niej wynikające zatroszczyć się nie są w stanie. To próba jakości naszych sumień.

czwartek, 21 stycznia 2010

Haiti i niezawinione cierpienie

Zawsze, kiedy zdarza się katastrofa taka jak ta na Haiti, pada pytanie, gdzie jest Bóg. I zawsze znajdzie się wielu takich, którzy z satysfakcją stwierdzą, że skoro śmierć poniosło tylu niewinnych, to Bóg albo nie jest wszechmocny (a więc nie jest Bogiem), albo nie jest dobry (i wtedy nie warto w Niego wierzyć). Ja wierzę jednak, że Bóg jest na Haiti, z tymi, którzy cierpią, z tymi, którzy im pomagają, i z tymi, którzy tam zakończyli swoją ziemską drogę nade wszystko.
Są też inni interpretatorzy katastrof – naturalnych i wywołanych przez człowieka. Ci dopatrują się w nich kary za grzechy. W sumie, trudno się dziwić. Apostołowie też pytali Jezusa, czyj grzech jest przyczyną ślepoty żebraka; dla nich związek pomiędzy grzechem a cierpieniem był oczywisty.

Ja widzę takie wydarzenia w nieco innej perspektywie. Jak powiedziałem, wierzę w Boga, który kocha człowieka. Bywa, że daje temu człowiekowi cierpienie, jako szanse na wewnętrzny wzrost i dojrzewanie. Bóg stworzył człowieka przecież nie po to, by temu się wygodnie żyło, ale by przygotowane dlań szczęście trwało wiecznie. Dary Boże ukierunkowane są na wieczność, a nie w miarę pogodne przeżycie kilkudziesięciu lat ziemskiej egzystencji.

Wydarzenia takie jak trzęsienie ziemi na Haiti staram się widzieć przez pryzmat Wcielenia i Zbawienia w Chrystusie, obecności Syna Bożego pomiędzy ludźmi jako jednego z nas. I On cierpiał niedostatek, trudy codzienności. I On także doświadczył niezawinionego cierpienia, tyle że z ręki innych ludzi, a nie kataklizmu przyrodniczego.

Ta teologiczna, zbawcza perspektywa w żadnym stopniu nie umniejsza trudu i dramatyzmu wydarzeń na Haiti. Wręcz przeciwnie! Wstrząsy, które zrównały niemal cały kraj z ziemią, trzeba, by wstrząsnęły i nami, którzy stąpamy po stabilnym gruncie. I by otworzyły nasze serca.
Nie chodzi tylko o sięgnięcie do portfeli. To też. Haitańczykom potrzebne jest wsparcie finansowe. Ale też nam samym potrzebna jest głębsza, solidna refleksja nad ludzką kondycją. Bo choć trzęsienia ziemi w Polsce się zdarzają tylko w okolicach kopalń, to różnego rodzaju katastrofy i kataklizmy mają miejsce. Wielu ludzi i w Polsce ginie nieprzygotowanych na śmierć – choćby w wypadkach drogowych. I to nieprzygotowanie, lekceważenie relacji z Bogiem i ludźmi, to jest prawdziwe nieszczęście. Śmierć co prawda nas zawsze dopadnie z zaskoczenia, nas i naszych bliskich. W tym sensie jakoś zawsze będziemy nieprzygotowani. Ale jeśli ponadto będziemy z dala od Boga, może nam zabraknąć sił i chęci, by w tym ostatnim momencie do Niego powrócić.

Bóg jest po naszej stronie. Jest po stronie nas, pielgrzymów przez ziemskie padoły. Na różne sposoby do nas mówi, starając się zwrócić naszą uwagę na rzeczy najważniejsze. Dobrze by było, gdybyśmy dali się zainteresować wiecznością. Oj dobrze! Bo wtedy, gdyby nawet przyszło umierać niespodziewanie, odchodzilibyśmy przygotowani na spotkanie z Bogiem.

czwartek, 14 stycznia 2010

Cios w plecy

Bywa, że „życzliwi” ludzie uśmiechają się i prawią grzeczności, gdy spotykamy ich twarzą w twarz, ale za plecami opowiadają niestworzone historie. Plotki, oszczerstwa i sądy są wówczas jak sztylety wbijane w serce.

Wiadomo, od nikogo cios nie boli tak, jak od przyjaciela. Nikt tak nie zrani, jak najbliżsi, ci, od których spodziewamy się wsparcia, miłości i dobrego słowa. Jeśli zamiast dobra doświadczamy obojętności czy wręcz wrogości, odczuwane cierpienie trudno z czymkolwiek porównać. Zwłaszcza, jeśli cios przychodzi znienacka, zza pleców.

I co wtedy? Co zrobić, gdy rzekoma miłość i życzliwość otoczenia okazują się być nic nie wartym złudzeniem? Odpowiedzieć gniewem, zerwać kontakty?

Święta Księga mówi: „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha – pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,15-17).

A więc najpierw dyskretne i delikatne (co nie znaczy, że mało stanowcze) upomnienie. Chodzi o to, by ten, który naruszył prawo miłości miał miejsce na nawrócenie, by pomóc mu wycofać się i zmienić postępowanie. Świadkowie – w przypadku niepowodzenia pierwszego upomnienia – służyć mają przypomnieniu, że grzechy przeciw miłości bliźniego należą do spraw ważnych i nie wolno lekko ich traktować.

