Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2010

Szantaż Kościoła

Rzecznik rządu premiera D. Tuska nazwał wypowiedź biskupów na temat moralnych konsekwencji poparcia dla in vitro szantażem i nieuprawnioną formą wywierania nacisków na parlamentarzystów i członków rządu. Prawdę mówiąc zaskoczył mnie, bo miałem go za znacznie bardziej rozgarniętego.

Po pierwsze kwestia szantażu. Szantaż jest groźbą dokonania pewnych czynów, jeśli osoba szantażowana nie spełni warunków szantażysty. Tymczasem biskupi nie wypowiadają żadnej groźby, a jedynie przypominają jeden z warunków przynależności do wspólnoty. Warto zaznaczyć, że przynależność do Kościoła jest całkowicie dobrowolna. Jeśi ktoś nie chce do Kościoła należeć, to nie należeć nie będzie, choć niewątpliwie wspólnota (a przynajmniej ja) odczuwa to boleśnie. Chciałbym, by do Kościoła należeli wszyscy, by wszyscy poznali Boga tak jak ja, lub lepiej ode mnie, by wszyscy w Nim odnaleźli życie i szczęście. Jestem jednak realistą na tyle, że wiem, iż to moje pragnienie nie bardzo ma szanse się ziścić, że wielu ludzi wybierze własną drogę przez życie. Mam głęboką nadzieję, że także na tych innych ścieżkach Bóg będzie do nich mówił i przyciągnie ich do siebie.
Kościół jest wspólnotą, która - jak każda inna - określa warunki przynależności. Jeśli polityk chce być katolikiem, to musi się liczyć, że obowiązują go pewne standardy. Jeśli tych standardów nie dotrzymuje, zwłaszcza jeśli nie dotrzymuje standardów uznawanych przez Kościól za kluczowe - musi się liczyć z wykluczeniem. Z drugiej strony nie widzę żadnych powodów, by nie domagać się od polityków szermujących swoim katolicyzmem uszanowania zasady wzajemności.

Nie bardzo zatem pojmuję, dlaczego min. Graś nazywa wypowiedzi biskupów neiuprawnionym wywieraniem nacisku na parlamentarzystów. Pomijam już fakt, że jest rzeczą naturalną, powszechną i dobrą, że wyborcy wywierają nacisk na swoich reprezentantów. Ostatecznie owi reprezentanci muszą wiedzieć, jakie poglądy mają reprezentować.

Wypowiedź min. Grasia ma sens tylko w wypadku, jeśli 1) biskupi i Kościół nie ma prawa określać, kto do niego należy, a kto nie (i pod jakimi warunkami); oraz 2) biskupi wraz z otrzymaniem święceń biskupich (a zapewne i księża wraz ze święceniami prezbiteratu) tracą zarówno czynne prawo wyborcze, jak i w ogóle prawo do zabierania głosu na tematy wiary i moralności - tak indywidualnej, jak i społecznej). Z tego co mi wiadomo, Polska gwarantuje wolność wyznania i wypowiedzi, zaś odebranie praw publicznych dokonuje się na mocy prawomocnego wyroku sądowego.

Niewątpliwie, w jakiejś mierze wypowiedź biskupów jest formą wywarcia nacisku, ale jedynie wobec tych polityków, dla których przynależność do Kościoła jest sprawą istotną. Trzeba pamiętać, że wobec powierzonych sobie wiernych (niezależnie od stanowiska, jakie zajmują), biskupi mają obowiązek sprawować posługę pasterską, w razie konieczności napominając ich i karcąc. Pozostałych - niewierzących, lub przynależących do innych wyznań i religii, pastrskie naciski katolickich biskupów nie dotyczą, bo dotyczyć nie mogą. Co najwyżej mogą być zachętą do refleksji sumienia, które to sumienie właściwe jest wszystkim ludziom (i przynajmniej niektórzy z niego korzystają).

Cieszę się jasnym postawieniem sprawy w liście biskupów do parlamentarzystów. Cieszę się jednoznacznością wypowiedzi abpa Hozera. Teraz pokaże się, kto jest katolikiem, a kto sobie tylko katolicyzmem gębę wyciera.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Zamiast dementi...

Wpadł mi w ręce komunikat Stowarzyszenia Obrońców Życia w sprawie tzw. wysłuchania obywatelskiego, jakie ostatnio miało miejsce w sejmie. Umieszczam, bo to ciekawe i daje dużo do myślenia.

Komunikat prasowyPolskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowiekaw sprawie: turystyka aborcyjna – wysłuchanie obywatelskie w Sejmie RP 26 sierpnia br.

1. Organizatorami "wysłuchania obywatelskiego" była Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny przy współpracy posła dra M. Balickiego i wicemarszałka Sejmu J. Wenderlicha. Organizatorzy do przedstawienia referatów zaprosili 4 lekarzy ginekologów (wszystkich praktykujących przerywanie ciąży oraz zwolenników legalności aborcji). Do dyskusji panelowej zaproszono 5 osób – wszystkie osoby prezentowały jednolite stanowisko proaborcyjne. Organizatorzy posługując się formułą wysłuchania obywatelskiego w Sejmie RP, czyli Parlamencie kraju, w którym zwolennicy prawnej ochrony dzieci nienarodzonych stanowią 81 % (OBOP, VI 2003), a zwolennicy aborcji bez ograniczeń 5% (GfK Polonia, III 2010), praktycznie nie dopuścili do dyskusji osób reprezentujących poglądy pro-life (w czasie całego spotkania organizatorzy umożliwili zabranie głosu jednorazowo jednemu obrońcy życia – dr. Antoniemu Ziębie – w czasie ok. 3 minut).

2. Odnosząc się do tematu "turystka aborcyjna Polek" i szacunków skali tejże turystyki podawanych przez organizatorów oraz szacunków skali podziemia aborcyjnego w Polsce przytaczamy udokumentowane szacunki w tym względzie opracowane przez naukowców, ekspertów Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka.
Skala turystki aborcyjnej Polek, W Wielkiej Brytanii 2009 r. zarejestrowano 20 aborcji wśród Polek, nie-rezydentek tego kraju (dane Departament of Health). Jest wielce prawdopodobne, że ta liczba nie odzwierciedla pełnej skali turystki aborcyjnej Polek do tego kraju, jednak z całą pewnością trzeba stwierdzić, że szacunki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i SROM (mówiące o skali turystyki aborcyjnej Polek do Wielkiej Brytanii rzędu 10-30 tys. rocznie) są pobawione umotywowania w faktach. Nagłaśnianie nieprawdziwych danych jest elementem ideologicznej walki tychże środowisk o legalizację aborcji w Polsce. Trzeba też, odwołując się do cytowanych wyżej badań opinii publicznej stwierdzić, że walka o powrót aborcji na życzenie jest prowadzona wbrew udokumentowanym przez najważniejsze polskie ośrodki badawcze opiniom społecznym (szczegółowa argumentacja ekspertów PSOŻC w załączniku). Rzetelne szacunki co do skali podziemia aborcyjnego w Polsce, opracowane przez ekspertów PSOŻC, to 7-14 tys. aborcji rocznie. Nie wchodząc w szczegółową argumentację tego raportu (w załączeniu) przytoczyć należy tylko zarejestrowaną w 1997 r. liczbę aborcji w Polsce – w czasie rocznego okresu legalności aborcji na żądanie. Liczba ta, podkreślmy, w warunkach pełnej legalności bezpłatnej aborcji wyniosła 3047. Skala podziemia aborcyjnego, czyli liczba aborcji dokonywanych ze złamaniem prawa, odpłatnie, w warunkach gorszych niż szpitalne nie może być 50-krotnością powyższej liczby! – a taki rząd wartości był podawany przez organizatorów wysłuchania – ok. 150 tys. rocznie!

3. Jasno sformułowanym celem organizatorów wysłuchania było dążenie do przywrócenia legalizacji aborcji. W argumentacji organizatorów sprzeciw wobec aborcji jest sprawą konfesyjną, wynikiem presji Kościoła katolickiego. Tymczasem współczesna nauka (por. załączniki) ustaliła poczęcie jako początek życia człowieka, a więc aborcja jest odebraniem życia człowiekowi w prenatalnej fazie rozwoju. Sprzeciw wobec aborcji wynika więc z ogólnoludzkiego imperatywu moralnego: nie wolno pozbawiać życia absolutnie niewinnych ludzi. Ideologicznego podejścia należy raczej upatrywać się w argumentacji organizatorów wysłuchania i innych środowisk proaborcyjnych, których działalność, podkreślmy raz jeszcze, jest poprowadzona wbrew udokumentowanej opinii większości naszego społeczeństwa.


Załączniki:

1. Podziemie aborcyjne – mity i fakty
2. Turystyka aborcyjna Polek do Wielkiej Brytanii – rzeczywista skala zjawiska
3a. Naukowcy, lekarze o początku życia człowieka
3b. Człowiek od poczęcia
3c. Z publikacji w czasach PRL-u
3d. Tylko dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, kiedy zaczyna się życie człowieka

Komplet załączników można pobrać z naszego serwera – http://www.pro-life.pl/uploaded_files/Zalaczniki.pdf

dr inż. Antoni Zięba
prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka
uczestnik wysłuchania obywatelskiego "Turystyka aborcyjna Polek" Sejm RP, 26 sierpnia br.

wtorek, 2 marca 2010

Protest

Przez Polskę przetacza się protest rodziców przeciw projektowi ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. I od razu powiem, że go popieram i zachęcam do poparcia. Nie dlatego, jakobym popierał przemoc w rodzinie, bo ta jest koszmarem będącym udziałem zbyt wielu rodzin. Przemoc jest porażką, ale poziom i tryb ingerencji Państwa w życie rodzin wedle projektu ustawy przekracza nawet wizje orwellowskiego "Roku 1984". Pod słusznym pomysłem ochrony najsłabszych usiłuje się przeprowadzić projekt permanentnej inwigilacji, kontroli, nadzoru i ingerencji urzędników w niezbywalne i nienaruszalne prawa rodziców do wychowania dzieci.

Urzędnicy będą mogli dokonywać daleko idących interwencji. Będą mieli prawo BEZ WYROKU SĄDU odebrać rodzicom ich dzieci. Skandal!

Ciekawe, ze projektowana ustawa pomija całkowitym milczeniem problem przemocy ostatecznej - mordów dokonywanych w majestacie prawa na niewinnych, nienarodzonych jeszcze dzieciach.

