Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 listopada 2011

Grzech wsparcia dla kary śmierci


Na stronach portalu Fronda pojawił się zapis mojej wypowiedzi w kwestii kary śmierci. Pozwalam sobie przytoczyć go tutaj, jednocześnie go uzupełniając o wyjaśnienie, dlaczego uważam, że wsparcie dla kary śmierci jest czymś złym (a więc - w wymiarze teologicznym - jest grzechem) mimo warunkowego dopuszczenia jej przez dokumenty Kościoła. 

W pierwszej edycji Katechizmu Kościoła Katolickiego, gdy poruszano sprawę kary śmierci napisano, że "tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi. Z analogicznych racji sprawujący władzę mają prawo użycia broni w celu odparcia napastników zagrażających państwu, za które ponoszą odpowiedzialność" (nr 2266). Warto jednak zwrócić uwagę, że już w numerze następnym pojawia się zastrzeżenie, że "jeśli środki bezkrwawe wystarczają do obrony życia ludzkiego przed napastnikiem i do ochrony porządku publicznego oraz bezpieczeństwa osób, władza powinna stosować te środki, gdyż są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej" (nr 2267). Komentując te zapisy bł. Jan Paweł II napisał w encyklice "Evangelium vitae": "Jest oczywiste, że aby osiągnąć wszystkie te cele, wymiar i jakość kary powinny być dokładnie rozważone i ocenione, i nie powinny sięgać do najwyższego wymiaru, czyli do odebrania życia przestępcy, poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa. Dzisiaj jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale" (EV 56). Echo tej wypowiedzi znalazło się w erracie do Katechizmu i jego najnowszych wydaniach.

Postulat przywrócenia kary śmierci odbieram jako próbę wprowadzenia kary, która miałaby być adekwatną do zbrodni, ale sama w sobie nie różni się od zemsty. Kara śmierci nie jest kwestią naprawy szkód, ani też naruszonych dóbr, bowiem nawet najcięższe ukaranie przestępcy nie wyrówna i nie naprawi wyrządzonej krzywdy. Wiemy też, że ludzie są omylni i również przy wyrokach kary śmierci zdarzają się pomyłki, a wykonanie takiego wyroku przynosi nieodwracalne skutki.

Badania dowodzą, że tym co najskuteczniej odstrasza przestępców, nie jest surowość kary tylko jej nieuchronność. Jeśli ma się poprawić bezpieczeństwo, dokonać się to powinno nie poprzez zaostrzenie systemu kar (na pewno zaś nie poprzez wprowadzenie do systemu penitencjarnego kary śmierci), ale poprzez usprawnienie systemu policyjnego i sądowniczego. To system penitencjarny ma działać sprawnie, aby na wyrok za zły czyn nie czekać zbyt długo i aby nie był on absurdalny. Dziś np. za zabójstwo jest kara kilku lat, a za malwersacje finansowe kilkudziesięciu lat.

Nie widzę możliwości, aby na gruncie moralności katolickiej i zgodnie z duchem nauczania bł Jana Pawła II usprawiedliwić w jakiś sposób przywrócenie kary śmierci. Jeśli ktoś jako katolik wsparłby takie działania to popełnia grzech bo popiera działania niemoralne, chce odebrać życie człowiekowi, nie mając do tego prawa. Człowiek nie jest panem życia, jest nim tylko Pan Bóg, który daje życie i je odbiera - dodaje ks. Kieniewicz.

Tyle fronda.pl. Dyskusja, jaka się wokół moich słów rozpętała (no, może nie rozpętała, ale dosyć burzliwie toczyła), jak również przeróżne wypowiedzi w mediach na temat stanowiska Kościoła wobec kary śmierci, skłaniają mnie do pewnego dopowiedzenia.

Kościół dopuszcza karę śmierci, ale jej nie popiera. Innymi słowy, jest to swoista zgoda na mniejsze zło (śmierć przestępcy), która wszakże jest zgodą warunkową (nie ma innej obrony przed przestępcą). Nie ma w żadnym współczesnym dokumencie nauczania Kościoła stwierdzenia, że kara śmierci jest rzeczą dobrą, słuszną czy sprawiedliwą. Trzeba natomiast zauważyć, że Kościół wyraźnie zaznacza, że obecnie warunki, które by usprawiedliwiały jej stosowanie są bardzo rzadkie, lub w ogóle nie występują. Można w Polsce zapewnić bezpieczeństwo publiczne przed groźnym przestępcą, jeśli tylko się tego chce. Jest system penitencjarny, są sądy i organy ścigania. Czyli nie ma możliwości, by w Polsce uznać stan wyższej konieczności. Domaganie się przywrócenia kary śmierci w tej sytuacji ocenić zatem należy jako niegodziwość, gdyż jest to dążenie do odebrania życia człowiekowi poza stanem obrony koniecznej. Jest to więc poparcie dla zabójstwa popełnianego w majestacie prawa.

Był czas, gdy w kwestii kary śmierci Kościół wypowiadał się odmiennie. To prawda. Były w historii czasy mroczne, co brutalnie odsłonił serial "Rodzina Borgiów". Trzeba też powiedzieć jasno, że przemoc i rozpusta były sprzeczne z Ewangelią, nawet jeśli stosowali je ludzie Kościoła. Ostatecznie, ludzie Kościoła, jak wszyscy inni, byli i są grzesznikami, i choć to w żaden sposób ich nie usprawiedliwia, tłumaczy proces pojawienia się pewnych zjawisk czy zachowań. Każdy jednak grzesznik może i powinien usłyszeć wezwanie do nawrócenia, do przemiany swojego życia i do podążenia śladami Chrystusa. 

Jeśli zatem obecnie Kościół rozpoznaje, że nawet w niedoskonałym świecie kara śmierci jest złym rozwiązaniem, to tylko dlatego, że jeszcze głębiej wczytuje się w misterium Ewangelii. Warunkowa zgoda na obecność kary śmierci w systemie penitencjarnym musi być w tym kontekście odbierana raczej jako ustępstwo wobec zatwardziałości serc, niż jako uznanie tego rozwiązania jako zwykłego i naturalnego elementu systemu sprawiedliwości społecznej. Innymi słowy, tej kary być nie powinno. Ludzkość dojrzała do tego, by nie odpowiadać przemocą na przemoc. Ludzkość dojrzała do tego, by usłyszeć nauczanie Jezusa Chrystusa o miłości nieprzyjaciół.

