środa, 18 marca 2009

A upadek jego był wielki

No i projekt przepadł. Po kilku miesiącach dyskusji, sporów, a nawet obrzucania się inwektywami, projekt ustawy bioetycznej przygotowany przez zespół posła Gowina upadł. Oddany do konsultacji wewnątrzpartyjnych utonął wśród fal sprzecznych opinii, interesów, poglądów i wyznawanych wartości. Platforma platformą – okazało się, że nie ma możliwości, by wszyscy stojący na jednym peronie wsiedli do jednego pociągu. Dla liberałów projekt był zbyt konserwatywny, dla konserwatystów – zbyt liberalny. Poszło oczywiście o in vitro, choć przecież projekt nie tylko o tym traktował.
W gruncie rzeczy – wcale się temu upadkowi nie dziwię. Projekt posła Gowina był fatalny, choć zapewne był najlepszym z możliwych, z etycznego punktu widzenia. Próba kompromisu jednak okazała się nieskuteczna, bo tam, gdzie jest konflikt wartości, o kompromis jest wyjątkowo trudno.
Platforma jest ugrupowaniem, w którym ludzi połączyły nie tyle wartości, co wspólne interesy i wspólna wizja demokratycznej Polski, o liberalnym systemie gospodarczym. Wartości moralne, nade wszystko stosunek do bezbronnego życia – zarówno nienarodzonego, jak i zmierzającego ku swemu schyłkowi – pozostawały na drugim planie. Jedność trwał, jak długo nikt tych wartości nie ruszał. Gowin poruszył – i domek z kart się rozsypał.
Właśnie dlatego, gdy poszło o projekt, w którym owe fundamentalne wartości moralne stały się sprawą najważniejszą, uczestnicy dyskusji wzruszając ramionami rozeszli się każdy w swoją stronę. Jedni nie chcieli się narażać na miano oszołomów i ciemnogrodzian. Inni nie chcieli narażać się Kościołowi hierarchicznemu – głos biskupów przecież zawsze się może jeszcze przydać. I tak, zamiast kodyfikacji prawa bioetycznego, będzie tak, jak jest. W najlepszym wypadku czeka nas nowelizacja ustawy transplantacyjnej, a potem ewentualnie ustawy o zawodzie lekarza i kilka rozporządzeń, którymi po cichu będzie można powyciągać gorące ziemniaki procedur in vitro z ognia społecznych dyskusji – powyciągać cudzymi, ministerialnymi, lub jeszcze lepiej – unijnymi – rękami.
Cała ta historia pokazała, że ludzi o jednoznacznych, wyrazistych poglądach moralnych w polskim parlamencie jest niewielu. Paradoksalnie, najwięcej ich po lewej stronie. Co prawda poglądy socjaldemokratów w kwestii stosunku do nienarodzonego życia są dla mnie niemożliwe do zaakceptowania, ale przynajmniej są jednoznaczne i wyraziste. Jak czytamy w Apokalipsie św. Jana – „Obyś był zimny, albo gorący, nie zaś letni, bo chcę cię wypluć z moich ust” (Ap 3:15). Lewica w tej kwestii jest zimna. Ale to i tak lepsze, niż prowokujące nudności nieokreślenie rzekomych konserwatystów, tak często powołujących się na nauczanie Kościoła, wyznawany katolicyzm i nastawienie pro-life.

7 komentarzy:

Jarosław A. Sobkowiak pisze...

Właściwie dla myślących ten tekst można by pozostawić bez komentarza - sprawa jest jasna, przynajmniej tu Autor nie jest letni. Zastanawia mnie jednak inna rzecz. Ostatnio jedna ze studentek powiedziała mi, że moja wizja świata jest bardzo pesymistyczna. Długo się na tym zastanawiałem. Bardzo chciałbym częściej się mylić, nie trafiać z opiniami, ale niestety... sprawdzają się. Czy to dobrze, że nasza rzeczywistość jest tak do bólu przewidywalna. Jakże czasem i komentator chciałby być letni, a nie może.

Kienio pisze...

"Przynajmniej tu Autor nie jest letni"... - Hmmm. Najwyraźniej gdzie indziej letni jestem, zatem trzeba się nawracać.
Nie zgodzę się jednak, że chrześcijańska wizja świata jest pesymistyczna. W moim przekonaniu jest wręcz odwrotnie. Człowiek, który odkrył i przyjął prawdę o sobie, o świecie i nade wszystko o Bogu, jest wewnętrznie wolny. Tylko ci, którzy Boże prawo postrzegają heteronomicznie, jako zewnętrzne więzy i ograniczenia, czują się tym prawem zniewoleni. Chrześcijanin nie ujmuje przykazań w kategoriach "tego mi nie wolno, tamtego mi nie wolno...", ale raczej "nie muszę tego i tamtego i nie chcę, bo to nie jestem ja, to nie jest moja droga, bym zaprzeczył samemu sobie..." Ale to rozważanie na zupełnie inną, może niezbyt odległą okazję. I na pewno na niejedną rozmowę...

AS pisze...

Gorzej, jeżeli "pesymistyczna wizja świata" przekłada się na rzeczywistość kształtowaną przez samego komentatora. Wtedy "przewidywalność" ma charakter samosprawdzającej się przepowiedni - I tak wracamy do Demokryta z Abdery.

Jarosław A. Sobkowiak pisze...

Wydaje mi się, że do tego, co napisał Kienio dobrą ilustracją jest dzisiejszy patron, św. Józef. Kiedy ma się do wyboru mniej i więcej, wtedy wybierając więcej, trzeba zgodzić się na rezygnację z mniej. Mniej nie zawsze musi zawierać się w więcej.
A co do Demokryta: czasem próba usprawiedliwiania się (kolejna) potwierdza tylko, że niestety znowu miało się rację.

AS pisze...

Czy jest sens dyskutować z człowiekiem, który uważa, że ma zawsze rację? Na szczęście życie wcześniej czy później weryfikuje ludzkie (o)sądy.

Kienio pisze...

Właśnie tak! Tylko z człowiekiem, który jest przekonany do swoich racji jest sens dyskutować! Oczywiście też, życie owe przekonania zweryfikuje i dobrze by było, by człowiek ów ewentualnych modyfikacji dokonał, jeśli będą one potrzebne.
Ale dyskutować z kimś, kto swoich poglądów nie jest pewien jest niezwykle trudno. Mętna woda nie służy poszukiwaniu skarbu...

AS pisze...

Nie chodziło o "mętną wodę" przekonań, ale o człowieka, który nie dopuszcza, że w ocenie konkretnej rzeczywistości może się mylić i wszystkie fakty interpretuje tak, żeby potwierdzić wcześniej przyjętą tezę na temat kogoś lub czegoś ("Jaś jest głupi", więc nawet jeśli powie coś mądrego, to znaczy że z całą pewnością nie wie, co mówi, bo przecież "Jaś jest głupi"). [Komentarz był odpowiedzią na ostatnie zdanie mojego poprzedniego przedmówcy (tj. JAS)]

Też jestem zwolenniczką ludzi, którzy wiedzą i potrafią nazwać to, w co wierzą, co cenią i dlaczego, ale łączą to z pokorą, która nie zamyka ich na prawdę.