Pamiętam, że kiedyś czytałem jakąś powieść sci-fi o społeczeństwie, w którym na posiadanie dzieci trzeba było mieć zezwolenie władz. Zresztą, wspomniany "Rok 1984" też - chyba - tę kwestię podejmuje. Potem ze zdziwieniem i smutkiem dowiedziałem się, że są takie kraje, gdzie ta koszmarna wizja jest rzeczywistością. Nie spodziewałem się jednak, że w wolnej, demokratycznej Polsce zaproponowane zostanie prawo, które totalitarnie spróbuje rozwiązać problem "patologii wychowawczych".

Ciekaw jestem, kto zaproponował, by jakikolwiek nacisk wychowawczy (na przykład poważne rozmowy ukierunkowane na kształtowanie postawy prawdomówności, uczciwości, albo pilności w nauce lub modlitwie) można było zakwalifikować jako formę przemocy.

Ciekaw jestem, kto zaproponował możliwość gromadzenia i przetwarzania danych osobowych oraz informacji ze sfery prywatności, z pominięciem wymogów stawianych przez ustawę o ochronie danych osobowych.

Ciekaw jestem, kto wymyślił ten prawniczy bubel, pomijający zarówno zasadę domniemania niewinności (do prawomocnego wyroku sądu), jak i obowiązujący w Polsce konstytucyjny porządek prawny, uznający priorytet wychowawczy rodziców.

Ciekaw jestem w końcu, kto będzie kontrolował kontrolujących rodziny, by pozostali bezstronni.

czwartek, 28 stycznia 2010

Próba sumienia

Wczoraj po południu zadzwoniła do mnie dziennikarka „Naszego Dziennika” z pytaniem o komentarz do najnowszych decyzji Marszałka Sejmu – chodziło o decyzję o wprowadzeniu pod obrady Sejmu lewicowego projektu ustawy bioetycznej. Nie wiem, skąd ND tę informację uzyskał, bo nie udało mi się jej nijak potwierdzić, a doniesienia prasowe, nade wszystko odnoszące się do bioetyki, staram się uważnie śledzić. Jak by nie było, polityczny zwrot w lewo najsilniejszego ugrupowania parlamentarnego zdziwił mnie i zaniepokoił.

Trudno mi – jeśli to doniesienie się potwierdzi – interpretować rozwój sytuacji inaczej jak jako kolejną ofensywę „cywilizacji śmierci”. Znowu będą dyskusje czy człowiek jest człowiekiem, i czy należy mu się szacunek zawsze, czy tylko w niektórych sytuacjach. A ponieważ płachta działa na byka, zwłaszcza czerwona, tak sobie myślę, że atak na godność człowieka powinna pobudzić nas, chrześcijan, do zdecydowanego sprzeciwu i radykalizacji stanowiska.

A więc koniec z debatą, czy dziecko na najwcześniejszym, embrionalnym etapie rozwoju, jest człowiekiem, czy też nie. Skoro liberałowie negują to człowieczeństwo, to my możemy równie jednoznacznie odrzucić ich poglądy. Oczywiście, jeśli będą pytać o powody, można im po raz kolejny opowiedzieć, jak rozwija się człowiek, ale – obawiam się – pytać nie będą. Skoro mają się rozpocząć prace nad ustawą bioetyczną w jej najbardziej niegodziwej wersji, chrześcijanie powinni stanąć murem w sprzeciwie i złożyć formalny wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. I głosować, bez dyskusji.

Stosunek do drugiego człowieka jest miarą własnego człowieczeństwa, nade wszystko zaś stosunek do człowieka bezbronnego. Pokrętne argumenty kwestionujące człowieczeństwo dzieci rozwijających się w łonach matek skutkują wypaczeniem sumień. A wypaczone sumienie przestaje szukać prawdy, przestaje wierzyć w jej istnienie i zobowiązujący charakter. I to nie tylko na płaszczyźnie bioetycznej, ale każdej innej również.

Współczesny człowiek stara się być rozsądny, racjonalny w swoich decyzjach, rzec by można roztropny. Tyle że roztropność, jako cnota związana z postawą długomyślności, w sposób konieczny odnosi się do świata wartości obiektywnych, nade wszystko do prawdy. Roztropność pyta się: „czy stać mnie na to, by porzucić ścieżkę prawdy?” i owo „czy stać mnie” odnosi do dobra ostatecznego, a więc zbawienia. Porzucenie dróg prawdy nie jest zatem roztropne, niezależnie od tego jak bardzo przemyślnym i rozsądnym się wydawało.

Prawda jest prosta, jak nóż obosieczny odcinając dobro od zła i światło od ciemności, wyznacza ścieżkę życia. Znieprawione sumienie usiłuje natomiast wykazać, że rzeczywistość można różnie tłumaczyć i interpretować, mącąc jednocześnie zarówno klarowność opisu sytuacji, jak i jednoznaczność oceny moralnej. Zgodnie ze starym przysłowiem, „w mętnej wodzie diabeł ryby łowi”. I tak pokrętne słowa prowadzą stopniowo, acz nieuchronnie do wewnętrznego znieprawienia.

Po raz kolejny parlamentarzyści chrześcijańscy, a my wszyscy razem z nimi, staniemy przed próbą jakości naszej wiary i wierności prawdzie: prawdzie o naszej wierze, prawdzie o naszym własnym człowieczeństwie i o gotowości do obrony godności tych, którzy o własne życie, godność i prawa z niej wynikające zatroszczyć się nie są w stanie. To próba jakości naszych sumień.

środa, 9 grudnia 2009

Komisja mydlenia oczu

Że na hazardzie zarabia bank wiedzą wszyscy. Zawsze tak było. Bank nie może przegrać. Zarabia balansując ryzyko i tak ustawia kursy, by nie przegrać. Poza tym, trzeba z czegoś żyć, więc nie przegrać to za mało – trzeba zarobić. Problem w tym, że choć wygrać chcą wszyscy, to przegrani zawsze mają pretensje i podejrzewają oszustwo.

Jest rzeczą dla mnie oczywistą, że kasyna są świetnym biznesem. Gdyby nie były, to by ich tyle nie powstawało. Wszyscy są z ich istnienia zadowoleni – gracze, bo mogą przeżyć dreszczyk emocji podczas obstawiania zakładów, i kasyno, bo na tym zarabia. Od czasu do czasu ktoś wygra, dzięki czemu popyt jest na grę utrzymany na odpowiednim poziomie, nie na tyle jednak wygrywa dużo, by kasyno wypadło z interesu. I koło się kręci.

Jak powiedziałem wszyscy z istnienia kasyn są zadowoleni. Nawet państwo, bo podatki płyną wartkim strumieniem. Problem w tym, że dla niektórych za mało wartkim, więc usiłują dojną krowę wydoić bardziej. Kasyna się bronią, lobbując za swoimi sprawami w mniej lub bardziej elegancki sposób. W Polsce w mało elegancki, bo lobbing jest niemal tożsamy z korupcją, a przynajmniej da się go tak odmalować.

Więc odmalowano, i oczywiście wybuchł skandal. Politycy (zwłaszcza opozycyjni, ale to nie dziwi, bo taka ich rola w tym spektaklu, rozdzierali szaty nad totalnym upadkiem moralności rządzących. Powołano komisję śledczą, nikt jednak nie miał i nie ma chyba wątpliwości, że nikomu nie zależało na wyświetleniu całej prawdy o hazardowym lobbingu w polskiej polityce. Opozycja chciała ograniczyć śledztwo do ostatnich dwóch lat (to tak, jakby opisywać przestępstwo na podstawie ostatnich 2 minut napadu na bank), a rządzący – rzekomo, by odsłonić wszystko – zapowiedzieli zamknięcie śledztwa za ostatnie lat piętnaście w cztery miesiące – pomysł równie absurdalny, co realizacja 6 letnich studiów medycznych w ciągu jednego semestru. Nie tarczy czasu na przejrzenie dokumentów, o przesłuchaniu świadków nie wspominając.

Działania Komisji dowiodły, że jej głównym celem istnienia jest pozorowanie pracy, nade wszystko przez stronę rządową. Wiarygodność jej jest żadna: zarówno zamieszanie wokół wyboru przewodniczącego (zresztą z partii rządzącej), jak i wykluczenie dwóch członków ugrupowania opozycyjnego zakwestionowały moralne prawo do jakiegokolwiek śledztwa. Nie można być sędzią we własnej sprawie. Zresztą, w sytuacji, gdy umoczeni są wszyscy, sejm powinien zrezygnować z prób wyjaśniania czegokolwiek i poczekać, aż prokuratura i Najwyższa Izba Kontroli same przeprowadzą śledztwo. Od tego są. A Parlament jest od uchwalania prawa, byle mądrego (co ostatnio nieczęsto ma miejsce, niestety).

A skoro już o uchwalaniu prawa mowa, to ruch Premiera delegalizujący tzw. „mały hazard” i reglamentujący w ogóle zakłady do kasyn może i nie jest zły, jednak sposób przeprowadzenia sprawy jest mocno nieszczęśliwy. Hazard nie jest najmądrzejszym sposobem wydawania pieniędzy. Łatwo się od niego uzależnić i doprowadzić siebie i rodzinę do bankructwa. Szkodliwość hazardu jest potwierdzona przez liczne badania naukowe. Ciekawe jednak, że ochronę przed zgubnymi skutkami hazardu zaczęto od błyskawicznego przeprowadzenia ustawy, bez żadnych działań edukacyjnych, informacyjnych czy propagandowych. Jakoś to dziwne wszystko. Tak jakby nowym prawem miano załatwić problem. Jedyna rzecz, że nie do końca jestem przekonany, czy chodzi o problem hazardu, czy coś innego: utrącenie pana Schetyny, albo zamydlenie komuś czymś oczu. Nie wiem co, ale jakoś to wszystko śmierdzi. Nie pierwszy raz, zresztą.

czwartek, 3 grudnia 2009

Owoce drzewa pokoju Baracka Obamy

Przez ostatnie kilka lat po świecie krążyły opowieści o Najmądrzejszym Prezydencie Najpotężniejszego Państwa na świecie, czyli o Georgu W. Bushu. Rzeczywiście, jego gafy budziły – z różnym natężeniem i częstotliwością – na zmianę wesołość i zażenowanie. Bush się nie obrażał, że ktoś z niego żartuje (żartownisiów chroniła zresztą amerykańska konstytucja i zagwarantowane w niej prawo do swobody wypowiedzi). Mówiono o nim, że jest zbyt gruboskórny, by do niego docierały prześmiewcze uwagi. Trochę żałuję, że inni politycy (zwłaszcza ci, którzy są znani z gaf, przerostu ambicji i kompleksów) nie są równie gruboskórni – życie byłoby zdecydowanie prostsze i spokojniejsze. Jaki Bush był, widzieli wszyscy. Osobiście ceniłem go za jednoznaczną postawę wobec poczętego życia, które usiłował chronić i promować. To, że nie udało się mu obalić wyroku Roe vs. Wade z 1973 roku wynikało (jak myślę) głównie ze struktur demokracji amerykańskiej i mechanizmów nią rządzących. Jak by nie było – może nie był najbłyskotliwszym i najinteligentniejszym mężem stanu, ale był w moim przekonaniu uczciwy, a nie o każdym polityku da się to powiedzieć. Może właśnie przez tę swoją wewnętrzną uczciwość dał się wkręcić w wojnę w Iraku waszyngtońskim jastrzębiom.

