Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
wtorek, 19 października 2010
Szantaż Kościoła
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Zamiast dementi...
Komunikat prasowyPolskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowiekaw sprawie: turystyka aborcyjna – wysłuchanie obywatelskie w Sejmie RP 26 sierpnia br.
Skala turystki aborcyjnej Polek, W Wielkiej Brytanii 2009 r. zarejestrowano 20 aborcji wśród Polek, nie-rezydentek tego kraju (dane Departament of Health). Jest wielce prawdopodobne, że ta liczba nie odzwierciedla pełnej skali turystki aborcyjnej Polek do tego kraju, jednak z całą pewnością trzeba stwierdzić, że szacunki Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i SROM (mówiące o skali turystyki aborcyjnej Polek do Wielkiej Brytanii rzędu 10-30 tys. rocznie) są pobawione umotywowania w faktach. Nagłaśnianie nieprawdziwych danych jest elementem ideologicznej walki tychże środowisk o legalizację aborcji w Polsce. Trzeba też, odwołując się do cytowanych wyżej badań opinii publicznej stwierdzić, że walka o powrót aborcji na życzenie jest prowadzona wbrew udokumentowanym przez najważniejsze polskie ośrodki badawcze opiniom społecznym (szczegółowa argumentacja ekspertów PSOŻC w załączniku). Rzetelne szacunki co do skali podziemia aborcyjnego w Polsce, opracowane przez ekspertów PSOŻC, to 7-14 tys. aborcji rocznie. Nie wchodząc w szczegółową argumentację tego raportu (w załączeniu) przytoczyć należy tylko zarejestrowaną w 1997 r. liczbę aborcji w Polsce – w czasie rocznego okresu legalności aborcji na żądanie. Liczba ta, podkreślmy, w warunkach pełnej legalności bezpłatnej aborcji wyniosła 3047. Skala podziemia aborcyjnego, czyli liczba aborcji dokonywanych ze złamaniem prawa, odpłatnie, w warunkach gorszych niż szpitalne nie może być 50-krotnością powyższej liczby! – a taki rząd wartości był podawany przez organizatorów wysłuchania – ok. 150 tys. rocznie!
Załączniki:
2. Turystyka aborcyjna Polek do Wielkiej Brytanii – rzeczywista skala zjawiska
3a. Naukowcy, lekarze o początku życia człowieka
3b. Człowiek od poczęcia
3c. Z publikacji w czasach PRL-u
3d. Tylko dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, kiedy zaczyna się życie człowieka
Komplet załączników można pobrać z naszego serwera – http://www.pro-life.pl/uploaded_files/Zalaczniki.pdf
dr inż. Antoni Zięba
prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka
uczestnik wysłuchania obywatelskiego "Turystyka aborcyjna Polek" Sejm RP, 26 sierpnia br.
wtorek, 2 marca 2010
Protest
czwartek, 28 stycznia 2010
Próba sumienia
środa, 9 grudnia 2009
Komisja mydlenia oczu
Że na hazardzie zarabia bank wiedzą wszyscy. Zawsze tak było. Bank nie może przegrać. Zarabia balansując ryzyko i tak ustawia kursy, by nie przegrać. Poza tym, trzeba z czegoś żyć, więc nie przegrać to za mało – trzeba zarobić. Problem w tym, że choć wygrać chcą wszyscy, to przegrani zawsze mają pretensje i podejrzewają oszustwo.
Jest rzeczą dla mnie oczywistą, że kasyna są świetnym biznesem. Gdyby nie były, to by ich tyle nie powstawało. Wszyscy są z ich istnienia zadowoleni – gracze, bo mogą przeżyć dreszczyk emocji podczas obstawiania zakładów, i kasyno, bo na tym zarabia. Od czasu do czasu ktoś wygra, dzięki czemu popyt jest na grę utrzymany na odpowiednim poziomie, nie na tyle jednak wygrywa dużo, by kasyno wypadło z interesu. I koło się kręci.
Jak powiedziałem wszyscy z istnienia kasyn są zadowoleni. Nawet państwo, bo podatki płyną wartkim strumieniem. Problem w tym, że dla niektórych za mało wartkim, więc usiłują dojną krowę wydoić bardziej. Kasyna się bronią, lobbując za swoimi sprawami w mniej lub bardziej elegancki sposób. W Polsce w mało elegancki, bo lobbing jest niemal tożsamy z korupcją, a przynajmniej da się go tak odmalować.
Więc odmalowano, i oczywiście wybuchł skandal. Politycy (zwłaszcza opozycyjni, ale to nie dziwi, bo taka ich rola w tym spektaklu, rozdzierali szaty nad totalnym upadkiem moralności rządzących. Powołano komisję śledczą, nikt jednak nie miał i nie ma chyba wątpliwości, że nikomu nie zależało na wyświetleniu całej prawdy o hazardowym lobbingu w polskiej polityce. Opozycja chciała ograniczyć śledztwo do ostatnich dwóch lat (to tak, jakby opisywać przestępstwo na podstawie ostatnich 2 minut napadu na bank), a rządzący – rzekomo, by odsłonić wszystko – zapowiedzieli zamknięcie śledztwa za ostatnie lat piętnaście w cztery miesiące – pomysł równie absurdalny, co realizacja 6 letnich studiów medycznych w ciągu jednego semestru. Nie tarczy czasu na przejrzenie dokumentów, o przesłuchaniu świadków nie wspominając.