Najbardziej zastanawiające jest ostatnie zdanie w cytowanym fragmencie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, jakby chodziło o odrzucenie grzesznika. Wydaje mi się jednak, że możliwa jest odmienna interpretacja. Bo jak Bóg traktuje celników, grzeszników i pogan? Pochyla się nad nimi, tak jak nad każdym z nas. Nie mając względu na osobę, kocha każdego najbardziej na świecie. Stwierdzenie „niech ci będzie jak poganin i celnik” można zatem zinterpretować jako wezwanie do bezwarunkowej miłości przebaczającej, która bierze na siebie grzechy innych.

Uderzony podczas sądu Jezus nie broni się, a jedynie pyta o przyczynę agresji ze strony świątynnego sługi. Nie dochodzi swoich praw. Nie walczy. Bierze na siebie grzechy moje, nasze, świata. Przyjmuje krzyż, który Mu podaje ojciec. Zgadza się, by miłość nie była kochana, ale sam nie przestaje kochać.

Tę samą logikę miłości odnajdujemy w Liście do Rzymian (12:17-21): „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi. Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście Bożej. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę - mówi Pan - ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód - nakarm go. Jeżeli pragnie - napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

Czy mam zatem się zgodzić, by o mnie plotkowano, by mnie oczerniano, osądzano, chociaż czuję, że mnie to boli, że cierpię i jakby umieram z tego powodu? Czy mamy pozwolić, by dać się zabić plotkami, oszczerstwami i sądami otoczenia? Odpowiedź Ewangelii jest jednoznaczna. Oczywiście, każdy może zrobić po swojemu i Bóg ten wybór uszanuje, ale czyż nie wzywa nas On, byśmy – my Jego uczniowie – szli Jego śladami?

czwartek, 7 stycznia 2010

Kolęda

Christus mansionem benedicat. C+M+B 2010. Co prawda niektórzy piszą K+M+B, od imion trzech mędrców, za królów niekiedy uważanych, ale – jak by nie było – chrześcijanie wyznają wiarę w Chrystusa, a nie Kacpra, Melchiora i Baltazara. Więc skrót powinien być z literką „C” i być wyrazem modlitwy o błogosławieństwo dla domu.

Dziś ten znak zapisany kredą na drzwiach ma znaczenie szczególne. Coraz częściej media donoszą o inicjatywach obywatelskich ukierunkowanych na usuwanie znaków wiary chrześcijańskiej ze szkolnych klas, urzędów administracji publicznej, tudzież wszelkich innych miejsc nie będących ściśle rzecz ujmując miejscami kultu. Niezależnie od tego, na ile tak powstały obraz jest efektem inicjatywy działających w mediach środowisk antychrześcijańskich, a na ile rzeczywiście odzwierciedla nastawienie społeczne, świadectwo wyznawców Chrystusa o wierze w Boga Wcielonego staje się sprzeciwem wobec usuwania Boga z życia człowieka. Jest głosem współczesnych proroków – niechętnie słuchanych, wyśmiewanych, a tak bardzo potrzebnych. Świadkowie Słowa są znakiem, że Bóg nie odwraca się od człowieka, nawet wtedy, gdy ów człowiek odrzuca swego Stwórcę i Zbawiciela.

Jak co roku pojawiają się artykuły i komentarze na temat kolędy. Oczywiście, zazwyczaj niechętne czy wręcz wrogie. Fakt, wizyty zazwyczaj trwają krótko i częściej służą uzupełnieniu kartoteki parafialnej niż rozmowie duszpasterskiej, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by się z duszpasterzem umówić na termin pokolędowy na spotkanie dłuższe, spokojniejsze, na porozmawianie o życiu i wierze… Znam wielu księży, którzy taką możliwość oferują. Ludzie zazwyczaj wówczas potwierdzają chęć spotkania, ale z niego później nie korzystają. Jakby im nie zależało, jakby utyskiwanie na krótkość wizyty było w istocie ucieczką od jakiejkolwiek sensownej rozmowy.

Niekiedy ludzie nie tyle przyjmują księdza, co wpuszczają go do domu. Ale nie są gotowi ani na rozmowę, ani na modlitwę. Bywa, że nie gaszą telewizora lub komputera, że wyznaczają swoistego „dyżurnego”, by zajął się księdzem, gdy ten „robi swoje”. To są smutne wizyty. Czasem bez słowa po prostu dają kopertę z przygotowaną ofiarą, jakby to była najważniejsza rzecz podczas kolędy. Nic nie rozumieją…

Spada liczba tych, którzy przyjmują księdza po kolędzie. Nie jest miło spotykać się z obojętnością i odrzuceniem. A jednak wielu duszpasterzy puka do wszystkich drzwi, także tych, które w poprzednich latach pozostały zamknięte. Idą za wzorem swego Mistrza, który od nikogo się nie odwraca, nikogo nie przekreśla.

Christus mansionem benedicat. Niech Chrystus błogosławi ten dom. Znak na drzwiach wypisany kredą ma odzwierciedlić spotkanie, które ma miejsce w Eucharystii, gdy warg człowieka dotyka Ciało Pana. Zewnętrzny ślad wiary ma potwierdzać jej wewnętrzne istnienie, jej moc, i wolę trwania przy Bogu mieszkańców domostwa.