Chrystus tak nie postępował. Wziął na siebie grzechy innych, między innymi moje. I wezwał do podążania swoimi śladami. Zamiast się mścić na swoich prześladowcach, pozwolił się przybić do krzyża. I to jest droga dla chrześcijanina. Jeśli trzeba bronić społeczeństwa przed kryminalistą, należy go izolować, a nie zabijać. Należy dać mu szansę na przemianę życia, zamiast mu je odbierać. To prawda, oznacza to rezygnację z zemsty i z przemocy. Skoro jednak Chrystus wzywa i zobowiązuje do wypełnienia przykazania miłości, to należy z mocą powtórzyć za św. Pawłem: Miłość nie wyrządza zła bliźniemu>


wtorek, 19 października 2010

Szantaż Kościoła

Rzecznik rządu premiera D. Tuska nazwał wypowiedź biskupów na temat moralnych konsekwencji poparcia dla in vitro szantażem i nieuprawnioną formą wywierania nacisków na parlamentarzystów i członków rządu. Prawdę mówiąc zaskoczył mnie, bo miałem go za znacznie bardziej rozgarniętego.

Po pierwsze kwestia szantażu. Szantaż jest groźbą dokonania pewnych czynów, jeśli osoba szantażowana nie spełni warunków szantażysty. Tymczasem biskupi nie wypowiadają żadnej groźby, a jedynie przypominają jeden z warunków przynależności do wspólnoty. Warto zaznaczyć, że przynależność do Kościoła jest całkowicie dobrowolna. Jeśi ktoś nie chce do Kościoła należeć, to nie należeć nie będzie, choć niewątpliwie wspólnota (a przynajmniej ja) odczuwa to boleśnie. Chciałbym, by do Kościoła należeli wszyscy, by wszyscy poznali Boga tak jak ja, lub lepiej ode mnie, by wszyscy w Nim odnaleźli życie i szczęście. Jestem jednak realistą na tyle, że wiem, iż to moje pragnienie nie bardzo ma szanse się ziścić, że wielu ludzi wybierze własną drogę przez życie. Mam głęboką nadzieję, że także na tych innych ścieżkach Bóg będzie do nich mówił i przyciągnie ich do siebie.
Kościół jest wspólnotą, która - jak każda inna - określa warunki przynależności. Jeśli polityk chce być katolikiem, to musi się liczyć, że obowiązują go pewne standardy. Jeśli tych standardów nie dotrzymuje, zwłaszcza jeśli nie dotrzymuje standardów uznawanych przez Kościól za kluczowe - musi się liczyć z wykluczeniem. Z drugiej strony nie widzę żadnych powodów, by nie domagać się od polityków szermujących swoim katolicyzmem uszanowania zasady wzajemności.

Nie bardzo zatem pojmuję, dlaczego min. Graś nazywa wypowiedzi biskupów neiuprawnionym wywieraniem nacisku na parlamentarzystów. Pomijam już fakt, że jest rzeczą naturalną, powszechną i dobrą, że wyborcy wywierają nacisk na swoich reprezentantów. Ostatecznie owi reprezentanci muszą wiedzieć, jakie poglądy mają reprezentować.

Wypowiedź min. Grasia ma sens tylko w wypadku, jeśli 1) biskupi i Kościół nie ma prawa określać, kto do niego należy, a kto nie (i pod jakimi warunkami); oraz 2) biskupi wraz z otrzymaniem święceń biskupich (a zapewne i księża wraz ze święceniami prezbiteratu) tracą zarówno czynne prawo wyborcze, jak i w ogóle prawo do zabierania głosu na tematy wiary i moralności - tak indywidualnej, jak i społecznej). Z tego co mi wiadomo, Polska gwarantuje wolność wyznania i wypowiedzi, zaś odebranie praw publicznych dokonuje się na mocy prawomocnego wyroku sądowego.

Niewątpliwie, w jakiejś mierze wypowiedź biskupów jest formą wywarcia nacisku, ale jedynie wobec tych polityków, dla których przynależność do Kościoła jest sprawą istotną. Trzeba pamiętać, że wobec powierzonych sobie wiernych (niezależnie od stanowiska, jakie zajmują), biskupi mają obowiązek sprawować posługę pasterską, w razie konieczności napominając ich i karcąc. Pozostałych - niewierzących, lub przynależących do innych wyznań i religii, pastrskie naciski katolickich biskupów nie dotyczą, bo dotyczyć nie mogą. Co najwyżej mogą być zachętą do refleksji sumienia, które to sumienie właściwe jest wszystkim ludziom (i przynajmniej niektórzy z niego korzystają).

Cieszę się jasnym postawieniem sprawy w liście biskupów do parlamentarzystów. Cieszę się jednoznacznością wypowiedzi abpa Hozera. Teraz pokaże się, kto jest katolikiem, a kto sobie tylko katolicyzmem gębę wyciera.

czwartek, 7 stycznia 2010

Kolęda

Christus mansionem benedicat. C+M+B 2010. Co prawda niektórzy piszą K+M+B, od imion trzech mędrców, za królów niekiedy uważanych, ale – jak by nie było – chrześcijanie wyznają wiarę w Chrystusa, a nie Kacpra, Melchiora i Baltazara. Więc skrót powinien być z literką „C” i być wyrazem modlitwy o błogosławieństwo dla domu.

Dziś ten znak zapisany kredą na drzwiach ma znaczenie szczególne. Coraz częściej media donoszą o inicjatywach obywatelskich ukierunkowanych na usuwanie znaków wiary chrześcijańskiej ze szkolnych klas, urzędów administracji publicznej, tudzież wszelkich innych miejsc nie będących ściśle rzecz ujmując miejscami kultu. Niezależnie od tego, na ile tak powstały obraz jest efektem inicjatywy działających w mediach środowisk antychrześcijańskich, a na ile rzeczywiście odzwierciedla nastawienie społeczne, świadectwo wyznawców Chrystusa o wierze w Boga Wcielonego staje się sprzeciwem wobec usuwania Boga z życia człowieka. Jest głosem współczesnych proroków – niechętnie słuchanych, wyśmiewanych, a tak bardzo potrzebnych. Świadkowie Słowa są znakiem, że Bóg nie odwraca się od człowieka, nawet wtedy, gdy ów człowiek odrzuca swego Stwórcę i Zbawiciela.

Jak co roku pojawiają się artykuły i komentarze na temat kolędy. Oczywiście, zazwyczaj niechętne czy wręcz wrogie. Fakt, wizyty zazwyczaj trwają krótko i częściej służą uzupełnieniu kartoteki parafialnej niż rozmowie duszpasterskiej, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by się z duszpasterzem umówić na termin pokolędowy na spotkanie dłuższe, spokojniejsze, na porozmawianie o życiu i wierze… Znam wielu księży, którzy taką możliwość oferują. Ludzie zazwyczaj wówczas potwierdzają chęć spotkania, ale z niego później nie korzystają. Jakby im nie zależało, jakby utyskiwanie na krótkość wizyty było w istocie ucieczką od jakiejkolwiek sensownej rozmowy.