Działania Komisji dowiodły, że jej głównym celem istnienia jest pozorowanie pracy, nade wszystko przez stronę rządową. Wiarygodność jej jest żadna: zarówno zamieszanie wokół wyboru przewodniczącego (zresztą z partii rządzącej), jak i wykluczenie dwóch członków ugrupowania opozycyjnego zakwestionowały moralne prawo do jakiegokolwiek śledztwa. Nie można być sędzią we własnej sprawie. Zresztą, w sytuacji, gdy umoczeni są wszyscy, sejm powinien zrezygnować z prób wyjaśniania czegokolwiek i poczekać, aż prokuratura i Najwyższa Izba Kontroli same przeprowadzą śledztwo. Od tego są. A Parlament jest od uchwalania prawa, byle mądrego (co ostatnio nieczęsto ma miejsce, niestety).
A skoro już o uchwalaniu prawa mowa, to ruch Premiera delegalizujący tzw. „mały hazard” i reglamentujący w ogóle zakłady do kasyn może i nie jest zły, jednak sposób przeprowadzenia sprawy jest mocno nieszczęśliwy. Hazard nie jest najmądrzejszym sposobem wydawania pieniędzy. Łatwo się od niego uzależnić i doprowadzić siebie i rodzinę do bankructwa. Szkodliwość hazardu jest potwierdzona przez liczne badania naukowe. Ciekawe jednak, że ochronę przed zgubnymi skutkami hazardu zaczęto od błyskawicznego przeprowadzenia ustawy, bez żadnych działań edukacyjnych, informacyjnych czy propagandowych. Jakoś to dziwne wszystko. Tak jakby nowym prawem miano załatwić problem. Jedyna rzecz, że nie do końca jestem przekonany, czy chodzi o problem hazardu, czy coś innego: utrącenie pana Schetyny, albo zamydlenie komuś czymś oczu. Nie wiem co, ale jakoś to wszystko śmierdzi. Nie pierwszy raz, zresztą.
czwartek, 3 grudnia 2009
Owoce drzewa pokoju Baracka Obamy
Przez ostatnie kilka lat po świecie krążyły opowieści o Najmądrzejszym Prezydencie Najpotężniejszego Państwa na świecie, czyli o Georgu W. Bushu. Rzeczywiście, jego gafy budziły – z różnym natężeniem i częstotliwością – na zmianę wesołość i zażenowanie. Bush się nie obrażał, że ktoś z niego żartuje (żartownisiów chroniła zresztą amerykańska konstytucja i zagwarantowane w niej prawo do swobody wypowiedzi). Mówiono o nim, że jest zbyt gruboskórny, by do niego docierały prześmiewcze uwagi. Trochę żałuję, że inni politycy (zwłaszcza ci, którzy są znani z gaf, przerostu ambicji i kompleksów) nie są równie gruboskórni – życie byłoby zdecydowanie prostsze i spokojniejsze. Jaki Bush był, widzieli wszyscy. Osobiście ceniłem go za jednoznaczną postawę wobec poczętego życia, które usiłował chronić i promować. To, że nie udało się mu obalić wyroku Roe vs. Wade z 1973 roku wynikało (jak myślę) głównie ze struktur demokracji amerykańskiej i mechanizmów nią rządzących. Jak by nie było – może nie był najbłyskotliwszym i najinteligentniejszym mężem stanu, ale był w moim przekonaniu uczciwy, a nie o każdym polityku da się to powiedzieć. Może właśnie przez tę swoją wewnętrzną uczciwość dał się wkręcić w wojnę w Iraku waszyngtońskim jastrzębiom.
Jego następca zdobył prezydencki fotel głównie dzięki błyskotliwej retoryce, obietnicom z kapelusza o nowej jakości polityki zagranicznej i społecznej oraz szerokiemu poparciu biznesu i klasy średniej. Obiecywał pokój na świecie i dobrobyt dla wszystkich (znaczy się, dla wszystkich Amerykanów głównie). Na fali zachwytu nad rzucanymi w kampanii obietnicami został laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. Trudno powiedzieć za co, bo prezydentem był od roku, niczego nie zdziałał (choć wiele obiecywał), ani jako prezydent, ani jako senator (którym zresztą był niewiele dłużej).
Wyraziłem smutne zadowolenie wówczas, że Pokojowego Nobla nie otrzymał Jan Paweł II. Swoista „wpadka” z przyznaniem nagrody Matce Teresie z Kalkuty jest wyjątkiem w serii decyzji, w których wyróżnienie otrzymywały osoby o mocno kontrowersyjnym życiorysie. Pierwszym spektakularnym znakiem, że coś jest nie tak było przyznanie Nobla Jaserowi Arafatowi w 1994 roku. Razem z nim nagrodę otrzymali Premier Izraela Yitzhak Rabin i Minister Spraw Zagranicznych tego państwa Shimon Peres. Jako podstawę podano wysiłki dla pokoju na Środkowym Wschodzie. Problem w tym, że jeszcze rok wcześniej Arafat był nazywany terrorystą, zaś polityka Izraela względem Palestyny była daleka od jakichkolwiek działań o charakterze pokojowym. Innymi słowy, wspomniani panowie otrzymali nagrodę za to, że przestali się bić między sobą, przynajmniej na chwilę.