Jego następca zdobył prezydencki fotel głównie dzięki błyskotliwej retoryce, obietnicom z kapelusza o nowej jakości polityki zagranicznej i społecznej oraz szerokiemu poparciu biznesu i klasy średniej. Obiecywał pokój na świecie i dobrobyt dla wszystkich (znaczy się, dla wszystkich Amerykanów głównie). Na fali zachwytu nad rzucanymi w kampanii obietnicami został laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. Trudno powiedzieć za co, bo prezydentem był od roku, niczego nie zdziałał (choć wiele obiecywał), ani jako prezydent, ani jako senator (którym zresztą był niewiele dłużej).

Wyraziłem smutne zadowolenie wówczas, że Pokojowego Nobla nie otrzymał Jan Paweł II. Swoista „wpadka” z przyznaniem nagrody Matce Teresie z Kalkuty jest wyjątkiem w serii decyzji, w których wyróżnienie otrzymywały osoby o mocno kontrowersyjnym życiorysie. Pierwszym spektakularnym znakiem, że coś jest nie tak było przyznanie Nobla Jaserowi Arafatowi w 1994 roku. Razem z nim nagrodę otrzymali Premier Izraela Yitzhak Rabin i Minister Spraw Zagranicznych tego państwa Shimon Peres. Jako podstawę podano wysiłki dla pokoju na Środkowym Wschodzie. Problem w tym, że jeszcze rok wcześniej Arafat był nazywany terrorystą, zaś polityka Izraela względem Palestyny była daleka od jakichkolwiek działań o charakterze pokojowym. Innymi słowy, wspomniani panowie otrzymali nagrodę za to, że przestali się bić między sobą, przynajmniej na chwilę.

Pan Jezus mówił, by drzewo oceniać po owocach, a nie nasionach. Na razie nie widzę owoców pokoju Laureata Obamy. Przeciwnie, raz po raz słychać, jak pokojowe obietnice są odwoływane. Pierwotne terminy wycofania wojsk z Iraku dawno już minęły (miała to być wiosna 2009, jeśli ktoś zapomniał). Do Afganistanu wysłanych będzie kolejnych 30 000 żołnierzy, jeśli wierzyć informacjom prasowym. I choć zapowiedział Pan Prezydent, że za półtora roku Stany Zjednoczone wycofają się z tego kraju, od razu dodał, że może się zdarzyć, iż się nie wycofają. Uczy się Pan Obama na swoich błędach. Tak sobie myślę, że po zakończeniu prezydentury Obama powinien otrzymać propozycję zagrania siebie w jakimś filmie, rolę nagrodzoną Oskarem, zanim film wejdzie do dystrybucji. I jeszcze nagrodę Pulitzera za niewydane jeszcze wspomnienia. I złoty medal olimpijski za całokształt twórczości.

czwartek, 12 listopada 2009

5 minut Wałęsy

Rocznica obalenia berlińskiego muru pewnie by przeszła bez większego echa, jeśli chodzi o mnie, gdyby nie dwie wypowiedzi: Lecha Wałęsy, który jednoznacznie powiedział, że zjednoczenia Niemiec nie byłoby bez Papieża-Polaka, oraz rosyjskiego prezydenta Miedwiediewa, który domagał się docenienia roli Związku Radzieckiego w tym procesie. Te dwa głosy chyba najlepiej pokazują, jak różne perspektywy można mieć na jedno wydarzenie.

Niewątpliwie Związek Radziecki odegrał w procesie zjednoczenia Niemiec rolę kluczową, i to wielokrotnie. Najpierw doprowadził bowiem do ich podziału, będąc jednocześnie głównym inicjatorem wzniesienia muru oddzielającego strefę tzw. Berlina Zachodniego od reszty miasta. Warto też pamiętać, że głównym celem istnienia znacznych sił militarnych ZSRR w sowieckiej strefie okupacyjnej (nazwanej później Niemiecką Republiką Demokratyczną) było przygotowanie przyczółka do ekspansji socjalistycznego raju na Zachód. W tym kontekście opiewane pochwałami przyzwolenie Sowietów na zjednoczenie Niemiec przypomina chwalenie porywacza, że dobry z niego człowiek, skoro nie zabił, a jedynie poturbował i po otrzymaniu stosownego okupu – wypuścił, nie ponosząc żadnych konsekwencji swojej zbrodni.

Sowieci nie ponieśli bowiem żadnych konsekwencji dokonanych zbrodni przeciw ludzkości, w tym tej nas najmocniej dotyczącej – katyńskiej. Demontaż systemu trudno uznać za ich porażkę. Przeciwnie, była to klasyczna „ucieczka do przodu”, w której następcy (czyli federacja rosyjska) zachowała wszystkie aktywa, pozbywając się jednocześnie wszystkich wierzytelności. W podobny sposób na rodzimym rynku przebiegł demontaż PZPR, przekształconego w Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Podział Niemiec był skutkiem istnienia i działania dwóch systemów totalitarnych i jednoczesnej próby ocalenia normalności, na ile jest to możliwe. Z jednej strony przecież nazistowskie Niemcy doprowadziły do wojny, więc – po doświadczeniach po I wojnie światowej – okupacja przez aliantów była zrozumiałą konsekwencją zwycięstwa, była działaniem obliczonym na demilitaryzację agresywnego sąsiada. Z drugiej strony Zachód był zbyt słaby, by przeciwstawić się do końca wielkomocarstwowym dążeniom Stalina i oddał mu Europę Środkową i Wschodnią w podobny sposób, jak w 1938 roku podpisał porozumienie z Hitlerem w Monachium.

Dziś o Stalinie nadal się nie mówi w Europie źle, by nie drażnić Moskwy. Jeżeli padają krytyczne słowa, to w takim ujęciu, by nie było żadnego odniesienia do teraźniejszości. Głosy z Warszawy, by nazwać zbrodnie po imieniu opatrywane są mianem rewizjonistycznego awanturnictwa.

Moskwa najchętniej by nas zakneblowała, czego wyrazem był komentarz ambasadora Rosji przy NATO, który stwierdził, że 5 minut dla Wałęsy podczas ceremonii rocznicy obalenia berlińskiego muru to za dużo, skoro inni dostali tylko po dwie minuty. Pewnie za te pięć minut przyjdzie nam słono zapłacić, ale moja krnąbrna polska dusza zawsze się uśmiecha, gdy moskiewskiemu niedźwiedziowi ktoś przyciera nosa, nawet jeśli robi to nie za mocno, symbolicznie.

czwartek, 5 listopada 2009

Emerytura

Politycy PO mnie zaskoczyli krótkowzrocznością - pomysł, by przesunąć część składki z OFE do ZUS jest w moim przekonaniu skandalem. Podwójny skandalem. Z jednej strony oznacza powrót (jeszcze niepełny) do starego niewydolnego układu, w którym emerytura jest wyznaczana decyzją rządzących, a środki na nią pochodzą z pensji aktualnie pracujących. Innymi słowy mamy powrót do układu, którego niewydolność jest przysłowiowa. Po drugie skandal polega na tym, że część emerytury z OFE ma charakter kapitałowy i jest owocem oszczędności z moich zarobków. Czyli najpierw mi obiecano, że mogę oszczędzić, by moja emerytura była wyższa (gdy czas nadejdzie), bo oszczędności będą inwestowane, a teraz chce mi się to oszczędzanie uniemożliwić, lub poważnie ograniczyć, by zapełnić dziurę budżetową wynikającą z wad systemowych systemu, który się chce utrzymać.
Innymi słowy mamy przykład pomysłu wynikającego z niekompetencji i pazerności - niech będzie jak jest, a czego brakuje, należy zabrać tym, którzy mają, a nie mogą się bronić. Złodziejstwem mi to pachnie.

Mam nadzieję, że państwo politycy się obudzą i pomyślą trochę, bo inaczej zniknie ostatni powód, dla którego byłem gotowy mieć o nich trochę dobre zdanie: rozsądek w polityce gospodarczej. Przy takich pomysłach, co zarobili stracą. A na pewno stracą w moich oczach, cokolwiek jest to warte.

czwartek, 15 października 2009

Cyrk

W Polsce wszystko jest polityką, od kwestii budowy drogi w gminie poprzez dyskusje nad aborcją i in vitro, aż po wyborcze przepychanki. A może raczej – wszystko do niedawna polityką było. Było, ale już nie jest. Dziś jest to zwykłe partyjniactwo, w którym pieniacze ze wszystkich możliwych stron usiłują zwrócić na siebie uwagę poprzez ustawiczną krytykę swoich oponentów.

Pan Prezydent za punkt honoru (wątpliwy niewątpliwie) postawił sobie blokowanie poczynań rządu, z którym ma konstytucyjny obowiązek współpracować. Jak echo wciąż pobrzmiewa wygłoszone zaraz po wyborach oświadczenie Lecha Kaczyńskiego wobec jego brata – Jarosława: „Panie Prezesie, zadanie wykonane”. Z kolei Premier i jego otoczenie nie omijają żadnej okazji, by wbić przysłowiową szpilę gospodarzowi Pałacu Namiestnikowskiego – ot, chociażby poprzez manifestacyjną zmianę sposobu odwołania ministrów. Jak to ktoś powiedział: najwyraźniej ktoś nie chciał podać prezydentowi ręki – w ten złośliwy nieco komentarz jestem skłonny uwierzyć, bo wpisuje się w całokształt polskiej sceny politycznej. Zresztą i prezydent nie pozostał dłużnym, składając podczas zaprzysiężenia nowych ministrów życzenia… nauczycielom i pomijając fakt rekonstrukcji rządu niemal całkowitym milczeniem. Innymi słowy smutny cyrk trwa nadal.