Niekiedy ludzie nie tyle przyjmują księdza, co wpuszczają go do domu. Ale nie są gotowi ani na rozmowę, ani na modlitwę. Bywa, że nie gaszą telewizora lub komputera, że wyznaczają swoistego „dyżurnego”, by zajął się księdzem, gdy ten „robi swoje”. To są smutne wizyty. Czasem bez słowa po prostu dają kopertę z przygotowaną ofiarą, jakby to była najważniejsza rzecz podczas kolędy. Nic nie rozumieją…

Spada liczba tych, którzy przyjmują księdza po kolędzie. Nie jest miło spotykać się z obojętnością i odrzuceniem. A jednak wielu duszpasterzy puka do wszystkich drzwi, także tych, które w poprzednich latach pozostały zamknięte. Idą za wzorem swego Mistrza, który od nikogo się nie odwraca, nikogo nie przekreśla.

Christus mansionem benedicat. Niech Chrystus błogosławi ten dom. Znak na drzwiach wypisany kredą ma odzwierciedlić spotkanie, które ma miejsce w Eucharystii, gdy warg człowieka dotyka Ciało Pana. Zewnętrzny ślad wiary ma potwierdzać jej wewnętrzne istnienie, jej moc, i wolę trwania przy Bogu mieszkańców domostwa.

sobota, 1 sierpnia 2009

RU-486 cd.

No i stało się, Włochy dopuściły do użycia RU-486. Poniżej przytaczam fragmenty tekstu wiadomości z agencji Associated Press, obecnej w internecie na stronach MSNBC.


ROME - Italy has approved the use of the abortion drug RU-486, capping years of debate and defying opposition from the Vatican, which warned of immediate excommunication for doctors prescribing the pill and for women who use it.
The pill is already available in a number of other European countries. Its approval by Italy's drug regulation authorities was praised by women's groups and pro-choice organizations, which say the pill will provide women with an additional, noninvasive procedure.
It drew the immediate protest of the Catholic Church, which opposes abortion and contraception.
"That's not how you alleviate human suffering, that's not how you help women, that's not how you help mankind," Monsignor Elio Sgreccia, a senior church bioethicist, said in an interview Friday with Associated Press Television News.
[...]
Archbishop Rino Fisichella, who heads the Vatican's Pontifical Academy for Life, issued a strong condemnation of abortion and the RU-486 pill in a front-page article in Vatican newspaper L'Osservatore Romano on Friday. He said the church cannot passively sit back, and insisted the ethical implications of the pill could not be overlooked.
"An embryo is not a bunch of cells," Fisichella wrote. "It's real and full human life. Suppressing it is a responsibility nobody can take without fully knowing the consequences."
Sgreccia, who called the RU-486 "not a drug, but poison," said that women taking the pill or doctors administering are automatically excommunicated under church law.
There were about 121,000 abortions on demand in Italy in 2008, according to figures provided by Italy's health authorities. That number was down 48 percent from 1982 — the year when the number peaked after the referendum upholding the abortion law — and down 4 percent compared to the previous year.
But critics of RU-486 say that taking a pill might reverse that trend because it would make interrupting a pregnancy easier. They also fear that it would be possible to avert a mandatory hospitalization policy and effectively go back to the pre-legislation days of clandestine abortions performed at home without medical supervision.
"The apparent ease of this pharmacological method will inevitably lower the level of caution and responsibility," Romano Colozzi, the only member of the agency to vote against the use of the pill, told the ANSA news agency.
Supporters say it has no significant side effects and is safe.
Gabriella Pacini, a doctor with the Woman's Life group that provides medical counseling to women, said that RU-486 "has been used for years in Europe, on millions of women and is considered safe and effective."
"Why not give Italian women a choice between pharmacological abortion and surgical abortion?" she said.
The RU-486 pill, first introduced in France two decades ago, is known chemically as mifepristone and causes an embryo to detach from the uterine wall. A second pill, misoprostol, is used afterward to cause contractions and push the embryo out of the uterus.
Doctors can declare themselves conscientious objectors and refuse to carry out abortions.
Since 2000, Italy also allows the so-called morning-after pill, which prevents a fertilized egg from implanting in the uterine wall and growing into an embryo.

Słowo komentarza
Aborcja - ani chirurgiczna, ani farmakologiczna - nie jest bezpieczna, jak twierdzą jej propagatorzy. W tym cała rzecz, że jej istotą jest zadanie śmierci dziecku, którego z jakiegoś powodu nie chce przyjąć matka. Być może RU-486 prszynosi mniej powikłań dla zdrowia matki niż inne formy aborcji, ale o bezpieczeństwie nie może być mowy, bo ona musi być niebezpieczna - inaczej nie będzie skuteczna...

Nikt nie zmusi dziś kobiety do urodzenia dziecka. Jeśli chce je zabić - zrobi to, w ten, czy inny sposób, ale ciężko grzeszy ten, kto jej to ułatwia lub wręcz do zabójstwa neinarodzonego dziecka namawia. Nikogo się też do przynależności do Kościoła nie zmusi. Jeśli ktoś nie chce być w jedności ze wspólnotą Kościoła, jeśli ma swoją wizję wiary i życia moralnego - pójdzie swoją drogą. Ekskomunika związana z grzechem aborcji (obejmująca wszystkich, którzy doprowadzili do śmierci dziecka, czy to przez bezpośrednie wykonanie aborcji, nakłanianie do niej lub w inny sposób współuczestniczyli w tym grzechu) oznacza że drogi danego człowieka i wspólnoty Kościoła się rozeszły. Ktoś jest poza wspólnotą, bo wierzy inaczej, bo myśli inaczej, bo postępuje inaczej niż Kościół. Bo do wspólnoty nie można zmusić. Albo się w niej jest, albo nie...

czwartek, 18 czerwca 2009

Jestem trochę antyklerykalny

Skąd się bierze antyklerykalizm? Skąd się bierze nastawienie „na nie” wobec Kościoła? Dlaczego tak wielu ludzi nie lubi księży? Ostatnio przeczytałem przynajmniej kilka antyklerykalnych tekstów, odbyłem kilka rozmów z ludźmi cokolwiek wrogo do Kościoła nastawionych... Ciekawe, że w tych rozmowach zaznaczali, że co prawda księża to są „tacy i tacy” (i nie były to pochlebne opinie), ale ze mną się da pogadać.

Nie wydaje mi się, bym specjalnie się różnił od moich przyjaciół w sutannach. Z każdym z nich da się pogadać. Fakt, wiem, że bywają i tacy duchowni, którym sutanna tak obsika serce, że brakuje sił do kochania ludzi, ale prawdę mówiąc, nie spotkałem ich zbyt wielu. Większość znanych mi duchownych to ludzie, którzy swoje serce oddali Kościołowi, a ściślej rzecz ujmując – swoim parafianom. Są do ich dyspozycji na każde niemal zawołanie i wbrew obiegowym opiniom nie pieniądze są dla nich najważniejsze. Spowiadają, niekiedy po kilka godzin dziennie, rozmawiają (o życiu i śmierci) z tymi, którzy nie mają do kogo otworzyć ust... Normalni ludzie, którzy dają innym Chrystusa bez głośnych demonstracji, wywieszania transparentów i dobijania się o pokłony na rogu każdej ulicy.