Pan Jezus mówił, by drzewo oceniać po owocach, a nie nasionach. Na razie nie widzę owoców pokoju Laureata Obamy. Przeciwnie, raz po raz słychać, jak pokojowe obietnice są odwoływane. Pierwotne terminy wycofania wojsk z Iraku dawno już minęły (miała to być wiosna 2009, jeśli ktoś zapomniał). Do Afganistanu wysłanych będzie kolejnych 30 000 żołnierzy, jeśli wierzyć informacjom prasowym. I choć zapowiedział Pan Prezydent, że za półtora roku Stany Zjednoczone wycofają się z tego kraju, od razu dodał, że może się zdarzyć, iż się nie wycofają. Uczy się Pan Obama na swoich błędach. Tak sobie myślę, że po zakończeniu prezydentury Obama powinien otrzymać propozycję zagrania siebie w jakimś filmie, rolę nagrodzoną Oskarem, zanim film wejdzie do dystrybucji. I jeszcze nagrodę Pulitzera za niewydane jeszcze wspomnienia. I złoty medal olimpijski za całokształt twórczości.
czwartek, 12 listopada 2009
5 minut Wałęsy
czwartek, 5 listopada 2009
Emerytura
czwartek, 15 października 2009
Cyrk
czwartek, 8 października 2009
Wojna na górze
Jak powiedziałem afera zasmuciła mnie, ale nie dlatego, że Platforma jest moją ulubioną partią, bo nie jest. Mój smutek wzbudziła nade wszystko reakcja tzw. „elit politycznych” (co – swoją drogą – oznacza redefinicję terminu „elita”). Spór kompetencyjny pomiędzy prezydentem a premierem, jak się zdawało załagodzony i wyciszony kilka miesięcy temu, przerodził się w otwartą wojnę.
Dziś nikt nie udaje, że troszczy się o dobro kraju. Dziś już chodzi tylko o pokonanie przeciwnika. Zarówno premier jak i prezydent usiłują wykazać niekompetencję i partyjne zaklinczowanie swojego przeciwnika. Problem w tym, że głównym przegranym w takim konflikcie może być tylko państwo i jego obywatele. Jeśli dwie najważniejsze osoby w państwie wzajemnie się zwalczają, stratni jesteśmy wszyscy. Jeśli polska racja stanu zostaje odsunięta na dalszy plan – a jest to jedyna racja dla której obaj panowie rzekomo starali się o swoje urzędy – należałoby zakwestionować ich moralne prawo do rządzenia.
Proszę mnie dobrze rozumieć. Nie kwestionuję prawa wybranego demokratycznie prezydenta do bycia prezydentem, ani premiera, którego wyłoniły wybory parlamentarne. Chcę powiedzieć, że toczona przez obu panów walka jest niegodziwa, bo niszczy dobro wspólne, któremu na imię Polska.
Swoją drogą, odnosząc się do zarzutów upartyjnienia władzy, o ile prezydentowi nie wolno być członkiem ani działaczem żadnej partii, o ile jego obowiązuje apolityczność w sprawowaniu urzędu, o tyle premier takiego obowiązku nie ma. Premier jest i może być członkiem ugrupowania partyjnego; siłą rzeczy może tak prowadzić politykę państwa, by zrealizować program wyborczy swojego ugrupowania. Urząd premiera z natury rzeczy jest upartyjniony, więc czynić z tego zarzut jest co najmniej nie na miejscu – zwłaszcza jeśli wcześniej robiło się to samemu.Nie podoba mi się to, co robią wybrani do rządzenia ludzie. Nie podoba mi się prowadzona przez nich polityka niszczenia oponentów politycznych. I jakkolwiek nie podoba mi się narastający wstręt ludzi do uczestnictwa w życiu politycznym (poprzez wybory), o tyle coraz mniej znajduję argumentów i siły, by ich (i siebie) do tego uczestnictwa nakłaniać. Bo jak tu się troszczyć o dobro wspólne na dole, gdy góra ma to dobro w najgłębszym poważaniu?
czwartek, 11 czerwca 2009
Ja mu wierzę
Marek Jurek pokazał, że jest tę cenę zapłacić gotów. A ponieważ jest jedynym znanym mi na polskiej scenie politycznej graczem (w tym kontekście, to chyba nie do końca to adekwatne słowo), więc ma mój szacunek. I moje poparcie. Może nie tak "agresywne", jak to pokazał Wojciech Cejrowski w tym swoim spocie, ale równie zdecydowane.
Mam tylko nadzieję, że współpracownicy Marka Jurka utrzymają ten sam standard. I dlatego zdecydowanie wolałbym móc głosować w wyborach o ordynacji większościowej. Wtedy miałbym pewność, że popieram tego, kogo popieram, a nie dobrze ustawionych kolegów i towarzyszy.
Wrzuciłem tu tych kilka odcinków Wojtka Cejrowskiego, bo mi jest jakoś bliski. Nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale stawia sprawy jasno. Pewnie jaśniej, niż bym umiał to powiedzieć, bo niewątpliwie gadane ma. A że denerwuje i irytuje, cóż... Może dlatego, że o coś mu chodzi?
Jak napisałem na początku, nie zamierzam nikogo agitować za Prawicą RP, ani przekonywać do Marka Jurka. Niemniej, we mnie wzbudził on zaufanie i moje poparcie ma. On, niekoniecznie jego partia i partyjni koledzy. I chciałbym, by takich jak on było w polityce więcej: takich, którzy wolą być uznani za głupców dla Chrystusa, którzy gotowi są bronić życia; takich, którzy są gotowi dla Prawdy stracić twarz, opinię i stanowisko.
czwartek, 4 czerwca 2009
Wybory
Po pierwsze, pokazuje, jak bardzo świat polityki rozmija się z życiem codziennym obywateli. Dwadzieścia lat, jakie dziś mijają od pierwszych – co prawda częściowo tylko – ale jednak wolnych wyborów do naszego parlamentu, nie przekonały ludzi do zaangażowania się w życie polityczne. Nie widać, by udział w głosowaniu lub jego brak cokolwiek zmieniały. Mój głos nie wydaje się wpływać na moje życie. Politycy żyją własnymi sprawami, walką o władzę, walką o pozycję, o słowa, o czas antenowy. Ich dyskusje rzadko dotyczą spraw, które są ważne dla mnie i moich bliskich. Co prawda, w przemówieniach nie brakuje zwrotów, że Polacy chcą tego, czy tamtego, ale moje życie nijak się ma do tych pokrzykiwań.