Obawiam się, że jedną z konsekwencji będzie podobny bojkot kolejnej odsłony przedstawienia, jak miało to miejsce wczoraj na stadionie w Chorzowie. I podobnie jak tam, „nasi” strzelą sobie samobója, po czym w dobrych nastrojach – bo przecież zagrali dobry mecz, tylko im „nie wyszło” – będą spektakl ciągnąć dalej. I tak jak z piłką nożną kibice – pozbawieni alternatywy wyborcy będą zmuszeni ścierpieć kolejną kompromitację.

Myślę, że niewielu jest w Polsce ludzi, którzy nie lubią historii o Kargulu i Pawlaku, wojnie rodzin tak długiej, że nikt już nie wie, o co poszło i kiedy. Śmiejemy się z ich zacietrzewienia, z pobłażaniem traktując swary i kłótnie. Widzimy, jak głupie są to postawy. I jak bardzo nasze. Śmiejemy się jednak, chcąc ukryć własne zmieszanie, boć przecież na co dzień jesteśmy świadkami, ba – uczestnikami – podobnych relacji. Nie ma się co łudzić: spory pomiędzy prezydentem i premierem różnią się od naszych kłótni i sporów tylko blaskiem telewizyjnych kamer i reporterskich fleszy.

Ostatnimi czasy zauważyłem jednak pewne światełko w tunelu. Oto Telewizja Polska zrezygnowała z transmisji obrad sejmu, oczywiście przy jednogłośnym sprzeciwie aktorów Teatru na Wiejskiej. Jeśliby konsekwentnie zrezygnowała z robienia wywiadów z posłami i senatorami, z członkami rządu i prezydentem – nie tylko telewizja publiczna, ale wszystkie stacje – relacjonując wyłącznie efekty prac rządu, parlamentu i prezydenta, jestem przekonany, że standardy w polityce znacznie by się poprawiły. Nie byłoby wtedy sensu zajmować się biciem piany, obrzucać przeciwników błotem ani przechwalać się pomysłami nie do zrealizowania – społeczeństwo patrzyłoby na owoce i po owocach oceniałoby rządzących.

Na razie ocenia po kłótniach i wygląda na to, że niespecjalnie lubi to, co widzi. Przynajmniej ja nie lubię. Bardzo!

czwartek, 8 października 2009

Wojna na górze

Zamieszanie w rządzie niektórzy przywitali z radością – bo nie lubią platformy, inni z żalem, bo ich faworytom powinęła się noga. Mnie kolejna afera z jednej strony nie zaskoczyła, ale z drugiej zasmuciła, choć z nieco innego powodu. Nie jestem zaskoczony, bo historia z ustawą hazardową wpisuje się w kontekst całości życia politycznego w naszym kraju: po pierwsze, że ludzie się chcą szybko dorobić i pieniądze „już”, są dla nich ważniejsze od dobrej reputacji; po drugie, że brak „klasy” przekłada się na brak oporów moralnych przed łamaniem i naciąganiem prawa; po trzecie – że opozycja nieustannie szuka „haków” i „haków na haki” w przekonaniu, że na pewno coś musi znaleźć, bo nikt z definicji nie może być uczciwy.
Jak powiedziałem afera zasmuciła mnie, ale nie dlatego, że Platforma jest moją ulubioną partią, bo nie jest. Mój smutek wzbudziła nade wszystko reakcja tzw. „elit politycznych” (co – swoją drogą – oznacza redefinicję terminu „elita”). Spór kompetencyjny pomiędzy prezydentem a premierem, jak się zdawało załagodzony i wyciszony kilka miesięcy temu, przerodził się w otwartą wojnę.
Dziś nikt nie udaje, że troszczy się o dobro kraju. Dziś już chodzi tylko o pokonanie przeciwnika. Zarówno premier jak i prezydent usiłują wykazać niekompetencję i partyjne zaklinczowanie swojego przeciwnika. Problem w tym, że głównym przegranym w takim konflikcie może być tylko państwo i jego obywatele. Jeśli dwie najważniejsze osoby w państwie wzajemnie się zwalczają, stratni jesteśmy wszyscy. Jeśli polska racja stanu zostaje odsunięta na dalszy plan – a jest to jedyna racja dla której obaj panowie rzekomo starali się o swoje urzędy – należałoby zakwestionować ich moralne prawo do rządzenia.
Proszę mnie dobrze rozumieć. Nie kwestionuję prawa wybranego demokratycznie prezydenta do bycia prezydentem, ani premiera, którego wyłoniły wybory parlamentarne. Chcę powiedzieć, że toczona przez obu panów walka jest niegodziwa, bo niszczy dobro wspólne, któremu na imię Polska.
Swoją drogą, odnosząc się do zarzutów upartyjnienia władzy, o ile prezydentowi nie wolno być członkiem ani działaczem żadnej partii, o ile jego obowiązuje apolityczność w sprawowaniu urzędu, o tyle premier takiego obowiązku nie ma. Premier jest i może być członkiem ugrupowania partyjnego; siłą rzeczy może tak prowadzić politykę państwa, by zrealizować program wyborczy swojego ugrupowania. Urząd premiera z natury rzeczy jest upartyjniony, więc czynić z tego zarzut jest co najmniej nie na miejscu – zwłaszcza jeśli wcześniej robiło się to samemu.Nie podoba mi się to, co robią wybrani do rządzenia ludzie. Nie podoba mi się prowadzona przez nich polityka niszczenia oponentów politycznych. I jakkolwiek nie podoba mi się narastający wstręt ludzi do uczestnictwa w życiu politycznym (poprzez wybory), o tyle coraz mniej znajduję argumentów i siły, by ich (i siebie) do tego uczestnictwa nakłaniać. Bo jak tu się troszczyć o dobro wspólne na dole, gdy góra ma to dobro w najgłębszym poważaniu?

czwartek, 11 czerwca 2009

Ja mu wierzę

Nie zamierzam nikogo przekonywać do żadnej partii. W gruncie rzeczy, Prawica RP jako partia też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Ale mam ogromną wdzięczność do Marka Jurka za konsekwentną postawę obrony życia zarówno na polu życia osobistego, jak i w działalności publicznej i politycznej. I nie chodzi tu o jakiś zacięty, tępy, ideologiczny (ale w gruncie rzeczy bezmyślny i agresywny) sprzeciw wobec aborcji, ale o konsekwentną i uczciwą troskę o budowanie cywilizacji życia na każdym obszarze życia. Nawet wtedy, gdy kosztuje to utratę politycznego zaplecza, stanowiska, pieniędzy i wpływów. Nawet wtedy, gdy zaczyna się być z tego powodu traktowanym jak polityczny dziwoląg, parias albo oszołom.
















Marek Jurek pokazał, że jest tę cenę zapłacić gotów. A ponieważ jest jedynym znanym mi na polskiej scenie politycznej graczem (w tym kontekście, to chyba nie do końca to adekwatne słowo), więc ma mój szacunek. I moje poparcie. Może nie tak "agresywne", jak to pokazał Wojciech Cejrowski w tym swoim spocie, ale równie zdecydowane.










Mam tylko nadzieję, że współpracownicy Marka Jurka utrzymają ten sam standard. I dlatego zdecydowanie wolałbym móc głosować w wyborach o ordynacji większościowej. Wtedy miałbym pewność, że popieram tego, kogo popieram, a nie dobrze ustawionych kolegów i towarzyszy.

Wrzuciłem tu tych kilka odcinków Wojtka Cejrowskiego, bo mi jest jakoś bliski. Nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale stawia sprawy jasno. Pewnie jaśniej, niż bym umiał to powiedzieć, bo niewątpliwie gadane ma. A że denerwuje i irytuje, cóż... Może dlatego, że o coś mu chodzi?

Jak napisałem na początku, nie zamierzam nikogo agitować za Prawicą RP, ani przekonywać do Marka Jurka. Niemniej, we mnie wzbudził on zaufanie i moje poparcie ma. On, niekoniecznie jego partia i partyjni koledzy. I chciałbym, by takich jak on było w polityce więcej: takich, którzy wolą być uznani za głupców dla Chrystusa, którzy gotowi są bronić życia; takich, którzy są gotowi dla Prawdy stracić twarz, opinię i stanowisko.

czwartek, 4 czerwca 2009

Wybory

Zbliżają się wybory do europarlamentu. Kolejne. Wedle sondaży, tylko jedna trzecia uprawnionych zamierza w nich wziąć udział. To nie jest dobry znak, a to z kilku powodów.

Po pierwsze, pokazuje, jak bardzo świat polityki rozmija się z życiem codziennym obywateli. Dwadzieścia lat, jakie dziś mijają od pierwszych – co prawda częściowo tylko – ale jednak wolnych wyborów do naszego parlamentu, nie przekonały ludzi do zaangażowania się w życie polityczne. Nie widać, by udział w głosowaniu lub jego brak cokolwiek zmieniały. Mój głos nie wydaje się wpływać na moje życie. Politycy żyją własnymi sprawami, walką o władzę, walką o pozycję, o słowa, o czas antenowy. Ich dyskusje rzadko dotyczą spraw, które są ważne dla mnie i moich bliskich. Co prawda, w przemówieniach nie brakuje zwrotów, że Polacy chcą tego, czy tamtego, ale moje życie nijak się ma do tych pokrzykiwań.

Po drugie, niewielkie zaangażowanie w życie polityczne zdaje się wynikać ze zniechęcenia poziomem dyskusji politycznych i ciągłych personalnych potyczek pomiędzy poszczególnymi aktorami. Niemerytoryczność sporów i oczywista płytkość motywacji urażonych polityków, ciągłe wzajemne obrzucanie się inwektywami – w połączeniu z kolejnymi zaniedbaniami w konkretnych decyzjach – wszystko to skłania do zignorowania pieniaczy i zajęcia się swoimi sprawami. Bo drogi nie są budowane, a jeśli już są, to są budowane zbyt wolno. Reformy systemu opieki zdrowotnej, szkolnictwa, systemu podatkowego nadal pozostają w sferze deklaracji a nie faktów.