Fakt, od czasu do czasu pojawi się taki, który zamiast Ewangelią zajmuje się realizacją własnych celów. Ma swoją agendę, którą ciągnie. Ludźmi się nie przejmuje, dobra gromadzi i domaga się od wszystkich wyrazów szacunku i uwielbienia. Są tacy, którzy popełniają bardzo poważne grzechy, krzywdząc słabych i bezbronnych i siejąc zgorszenie. Są tacy, którzy kwalifikują się do miana zdrajcy. Ale trudno się dziwić, skoro nawet wśród Dwunastu był Judasz. Zdradzić może tylko przyjaciel, tylko ktoś, kto jest blisko.

Zresztą, mam świadomość, że sam też jestem grzesznikiem, biedaczkiem, który łatwo i często grzeszy – jak wszyscy. Oczywiście, można powiedzieć, że jako ksiądz i zakonnik nie powinienem, że powinienem świecić przykładem. Tylko że z tego moralizowania siebie niewiele dobra wynika. Z osądzania i gadania, że tak być nie powinno, dobro się nie rodzi. Dobro się rodzi z przyjęcia łaski, udzielonej za darmo grzesznikowi.

Prawdę mówiąc, to sam trochę jestem antyklerykalny. Nie podoba mi się wizja Kościoła, w której ksiądz miałby być ponad ludźmi, miałby wszystko wiedzieć, miałby być „najmądrzejszy w całej wsi”. Bo wspólnota oznacza, że wszyscy jesteśmy kimś jednym w Chrystusie.

Jednocześnie jednak mam świadomość, że bycie księdzem oznacza bycie przewodnikiem i pasterzem i ojcem. I że mam służyć swoją radą, a niekiedy i sądem. Nie mam jednak złudzeń, że to powód to chwały. Pasterzowanie zostało mi zadane i to nie jest mój wybór, tylko Chrystusa. I jeśli wypowiadam osąd, to w oparciu o światło, jakie mam od Niego.

Wiem, że wielu ludzi w Chrystusa nie wierzy. Nie zmuszam nikogo do tego, by mnie słuchał. Nie zamierzam nikogo nawracać. Chrystus nie powołał mnie do nawracania, ale do głoszenia Ewangelii. Nie chce ktoś przynależeć do Kościoła, nie chce ktoś uznać Chrystusa – wolny wybór. Szanuję to. Ale też chciałbym, by Ci, którzy nie wierzą i wierzyć nie chcą, uznali prawo moje i innych wierzących do wypowiedzenia swojej wiary publicznie, tak jak oni wypowiadają swoją niewiarę.

Tak sobie myślę, że antyklerykalizm w swej istocie jest sprzeciwem nie tyle wobec księży, co wobec Ewangelii. Jeśli bowiem odmawia się nam prawa do wypowiadania w sprawach moralności, w sprawach życia publicznego, to tym samym ogranicza się zakres spraw, który Ewangelia miałaby dotyczyć. Rzecz w tym, że ona dotyczy człowieka, całego człowieka, we wszystkich wymiarach jego egzystencji. Więc kiedy widzę, że dzieje się coś złego – znaczy się coś, co postrzegam jako złe i szkodliwe – nie mogę milczeć, bo Chrystus postawił mnie, bym głosił w porę i nie w porę Jego Ewangelię. Nie wszystkim się to podoba, wiem. Ale – jak mówi Święta Księga – „mądrość usprawiedliwiona jest przez swoje czyny”.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Wielki Czwartek

Wielki Czwartek. Oto się zaczyna Misterium, choć przecież zaczęło się znacznie wcześniej. Wcześniej były cuda i nauczanie, był Nazaret i Betlejem. A jeszcze wcześniej były długie wieki oczekiwania na Pełnię Czasu. Ale dziś czas się wypełnił.
Oto koniec czekania, chociaż mało kto zauważył, że Mesjasz dokonuje dzieła zbawienia. Niektórzy byli i są tak skupieni na ustawicznym oczekiwaniu, że przeszli obok Niego. To nawet nie chodzi o to, że zlekceważyli dzieła Boże, ale oni ich po prostu nie zauważyli. I czekają nadal…
Oto dopełnia się czas zbawienia. Czas, w którym wychodzą na jaw zamysły serc wielu. Ujawnia się zdrada Judasza, tchórzostwo Piotra, małoduszność Apostołów. Ujawnia się pragmatyzm arcykapłanów, hedonizm Heroda i konformizm Piłata. Ujawnia się bezmyślność tłumów, które jeszcze kilka dni temu z okrzykiem „Hosanna Synowi Dawidowemu!” witały wjeżdżającego na oślęciu do Jerozolimy Jezusa, a dziś, z równym zapałem wysyłają Go na krzyż.
Dopełnia się też czas Kościoła, któremu Pan daje Siebie w sakramencie Eucharystii i dla którego ustanawia sakrament kapłaństwa. Wybiera do posługi słabych, grzesznych ludzi, by byli Jego świadkami. Dwunastu zwykłych ludzi, dwunastu grzeszników, których z sobie znanych powodów powołał, by byli prorokami Ewangelii, by byli pasterzami Jego trzody, by oddali swe życie na wyłączną służbę Bogu. Nikt z nich na to nie zasłużył, bo wybór Pana nie na ludzkich zasługach się opierał. Tu miały się dokonać wielkie dzieła Boże.
Dziś ta tajemnica niezasłużonego wybrania trwa, powtarzając się w życiu wielu ludzi – starych i młodych, uczonych i prostych – którzy posłuszni woli Boga idą za Jego głosem dokądkolwiek ich pośle.
To mój 15 Wielki Czwartek w kapłańskiej posłudze. Dziś chcę zaświadczyć, że przyjąłem ten dar Bożego wybrania jako całkowicie niezasłużony i choć staram się nań odpowiedzieć tak jak umiem najlepiej, mam pełną świadomość, że jestem sługą nieużytecznym – w najlepszym wypadku robię to, co do mam polecone. Widzę dobro, jakie Bóg czyni przez moje ręce, ale wiem, że to Jego dzieło, a nie moje. Sieję Słowo, ale to Jego ziarno.
Dziś chcę też złożyć Bogu dzięki za świadectwo życia dwóch moich Braci Kapłanów, którzy byli moimi przewodnikami – ks. Olgierda Nassalskiego, marianina, wieloletniego proboszcza na Marymoncie w Warszawie, i ks. Janusza Nagórnego, profesora teologii moralnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, najpierw mojego mistrza, a potem szefa w Instytucie Teologii Moralnej, zawsze zaś przyjaciela. Dziękuję Bogu za braci-prezbiterów z mojego Zgromadzenia Księży Marianów i wielu, bardzo wielu biskupów i księży, których cicha posługa i pokorne świadectwo miłości Boga były i są dla mnie umocnieniem w trudach codziennej pielgrzymki do Domu Ojca. Jestem dumny, że należę do ich grona. I proszę – za siebie i za nich – o modlitwę.