Po drugie, niewielkie zaangażowanie w życie polityczne zdaje się wynikać ze zniechęcenia poziomem dyskusji politycznych i ciągłych personalnych potyczek pomiędzy poszczególnymi aktorami. Niemerytoryczność sporów i oczywista płytkość motywacji urażonych polityków, ciągłe wzajemne obrzucanie się inwektywami – w połączeniu z kolejnymi zaniedbaniami w konkretnych decyzjach – wszystko to skłania do zignorowania pieniaczy i zajęcia się swoimi sprawami. Bo drogi nie są budowane, a jeśli już są, to są budowane zbyt wolno. Reformy systemu opieki zdrowotnej, szkolnictwa, systemu podatkowego nadal pozostają w sferze deklaracji a nie faktów.
Po trzecie, polski system parlamentarny (w tym także ordynacja do europarlamentu) zasadniczo nie przewiduje odpowiedzialności polityków przed społeczeństwem, a jedynie przed własnymi partiami. Jedynym wyjątkiem jest senat, którego istnienie w kolejnych kadencjach wciąż nie jest pewne, bo raz po raz pojawiają się pomysły jego likwidacji. Ordynacja proporcjonalna oznacza, że głosuje się na partie, a dopiero w ramach tych partii, na danego polityka. Siłą rzeczy, wybrany polityk czuje się najpierw lojalnym wobec partii i – bardzo ogólnie – narodu, nie zaś wobec ludzi, którzy na niego głosowali. Prymat partii nad elektoratem prowadzi do absurdalnej instytucji dyscypliny partyjnej, w której partyjne władze decydują za przedstawicieli narodu, jak ci mają głosować. Co więcej, partyjna logika systemu parlamentarnego sprawia, że polityk, który sprzeniewierzył się swemu elektoratowi, może zostać wprowadzony do parlamentu dzięki wysokiemu poparciu swoich kolegów i odpowiednio wysokiemu miejscu na liście wyborczej.
Nie podoba mi się ten model. Nie podoba mi się kupowanie kota w worku. Rozumiem doskonale wszystkich, którzy mają dość chowania się polityków za partyjnymi parawanami. Rozumiem tych, którzy nie chcą głosować. Ale rozumiejąc ich motywacje muszę powiedzieć, że uznając ich brak zgody na kształt politycznej sceny i rządzącego nią scenariusza, nie zgadzam się z decyzją o nieuczestniczeniu w wyborach.
Jeśli nie wiesz, kogo poprzeć... Jeśli wiesz, że nie możesz poprzeć nikogo... Jeśli chcesz wyrazić swój sprzeciw wobec tego, co się w polskiej polityce dzieje... Nie ignoruj tych wyborów, ale weź w nich udział. Pójdź i wrzuć głos, na którym skreślisz wszystkich kandydatów. Nie wierz tym, którzy twierdzą, że to będzie głos zmarnowany. Będąc nieważnym, pozostaje istotnym znakiem, że losy Ojczyzny są dla ciebie ważne, ale jednocześnie będzie to znak sprzeciwu wobec wszystkich, którzy o tych losach decydują.
Jeszcze niedawno sam byłem zdecydowany właśnie tak uczynić. Zmieniłem zdanie, bo znalazłem człowieka i ugrupowanie, które rodzi moją nieśmiałą nadzieję na zmianę. Oczywiście, nie powiem, kogo mam na myśli i kogo poprę w tych wyborach, ale proszę wszystkich – nawet jeśli nie macie kogo poprzeć, idźcie w niedzielę zagłosować. Weźcie w swoje ręce tę odrobinę odpowiedzialności za Polskę, jaka jest nam zadana.
czwartek, 28 maja 2009
Nazwać dziecko po imieniu
Paradoksalnie, ta właśnie sytuacja – spodziewanego powszechnego sprzeciwu wobec projektu całkowitego zakazu in vitro, klonowania i eksperymentów na dzieciach w ich najwcześniejszej fazie życia – otóż właśnie ta sytuacja odsłoni prawdziwe oblicze zarówno naszej polskiej sceny politycznej, ale też naszej wiary jako narodu. Pokaże się, ile w naszym społeczeństwie warte jest ludzkie życie, ile warta jest ludzka godność, a ile własne pragnienia, chęci i aspiracje. Jednocześnie będzie to szansa na przypomnienie każdemu i wszystkim, że człowiek zaczyna się wtedy, gdy zaczyna się jego życie. Że nie ma – jak to postulują niektórzy myśliciele – jakiegoś „okresu przejściowego” pomiędzy zapłodnieniem a poczęciem, pomiędzy poczęciem a narodzinami. Nie ma potencjalnego człowieka. Albo jest człowiek, albo nie. Jak to ujął przed wiekami Tertulian: „Nie może być człowiekiem ten, kto nie jest nim od początku”.