środa, 18 listopada 2009

Krzyż i wrogowie

"Zgorszenie dla Żydów i głupota dla pogan" – tak o recepcji przesłania Krzyża pisał św. Paweł. Jak widać, po kilkunastu wiekach, gdy krzyż w sposób oczywisty wiązany był z kulturą i tożsamością ludów Europy, przyszedł czas, gdy słowa Apostoła Narodów odzyskały swoją aktualność. Wyrok Trybunału Sprawiedliwości – swoją drogą, po raz kolejny Trybunał sprawiedliwości stał się narzędziem niesprawiedliwości – wywołał histerię wśród lewicowych, antykatolicko nastawionych polityków. Prym w tym gronie wiedzie pani Joanna Senyszyn, która nie jest w stanie przepuścić jakiejkolwiek okazji zadania ciosu wspólnocie chrześcijańskiej.

Ciekawa rzecz, że ten sam przepis, w oparciu o który orzeczono wyrok Trybunału, może być podstawą przeciwnego wyroku – gdyby znalazł się ktoś, kto domagałby się obecności krzyża w klasie, wiedziony przywołaną w sentencji wyroku logiką sąd musiałby przyznać skarżącej osobie rację.

Musiałby?

Obawiam się, że znalazłyby się wówczas inne przepisy, które by uniemożliwiły wydanie takiego, korzystnego dla chrześcijan, orzeczenia. Zarówno bowiem władza ustawodawcza, jak i sądownicza w zjednoczonej Europie zdają się służyć propagowaniu niemoralności i swoistych prześladowań na tle przekonań religijnych. Piszę „swoistych”, ponieważ – póki co – nikt jeszcze z powodu wyznawanej wiary do więzienia nie trafił, ale wiele wskazuje na to, iż zmierzamy w tym kierunku. W niektórych państwach pewne precedensy miały już miejsce: wprowadzono zakaz noszenia symboli religijnych czy strojów odnoszących się do wyznawanej wiary; nieprzestrzeganie tych praw spowodowało utratę pracy przez całkiem sporą grupę osób.

Obecność krzyża w miejscach publicznych narusza rzekomo zasadę świeckości państwa. Pomijam fakt, że do niedawna mówiono o „neutralności światopoglądowej”; zmiana wskazuje na zawężanie obszaru akceptowalnej obecności chrześcijan w życiu publicznym. Oczywiście, wolno chrześcijanom mieć swoje przekonania i sprawować praktyki religijne, ale tylko w ten sposób, by w żaden sposób nie naruszało to spokoju tych, którzy z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego.

Jest rzeczą ciekawą, że pani Senyszyn et consortes walczy o usunięcie krzyży z każdej szkoły i urzędu, choć do żadnej szkoły już chodzić raczej nie będzie. Jakoś bym rozumiał jej zaangażowanie, gdyby chodziło o usunięcie krzyży z jej osobistego otoczenia (o co zresztą całkiem aktywnie z pewnością zabiegała i zabiega). Krzyż ją drażni i irytuje. Dlaczego? Bo jest znakiem miłości większej niż grzech? Bo jest znakiem wiary, której nie rozumie i której się sprzeciwia?

Mam nadzieję, że krzyże na ścianach polskich szkół i urzędów pozostaną, tak jak mam nadzieję, że pozostaną w polskich domach i – co najważniejsze – w polskich sercach. A jeśli nam je pozdejmują – mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy powieszą nowe (jak za starych, smutnych czasów). A jeśli nawet się nie uda (choć cóż miałoby sprawić, by się nie udało?), to mam nadzieję, że chrześcijanom wystarczy odwagi, by nosić krzyże na piersiach, w klapach marynarek, by czynić znak krzyża publicznie i pozdrawiać się w imię Jezusa Chrystusa. I mam nadzieję, że gdy będą nas prześladować za krzyż, nie zabraknie nam miłości wobec naszych nieprzyjaciół.