czwartek, 5 marca 2009

Interwencje ekstra i głos na pustyni

Rzecz miała dzisiaj na antenie Polsat News, g. 16.30. W studiu w Warszawie poseł Joanna Senyszyn (ekonomista), dr Grzegorz Południewski (ginekolog) i Piotr Pałasz (ojciec dwójki dzieci urodzonych po zastosowaniu in vitro). W Lublinie, przed kamerą posadzono mnie, jako eksperta, lub - jak się okazało - chłopca do bicia.
Program zaczął się 8 minutowym reportażem o akcji zbierania podpisów przeciwko projektowi legalizacji in vitro, akcji prowadzonej z założeniem, że jeśli będzie 100 000 podpisów, złożony będzie obywatelski projekt całkowicie zakazujący stosowania tej procedury. Goście w studiu mieli za zadanie skomentować całą akcję, a ode mnie - najwyraźniej - oczekiwano, że będę jej bronił.
Pani Poseł nie odpuściła żadnej okazji by wyrazić swoje niezadowolenie z faktu istnienia i działalności Kościoła katolickiego, źródła wszelkiej głupoty, wszetecznictwa i niemoralności (co nie przeszkadzało jej powoływać się na opinię - cokolwiek odosobnioną - emerytowanego arcybiskupa mediolanu, kard. Martiniego). Pan Ginekolog przedstawiał in vitro w samych superlatywach, jako niezastąpioną formę terapii niepłodności, jednocześnie wskazując, że poczęcie ma miejsce dopiero wtedy, gdy Młody Człowiek (to moje określenie, bo on mówił o embrionie) dotrze do macicy swojej Mamy. Dzielnie mu wtórował Tata dwójki narodzonych bliźniąt (między którymi są 3 lata różnicy, a których rodzeństwo nadal doświadcza błogosławieństwa hibernacji w ciekłym azocie).
Niestety, ze mną nie było innych przedstawicieli Kościoła - katolickiego ginekologa (np. p. Macieja Barczentewicza z Lublina), katolickiego polityka (np. Marka Jurka) czy rodziców, którzy wybrali adopcję jako drogę realizacji swojego rodzicielskiego powołania, powołania naznaczonego ciężarem niepłodności (tu nazwisk nie będę wymieniał, ale zapewniam, że takich rodzin jest wiele).

Niewiele było do powiedzenia w rozmowie, która raz po raz naznaczona była manipulacjami, przeinaczaniem faktów, łącznie z moją wypowiedzią sprzed kilku miesięcy z Warszawy. Ponieważ zatem tam nie było można, kilka punktów resume tutaj, tak ku pamięci.

Dlaczego Kościół ma prawo wypowiadać się na temat in vitro?
- ludzie wierzący mają takie sama prawa obywatelskie do wypowiadania się i przekonywania innych, jak niewierzący.
- nikt nikogo do niczego nie przymusza, ale szacunek dla demokracji obowiązuje w obie strony
- mówimy o tym, jak rozpoznajemy dobro i zło, a co ludzie z tym zrobią, pozostaje w gestii ich sumienia. Jeśli się ludzie z tym nie zgadzają, to my, ludzie wierzący (nie tylko księża) się na nich nie obrażamy, ale nie zmieniamy zdania pod wpływem sondaży. Prawda nie leży pośrodku, ale leży tam gdzie leży.

Dzieci z in vitro są godne szacunku
- Każde dziecko jest godne szacunku, bez względu na to, w jakich warunkach żyje i jaką drogą przyszło na świat.
- Szacunku są też godne dzieci, które są poczęte, ale którym nie pozwolono się urodzić

Niepłodność jest poważnym problemem
- Niewątpliwie jest to źródło poważnego cierpienia, czasem zawinionego, a czasem nie, co nie zmienia faktu, że ono zawsze boli
- niepłodność trzeba leczyć i leczenie Kościół wspierał i wspiera; rzecz w tym, że in vitro leczeniem nie jest.
- nie wszystko, co jest technicznie wykonalne, jest moralnie godziwe

Dlaczego in vitro jest złe?
- narusza godność dziecka, które traktowane jest jak produkt, oraz jego prawo do poczęcia w wyniku współżycia małżonków, a nie na skutek działań osób trzecich
- naraża zdrowie matki poddawanej intensywnej stymulacji hormonalnej
- większość dzieci poczętych tą metodą nie ma szans na narodziny na mocy arbitralnej decyzji lekarzy i albo giną, albo trwają w stanie hibernacji – pytanie, jak długo?
- manipulacja terminologią – powtórzmy raz jeszcze, to nie jest leczenie, bo małżeństwo nadal pozostaje niepłodne (nie może w sposób naturalny zajść w ciążę). To co najwyżej protetyka.

Zamiast in vitro
- solidna diagnostyka, chociażby wedle wzorów proponowanych przez NaProTechnology®

Adopcja to też rodzicielstwo
- Promocja adopcji, a jeśli potrzebne są zmiany prawne, to nimi się zająć, a nie legalizacją in vitro

Przyczyny niepłodności są niekiedy zawinione
- odkładanie poczęcia na późniejszy wiek
- niezdrowy tryb życia (stres, zanieczyszczenie środowiska)
- zła dieta (ma wpływ na śluz)
- gorsze zdrowie
- antykoncepcja
- aborcja

Problemy bioetyczne a kompetencje dyskutantów
- W gronie uczestników programu byłem jedyną osobą, zawodowo podejmującą w refleksji naukowej problematyką moralną. Pani profesor J. Senyszyn jest ekonomistą, Pan doktor G. Południewski jest ginekologiem, a p. P. Pałasz jest ojcem dzieci poczętych tą metodą. Nie roszczę sobie prawa do nieomylności, ale nie brak mi kompetencji. Nie kłamię i nie manipuluję faktami. I nie obrażam innych dyskutantów.