Człowiek na początku zbudowany jest z jednej komórki, ale potem rośnie, a potem umiera. W międzyczasie się rodzi, dojrzewa... Cały czas ten sam człowiek. Dlatego, gdy mówimy o jego początkowym okresie życia, trzeba o tym człowieczeństwie pamiętać i mówić. A więc: zamiast mówić „zarodek”, „embrion”, „płód” – mówmy „dziecko”! Mówmy „człowiek”! Jeśli trzeba, dodajmy, że to dziecko w embrionalnej czy płodowej fazie swego życia. Ale zawsze „dziecko”! Zawsze „człowiek”!
Zbyt łatwo dziś jest schować prawdę o tych najmniejszych za techniczną nomenklaturą medyczną, całkowicie zdepersonalizowaną i odczłowieczoną. Agresywne wypowiedzi zwolenników aborcji, antykoncepcji, in vitro, klonowania i eutanazji usiłują krzykiem zagłuszyć prawdę o ludzkiej i osobowej naturze ludzi dopiero co powołanych do istnienia. Wobec tego krzyku nie wolno nam się ani cofnąć ani ugiąć. Jak napisał św. Ignacy Antiocheński w liście do św. Polikarpa : „Bądź odporny jak uderzone kowadło”. Pius XII skomentował to jednym zdaniem zachęty: „Podjęte przez Was ogromne trudy przyniosą wielkie owoce”.
Przygotowany przez posła Jarosława Gowina projekt ustawy bioetycznej upadł, bo był kompromisowy. Projekt posła Bolesława Piechy niestety zapewne również upadnie z powodu swej bezkompromisowości. I ofiarami obu tych upadków będą dzieci – najsłabsi z najsłabszych. Po raz kolejny prawda zostanie złożona na ołtarzu postępu. Wygrają silni, urodzeni, mający dostęp do pieniędzy, środków przekazu i – konsekwentnie – do władzy.
Obym był złym prorokiem, ale jakoś – poza podaniem się do dymisji przez marszałka Marka Jurka – nie pamiętam, by prawda była w naszym parlamencie naprawdę ceniona. I powiedzmy sobie uczciwie, że bez nawrócenia – tak polityków, jak i nas wszystkich – sytuacja się nie zmieni. Uwalimy każdy projekt, który będzie od nas wymagał radykalnego opowiedzenia się po stronie prawdy i dobra.
środa, 27 maja 2009
Projekt, co go pewnie uwalą
A swoją drogą, pewnie ten projekt uwalą w pierwszym czytaniu...
Projekt dokonuje kilku poprawek w istniejącym już prawie odnoszącym się do kwestii bioetycznych. Ze szczególnym zadowoleniem przywitałem projekt zmiany przepisów odnośnie do sprzeciwu sumienia, który to sprzeciw wreszcie uzyskuje realny i moralnie akceptowalny charakter. Szkoda tylko, że uczniowie i studenci szkół medycznych nadal nie są tą ochroną objęci i muszą uczestniczyć we wszystkich przewidzianych programem nauczania procedurach, nawet jeśli sprzeciwia się to ich przekonaniom i decyzjom sumienia. Należy zatem stosowny zapis o uszanowaniu decyzji sumienia uczniów i studentów szkół medycznych i farmaceutycznych dodać podczas dalszych prac ustawodawczych nad projektem.
czwartek, 21 maja 2009
Ślepa sprawiedliwość
czwartek, 16 kwietnia 2009
Żałoba narodowa
Zamiast tego jesteśmy świadkami jakiegoś przedziwnego spektaklu. Dziennikarze prześcigają się w zadawaniu mniej lub bardziej idiotycznych pytań, w stylu – „jak się Pan czuje?”, „co się stało?”, „czy musiało do tego dojść?”... Politycy zwęszywszy szansę na poprawienie swojego wizerunku ruszyli do akcji i prześcigają się w znakach solidarności. Prezydent ogłosił 3-dniową żałobę narodową, a premier zadeklarował pomoc w budowie nowego budynku socjalnego. Nie mam żadnych złudzeń, że o nic więcej niż PR nie chodziło. Pretensje Prezydenta do Premiera, że go nie zawiadomił o pożarze są żenujące; zresztą odpowiedź rzecznika, że mógł sobie wszystko zobaczyć w telewizji – jakkolwiek niezbyt grzeczna – trafia w sedno zagadnienia. W gruncie rzeczy jestem tym zniesmaczony.
3-dniowa żałoba narodowa po pożarze, w którym zginęło 21 osób jest w moim przekonaniu nieporozumieniem. W ciągu weekendu świątecznego na polskich drogach zginęło 35 osób – o nich się nie pamięta. Czyżby do ogłoszenia żałoby narodowej potrzeba było śmierci jakiejś minimalnej liczby osób w jednym wypadku? Przy całym szacunku i współczuciu dla ofiar tej tragedii, nie widzę związku pomiędzy pożarem w Kamieniu Pomorskim a sytuacją całego narodu – a taki związek jest z mojego punktu widzenia konieczny, by mówić o podstawach dla ogłaszania żałoby narodowej. Być może prezydent chciał wskazać na ogólnonarodowy problem, ale jeśli tak było, to tego ostatecznie nie uczynił.
Dla mnie wymowa prezydenckiej decyzji jest nijaka. Jawi mi się jako pusty PR-owski gest, który jego samego niewiele kosztuje, przyzwoicie wygląda w mediach, budując wrażenie zatroskanego o dobro zwykłych ludzi prezydenta. Rzecz w tym, że rzeczywiste skutki są chyba jednak inne, i wcale nie takie dobre.