Po trzecie, polski system parlamentarny (w tym także ordynacja do europarlamentu) zasadniczo nie przewiduje odpowiedzialności polityków przed społeczeństwem, a jedynie przed własnymi partiami. Jedynym wyjątkiem jest senat, którego istnienie w kolejnych kadencjach wciąż nie jest pewne, bo raz po raz pojawiają się pomysły jego likwidacji. Ordynacja proporcjonalna oznacza, że głosuje się na partie, a dopiero w ramach tych partii, na danego polityka. Siłą rzeczy, wybrany polityk czuje się najpierw lojalnym wobec partii i – bardzo ogólnie – narodu, nie zaś wobec ludzi, którzy na niego głosowali. Prymat partii nad elektoratem prowadzi do absurdalnej instytucji dyscypliny partyjnej, w której partyjne władze decydują za przedstawicieli narodu, jak ci mają głosować. Co więcej, partyjna logika systemu parlamentarnego sprawia, że polityk, który sprzeniewierzył się swemu elektoratowi, może zostać wprowadzony do parlamentu dzięki wysokiemu poparciu swoich kolegów i odpowiednio wysokiemu miejscu na liście wyborczej.

Nie podoba mi się ten model. Nie podoba mi się kupowanie kota w worku. Rozumiem doskonale wszystkich, którzy mają dość chowania się polityków za partyjnymi parawanami. Rozumiem tych, którzy nie chcą głosować. Ale rozumiejąc ich motywacje muszę powiedzieć, że uznając ich brak zgody na kształt politycznej sceny i rządzącego nią scenariusza, nie zgadzam się z decyzją o nieuczestniczeniu w wyborach.

Jeśli nie wiesz, kogo poprzeć... Jeśli wiesz, że nie możesz poprzeć nikogo... Jeśli chcesz wyrazić swój sprzeciw wobec tego, co się w polskiej polityce dzieje... Nie ignoruj tych wyborów, ale weź w nich udział. Pójdź i wrzuć głos, na którym skreślisz wszystkich kandydatów. Nie wierz tym, którzy twierdzą, że to będzie głos zmarnowany. Będąc nieważnym, pozostaje istotnym znakiem, że losy Ojczyzny są dla ciebie ważne, ale jednocześnie będzie to znak sprzeciwu wobec wszystkich, którzy o tych losach decydują.

Jeszcze niedawno sam byłem zdecydowany właśnie tak uczynić. Zmieniłem zdanie, bo znalazłem człowieka i ugrupowanie, które rodzi moją nieśmiałą nadzieję na zmianę. Oczywiście, nie powiem, kogo mam na myśli i kogo poprę w tych wyborach, ale proszę wszystkich – nawet jeśli nie macie kogo poprzeć, idźcie w niedzielę zagłosować. Weźcie w swoje ręce tę odrobinę odpowiedzialności za Polskę, jaka jest nam zadana.

czwartek, 28 maja 2009

Nazwać dziecko po imieniu

Prawdę mówiąc, myślałem, że się nie doczekam. Że tak jak dotąd, sprawa rozejdzie się po kościach i mimo hucznych zapowiedzi PiS-owski projekt ustawy bioetycznej nie ujrzy światła dziennego. Zresztą, wciąż może tak być, że projekt zostanie uwalony w klubie, w komisjach, albo na posiedzeniu plenarnym, już podczas pierwszego czytania. Obym się mylił, ale właśnie taką przyszłość mu przewiduję, a to z dwóch powodów: po pierwsze jest to projekt konsekwentnie opowiadający się po stronie ludzkiego życia i godności (a więc za wartościami nie pozostawiającymi miejsca na kompromis), a po drugie ponieważ domaga się jednoznacznego opowiedzenia się po stronie tych wartości od polityków. Ci zaś nawet jeśli deklarują się jako katolicy i przeciwnicy aborcji, nie są w stanie zaakceptować postaw bezkompromisowych, bo uważają je za niedemokratyczne. Czyli pierwszy powód ma charakter merytoryczny, a drugi – formalny.
Paradoksalnie, ta właśnie sytuacja – spodziewanego powszechnego sprzeciwu wobec projektu całkowitego zakazu in vitro, klonowania i eksperymentów na dzieciach w ich najwcześniejszej fazie życia – otóż właśnie ta sytuacja odsłoni prawdziwe oblicze zarówno naszej polskiej sceny politycznej, ale też naszej wiary jako narodu. Pokaże się, ile w naszym społeczeństwie warte jest ludzkie życie, ile warta jest ludzka godność, a ile własne pragnienia, chęci i aspiracje. Jednocześnie będzie to szansa na przypomnienie każdemu i wszystkim, że człowiek zaczyna się wtedy, gdy zaczyna się jego życie. Że nie ma – jak to postulują niektórzy myśliciele – jakiegoś „okresu przejściowego” pomiędzy zapłodnieniem a poczęciem, pomiędzy poczęciem a narodzinami. Nie ma potencjalnego człowieka. Albo jest człowiek, albo nie. Jak to ujął przed wiekami Tertulian: „Nie może być człowiekiem ten, kto nie jest nim od początku”.
Człowiek na początku zbudowany jest z jednej komórki, ale potem rośnie, a potem umiera. W międzyczasie się rodzi, dojrzewa... Cały czas ten sam człowiek. Dlatego, gdy mówimy o jego początkowym okresie życia, trzeba o tym człowieczeństwie pamiętać i mówić. A więc: zamiast mówić „zarodek”, „embrion”, „płód” – mówmy „dziecko”! Mówmy „człowiek”! Jeśli trzeba, dodajmy, że to dziecko w embrionalnej czy płodowej fazie swego życia. Ale zawsze „dziecko”! Zawsze „człowiek”!
Zbyt łatwo dziś jest schować prawdę o tych najmniejszych za techniczną nomenklaturą medyczną, całkowicie zdepersonalizowaną i odczłowieczoną. Agresywne wypowiedzi zwolenników aborcji, antykoncepcji, in vitro, klonowania i eutanazji usiłują krzykiem zagłuszyć prawdę o ludzkiej i osobowej naturze ludzi dopiero co powołanych do istnienia. Wobec tego krzyku nie wolno nam się ani cofnąć ani ugiąć. Jak napisał św. Ignacy Antiocheński w liście do św. Polikarpa : „Bądź odporny jak uderzone kowadło”. Pius XII skomentował to jednym zdaniem zachęty: „Podjęte przez Was ogromne trudy przyniosą wielkie owoce”.
Przygotowany przez posła Jarosława Gowina projekt ustawy bioetycznej upadł, bo był kompromisowy. Projekt posła Bolesława Piechy niestety zapewne również upadnie z powodu swej bezkompromisowości. I ofiarami obu tych upadków będą dzieci – najsłabsi z najsłabszych. Po raz kolejny prawda zostanie złożona na ołtarzu postępu. Wygrają silni, urodzeni, mający dostęp do pieniędzy, środków przekazu i – konsekwentnie – do władzy.
Obym był złym prorokiem, ale jakoś – poza podaniem się do dymisji przez marszałka Marka Jurka – nie pamiętam, by prawda była w naszym parlamencie naprawdę ceniona. I powiedzmy sobie uczciwie, że bez nawrócenia – tak polityków, jak i nas wszystkich – sytuacja się nie zmieni. Uwalimy każdy projekt, który będzie od nas wymagał radykalnego opowiedzenia się po stronie prawdy i dobra.

środa, 27 maja 2009

Projekt, co go pewnie uwalą

Na łamach "Naszego Dziennika" ukazał się dziś mój komentarz do projektu ustawy bioetycznej autorstwa posła Bolesława Piechy (PIS). Nie odnosząc się do kwestii przynależności partyjnej autora, trzeba przyznać, że zasługuje on na uwagę. Poniżej kilka moich uwag na jego temat.

A swoją drogą, pewnie ten projekt uwalą w pierwszym czytaniu...


* * *


Prawdę mówiąc, myślałem, że się nie doczekam dnia, w którym pojawi się projekt prawa całkowicie delegalizujący zapłodnienie pozaustrojowe. Muszę przyznać, że po doświadczeniach związanych z próbą wzmocnienia konstytucyjnej ochrony życia ludzkiego w najwcześniejszym okresie jego istnienia, a także po komentarzach polityków z różnych ugrupowań odnośnie do projektu ustawy bioetycznej autorstwa Jarosława Gowina (PO) straciłem nadzieję na odważny i jednoznaczny ruch ze strony posłów opowiadających się za całkowitą ochroną ludzkiego życia. Bardzo mnie cieszy całkowita delegalizacja in vitro, klonowania, tworzenia hybryd i chimer ludzkich oraz nieterapeutycznych eksperymentów na ludziach, także w najwcześniejszej fazie ich życia, postulowana w przygotowanym przez Bolesława Piechę (PiS) projekcie o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego. Uznanie niezbywalnej godności ludzkiej u dziecka poczętego konsekwentnie przekłada się w projekcie na ochronę jego życia, godności i tożsamości (zarówno tożsamości genetycznej, jak i społecznej). Mam głęboką nadzieję, że tę ochronę uda się zapewnić poprzez uchwalenie projektowanej ustawy.