Zastanawiałem się, czy w przyszłości nie postawić warunku zapraszającym mnie dziennikarzom, by moim interlokutorem ni była nigdy p. poseł J. Senyszyn. Ale myślę, że tego nie zrobię. Ona i tak będzie odsądzać Kościół od czci i wiary, a dziennikarze raczej na pewno będa ją do takich zaognionych tematów zapraszać. I trzeba w tych programach być - jeśli i nas - ludzi Kościoła zapraszają - nie po to, by przekonywać ją i jej towarzyszy, ale by siać, choćby i na ugorze. Trzeba, by nieustannie rozlegał się głos: "Prostujcie drogę Panu, równajcie ścieżki dla Niego. Nawracajcie się!". Ten głos musi brzmieć, choćby był głosem samotnie wołającym na pustyni.

wtorek, 7 października 2008

Szkoła wiary

W katolickich szkołach w zlaicyzowanej Francji większość uczniów stanowią niekatolicy. Co więcej – coraz więcej wśród nich muzułmanów. Sami nie mają wystarczającej liczby szkół, by zapewnić młodym ludziom edukację na odpowiednim poziomie, a do szkół państwowych oddać ich nie chcą. Wolą formację w szkole katolickiej, gdzie białe jest białe a czarne jest czarne, niż indoktrynację laicką państwowej szkoły, poniewierającej świat wartości religijnych i moralnych.

Zastanawiać musi odwaga i pewność siebie muzułmańskich rodziców, którzy wprowadzają swoje dzieci w świat chrześcijański. Zawsze przecież może się zdarzyć, że dziecku chrześcijaństwo bardziej przypadnie do gustu niż rodzimy islam. Wydaje mi się, że podejmują to ryzyko utraty wiary w przekonaniu, że formacja w domu rodzinnym będzie dla dzieci znacznie mocniejszym, ważniejszym i głębszym doświadczeniem, niż to, którego doświadczą w szkole.

U nas w kraju radykalni katolicy chcieliby katolicyzmu obecnego na każdym rogu ulicy, w każdym biurze, szkole, w każdym medium. Niewierzący dążą do jak największego ograniczenia obecności katolicyzmu jako religii w życiu społecznym i w państwowych instytucjach. Jedni domagają się utrzymania lekcji religii w szkole, drudzy – ich natychmiastowego wyrugowania. I jedni i drudzy zapominają, że najważniejsza formacja odbywa się w domu. Lekcje religii nie zastąpią rodziców, jeśli ci nie przekazują wiary swoim dzieciom, i nie ukształtują w nich wiary przez świadome i systematyczne działanie. Z drugiej strony – jeśli by tych lekcji w szkole zabrakło, a rodzina była żywa wiarą katolicką – wiara w dziecku się nie zachwieje. Jakby nie było, „za moich czasów” w szkole katechezy nie było, co więcej, była dosyć mocna indoktrynacja ateistyczna, a myśmy wiarę zachowali. W rodzinach właśnie.

Prawdziwym zagrożeniem dla wiary dzieci jest sytuacja, gdy ani w domu, ani w szkole dziecko nie spotyka się z żywą wiarą. Obojętni religijnie rodzice, laicka szkoła, polane to wszystko medialnym sosem liberalizmu – takie środowisko nie pozwoli młodemu człowiekowi odkryć świata wiary. Godzinna obecność na Mszy św. w niedzielę niczego w tym kontekście nie zmieni. Śmiem twierdzić, że także posyłanie na katechezę niewielkie rodzi w tej sytuacji nadzieje. Szkołą wiary jest rodzina, najpierw rodzina i – w gruncie rzeczy – tylko rodzina.

Czy to znaczy, że można spokojnie zrezygnować z katechezy w szkole i obecności Kościoła w życiu społecznym? Wręcz przeciwnie. Kościół stanowią wszyscy chrześcijanie, nie tylko duchowni. Ich wiara wyrażana jest nie tylko w domu, ale w każdym miejscu, w każdym czasie ich życia. Chrześcijaninem się jest, a nie bywa. I dlatego cieszę się, gdy widzę ludzi modlących się przed posiłkiem w restauracji, gdy dostrzegam krzyż na ścianie w biurze, czy różaniec leżący na biurku.

piątek, 12 września 2008

Procesja z darami

Dziś byłem na Mszy św. w parafii św. Jana w Jackson, MI. Msza św. z udziałem dzieci z przyparafialnej szkoły podstawowej, zgromadziła około 200 dzieci z kadrą nauczycielską, kilkorgiem rodziców i niedużą grupką "bywalców" dorosłych codziennej Eucharystii. Zdziwiły mnie wystawione na brzegu prezbiterium pudła, w liczbie dziewięciu. Sprawa wyjaśniła się podczas procesji z darami, gdy dzieci procesyjnie zaczęły przynosić różne produkty żywnościowe (konserwy, makarony etc.) i składać je do tych koszy. Niemal każde dziecko coś przyniosło. Czasami była to malutka puszka tuńczyka, czasami całkiem pokaźna paczka wielu produktów. Każdy coś miał. Miejscowy ksiądz powiedział, że w Jackson jest obecnie bardzo wielu bezrobotnych lub bardzo źle opłacanych pracowników i po prostu ludzie nie mają co jeść. Dlatego co miesiąc dzieci przynoszą te produkty i są one później rozdawane wśród potrzebujących.
Spytałem go, czy to akcja dobrowolna, jak na to reagują rodzice. Odpowiedział, że otwartość parafian jest ogromna, bo nawet w inne dni są przynoszone dary żywnościowe i składane do kontenerka w kruchcie kościelnej, by potem trafić do punktu dystrybucji. Dodał, że nawet jak jakieś dziecko nie ma nic, to zazwyczaj wynika to z zapomnienia a nie z niechęci do dzielenia się z biednymi.
Pojawiły się w mojej głowie dwa skojarzenia. Pierwsze biblijne - Ewangelia o koszach pełnych ułomków. Bo rzeczywiście, dary od dzieci zapełniły wystawione kosze niemal do pełna. Drugie skojarzenie bardziej liturgiczno-historyczne (do "Didache"), że dawniej przygotowanie darów polegało na złożeniu pomocy dla biednych na ręce przedstwicieli wspólnoty Kościoła; wino i chleb były wykorzystywane do Eucharystii, zaś reszta produktów rozdawana wśrów potrzebujących. Dziś tę funkcję spełniać ma taca, ale to nie do końca to samo. Taca podczas Mszy służy nade wszystko utrzymaniu kościoła (to znaczy opłaceniu prądu, ogrzewania, podatków, pensji pracowników). Z reguły na biednych nie zostaje wiele...
Myślę, że ten pomysł z darami natury (niezależnie od tacy) z przeznaczeniem na biednych jest godny rozważenia i naśladowania, nie tylko na Mszach św. z udziałem dzieci.