czwartek, 22 października 2009

Szczególny dzień

Wczoraj był szczególny dzień. Nie dlatego, że wiceprezydent Biden przyjechał porozmawiać z naszymi o nowym systemie antyrakietowym – notabene istniejącym wyłącznie na deskach kreślarskich i z perspektywą uruchomienia w 2015-2018 roku, jeśli dobrze pójdzie i następna administracja amerykańska, wzorem obecnej, nie zmieni zdania. We współczesnej polityce zasada „pacta sunt servanda” nie obowiązuje, albo obowiązuje rzadko. Zresztą, Biden nic konkretnego nie powiedział, bo powiedzieć nie mógł. Innymi słowy, wbrew oświadczeniom amerykańskiego gościa, trzeba powiedzieć jasno, że Polska nie jest jednym z najważniejszych sojuszników Ameryki. Nie jest i nie była. I raczej nie będzie, bo niewiele ma Ameryce do zaoferowania w obecnej sytuacji geopolitycznej. Oczywiście, czasem jest sojusznikiem przydatnym, zwłaszcza, gdy nadskakuje i zdaje się wyprzedzać życzenia USA, ale o mit o znaczącej roli Polski w polityce międzynarodowej USA nie ma żadnych podstaw.
Także kolejny dzień zmagań o kształt uchwały powołującej komisję do zbadania kolejnej afery nie nadał wczorajszemu dniowi szczególnego charakteru. Ot, kolejny epizod kłótni między partyjnymi ugrupowaniami, gotowymi iść na noże o każde słowo i posyłać do więzienia z powodu odbytej rozmowy telefonicznej. I choć w mediach mówi się i pisze o kolejnych agentach – już nie Bolkach, ale Tomkach – żadnych szczególności w tym nie dostrzegłem.
Wszystko przesłoniło inne, bardzo osobiste dla mnie, ale znaczące dla Kościoła, wydarzenie. Wczoraj, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela na warszawskiej Starówce, mój Ojciec otrzymał święcenia diakonatu. Wraz z pięcioma innymi kandydatami do święceń z Archidiecezjalnego Seminarium Misyjnego Redemptoris Mater, stanął przed ks. abpem Kazimierzem Nyczem, by wypowiedzieć „jestem” i by podjąć urząd i posługiwanie diakońskie.
Trudno opisać moje uczucia, gdy wkładałem na niego stułę i dalmatykę. Ja, ksiądz od lat z górą szesnastu, ubierałem w diakońskie szaty własnego ojca. Wiem, że to tylko etap do święceń kapłańskich, wyznaczonych na 22 maja, ale w niczym to nie zmniejsza doniosłości i powagi wydarzenia. Powiedzieć, że byłem wzruszony i przejęty, to za mało, zdecydowanie za mało. Miałem i mam pełną świadomość, że oto stałem się uczestnikiem Tajemnicy: powołania do kapłaństwa Chrystusowego, udzielonego mojemu Ojcu.
Powiedziałem, że to ważne wydarzenie także dla całego Kościoła. Tak uważam. Pokazuje bowiem, że Bóg udziela swoich darów na przeróżne sposoby i nawet późny wiek (Tata ma 68 lat) nie jest dla Niego przeszkodą – jedyne, czego potrzebuje do działania, jest kochające, wierzące i pełne nadziei życia wiecznego serce. Dopóki zatem śmierć nie zamknie ludzkiego pielgrzymowania, słowo jest do takiego serca kierowane, by mogły się dokonać wielkie dzieła Boże.
Przepraszam, jeśli ktoś ma mi za złe nazbyt osobisty wydźwięk dzisiejszego felietonu. Z mojego punktu widzenia, te wczorajsze święcenia były najważniejszym wydarzeniem na świecie. Bardzo dziękuję moim przyjaciołom za modlitwę, a niektórym z nich za obecność podczas liturgii święceń w Warszawie, a ks. Arcybiskupowi Józefowi Życińskiemu za dobre słowo i modlitwę w intencji mojego Ojca. Proszę zaś Was wszystkich, drodzy Przyjaciele Radia eR, byście otoczyli diakona Antoniego – ale i wszystkich, którzy w ostatnim czasie otrzymali święcenia diakonatu i kapłaństwa – gorącą modlitwą. Niech Duch Święty prowadzi ich, i nas wszystkich, drogami Bożymi.

sobota, 18 lipca 2009

Dlaczego odchodzą?

Od jakiegoś czasu temat wraca w różnych wersjach. Temat odejścia. Odejście z partii. Koniec przyjaźni. Rozwód. Odejście z kapłaństwa. Odejście z Kościoła. Człowiek odchodzi zamykając za sobą drzwi do wszystkiego, co stanowiło jego życie, co było nim, co budowało jego tożsamość...
Budowało? Może odchodzi właśnie dlatego, że nie budowało. Może właśnie się zorientował, że nie jest na swoim miejscu i idzie dalej, by to swoje miejsce odnaleźć...
Chyba jednak nie. Odchodzi, bo zrezygnował z troski o budowanie domu. Odchodzi, porzucając siebie, bo wydaje mu się - jest o tym przekonany - że nic go z tym dawnym "ja" nie łączy. Ciekawe tylko, że tak często wspomnienie przeszłości budzi agresję, wzburzenie i gniew.

Rozwód dziś stał się dla wielu par "opcją" na wypadek kryzysu. Więc kiedy kryzys przychodzi, odchodzą od siebie i nie walczą o trwanie swojej miłości. I myślę sobie, że podobnie jest ze wszystkimi innymi odejściami - przynajmniej po trochu. Że człowiek przyjmuje kryzys jako koniec (traktując to jako koniec pewnego etapu), zaś odejście jako opcję... i nie walczy o swoją wierność pierwszej miłości.

Czemu jednak odchodzi smutny, jak ów młodzieniec z ewangelii synoptycznych? Czemu w ludziach, którzy uznali, "że to koniec", jest tyle agresji? Może to stąd, że w głębi serca wie, iż powinno być inaczej?