Po pierwsze, ludzie nie przejmują się ogłoszoną żałobą, ponieważ nie czują , by sprawa ich w jakikolwiek sposób dotyczyła. Po drugie, ludzie mogą nie przejąć się ogłoszoną żałobą narodową, gdy zostanie ogłoszona z powodów rzeczywiście odnoszących się do życia nas wszystkich. Innymi słowy – pomysł Pana Prezydenta okazał się może i dobry, ale z gruntu nieszczęśliwy, prowadząc do znaczącego obniżenia znaczenia instytucji żałoby narodowej.
Pojawiły się też we mnie dwa dodatkowe pytania: co naprawdę oznacza dla naszych rządzących termin „żałoba narodowa”? (i z innej beczki) – jak zapobiec w przyszłości, by dramatyczne wydarzenia nie były instrumentalnie wykorzystywane do kreowania własnego wizerunku.
Czego zatem bym oczekiwał od władz? Oczywiste jest, że pogorzelcom trzeba pomóc, ale po to jest samorząd lokalny, po to struktury wojewódzkie jako przedstawicielstwa władz państwowych, by problemy lokalne, możliwie efektywnie rozwiązywać na szczeblu lokalnym. Jeśli wojewoda uznałby, że zasadne jest ogłoszenie żałoby na terenie województwa – mógłby to zrobić. Nagłośnienie w mediach może się bez narodowej żałoby obyć. A pomoc udzielona szybko, sprawnie, i dyskretnie, na pewno lepiej przysłużyłaby się pogorzelcom, niż całe to polityczne i PR-owskie żenujące zadęcie.
piątek, 10 kwietnia 2009
Tolkien, aborcja i ONZ
Sojusz Hobbitów przynosi triumf nadziei
Elizabeth Lev. (ZENIT ZE090409 – tłumaczenie własne)
Rzym, 9 kwietnia 2009 (Zenit.org)
Oto opowieść godna pióra J.R.R. Tolkiena. Wydarzenia w Komisji Zaludnienia i Rozwoju ONZ, jakie miały miejsce w zeszłym tygodniu, są jakby żywcem zaczerpnięte z jego wielkiej trylogii „Władca pierścieni”.
W zeszłym tygodniu, reprezentanci 47 krajów zebrali się w Nowym Jorku na corocznym spotkaniu Komisji ds. Zaludnienia i Rozwoju, będącej częścią Rady ds. Ekonomii i Spraw Społecznych ONZ. Przewidując, że liczba ludności w 2050 roku może osiągnąć 9 miliardów, Komisja przeanalizowała "Program Działania" wydany przez Międzynarodową Konferencję nt. Zaludnienia i Rozwoju, zaaprobowany przez ONZ w 1994 roku.
Za optymistyczną fasadą zatroskania o poziom życia rozwiniętych społeczeństw, kryła się jednak znacznie ciemniejsza, złowieszcza agenda. Do pełnych nadziei stwierdzeń wcześniejszych dokumentów ONZ zaczął się wkradać nowy język.
Najważniejszym elementem tego programu było „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa” – terminologia, pod którą wiele organizacji pozarządowych i komitetów ONZ promuje aborcję; jednocześnie byłoby to wprowadzenie do dokumentów języka, który by mógł otworzyć drzwi dla ciągu żądań aktywistów homoseksualnych.
Jak ów Jeden Pierścień wykuty przez Saurona w czeluściach Góry Przeznaczenia, zaproponowany termin odsłaniał plan zasadniczy: „Jeden Pierścień by wszystkimi rządzić” i by wszystkich wciągnąć w ciemność. Przy zamianie słowa „pierścień” na „organizacja”, widmo Władcy Ciemności mogłoby zostać zastąpione przez „Planned Parenthood”, jedną z najbardziej aktywnych organizacji pozarządowych na posiedzeniu.
Zadziwiająco niewielu dostrzegło nadciągający koszmar. Abp Celestino Migliore, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy ONZ, zauważył, że „w sposób nieunikniony narzuca się wrażenie, iż [rosnące - pk] zaludnienie postrzegane jest jako przeszkoda do dalszego rozwoju społecznego i ekonomicznego”. Duchowny ostrzegł także, że Komisja „przedkłada kontrolę populacji i przymus wobec ubogich, by zaakceptowali ów punkt widzenia, nad działania zmierzające do rozwiązania problemów z edukacją, podstawową opieką medyczną, dostępem do wody, higieny i zatrudnienia”.
Armie ciemności były jednak mocne i wydawały się niezwyciężone. Chiny, Wielka Brytania, Brazylia, Federacja Rosyjska, Hiszpania i Niemcy – po nich można się było spodziewać promocji tego języka. Stany Zjednoczone, będące pod nową administracją w niewoli kultury śmierci, gotowe były użyć całej swej potęgi, by zapewnić panowanie „Planned Parenthood”. Wszystko wydawało się stracone.
Oto międzynarodowi giganci, liderzy ekonomii, rozwoju i technologii, byli pewni, że żadna przeszkoda nie stanie im na drodze.
Plan ujawniła w swoim przemówieniu Thoraya Ahmed Obaida, wiceszefowa Funduszu Ludnościowego ONZ. Przywoławszy światowy kryzys finansowy, zwróciła uwagę na wynikającą z niego trudność w utrzymaniu programów poprawy zdrowia i edukacji ubogich świata. „Kryzys finansowy grozi całkowitym fiaskiem tego z trudem wywalczonego postępu”.