środa, 3 września 2008

Standardy racjonalistów

Zbiegły się w czasie dwie wiadomości. Jedna, że pewien włoski proboszcz (wraz z parafią) został skazany na zapłatę pewnej kobiecie 60 tys. euro odszkodowania (+ ok 8 tys. kosztów sądowych) za "straty psychiczne i moralne spowodowane używaniem przez parafię dzwonów kościelnych". Druga wiadomość to podesłany mi przez zaprzyjaźnioną dziennikarkę "Apel racjonalistów do polityków".
Krew we mnie zawrzała, choć nie gniewem a smutkiem, bo prześladowania chrześcijan odbywają się nie tylko w Indiach, ale i w Europie. Nie tylko w laickiej Francji, ale w krajach o silnych i zdawałoby się - żywych - tradycjach chrześcijańskich.

Na miejscu wspomnianego proboszcza, bym nie zapłacił zasądzonej kary. Jeśli by to miało skutkować osadzeniem w więzieniu - poszedłbym do więzienia. Ale kary bym nie zapłacił. Dzwonów bym zabrać nie pozwolił, broniąc ich jak Rejtan na sejmie warszawskim. Nie zgodzę się na zamknięcie chrześcijaństwa do zakrystii. Wiara nie jest sprawą prywatną, choć jest osobistą decyzją każdego.

A co do racjonalistów... To nie pierwszy głos domagający się agresywnego wykluczenia Kościoła z życia publicznego. W moim przekonaniu opierają się na z gruntu fałszywym założeniu, że wiara chrześcijańska jest szkodliwa dla kształtu życia społecznego, że działania Kościoła są szkodliwe społecznie i że podstawowym warunkiem szczęścia jest eliminacja Kościoła i wszelkich znaków wiary chrześcijańskiej z życia publicznego. W imię rzekomej sprawiedliwości racjonaliści chcą odebrać chrześcijanom - nie tylko katolikom - prawo głosu w debacie publicznej, prawo do publicznego wyrażania swoich przekonań oraz prawo do decydowania o wykorzystaniu uzyskanych z pracy własnych rąk pieniędzy.

Nowoczesny ateizm, wraz z wykluczeniem Boga z życia człowieka, usiłuje oczywiście wykluczyć i wszelkie znaki wiary z życia publicznego. Ciekawe, że coraz rzadziej domaga się, by ogłosić, że Boga nie ma, ale walczy by żyć, jakby Bóg nie istniał.Jak tak dalej pójdzie wolno będzie demonstrować swój ateizm, homoseksualizm albo ekologiczne zakręcenie, ale nie wolno będzie publicznie powiedzieć "Wierzę w Boga". Ale może i dobrze. Może trzeba, by chrześcijanie stali się z powrotem "małą trzódką", by na nowo odzyskali moc zaczynu. Może trzeba głębokiego oczyszczenia, by wyznawcy Chrystusa umocnieni całym dynamizmem Ewangelii na nowo stali się światłem dla świata i solą dla ziemi.

czwartek, 19 czerwca 2008

Idziemy na wojnę...

Pan Napieralski powiedział wczoraj - cytuję za portalem Onet:

I proszę nie spłycać, nie trywializować i krzyczeć, że to atak na kościół. Zupełnie nie. Kościół ma bardzo ważną rolę do odegrania w życiu społecznym. I niech umacnia wiernych w wierze, niech szerzy tolerancję i kontynuuje mądrość Jana Pawła II. Ale czasy wypraw krzyżowych już minęły. Bezpowrotnie. W rozdziale państwa od kościoła chodzi o uniknięcie patologii, takich jak z 14–latką. A o tym wielcy politycy w wielkiej polityce lubią zapominać - dodaje Napieralski. [pisownia oryginalna]

Bardzo Panu dziękuję za przypomnienie, że zadaniem Kościoła w Polsce jest "kontynuować mądrość Jana Pawła II" i "umacnianie wiernych w wierze". Dokładnie to zamierzam robić. Dlatego przypomnę jedną wypowiedź Papieża - Radom, 4 czerwca 1991:

"Trzeba stwierdzić, że ludobójcze skutki ostatniej wojny zostały przygotowane całymi programami nienawiści rasowej oraz etnicznej! Programy te odrzucały moralną zasadę przykazania: „Nie zabijaj” jako absolutną i powszechnie obowiązującą. Nawiązując do obłędnych ideologii, pozostawiały one uprzywilejowanym instancjom ludzkim prawo decydowania o życiu i śmierci poszczególnych osób, a także całych grup i narodów. Na miejsce Bożego: „Nie zabijaj” postawiono ludzkie: „Wolno zabijać”, a nawet: „Trzeba zabijać”.

I oto ogromne połacie naszego kontynentu stały się grobem ludzi niewinnych, ofiar zbrodni. Korzeń zbrodni tkwi w uzurpacji przez człowieka Bożej władzy nad życiem i śmiercią człowieka. Odzywa się w tym jakieś dalekie, a przecież uporczywe echo tamtych słów, które człowiek zaakceptował od „początku” wbrew swemu Stwórcy i Ojcu. Słowa te brzmiały: „Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,5), to znaczy: będziecie stanowili o tym, co dobre, a co złe, wy, ludzie, tak jak Bóg, tak jak Bóg i wbrew Bogu.

Darujcie, drodzy bracia i siostry, że pójdę jeszcze dalej. Do tego cmentarzyska ofiar ludzkiego okrucieństwa w naszym stuleciu dołącza się inny jeszcze wielki cmentarz: cmentarz nienarodzonych, cmentarz bezbronnych, których twarzy nie poznała nawet własna matka, godząc się lub ulegając presji, aby zabrano im życie, zanim jeszcze się narodzą. A przecież już miały to życie, już były poczęte, rozwijały się pod sercem swych matek, nie przeczuwając śmiertelnego zagrożenia. A kiedy już to zagrożenie stało się faktem, te bezbronne istoty ludzkie usiłowały się bronić. Aparat filmowy utrwalił tę rozpaczliwą obronę nie narodzonego dziecka w łonie matki wobec agresji. Kiedyś oglądałem taki film — i do dziś dnia nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę uwolnić się od jego pamięci. Trudno wyobrazić sobie dramat straszliwszy w swej moralnej, ludzkiej wymowie.

Korzeń dramatu — jakże bywa on rozległy i zróżnicowany. Jednakże pozostaje i tutaj ta ludzka instancja, te grupy, czasem grupy nacisku, te ciała ustawodawcze, które „legalizują” pozbawienie życia człowieka nie narodzonego. Czy jest taka ludzka instancja, czy jest taki parlament, który ma prawo zalegalizować zabójstwo niewinnej i bezbronnej ludzkiej istoty? Kto ma prawo powiedzieć: „Wolno zabijać”, nawet: „Trzeba zabijać”, tam gdzie trzeba najbardziej chronić i pomagać życiu?