czwartek, 4 grudnia 2008

Deklaracja

Watykan nie broni homoseksualistów przed więzieniem torturami i śmiercią! Pełne oburzenia głosy, jakie dały się wczoraj zauważyć w medialnych doniesieniach – nade wszystko w jednym z ogólnopolskich dzienników, swoją drogą mających się za pismo opiniotwórcze – we mnie wzbudziły niejakie zdziwienie.
Stanowisko Kościoła katolickiego w odniesieniu do czynów homoseksualnych jest powszechnie znane, niezmienne od początku jego istnienia. Słowo Boże (1Kor 6,9) wprost stwierdza, że „ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. Warto zauważyć, że wyrok potępia wszelkie grzechy wynikające z nieuporządkowanych relacji seksualnych, niezależnie czy dotyczą one osób hetero- czy homoseksualnych. Są czyny, które są złe i ci, którzy je popełniają nie mają w sobie życia wiecznego.
Seksualność jest rzeczą naturalną i dobrą, ale nie służy do zabawy. Jej wewnętrzna celowość ukierunkowana jest na prokreację, a więc przekazywanie życia, a nie na samą przyjemność. Seksualność jest dobra, bo jest dziełem Boga, wpisanym w naturę człowieka. Jest też – wbrew lobbingowi homoseksualnemu i poprawności politycznej – ze swej natury heteroseksualna, dlatego Kościół postrzega skłonności homoseksualne jako stan nienormalny i wymagający leczenia. Same skłonności jednak nie są grzeszne. Grzeszne są czyny. Dlatego Kościół wzywa osoby homoseksualne do życia we wstrzemięźliwości seksualnej, podobne wezwanie kierując zresztą ku osobom heteroseksualnym nie będącym w związku małżeńskim.
Nie ma w tym stanowisku nic z dyskryminacji. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec zła. Nie jest dyskryminacją sprzeciw wobec kradzieży (nawet wobec chorych na kleptomanię) czy gwałtu (wobec osób uzależnionych od seksu). Jednoznaczne potępienie czynów rozpoznanych jako niegodziwe moralnie nie oznacza zresztą przekreślenia ludzi, którzy je popełnili i braku szacunku wobec nich. Przeciwnie, właśnie ze względu na szacunek do osoby ludzkiej rodzi się sprzeciw wobec czynionego zła.
Oczywiście, łatwiej i wygodniej byłoby milczeć i pozwolić każdemu robić, cokolwiek się człowiekowi podoba. Łatwiej byłoby być tolerancyjnym wobec zła. Rzecz w tym, że tolerancja nie jest zbyt wysoko w hierarchii wartości. Znacznie wyżej od niej znajduje się miłość, a miłość stawia wymagania. Miłość się troszczy. Miłości zależy, by człowiek się stawał, by rósł w swym człowieczeństwie. A że wielu się to nie podoba – cóż, nie pierwszy raz.
Watykan nie podpisał deklaracji ONZ, bo ani nie postrzega homoseksualizmu w kategoriach praw człowieka, ani – jak mi się wydaje – nie widzi powodu, by w najmniejszym choć stopniu sugerować jakąkolwiek formę akceptacji dla czynów homoseksualnych. O poszanowanie praw człowieka, ludzkiej godności i życia Kościół walczył na długo przed powstaniem ONZ i ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Zresztą, ta deklaracja niczego nie zmieni. Państwa, w których za czyny homoseksualne można trafić na szafot nie przejmują się prawem międzynarodowym i Organizacją Narodów Zjednoczonych. Ta deklaracja niczego w ich praktyce prawnej nie zmieni. Da tylko sygnatariuszom poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Albo poczucie zgoła odmienne. I aby tego odmiennego poczucia uniknąć, Watykan odmawia podpisu. I dobrze!

czwartek, 30 października 2008

Dyskryminacja

Kilka dni temu podrzucono mi link o Garym McFarlane’ie, seksuologu i terapeucie chrześcijańskim, którego dyscyplinarnie usunięto z pracy, ponieważ otwarcie przyznał, że jako chrześcijanin nie może udzielać porad seksuologicznych osobom homoseksualnym. Komentując swoje zwolnienie Gary McFarlane powiedział, że odbiera to jako ewidentną formę dyskryminacji, przejaw coraz powszechniejszego nastawienia antychrześcijańskiego. Dodał, że gdyby takie obiekcje wyraził będąc wyznawcą islamu, z całą pewnością by go nie zwolniono.
Cała historia miała miejsce w Wielkiej Brytanii, ale prawdę mówiąc, równie dobrze mogła się zdarzyć gdziekolwiek indziej, chyba nawet w Polsce. Bo w Polsce chrześcijanie też są dyskryminowani; niekoniecznie na poziomie instytucjonalnym – tu czasem są wręcz nadmiernie i niepotrzebnie eksponowani. Kiedy mówię o dyskryminacji, mam na myśli swoiste wykluczenie społeczne ludzi, którzy na co dzień radykalnie żyją Ewangelią. Szyderstwa, obelgi, utrudnienia w znalezieniu lub utrzymaniu pracy niemal codziennie spotykają rodziców (zwłaszcza matki) rodzin wielodzietnych. Lekarzy chrześcijańskich, odmawiających dokonania aborcji czy przepisywania środków antykoncepcyjnych odsądza się – jak to dawniej mawiano – od czci i wiary. Polityków, którzy konsekwentnie kierują się zasadami moralności chrześcijańskiej określa się mianem radykalnych, by nie rzec – oszołomów. O moherowych beretach nie ma co wspominać – kontekst, w jakim termin ukuto mówi sam za siebie.
Oczywiście, środowiska niechrześcijańskie wypierają się działań i postaw dyskryminacyjnych. Mówią o równych szansach, o równości wypowiedzi… Rzecz w tym, że efektem wprowadzania „oświeconego” podejścia do rzeczywistości byłoby zamknięcie chrześcijanom ust. Publicznie wolno byłoby powiedzieć wszystko, byle o Bogu i płynących z wiary w Niego wartościach nie wspominać. Wolno byłoby mieć dowolne przekonania, ale wiara nie mogłaby wpływać na działania w życiu publicznym. Duchowni niemal traciliby prawo do publicznego wypowiadania się z racji pełnionej przez siebie funkcji. Tak byłoby, gdyby spełnione zostały postulaty laickości państwa, państwa, w którym ateizm urósłby do klucza życia publicznego.
Dzisiejsza Europa nie jest daleka od tego stanu rzeczy. Postulat tolerancji dawno zamienił się w dyktat mniejszości, w którym pod pozorem ochrony praw różnego rodzaju mniejszości, ogranicza się możliwości działania ludziom wierzącym. Najbardziej ograniczani są chrześcijanie – najmniej wyznawcy islamu, choć i wobec nich laickie lobby bywa niekiedy agresywne. Promuje się natomiast wszelkiego rodzaju mniejszości, w prowokacyjny sposób eksponując ich przekonania i przeciwstawiając je nauczaniu (nade wszystko nauczaniu moralnemu) wierzących.
Jeśli dla ateistów i – jak sami siebie określają – racjonalistów krzyż nic nie znaczy, to czemu tak domagają się usunięcia go z urzędów i miejsc publicznych. Dla chrześcijan obecność krzyża jest nie mniej ważna, co dla osób niewierzących jego brak. Chrześcijaninem się jest, a nie bywa, dlatego nie można „zawiesić” swojego chrześcijaństwa za drzwiami gabinetu czy biura. A jeśli ktoś się boi, że spowoduje to nieprawidłowości w funkcjonowaniu biur i urzędów, to w moim przekonaniu może się tak zdarzyć tylko wtedy, gdyby prawo regulujące działanie tych instytucji było niemoralne. Wiara chrześcijańska wzywa do prawości sumień, uczciwości i solidności w pracy. Czy zatem nie lepiej byłoby, gdyby te wartości zajmowały naczelne miejsce w życiu?