Rozwiązanie miało zapewnić, „skierowanie większej uwagi na kwestie populacyjne, oraz przeznaczenie większych środków na wzmocnienie roli kobiet, na zdrowie reprodukcyjne, włączając w to opiekę zdrowotną nad matkami i planowanie rodziny”.
Przekładając to na język powszechnie zrozumiały, propozycja polegała na wpojeniu kobietom, że posiadanie dzieci jest niebezpieczne i zniewalające; w takim razie aborcja jest zdrowa i ma wyzwalający charakter. Nawet Zły Władca Mordoru nigdy nie próbował ukazywać swojego programu śmierci i zniewolenia ludzkiej rasy jako czegoś „pozytywnego” i „wyzwalającego”.
Obaid przypomniała komisji, że konferencja w Kairze uzgodniła, iż „każda osoba ma prawo do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”, i zachęciła Komisję „by dotrzymać obietnicy zapewnienia dostępu do zdrowia reprodukcyjnego do roku 2015”.
Wielkie narody przytakiwały i klaskały, jak Upiory Pierścienia, których wola od dawna była związana przez podstępnego władcę. Kultura życia przygotowywała się do przyjęcia jeszcze jednej porażki, kolejnej z wielu już poniesionych.
I wtedy nadeszła nieoczekiwana pomoc. Głos zabrał Iran i zaprotestował, stwierdzając iż zwrot „prawo do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego” nie może zostać zastąpione frazą „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa”.
Delegacja irańska podkreśliła, że ta fraza nigdy nie była włączona w żaden wynegocjowany w ramach ONZ dokument, i wezwała Komisję do powrotu do wcześniej uzgodnionego i starannie wynegocjowanego języka z oryginalnego „Programu Działania” z 1994 roku, który jest rozumiany jako nie dający podstaw do kreowania prawa do aborcji.
Natychmiast cztery kraje katolickie – Irlandia, Peru, Chile i Polska – poparły głos Iranu w kwestii użytych sformułowań. Był to raczej niezwykły sojusz, przypominający karłów i elfów przechodzących ponad podziałami, by walczyć przeciw wspólnemu wrogowi.
Chociaż wspólnota chrześcijańska i Iran różnią się w wielu kwestiach, otuchy dodawał widok poróżnionych narodów zgodnie współpracujących i rozmawiających ze sobą w obronie kultury życia.
I podobnie jak miało to miejsce we wspaniałej historii Tolkiena mówiącej o dziewięcioosobowej drużynie, to ci najmniejsi przynieśli ratunek. Jak owych czterech niepoddających się słabości hobbitów powieści Tolkiena, Stolica Apostolska (maleńkie, 104 akry liczące państewko – czyli ok. 7 ha – pk), Comoros (maleńka wyspa na północ od Madagaskaru), Santa Lucia i Malta dołączyły do drużyny, by przełamać dławiący oddech ucisk sił zła.
Te podobne do hobbitów państwa, których łączny produkt narodowy prawdopodobnie nie dorównuje budżetowi operacyjnemu „Planned Parenthood”, wypowiadały się głośno i z przekonaniem. Malta potępiała nieustanne próby ze strony Komisji, by rozszerzyć znaczenie zwrotu „zdrowie reprodukcyjne”, tak, aby zawierał on aborcję.
Delegatka z Santa Lucia, odnosząc się do istoty proponowanej terminologii podkreśliła, że w rozumieniu jej delegacji użyte zwroty nie mogą zagrażać prawu pracowników służby zdrowia do odmowy przeprowadzenia lub współudziału w aborcji ze względu na sprzeciw sumienia.
Jak to Galadriela powiedziała do Froda: „nawet najmniejszy może zmienić przyszłość”.
I tak, na samym końcu, tuż przed zamknięciem obrad, pierścień władzy został wrzucony z powrotem w ogień Góry Przeznaczenia, skąd przybył. Zwrot „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa” został usunięty z tekstu.
W dniach powszechnego znieprawienia sumienia, ogromnych funduszy rządowych wspierających aborcję i inne znaki ciemności, maleńka grupa przyjaciół pokazała na posiedzeniu ONZ to samo, co bohaterowie Tolkiena wyszeptali w godzinie ciemności, a co Benedykt XVI głosi od jednego narodu do drugiego: „Wciąż jest nadzieja”.
czwartek, 2 kwietnia 2009
Upiory przeszłości
Do tej pory Stany Zjednoczone funkcjonowały w oparciu o upodmiotowienie obywateli, zarówno na płaszczyźnie politycznej, jak i gospodarczej. Od czasu zamachów na World Trade Center zaczęto ograniczać swobody obywatelskie, oczywiście w imię poprawy bezpieczeństwa obywateli. Teraz, wobec kryzysu gospodarczego, podobny zabieg dokonywany jest w sferze ekonomicznej. Myślę, że to niezbyt szczęśliwy pomysł.
Doświadczenie pokazuje, że tzw. amerykański eksperyment najlepiej funkcjonuje, gdy się w nim nie kombinuje, pozostawiając inicjatywę obywatelom. Dotyczy to obu sfer. Przesunięcie troski o bezpieczeństwo (zarówno polityczne, jak i gospodarcze) na wyspecjalizowane służby sprawia, że obywatele przestają sami się tym zajmować, stopniowo tracąc wrażliwość i zdolność do podjęcia odpowiedzialności. Jeśli każdy problem wygenerowany wówczas przez takiego – coraz bardziej zblazowanego obywatela – jest rozwiązywany przez państwo, obywatel nabiera złudnego przekonania, że tak właśnie być powinno: że państwo powinno naprawiać wszystkie pojawiające się usterki. Jednocześnie, ponieważ nie zauważa, że większość owych usterek sam wywołał, a od konsekwencji ich jest chroniony, nie podejmuje żadnej troski, by uniknąć ich w przyszłości. Innymi słowy, narastająca ingerencja państwa w życie społeczne ma w istocie charakter demoralizujący.