Projekt dokonuje kilku poprawek w istniejącym już prawie odnoszącym się do kwestii bioetycznych. Ze szczególnym zadowoleniem przywitałem projekt zmiany przepisów odnośnie do sprzeciwu sumienia, który to sprzeciw wreszcie uzyskuje realny i moralnie akceptowalny charakter. Szkoda tylko, że uczniowie i studenci szkół medycznych nadal nie są tą ochroną objęci i muszą uczestniczyć we wszystkich przewidzianych programem nauczania procedurach, nawet jeśli sprzeciwia się to ich przekonaniom i decyzjom sumienia. Należy zatem stosowny zapis o uszanowaniu decyzji sumienia uczniów i studentów szkół medycznych i farmaceutycznych dodać podczas dalszych prac ustawodawczych nad projektem.
Projekt wprowadza faktyczne zabezpieczenie prawa osoby do godnej śmierci, jednocześnie jednoznacznie uniemożliwiając "podciągnięcie" pod ten termin działań samobójczych i eutanatycznych. To niezwykle ważny zapis i niezwykle cieszy mnie jego obecność w projekcie.W trakcie lektury projektu zrodziło się we mnie jednak kilka uwag, którymi pragnę się tu podzielić. Nie stawiam ich jako dyskwalifikujących projekt; przeciwnie - ich celem jest wsparcie projektodawcy w dziele tworzenia prawa, tak aby było ono wewnętrznie spójne i dobre (także w moralnym wymiarze), przyczyniając się do umocnienia dobra wspólnego.
1. Wobec dramatu kriokonserwacji tysięcy ludzkich istnień, projekt przewiduje prawo do adopcji prenatalnej. Należy z mocą stwierdzić, że procedura ta również narusza godność dziecka. W instrukcji Kongregacji Nauki Wiary "Dignitas personae" Kościół, odnosząc się do tej sytuacji, stwierdza, że "tysiące porzuconych embrionów stwarzają sytuację niesprawiedliwości nie do naprawienia". Dlatego Jan Paweł II odwołał się do sumienia osób sprawujących odpowiedzialne funkcje w środowisku naukowym, a w szczególny sposób do lekarzy, aby została wstrzymana produkcja ludzkich embrionów, zważywszy że nie ma moralnie godziwego rozwiązania, które zapewniłoby ludzką przyszłość wielu tysiącom "zamrożonych" embrionów, choć przecież mają one i zawsze zachowają swoje podstawowe prawa i tym samym winny być chronione przez prawo jako ludzkie osoby (DP 19; dokument odwołuje się w tym miejscu do przemówienia Jana Pawła II do uczestników sympozjum na temat: "Evangelium vitae a prawo" i XI Międzynarodowego Kolokwium Prawa Kanonicznego (24 maja 1996 r.), n. 6: AAS 88 (1996 r.), 943-944; L'Osservatore Romano, wyd. polskie, n. 9/1996 r., s. 44).
Wobec powyższego, pozostaje stałe przechowywanie w stanie kriokonserwacji powołanych do istnienia dzieci - jest to smutna konsekwencja podjętych wcześniej decyzji. Przyjęty w projekcie kompromis wynika - jak się wydaje - z przekonania, że w zaistniałej sytuacji coś trzeba zrobić, a jeżeli trzeba, to jakieś rozwiązanie istnieć musi. Otóż takiego (godziwego) rozwiązania nie ma, a jeżeli nawet jest, to nie jest nim procedura adopcji prenatalnej. Na marginesie, wydaje się, że dopuszczona procedura adopcji prenatalnej przez kobiety niebędące w małżeństwie, będąc odbiciem analogicznej procedury adopcyjnej wobec dzieci urodzonych, sama w sobie rodzi wątpliwości co do ochrony praw dziecka, które powinno wychowywać się w pełnej rodzinie.
2. Użyta w projekcie terminologia jest odrobinę niespójna. W zasadniczej części projektu użyta jest terminologia medyczna, która ma charakter depersonalizujący. Postulować należałoby zatem wprowadzenie terminologii przypominającej o osobowym charakterze życia ludzkiego, także w odniesieniu do dzieci poczętych, a jeszcze nie narodzonych. Zarodek, embrion, płód to zawsze dziecko, człowiek. Należy więc mówić: "dziecko w embrionalnej fazie rozwoju". Jakkolwiek przy okazji omawiania warunków przeprowadzania eksperymentów medycznych dziecko nienarodzone jest traktowane na równi z każdym innym pacjentem, o tyle przy omawianiu procedur zapłodnienia pozaustrojowego tej koherencji brakuje.
3. Ustawa nie reguluje kwestii sztucznego zapłodnienia wewnątrzustrojowego, a więc procedur:
a. AIH (Artificial Isemination Husband or Homologous) - sztuczna inseminacja homologiczna;
b. AID (Artificial Isemination Donor) - sztuczna inseminacja heterologiczna;
c. GIFT (Gametes Intrafallopian Transfer) - medycznie wspomagane zapłodnienie wewnątrzustrojowe.
Z etycznego punktu widzenia są one również niemoralne, ze względu na odmowę uznania podmiotowego charakteru godności człowieka od momentu poczęcia (a ściślej - w momencie poczęcia). Oczywiście, jest to zło "mniejsze", niemniej należy podkreślić, że prawo nie może akceptować czynów niegodziwych, jeśli ma utrzymać swój zobowiązujący charakter. Dziecko ma prawo począć się wskutek pełnego aktu małżeńskiego, dlatego godziwość procedur medycznych kończy się, gdy zastępują one prokreacyjny wymiar aktu małżeńskiego technicznym działaniem personelu medycznego. Terapia niepłodności ma służyć przywróceniu płodności, a więc umożliwieniu naturalnego poczęcia będącego dopełnieniem współżycia małżonków.
4. Zaproponowane w projekcie (Rozdział VII, art. 50-56) sankcje karne za naruszenie fundamentalnego prawa dziecka nienarodzonego do życia są odmienne niż analogiczne kary za to samo przestępstwo wobec osób urodzonych. Oznacza to faktyczną odmowę uznania ich w pełni osobowego statusu.
5. Rozdział IV zatytułowany "Status embrionu" w rzeczywistości mówi jedynie o statusie prawnym (art. 29-30). Należałoby go uzupełnić o prawne stwierdzenie osobowego statusu dziecka poczętego i wskazać na konsekwentną koherencję przepisów karnych wynikających z rozpoznania tego faktu. Należy podkreślić w tym miejscu, że zapis powinien wyraźnie stwierdzać rozpoznanie przez ustawodawcę osobowego statusu dziecka, a nie sugerować (wprost lub pośrednio) przyznawanie tego statusu na mocy decyzji władz. Osobowy charakter bytu wynika bowiem z faktu zaistnienia, a nie czyjegokolwiek aktu prawnego. Stąd postulowany zapis jednoznacznie określałby stan faktyczny.
6. W projekcie zmian w Ustawie z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty odnośnie do przerwania działań pielęgnacyjnych, karmienia i nawadniania, gdy "nie służy to dobru chorego", zrodziły się we mnie pewne wątpliwości (art. 30a ust. 3). Brak precyzyjnego określenia, co jest tym dobrem, stwarza pole do poważnych nadużyć, jak to miało miejsce w przypadku Terry Schiavo (USA) i Eluany Englaro (Włochy). Wyjaśnienia zawarte w uzasadnieniu projektu wskazują co prawda na intencje prawodawcy, powinny skutkować jednak stosownym zapisem w projekcie.
Projekt ustawy bioetycznej autorstwa p. Bolesława Piechy przypuszczalnie wywoła burzę, zarówno wśród posłów, jak i w całym społeczeństwie. Będzie okazją do jasnego pokazania, kto broni życia, a dla kogo ludzkie, bezbronne życie jest tylko kartą przetargową i towarem, przedmiotem handlu politycznego lub komercyjnego. Z całą pewnością podniosą się głosy, że projekt odbiera bezpłodnym małżonkom nadzieję na rodzicielstwo, że jest nieludzki. Należy się na takie głosy przygotować i jednoznacznie bronić godności i życia dzieci w ich najwcześniejszej fazie rozwoju. Być może okaże się, że obrońców życia nie ma w Polsce zbyt wielu. Będzie to jednocześnie weryfikacja faktycznej przynależności do Kościoła katolickiego. Trzeba bowiem pamiętać, że "w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu" (EV 73).

czwartek, 21 maja 2009

Ślepa sprawiedliwość

No to spór pomiędzy premierem i prezydentem został rozstrzygnięty. O ile dobrze rozumiem wyrok, to nic się nie zmieni. Prezydent będzie sobie mógł robić wycieczki na szczyty i zjazdy, tyle że to rządowi przysługuje prawo do formułowania konkretów stanowiska Polski w kwestii polityki zagranicznej państwa. Jeśli zatem premier z prezydentem w ostatnim czasie nie zmienili, szykują się nam kolejne spięcia, skandale i publiczne połajanki. Myślę, że Trybunał Konstytucyjny schował głowę w piasek, wydając orzeczenie, które niczego nie rozstrzyga, niczego nie zmienia i niczego nie rozwiązuje. Ale jakoś mnie to nie dziwi. Rozstrzygnięcie byłoby zinterpretowane jako polityczne zwycięstwo którejś ze stron, i – siłą rzeczy posądzenie o stronniczość Trybunału - a tego przecież należy unikać.Jakoś mi się ów wyrok wpisuje w mentalność nie-narażania się na kłopoty. Nie chodzi o znaną z lat 50-tych dyspozycyjność aparatu sprawiedliwości wobec władzy ale raczej o taki rodzaj bezstronności, który polega na nie zajmowaniu zbyt wyrazistego stanowiska. W imię podobnej mentalności przestępcy mają nierzadko większe prawa niż ofiary przestępstw, a wysokość wyroków nijak się ma do moralnego ciężaru czynu. Wczoraj usłyszałem o kolejnym prawniczym kwiatku, tym razem z naszego lubelskiego podwórka. Otóż sąd wydał wyrok w sprawie mężczyzny, który we mgle wyprzedzał swoim renault inny pojazd, z nadmierną prędkością i przekraczając podwójną ciągłą linię. Zderzył się czołowo z jadącym z naprzeciwka matizem, w efekcie czego dwie osoby jadące matizem zmarły. Smaczku całej historii dodaje fakt, iż winny kierowca jechał bez prawa jazdy, ponieważ mu je odebrano za notoryczne łamanie przepisów drogowych. Sąd skazał winowajcę na 5 lat pozbawienia wolności. Najbardziej zdumiały mnie komentarze prawników, że wyrok jest surowy, ale sprawiedliwy. Trudno mi się z tą niesprawiedliwą sprawiedliwością zgodzić. Zresztą nie tylko sądy są niesprawiedliwe. Prokuratorzy również. Pod naciskiem opinii publicznej (jakoś trudno mi zaakceptować inne powody) nie stosują prawa chroniącego życie poczętych w laboratoriach dzieci i dopuszczając do powstania – jak to ujął poseł Jarosław Gowin – „horroru laboratoryjnego”. Z nieznanych mi powodów dopuszcza się faktycznej obojętności aparatu ścigania wobec powszechnej praktyki oferowania i dokonywania nielegalnej aborcji w prywatnych gabinetach ginekologicznych.Mówią, że sprawiedliwość jest ślepa. Miałoby to oznaczać, że wszystkich traktuje jednakowo, nikogo nie faworyzując. Może i ślepa była, ale najwyraźniej już nie jest. Dziś rzeczona sprawiedliwość zajmuje się budowaniem swojego PR-u, starając się nikomu nie narazić, przynajmniej nikomu z tych, którzy zajmują eksponowane lub decyzyjne stanowiska. Smutne. Biedni i słabi znowu są bezbronni wobec swych oprawców. Anawim – ubodzy Pana... Teraz naprawdę już tylko On staje po ich stronie. I zapowiada z kart Świętej Księgi, że o ich życie i prawa się upomni.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Żałoba narodowa