wtorek, 7 października 2008

Szkoła wiary

W katolickich szkołach w zlaicyzowanej Francji większość uczniów stanowią niekatolicy. Co więcej – coraz więcej wśród nich muzułmanów. Sami nie mają wystarczającej liczby szkół, by zapewnić młodym ludziom edukację na odpowiednim poziomie, a do szkół państwowych oddać ich nie chcą. Wolą formację w szkole katolickiej, gdzie białe jest białe a czarne jest czarne, niż indoktrynację laicką państwowej szkoły, poniewierającej świat wartości religijnych i moralnych.

Zastanawiać musi odwaga i pewność siebie muzułmańskich rodziców, którzy wprowadzają swoje dzieci w świat chrześcijański. Zawsze przecież może się zdarzyć, że dziecku chrześcijaństwo bardziej przypadnie do gustu niż rodzimy islam. Wydaje mi się, że podejmują to ryzyko utraty wiary w przekonaniu, że formacja w domu rodzinnym będzie dla dzieci znacznie mocniejszym, ważniejszym i głębszym doświadczeniem, niż to, którego doświadczą w szkole.

U nas w kraju radykalni katolicy chcieliby katolicyzmu obecnego na każdym rogu ulicy, w każdym biurze, szkole, w każdym medium. Niewierzący dążą do jak największego ograniczenia obecności katolicyzmu jako religii w życiu społecznym i w państwowych instytucjach. Jedni domagają się utrzymania lekcji religii w szkole, drudzy – ich natychmiastowego wyrugowania. I jedni i drudzy zapominają, że najważniejsza formacja odbywa się w domu. Lekcje religii nie zastąpią rodziców, jeśli ci nie przekazują wiary swoim dzieciom, i nie ukształtują w nich wiary przez świadome i systematyczne działanie. Z drugiej strony – jeśli by tych lekcji w szkole zabrakło, a rodzina była żywa wiarą katolicką – wiara w dziecku się nie zachwieje. Jakby nie było, „za moich czasów” w szkole katechezy nie było, co więcej, była dosyć mocna indoktrynacja ateistyczna, a myśmy wiarę zachowali. W rodzinach właśnie.

Prawdziwym zagrożeniem dla wiary dzieci jest sytuacja, gdy ani w domu, ani w szkole dziecko nie spotyka się z żywą wiarą. Obojętni religijnie rodzice, laicka szkoła, polane to wszystko medialnym sosem liberalizmu – takie środowisko nie pozwoli młodemu człowiekowi odkryć świata wiary. Godzinna obecność na Mszy św. w niedzielę niczego w tym kontekście nie zmieni. Śmiem twierdzić, że także posyłanie na katechezę niewielkie rodzi w tej sytuacji nadzieje. Szkołą wiary jest rodzina, najpierw rodzina i – w gruncie rzeczy – tylko rodzina.

Czy to znaczy, że można spokojnie zrezygnować z katechezy w szkole i obecności Kościoła w życiu społecznym? Wręcz przeciwnie. Kościół stanowią wszyscy chrześcijanie, nie tylko duchowni. Ich wiara wyrażana jest nie tylko w domu, ale w każdym miejscu, w każdym czasie ich życia. Chrześcijaninem się jest, a nie bywa. I dlatego cieszę się, gdy widzę ludzi modlących się przed posiłkiem w restauracji, gdy dostrzegam krzyż na ścianie w biurze, czy różaniec leżący na biurku.

poniedziałek, 22 września 2008

Niesprawiedliwy Bóg?

W sobotę znajomy ksiądz opowiedział mi następujące wydarzenie. Przyszła do niego strasznie zbuntowana na Boga dziewczyna. Powiedziała mu, że w Boga przestała wierzyć (teraz wierzy w nieosobowy Absolut), bo jej tata zachorował i umarł na AIDS wszczepionego w szpitalu. Rozmowa potoczyła się mniej więcej następująco:
- Naprawdę wierzysz, że twojego tatę to Bóg potraktował, że zesłał na niego tę chorobę, że ukarał go za niewinność? - zapytał ks. Ludwik.
- Oczywiście - padła odpowiedź.
- Czy zdajesz sobie sprawę jak nielogiczne jest twoje rozumowanie? - zapytał dalej ksiądz - Najwyraźniej się obraziłaś na Boga, że niesprawiedliwie potraktował twojego ojca...
- No tak - odpowiedziała dziewczyna.
- Jeśli ten Bóg tak postąpił z twoim Bogu ducha winnym tatą, to jak myślisz, co zrobi z tobą, skoro się od Niego świadomie odwracasz?