Dodatkowym problemem jest obrana przez Baracka Obamę droga wyjścia z kryzysu ekonomicznego. Nie jestem ekonomistą, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że brak w niej logiki. Jeśli kryzys wywołało życie na kredyt, nieodpowiedzialne zachowania obywateli, menagerów i finansistów, kupujących metodą „zapłać za rok albo i dwa”, to jaki jest sens pompować w bankrutujące przedsiębiorstwa kolejne transze gotówki pochodzącej z kredytu społecznego, który trzeba również będzie spłacić w przyszłości. Działanie takie grozi eskalacją kryzysu zarówno jeśli chodzi o skalę, jak i czas jego trwania.
Siłą rzeczy, w miarę pojawiania się kolejnych elementów kryzysu – wobec przyjętej logiki działania – trzeba się spodziewać dalszych interwencji administracji centralnej w życie obywateli. Skutkiem może być gospodarka sterowana centralnie, o mocno socjalistycznym nastawieniu. W połączeniu z postępującym zanikiem szacunku dla osoby ludzkiej, widocznym chociażby w decyzjach dotyczących szacunku dla nienarodzonych dzieci, obawiam się powstania państwa totalitarnego. Smutna to perspektywa, nade wszystko dla państwa, które przez ponad 200 lat było symbolem wolności i rozwoju. Mam tylko nadzieję, że do tego czarnego zakończenia nie dojdzie.
czwartek, 19 marca 2009
Nie mów do mnie Misiak
Wydaje mi się, że to klasyczny przypadek, w którym wylano dziecko z kąpielą, dziecko, które od kąpieli jest znacznie ważniejsze. Wstyd Panowie Magnaci!
Na marginesie wraca model reakcji z czasów Ministra Z. Ziobry, wedle którego każdy, kto się wzbogaci, jest złodziejem, malwersantem lub kombinatorem. I należy go za wszelką cenę pochwycić, oskarżyć, skazać i unicestwić (społecznie). Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że bogaty może być bogaty dzięki własnej ciężkiej pracy (choć ciężkość niekoniecznie musi polegać na noszeniu worków, a "tylko" na myśleniu i dobrym zarządzaniu). I że dzięki tym, którzy umieją zarządzać i wymyślać, pozostali mają pracę i środki do życia, których w innej sytuacji by nie mieli. Oj, ta nasza polska bezinteresowna zawiść... Czy nigdy się z niej nie wyzwolimy?
środa, 18 marca 2009
A upadek jego był wielki
W gruncie rzeczy – wcale się temu upadkowi nie dziwię. Projekt posła Gowina był fatalny, choć zapewne był najlepszym z możliwych, z etycznego punktu widzenia. Próba kompromisu jednak okazała się nieskuteczna, bo tam, gdzie jest konflikt wartości, o kompromis jest wyjątkowo trudno.
Platforma jest ugrupowaniem, w którym ludzi połączyły nie tyle wartości, co wspólne interesy i wspólna wizja demokratycznej Polski, o liberalnym systemie gospodarczym. Wartości moralne, nade wszystko stosunek do bezbronnego życia – zarówno nienarodzonego, jak i zmierzającego ku swemu schyłkowi – pozostawały na drugim planie. Jedność trwał, jak długo nikt tych wartości nie ruszał. Gowin poruszył – i domek z kart się rozsypał.
Właśnie dlatego, gdy poszło o projekt, w którym owe fundamentalne wartości moralne stały się sprawą najważniejszą, uczestnicy dyskusji wzruszając ramionami rozeszli się każdy w swoją stronę. Jedni nie chcieli się narażać na miano oszołomów i ciemnogrodzian. Inni nie chcieli narażać się Kościołowi hierarchicznemu – głos biskupów przecież zawsze się może jeszcze przydać. I tak, zamiast kodyfikacji prawa bioetycznego, będzie tak, jak jest. W najlepszym wypadku czeka nas nowelizacja ustawy transplantacyjnej, a potem ewentualnie ustawy o zawodzie lekarza i kilka rozporządzeń, którymi po cichu będzie można powyciągać gorące ziemniaki procedur in vitro z ognia społecznych dyskusji – powyciągać cudzymi, ministerialnymi, lub jeszcze lepiej – unijnymi – rękami.
Cała ta historia pokazała, że ludzi o jednoznacznych, wyrazistych poglądach moralnych w polskim parlamencie jest niewielu. Paradoksalnie, najwięcej ich po lewej stronie. Co prawda poglądy socjaldemokratów w kwestii stosunku do nienarodzonego życia są dla mnie niemożliwe do zaakceptowania, ale przynajmniej są jednoznaczne i wyraziste. Jak czytamy w Apokalipsie św. Jana – „Obyś był zimny, albo gorący, nie zaś letni, bo chcę cię wypluć z moich ust” (Ap 3:15). Lewica w tej kwestii jest zimna. Ale to i tak lepsze, niż prowokujące nudności nieokreślenie rzekomych konserwatystów, tak często powołujących się na nauczanie Kościoła, wyznawany katolicyzm i nastawienie pro-life.