Pożar w Kamieniu Pomorskim był i jest głównym tematem w serwisach informacyjnych w ciągu ostatnich dni. Dramat pogorzelców rzeczywiście jest poruszający – zamiast radosnych świąt zmartwychwstania, dla nich cały czas trwa Kalwaria. Jedni płaczą po starcie najbliższych, inni sami odnieśli rany. 21 osób zginęło. Nad ofiarami tego dramatu trzeba się ze współczuciem pochylić, udzielić im pomocy, otoczyć opieką...
Zamiast tego jesteśmy świadkami jakiegoś przedziwnego spektaklu. Dziennikarze prześcigają się w zadawaniu mniej lub bardziej idiotycznych pytań, w stylu – „jak się Pan czuje?”, „co się stało?”, „czy musiało do tego dojść?”... Politycy zwęszywszy szansę na poprawienie swojego wizerunku ruszyli do akcji i prześcigają się w znakach solidarności. Prezydent ogłosił 3-dniową żałobę narodową, a premier zadeklarował pomoc w budowie nowego budynku socjalnego. Nie mam żadnych złudzeń, że o nic więcej niż PR nie chodziło. Pretensje Prezydenta do Premiera, że go nie zawiadomił o pożarze są żenujące; zresztą odpowiedź rzecznika, że mógł sobie wszystko zobaczyć w telewizji – jakkolwiek niezbyt grzeczna – trafia w sedno zagadnienia. W gruncie rzeczy jestem tym zniesmaczony.
3-dniowa żałoba narodowa po pożarze, w którym zginęło 21 osób jest w moim przekonaniu nieporozumieniem. W ciągu weekendu świątecznego na polskich drogach zginęło 35 osób – o nich się nie pamięta. Czyżby do ogłoszenia żałoby narodowej potrzeba było śmierci jakiejś minimalnej liczby osób w jednym wypadku? Przy całym szacunku i współczuciu dla ofiar tej tragedii, nie widzę związku pomiędzy pożarem w Kamieniu Pomorskim a sytuacją całego narodu – a taki związek jest z mojego punktu widzenia konieczny, by mówić o podstawach dla ogłaszania żałoby narodowej. Być może prezydent chciał wskazać na ogólnonarodowy problem, ale jeśli tak było, to tego ostatecznie nie uczynił.
Dla mnie wymowa prezydenckiej decyzji jest nijaka. Jawi mi się jako pusty PR-owski gest, który jego samego niewiele kosztuje, przyzwoicie wygląda w mediach, budując wrażenie zatroskanego o dobro zwykłych ludzi prezydenta. Rzecz w tym, że rzeczywiste skutki są chyba jednak inne, i wcale nie takie dobre.
Po pierwsze, ludzie nie przejmują się ogłoszoną żałobą, ponieważ nie czują , by sprawa ich w jakikolwiek sposób dotyczyła. Po drugie, ludzie mogą nie przejąć się ogłoszoną żałobą narodową, gdy zostanie ogłoszona z powodów rzeczywiście odnoszących się do życia nas wszystkich. Innymi słowy – pomysł Pana Prezydenta okazał się może i dobry, ale z gruntu nieszczęśliwy, prowadząc do znaczącego obniżenia znaczenia instytucji żałoby narodowej.
Pojawiły się też we mnie dwa dodatkowe pytania: co naprawdę oznacza dla naszych rządzących termin „żałoba narodowa”? (i z innej beczki) – jak zapobiec w przyszłości, by dramatyczne wydarzenia nie były instrumentalnie wykorzystywane do kreowania własnego wizerunku.
Czego zatem bym oczekiwał od władz? Oczywiste jest, że pogorzelcom trzeba pomóc, ale po to jest samorząd lokalny, po to struktury wojewódzkie jako przedstawicielstwa władz państwowych, by problemy lokalne, możliwie efektywnie rozwiązywać na szczeblu lokalnym. Jeśli wojewoda uznałby, że zasadne jest ogłoszenie żałoby na terenie województwa – mógłby to zrobić. Nagłośnienie w mediach może się bez narodowej żałoby obyć. A pomoc udzielona szybko, sprawnie, i dyskretnie, na pewno lepiej przysłużyłaby się pogorzelcom, niż całe to polityczne i PR-owskie żenujące zadęcie.

piątek, 10 kwietnia 2009

Tolkien, aborcja i ONZ

Proszę mi wybaczyć toporność tłumaczenia. Starałem się, by było możliwie wierne, choćby kosztem piękna języka. Poniższy tekst jednak jest tak piękny, że nawet z nie najładniejszym tłumaczeniem wart jest zatrzymania i uwagi. Pochodzi on z serwisu Zenit.org, w wersji anglojęzycznej.

Sojusz Hobbitów przynosi triumf nadziei
Elizabeth Lev. (ZENIT ZE090409 – tłumaczenie własne)


Rzym, 9 kwietnia 2009 (Zenit.org)
Oto opowieść godna pióra J.R.R. Tolkiena. Wydarzenia w Komisji Zaludnienia i Rozwoju ONZ, jakie miały miejsce w zeszłym tygodniu, są jakby żywcem zaczerpnięte z jego wielkiej trylogii „Władca pierścieni”.

W zeszłym tygodniu, reprezentanci 47 krajów zebrali się w Nowym Jorku na corocznym spotkaniu Komisji ds. Zaludnienia i Rozwoju, będącej częścią Rady ds. Ekonomii i Spraw Społecznych ONZ. Przewidując, że liczba ludności w 2050 roku może osiągnąć 9 miliardów, Komisja przeanalizowała "Program Działania" wydany przez Międzynarodową Konferencję nt. Zaludnienia i Rozwoju, zaaprobowany przez ONZ w 1994 roku.

Za optymistyczną fasadą zatroskania o poziom życia rozwiniętych społeczeństw, kryła się jednak znacznie ciemniejsza, złowieszcza agenda. Do pełnych nadziei stwierdzeń wcześniejszych dokumentów ONZ zaczął się wkradać nowy język.

Najważniejszym elementem tego programu było „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa” – terminologia, pod którą wiele organizacji pozarządowych i komitetów ONZ promuje aborcję; jednocześnie byłoby to wprowadzenie do dokumentów języka, który by mógł otworzyć drzwi dla ciągu żądań aktywistów homoseksualnych.

Jak ów Jeden Pierścień wykuty przez Saurona w czeluściach Góry Przeznaczenia, zaproponowany termin odsłaniał plan zasadniczy: „Jeden Pierścień by wszystkimi rządzić” i by wszystkich wciągnąć w ciemność. Przy zamianie słowa „pierścień” na „organizacja”, widmo Władcy Ciemności mogłoby zostać zastąpione przez „Planned Parenthood”, jedną z najbardziej aktywnych organizacji pozarządowych na posiedzeniu.

Zadziwiająco niewielu dostrzegło nadciągający koszmar. Abp Celestino Migliore, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy ONZ, zauważył, że „w sposób nieunikniony narzuca się wrażenie, iż [rosnące - pk] zaludnienie postrzegane jest jako przeszkoda do dalszego rozwoju społecznego i ekonomicznego”. Duchowny ostrzegł także, że Komisja „przedkłada kontrolę populacji i przymus wobec ubogich, by zaakceptowali ów punkt widzenia, nad działania zmierzające do rozwiązania problemów z edukacją, podstawową opieką medyczną, dostępem do wody, higieny i zatrudnienia”.

Armie ciemności były jednak mocne i wydawały się niezwyciężone. Chiny, Wielka Brytania, Brazylia, Federacja Rosyjska, Hiszpania i Niemcy – po nich można się było spodziewać promocji tego języka. Stany Zjednoczone, będące pod nową administracją w niewoli kultury śmierci, gotowe były użyć całej swej potęgi, by zapewnić panowanie „Planned Parenthood”. Wszystko wydawało się stracone.

Oto międzynarodowi giganci, liderzy ekonomii, rozwoju i technologii, byli pewni, że żadna przeszkoda nie stanie im na drodze.

Plan ujawniła w swoim przemówieniu Thoraya Ahmed Obaida, wiceszefowa Funduszu Ludnościowego ONZ. Przywoławszy światowy kryzys finansowy, zwróciła uwagę na wynikającą z niego trudność w utrzymaniu programów poprawy zdrowia i edukacji ubogich świata. „Kryzys finansowy grozi całkowitym fiaskiem tego z trudem wywalczonego postępu”.

Rozwiązanie miało zapewnić, „skierowanie większej uwagi na kwestie populacyjne, oraz przeznaczenie większych środków na wzmocnienie roli kobiet, na zdrowie reprodukcyjne, włączając w to opiekę zdrowotną nad matkami i planowanie rodziny”.

Przekładając to na język powszechnie zrozumiały, propozycja polegała na wpojeniu kobietom, że posiadanie dzieci jest niebezpieczne i zniewalające; w takim razie aborcja jest zdrowa i ma wyzwalający charakter. Nawet Zły Władca Mordoru nigdy nie próbował ukazywać swojego programu śmierci i zniewolenia ludzkiej rasy jako czegoś „pozytywnego” i „wyzwalającego”.

Obaid przypomniała komisji, że konferencja w Kairze uzgodniła, iż „każda osoba ma prawo do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”, i zachęciła Komisję „by dotrzymać obietnicy zapewnienia dostępu do zdrowia reprodukcyjnego do roku 2015”.

Wielkie narody przytakiwały i klaskały, jak Upiory Pierścienia, których wola od dawna była związana przez podstępnego władcę. Kultura życia przygotowywała się do przyjęcia jeszcze jednej porażki, kolejnej z wielu już poniesionych.

I wtedy nadeszła nieoczekiwana pomoc. Głos zabrał Iran i zaprotestował, stwierdzając iż zwrot „prawo do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego” nie może zostać zastąpione frazą „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa”.

Delegacja irańska podkreśliła, że ta fraza nigdy nie była włączona w żaden wynegocjowany w ramach ONZ dokument, i wezwała Komisję do powrotu do wcześniej uzgodnionego i starannie wynegocjowanego języka z oryginalnego „Programu Działania” z 1994 roku, który jest rozumiany jako nie dający podstaw do kreowania prawa do aborcji.

Natychmiast cztery kraje katolickie – Irlandia, Peru, Chile i Polska – poparły głos Iranu w kwestii użytych sformułowań. Był to raczej niezwykły sojusz, przypominający karłów i elfów przechodzących ponad podziałami, by walczyć przeciw wspólnemu wrogowi.

Chociaż wspólnota chrześcijańska i Iran różnią się w wielu kwestiach, otuchy dodawał widok poróżnionych narodów zgodnie współpracujących i rozmawiających ze sobą w obronie kultury życia.