Pomyślałem sobie, że rozumowanie owej dziewczyny rzeczywiście mocno połamane, ale wcale nie takie rzadkie. W gruncie rzeczy ludzie często są przekonani, że jak jest miło, to znaczy, że Bóg błogosławi, a jak jest trudno, to że jest to jakaś kara za grzechy. Problem w tym, że sposób, w jaki ów - dobry skądinąd - ksiądz poprowadził rozmowę, raczej tej kalki myślowej nie zmieni. Jeśli dążył do nawrócenia swojej rozmówczyni, to motywacją zdawał się być zasadniczo tylko strach (chyba, że w dalszej, niezrelacjonowanej części rozmowy poszedł w zupełnie innym kierunku, ku bardziej pozytywnej motywacji).

Postawa owej dziewczyny rzeczywiście jest nielogiczna. Deklaracja niewiary w Boga jest dla niej jedynie próbą zademonstrowania Mu, że Go nie lubi. Stwierdzenie "nie wierzę w Boga" odebrałbym raczej jako "nie wierzę w Boga, który karze niewinnych"...
Ja też nie wierzę, by Bóg karał niewinnych. Co więcej, nie sądzę, by szczęśliwym było lub trafnym mówienie o chorobach, katastrofach czy innych nieszczęśliwych wydarzeniach w kategoriach kary za grzechy. Nie wątpię, że Bóg może dopuścić trudną, dramatyczną sytuację, by grzesznika przywołać do opamiętania, ale kalka myślowa w stylu "AIDS jest karą za rozwiązłość seksualną" odrzucam bez wahania.

Wcielenie Syna Bożego, Jego działalność publiczna, a nade wszystko śmierć i zmartwychwstanie są dla mnie wystarczającym potwierdzeniem, że Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale by się nawrócił i miał życie. Niestety, człowiek nie zawsze wierzy, że Bóg jest po jego stronie. Nie dostrzegając idzie przez życie po swojemu. Błądząc ginie. Ginie jednak na własne życzenie, nie wierząc słowu, które do niego kieruje Bóg.

środa, 10 września 2008

Wyznanie

Poniżej zamieszczam oryginalny tekst pewnego wyznania. Nie bardzo mi się chce tłumaczyć, ale może się kiedyś na to zdobędę...


The following was written by Ben Stein and recited by him on CBS Sunday Morning Commentary.

My confession:

I am a Jew, and every single one of my ancestors was Jewish. And it does not bother me even a little bit when people call those beautiful lit up, bejeweled trees, Christmas trees.. I don't feel threatened. I don't feel discriminated against. That's what they are: Christmas trees.

It doesn't bother me a bit when people say, 'Merry Christmas' to me. I don't think they are slighting me or getting ready to put me in a ghetto. In fact, I kind of like it. It shows that we are all brothers and sisters celebrating this happy time of year. It doesn't bother me at all that there is a manger scene on display at a key intersection near my beach house in Malibu . If people want a crA¨che, it's just as fine with me as is the Menorah a few hundred yards away.

I don't like getting pushed around for being a Jew, and I don't think Christians like getting pushed around for being Christians. I think people who believe in God are sick and tired of getting pushed around, period. I have no idea where the concept came from that America is an explicitly atheist country. I can't find it in the Constitution and I don't like it being shoved down my throat.

Or maybe I can put it another way: where did the idea come from that we should worship Nick and Jessica and we aren't allowed to worship God as we understand Him? I guess that's a sign that I'm getting old, too. But there are a lot of us who are wondering where Nick and Jessica came from and where the America we knew went to.

In light of the many jokes we send to one another for a laugh, this is a little different: This is not intended to be a joke; it's not funny, it's intended to get you thinking.

Billy Graham's daughter was interviewed on the Early Show and Jane Clayson asked her 'How could God let something like this happen?' (regarding Katrina) Anne Graham gave an extremely profound and insightful response. She said, 'I believe God is deeply saddened by this, just as we are, but for years we've been telling God to get out of our schools, to get out of our government and to get out of our lives. And being the gentleman He is, I believe He has calmly backed out. How can we expect God to give us His blessing and His protection if we demand He leave us alone?'

In light of recent events... terrorists attack, school shootings, etc. I think it started when Madeleine Murray O'Hare (she was murdered, her body found recently) complained she didn't want prayer in our schools, and we said OK. Then someone said you better not read the Bible in school. The Bible says thou shalt not kill, thou shalt not steal, and love your neighbor as yourself. And we said OK.

Then Dr. Benjamin Spock said we shouldn't spank our children when they misbehave because their little personalities would be warped and we might damage their self-esteem (Dr. Spock's son committed suicide). We said an expert should know what he's talking about. And we said OK.

Now we're asking ourselves why our children have no conscience, why they don't know right from wrong, and why it doesn't bother them to kill strangers, their classmates, and themselves.

Probably, if we think about it long and hard enough, we can figure it out. I think it has a great deal to do with 'WE REAP WHAT WE SOW.'