Zauważmy jeszcze, że przykazanie: „Nie zabijaj” zawiera w sobie nie tylko zakaz. Ono wzywa nas do określonych postaw i zachowań pozytywnych. Nie zabijaj, ale raczej chroń życie, chroń zdrowie i szanuj godność ludzką każdego człowieka, niezależnie od jego rasy czy religii, od poziomu inteligencji, stopnia świadomości czy wieku, zdrowia czy choroby.

Nie zabijaj, ale raczej przyjmij drugiego człowieka jako dar Boży — zwłaszcza jeśli jest to twoje własne dziecko.


Nie zabijaj, ale raczej staraj się pomóc twoim bliźnim, aby z radością przyjęli swoje dziecko, które — po ludzku biorąc — uważają, że pojawiło się nie w porę.

Musimy zwiększyć równocześnie naszą społeczną troskę nie tylko o dziecko poczęte, ale również o jego rodziców, zwłaszcza o jego matkę — jeśli pojawienie się dziecka stawia ich wobec kłopotów i trudności ponad ich siły, przynajmniej tak myślą. Troska ta winna znaleźć wyraz zarówno w spontanicznych ludzkich postawach i działaniach, jak też w tworzeniu instytucjonalnych form pomocy dla tych rodziców poczętego dziecka, których sytuacja jest szczególnie trudna. Niech również parafie i klasztory włączają się w ten ruch solidarności społecznej z dzieckiem poczętym i jego rodzicami".


Tak więc Panie Napieralski - mówi Pan, że nie chce wojny z Kościołem? Właśnie ją Pan rozpętał. Na pociechę powiem Panu, że nie ma Pan szans - Bóg jest po naszej stronie.

poniedziałek, 10 marca 2008

Nie zamiatać brudów pod dywan

Raz po raz serwisy informacyjne w kraju i na świecie podają wiadomości o skandalach obyczajowych wśród ludzi Kościoła. Szczególnie gorliwie zdają się być tropione historie związane z członkami Kościoła katolickiego. Nie ma się czemu dziwić. Jednoznaczne nauczanie moralne w dziedzinie obyczajowości seksualnej sprawia, że każde takie wydarzenie dla wielu staje się sposobem na podważenie wiarygodności Kościoła jako takiego, a dla innych, jako usprawiedliwienie własnych słabości czy wręcz demoralizacji. Niewątpliwie katolicy są bacznie obserwowani, a księża i zakonnicy – są obserwowani szczególnie. W gruncie rzeczy, to chyba nawet dobrze – dodatkowa (choć przecież nie najważniejsza) motywacja, by żyć na właściwym poziomie, na pewno nie zaszkodzi.

Oskarżenie osoby duchownej o molestowanie seksualne to poważna sprawa, bardzo poważna. Św. Paweł mówi, by nie przyjmować oskarżenia przeciw prezbiterowi, chyba że na podstawie zeznania dwóch lub trzech świadków (por. 1Tm 5,19). Kodeks Prawa Kanonicznego surowo każe oszczerstwo wymierzone przeciw osobie duchownej (Kan. 1390, § 2-3). Ale niestety, nie każde oskarżenie jest fałszywe. Nie każde jest bezpodstawne. A sprawa jest zbyt poważna, by chować ją pod dywan (por. Kan. 1395).

Kilka dni temu byłem uczestnikiem specjalnych warsztatów, które są obecnie obowiązkowe dla wszystkich (od księży i zakonników, po wolontariuszy pracujących w instytucjach kościelnych). Program ukierunkowany jest na uświadomienie uczestnikom problemu molestowania seksualnego dzieci i młodzieży ze strony dorosłych. O zaistniałych problemach mówi się otwarcie, bez przejaskrawień ale i bez owijania zła w bawełnę. I choć w gruncie rzeczy, nowych wiadomości podano niewiele, uczestnictwo w tym spotkaniu uświadomiło mi, jak poważna zmiana dokonała się w świadomości katolików w USA.

Historie z przeszłości boleśnie ich nauczyły, że polityka zamiatania problemów pod dywan w imię „nieszkodzenia Kościołowi” prędzej czy później obraca się przeciwko Kościołowi, przynosząc szkody bez porównania większe, niż grzech konkretnego człowieka. To właśnie ukrywanie grzechów podważa wiarygodność Kościoła i głoszonego przekazu ewangelicznego. Dlatego obecnie w Stanach każde doniesienie o podejrzeniu przestępstwa z gatunku molestowania seksualnego – niezależnie od postępowania kanonicznego – natychmiast trafia do prokuratury. Przynależność do stanu duchownego nie daje w tym względzie (ani w jakiejkolwiek innej sprawie) żadnego immunitetu – przeciwnie, stawia jeszcze wyższe wymagania.

Gwoli uczciwości trzeba dodać, że tych doniesień nie ma zbyt wiele, bo i przestępstw nie jest zbyt wiele. Statystyki pokazują, że księża są dokładnie takimi samymi grzesznikami jak inni mężczyźni. Odsetek tych, którzy naruszają normy moralne, jest praktycznie taki sam, lub nawet niższy, jak w innych grupach społecznych. Jeśli zatem doniesienia o ich niewłaściwym zachowaniu trafiają do mediów, to ze względu na szczególną rolę, jaką Kościół spełnia w świecie.

Nawrócenie, do którego jesteśmy wzywani w czasie Wielkiego Postu szczególnie natarczywie, zaczyna się od uznania własnej winy przez grzesznika, od oświetlenia tego, co mroczne światłem Ewangelii. Chrystus mówi, że to, co oświetlone samo staje się światłem, jednak nie dlatego, że grzech nagle przestał być grzechem, ale dlatego, że grzesznik uznając uczynione przez siebie zło i przyjmując na siebie jego konsekwencje, otwiera się na przebaczającą łaskę Boga. Oczywiście, grzech i jego przebaczenie dokonuje się na płaszczyźnie życie duchowego, ale należy pamiętać, że wiele grzechów narusza także fundamentalne dobra innych osób i cały porządek społeczny. Innymi słowy, poza sferą duchową, rana zostaje zadana również konkretnym ludziom i konkretnej społeczności. I społeczność może i powinna reagować, by chronić tych, którzy są najbardziej bezbronni i najbardziej od innych zależni. Nie chodzi o to, by przestępcę zniszczyć, sponiewierać i upokorzyć, ale raczej by – chroniąc z jednej strony ofiary zła – z drugiej samemu przestępcy pomóc wejść na drogę nawrócenia. Tego jednak przez udawanie, że nic się nie stało, nie osiągniemy. Dlatego mam nadzieję, że będziemy umieli - my chrześcijanie, my księża, my ludzie Kościoła – nazywać grzechy (także własne) po imieniu, że będziemy umieli podejmować trud nawrócenia, że stać nas będzie na przyjęcie na siebie konsekwencji własnych grzechów, popełnionych zarówno czynem jak i zaniedbaniem.