I podobnie jak miało to miejsce we wspaniałej historii Tolkiena mówiącej o dziewięcioosobowej drużynie, to ci najmniejsi przynieśli ratunek. Jak owych czterech niepoddających się słabości hobbitów powieści Tolkiena, Stolica Apostolska (maleńkie, 104 akry liczące państewko – czyli ok. 7 ha – pk), Comoros (maleńka wyspa na północ od Madagaskaru), Santa Lucia i Malta dołączyły do drużyny, by przełamać dławiący oddech ucisk sił zła.

Te podobne do hobbitów państwa, których łączny produkt narodowy prawdopodobnie nie dorównuje budżetowi operacyjnemu „Planned Parenthood”, wypowiadały się głośno i z przekonaniem. Malta potępiała nieustanne próby ze strony Komisji, by rozszerzyć znaczenie zwrotu „zdrowie reprodukcyjne”, tak, aby zawierał on aborcję.

Delegatka z Santa Lucia, odnosząc się do istoty proponowanej terminologii podkreśliła, że w rozumieniu jej delegacji użyte zwroty nie mogą zagrażać prawu pracowników służby zdrowia do odmowy przeprowadzenia lub współudziału w aborcji ze względu na sprzeciw sumienia.

Jak to Galadriela powiedziała do Froda: „nawet najmniejszy może zmienić przyszłość”.

I tak, na samym końcu, tuż przed zamknięciem obrad, pierścień władzy został wrzucony z powrotem w ogień Góry Przeznaczenia, skąd przybył. Zwrot „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa” został usunięty z tekstu.

W dniach powszechnego znieprawienia sumienia, ogromnych funduszy rządowych wspierających aborcję i inne znaki ciemności, maleńka grupa przyjaciół pokazała na posiedzeniu ONZ to samo, co bohaterowie Tolkiena wyszeptali w godzinie ciemności, a co Benedykt XVI głosi od jednego narodu do drugiego: „Wciąż jest nadzieja”.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Upiory przeszłości

Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych zdają się potwierdzać obawy, iż administracja Baracka Obamy będzie dążyła do przejęcia przez państwo kontroli nad kolejnymi obszarami gospodarki – zarówno nad sektorem finansowym, jak i nad zakładami produkcyjnymi. No, może niekoniecznie nad całym sektorem, ale nad niektórymi instytucjami czy przedsiębiorstwami o kluczowym znaczeniu. W tym kierunku zdają się zmierzać chociażby układy z grupą CitiBank oraz koncernem General Motors. W połączeniu z metodą przeciwdziałania kryzysowi poprzez pompowanie kolejnych transz gotówki w upadające zakłady, całość niebezpiecznie zaczyna mi przypominać model socjalistycznego rozdawnictwa. Nadopiekuńczość państwa może mieć katastrofalne konsekwencje.
Do tej pory Stany Zjednoczone funkcjonowały w oparciu o upodmiotowienie obywateli, zarówno na płaszczyźnie politycznej, jak i gospodarczej. Od czasu zamachów na World Trade Center zaczęto ograniczać swobody obywatelskie, oczywiście w imię poprawy bezpieczeństwa obywateli. Teraz, wobec kryzysu gospodarczego, podobny zabieg dokonywany jest w sferze ekonomicznej. Myślę, że to niezbyt szczęśliwy pomysł.
Doświadczenie pokazuje, że tzw. amerykański eksperyment najlepiej funkcjonuje, gdy się w nim nie kombinuje, pozostawiając inicjatywę obywatelom. Dotyczy to obu sfer. Przesunięcie troski o bezpieczeństwo (zarówno polityczne, jak i gospodarcze) na wyspecjalizowane służby sprawia, że obywatele przestają sami się tym zajmować, stopniowo tracąc wrażliwość i zdolność do podjęcia odpowiedzialności. Jeśli każdy problem wygenerowany wówczas przez takiego – coraz bardziej zblazowanego obywatela – jest rozwiązywany przez państwo, obywatel nabiera złudnego przekonania, że tak właśnie być powinno: że państwo powinno naprawiać wszystkie pojawiające się usterki. Jednocześnie, ponieważ nie zauważa, że większość owych usterek sam wywołał, a od konsekwencji ich jest chroniony, nie podejmuje żadnej troski, by uniknąć ich w przyszłości. Innymi słowy, narastająca ingerencja państwa w życie społeczne ma w istocie charakter demoralizujący.
Dodatkowym problemem jest obrana przez Baracka Obamę droga wyjścia z kryzysu ekonomicznego. Nie jestem ekonomistą, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że brak w niej logiki. Jeśli kryzys wywołało życie na kredyt, nieodpowiedzialne zachowania obywateli, menagerów i finansistów, kupujących metodą „zapłać za rok albo i dwa”, to jaki jest sens pompować w bankrutujące przedsiębiorstwa kolejne transze gotówki pochodzącej z kredytu społecznego, który trzeba również będzie spłacić w przyszłości. Działanie takie grozi eskalacją kryzysu zarówno jeśli chodzi o skalę, jak i czas jego trwania.
Siłą rzeczy, w miarę pojawiania się kolejnych elementów kryzysu – wobec przyjętej logiki działania – trzeba się spodziewać dalszych interwencji administracji centralnej w życie obywateli. Skutkiem może być gospodarka sterowana centralnie, o mocno socjalistycznym nastawieniu. W połączeniu z postępującym zanikiem szacunku dla osoby ludzkiej, widocznym chociażby w decyzjach dotyczących szacunku dla nienarodzonych dzieci, obawiam się powstania państwa totalitarnego. Smutna to perspektywa, nade wszystko dla państwa, które przez ponad 200 lat było symbolem wolności i rozwoju. Mam tylko nadzieję, że do tego czarnego zakończenia nie dojdzie.

czwartek, 19 marca 2009

Nie mów do mnie Misiak

Uwalili Pana senatora - wyrzucili go z klubu, z partii, a jego firmie (znaczy firmie, w której ma udziały i gdzie zasiadał do niedawna w Radzie nadzorczej) odebrali kontrakt na pomoc stoczniowcom. Wszystko w imię etyki i zasad transparentności, co jest o tyle ciekawe, że litery prawa nikt nie naruszył. Unieważniono zatem kontrakt, bo "tak wypada". Tylko o stoczniowcach jakoś nikt nie pomyślał, że teraz ze szkoleniami i szukaniem im pracy będzie trzeba poczekać kolejnych kilka miesięcy, aż jakaś kolejna firma nie wygra przetargu.
Wydaje mi się, że to klasyczny przypadek, w którym wylano dziecko z kąpielą, dziecko, które od kąpieli jest znacznie ważniejsze. Wstyd Panowie Magnaci!

Na marginesie wraca model reakcji z czasów Ministra Z. Ziobry, wedle którego każdy, kto się wzbogaci, jest złodziejem, malwersantem lub kombinatorem. I należy go za wszelką cenę pochwycić, oskarżyć, skazać i unicestwić (społecznie). Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że bogaty może być bogaty dzięki własnej ciężkiej pracy (choć ciężkość niekoniecznie musi polegać na noszeniu worków, a "tylko" na myśleniu i dobrym zarządzaniu). I że dzięki tym, którzy umieją zarządzać i wymyślać, pozostali mają pracę i środki do życia, których w innej sytuacji by nie mieli. Oj, ta nasza polska bezinteresowna zawiść... Czy nigdy się z niej nie wyzwolimy?

środa, 18 marca 2009

A upadek jego był wielki

No i projekt przepadł. Po kilku miesiącach dyskusji, sporów, a nawet obrzucania się inwektywami, projekt ustawy bioetycznej przygotowany przez zespół posła Gowina upadł. Oddany do konsultacji wewnątrzpartyjnych utonął wśród fal sprzecznych opinii, interesów, poglądów i wyznawanych wartości. Platforma platformą – okazało się, że nie ma możliwości, by wszyscy stojący na jednym peronie wsiedli do jednego pociągu. Dla liberałów projekt był zbyt konserwatywny, dla konserwatystów – zbyt liberalny. Poszło oczywiście o in vitro, choć przecież projekt nie tylko o tym traktował.
W gruncie rzeczy – wcale się temu upadkowi nie dziwię. Projekt posła Gowina był fatalny, choć zapewne był najlepszym z możliwych, z etycznego punktu widzenia. Próba kompromisu jednak okazała się nieskuteczna, bo tam, gdzie jest konflikt wartości, o kompromis jest wyjątkowo trudno.
Platforma jest ugrupowaniem, w którym ludzi połączyły nie tyle wartości, co wspólne interesy i wspólna wizja demokratycznej Polski, o liberalnym systemie gospodarczym. Wartości moralne, nade wszystko stosunek do bezbronnego życia – zarówno nienarodzonego, jak i zmierzającego ku swemu schyłkowi – pozostawały na drugim planie. Jedność trwał, jak długo nikt tych wartości nie ruszał. Gowin poruszył – i domek z kart się rozsypał.
Właśnie dlatego, gdy poszło o projekt, w którym owe fundamentalne wartości moralne stały się sprawą najważniejszą, uczestnicy dyskusji wzruszając ramionami rozeszli się każdy w swoją stronę. Jedni nie chcieli się narażać na miano oszołomów i ciemnogrodzian. Inni nie chcieli narażać się Kościołowi hierarchicznemu – głos biskupów przecież zawsze się może jeszcze przydać. I tak, zamiast kodyfikacji prawa bioetycznego, będzie tak, jak jest. W najlepszym wypadku czeka nas nowelizacja ustawy transplantacyjnej, a potem ewentualnie ustawy o zawodzie lekarza i kilka rozporządzeń, którymi po cichu będzie można powyciągać gorące ziemniaki procedur in vitro z ognia społecznych dyskusji – powyciągać cudzymi, ministerialnymi, lub jeszcze lepiej – unijnymi – rękami.
Cała ta historia pokazała, że ludzi o jednoznacznych, wyrazistych poglądach moralnych w polskim parlamencie jest niewielu. Paradoksalnie, najwięcej ich po lewej stronie. Co prawda poglądy socjaldemokratów w kwestii stosunku do nienarodzonego życia są dla mnie niemożliwe do zaakceptowania, ale przynajmniej są jednoznaczne i wyraziste. Jak czytamy w Apokalipsie św. Jana – „Obyś był zimny, albo gorący, nie zaś letni, bo chcę cię wypluć z moich ust” (Ap 3:15). Lewica w tej kwestii jest zimna. Ale to i tak lepsze, niż prowokujące nudności nieokreślenie rzekomych konserwatystów, tak często powołujących się na nauczanie Kościoła, wyznawany katolicyzm i nastawienie pro-life.