Funny how simple it is for people to trash God and then wonder why the world's going to hell. Funny how we believe what the newspapers say, but question what the Bible says. Funny how you can send 'jokes' through e-mail and they spread like wildfire but when you start sending messages regarding the Lord, people think twice about sharing. Funny how lewd, crude, vulgar and obscene articles pass freely through cyberspace, but public discussion of God is suppressed in the school and workplace.

Are you laughing yet?

Funny how when you forward this message, you will not send it to many on your address list because you're not sure what they believe, or what they will think of you for sending it.

Funny how we can be more worried about what other people think of us than what God thinks of us.

Pass it on if you think it has merit. If not then just discard it... no one will know you did. But, if you discard this thought process, don't sit back and complain about what bad shape the world is in.


My Best Regards, Honestly and respectfully, Ben Stein

czwartek, 14 sierpnia 2008

Profesor

Do poprzedniego posta Marcin przydał komentarz z pytaniem o słówko komentarza :) do zamieszczonego w "Kurierze Lubelskim" wywiadu z prof. Zbigniewem Mikołejką (kieruje Zakładem Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN). Nie będę streszczał jego wypowiedzi - chętnych odsyłam na strony gazety.

W pewnym momencie Profesor stwierdza, że jest agnostykiem. To dobrze, że ma śmiałość się przyznać, choć zapewne dla niego agnostycyzm jest rzeczą oczywistą. Jakże bowiem mógłby badać religie ktoś, kto jest emocjonalnie i ideologicznie zaangażowany w którąkolwiek z nich? Problem w tym, że - przynajmniej w odniesieniu do chrześcijaństwa - badanie takie bez wiary nie ma najmniejszego sensu. Chrześcijaństwo nie jest ideologią ani religią w sensie jakiejś religijności naturalnej - jest doświadczeniem wiary, doświadczeniem obecności Boga w życiu człowieka. Oczywiście, wielu ludzi deklarujących się jako chrześcijanie, de facto pozostaje na poziomie ideologiczno-obyczajowym, nie doświadczając w najmniejszym stopniu, że Bóg jest blisko nich, że kocha, że się troszczy...

Chrześcijaństwo jest drogą wiary, którą człowiek przeżywa we wspólnocie z Bogiem, ponieważ ten Bóg sam stał się człowiekiem i dosłownie wszedł w ludzką historię. Kto nie ma tego doświadczenie, tak naprawdę nic, lub niewiele rozumie. Pan Profesor Mikołejko nie rozumie nic.
Jego obraz pobożności maryjnej jest równie uproszczony co niektóre ludowe zwyczaje. Nie rozumie dogmatów - nazywa je maryjnymi, podczas gdy w istocie odnoszą się do działania Boga w historii człowieka. Deprecjonuje rolę pielgrzymek, zapominając, że są elementem budowania osobistego doświadczenia Boga.
A propos pielgrzymek... W pewnym momencie przytacza rozmowę z maturzystką, która w intencji matury idzie do Częstochowy. Przytacza komentarza o. W. Oszajcy SJ, że dziewczyna powinna się uczyć, a nie modlić. Tak powinna się uczyć, ale dlaczego ma się nie modlić? Czy Pan Bóg jest od duchowych spraw tylko? Nie! Moje doświadczenie wiary pokazuje mi, że Bóg jest obecny w całym moim życiu. Kiedy się modlę za moich studentów, kiedy proszę o światło na prowadzony wykład, to nie znaczy, że chcę, by Bóg za mnie się do wykładu przygotował, ale by dał mi łaskę wykorzystania wiedzy i umiejętności, które posiadam.

Kiedy do lasu wchodzi drwal - widzi drzewa. Kiedy wchodzi cieśla, widzi materiał budowlany. Kiedy wchodzi leśnik, widzi żywy leśny organizm. Trochę podobnie jest z teologią: kiedy o wierze mówi polityk - będzie widział tylko ideologię. Socjolog zobaczy zwyczaje. History będzie mówił o wydarzeniach i procesach. Żaden z nich jednak nie dostrzeże (jeśli sam nie jest człowiekiem wiary), że teologia w swej istocie jest owocem budowanego przez pokolenia i kultury doświadczenia wiary, odnoszącej się do osobistej relacji pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Ktoś, kto się nie modli, tego po prostu nie zrozumie, nawet jesli jest profesorem. Nawet jeśli byłby księdzem.

środa, 30 lipca 2008

Pseudo-kompromis

W Wielkiej Brytanii katolickie agencje adopcyjne zgodziły się - podobno - podporządkować prawu zakazującemu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Mówiąc po polsku, zgodziły się przyjmować i opiniować wnioski adopcyjne od związków homoseksualnych (w Wielkiej Brytanii prawo zrównało takie związki z małżeństwami). Media określiły tę decyzję jako kompromis oparty na zdrowym rozsądku.

Prawdę mówiąc, to kompromisu nie widzę wcale, bo co to za kompromis w którym katolicka mniejszość musi podporządkować się dyktatowi lesbijsko-gejowskiego lobby.

Nie wiem dlaczego, ale odnoszę przemożne wrażenie, iż liberałowie kompromisowym nazywają każde rozwiązanie, w którym przyjmuje się ich stanowisko, zaś bezkompromisowym, w którym tzw. konserwatyści nie chcą ustąpić (tu wszakże rację im przyznać trzeba). Nie jest możliwy kompromis pomiędzy światem wartości i światem braku wartości. Nie można być "trochę wiernym" Prawdzie. Nie można być "trochę katolikiem". Chrześcijaninem się jest, a nie bywa.