Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2009

Upiory przeszłości

Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych zdają się potwierdzać obawy, iż administracja Baracka Obamy będzie dążyła do przejęcia przez państwo kontroli nad kolejnymi obszarami gospodarki – zarówno nad sektorem finansowym, jak i nad zakładami produkcyjnymi. No, może niekoniecznie nad całym sektorem, ale nad niektórymi instytucjami czy przedsiębiorstwami o kluczowym znaczeniu. W tym kierunku zdają się zmierzać chociażby układy z grupą CitiBank oraz koncernem General Motors. W połączeniu z metodą przeciwdziałania kryzysowi poprzez pompowanie kolejnych transz gotówki w upadające zakłady, całość niebezpiecznie zaczyna mi przypominać model socjalistycznego rozdawnictwa. Nadopiekuńczość państwa może mieć katastrofalne konsekwencje.
Do tej pory Stany Zjednoczone funkcjonowały w oparciu o upodmiotowienie obywateli, zarówno na płaszczyźnie politycznej, jak i gospodarczej. Od czasu zamachów na World Trade Center zaczęto ograniczać swobody obywatelskie, oczywiście w imię poprawy bezpieczeństwa obywateli. Teraz, wobec kryzysu gospodarczego, podobny zabieg dokonywany jest w sferze ekonomicznej. Myślę, że to niezbyt szczęśliwy pomysł.
Doświadczenie pokazuje, że tzw. amerykański eksperyment najlepiej funkcjonuje, gdy się w nim nie kombinuje, pozostawiając inicjatywę obywatelom. Dotyczy to obu sfer. Przesunięcie troski o bezpieczeństwo (zarówno polityczne, jak i gospodarcze) na wyspecjalizowane służby sprawia, że obywatele przestają sami się tym zajmować, stopniowo tracąc wrażliwość i zdolność do podjęcia odpowiedzialności. Jeśli każdy problem wygenerowany wówczas przez takiego – coraz bardziej zblazowanego obywatela – jest rozwiązywany przez państwo, obywatel nabiera złudnego przekonania, że tak właśnie być powinno: że państwo powinno naprawiać wszystkie pojawiające się usterki. Jednocześnie, ponieważ nie zauważa, że większość owych usterek sam wywołał, a od konsekwencji ich jest chroniony, nie podejmuje żadnej troski, by uniknąć ich w przyszłości. Innymi słowy, narastająca ingerencja państwa w życie społeczne ma w istocie charakter demoralizujący.
Dodatkowym problemem jest obrana przez Baracka Obamę droga wyjścia z kryzysu ekonomicznego. Nie jestem ekonomistą, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że brak w niej logiki. Jeśli kryzys wywołało życie na kredyt, nieodpowiedzialne zachowania obywateli, menagerów i finansistów, kupujących metodą „zapłać za rok albo i dwa”, to jaki jest sens pompować w bankrutujące przedsiębiorstwa kolejne transze gotówki pochodzącej z kredytu społecznego, który trzeba również będzie spłacić w przyszłości. Działanie takie grozi eskalacją kryzysu zarówno jeśli chodzi o skalę, jak i czas jego trwania.
Siłą rzeczy, w miarę pojawiania się kolejnych elementów kryzysu – wobec przyjętej logiki działania – trzeba się spodziewać dalszych interwencji administracji centralnej w życie obywateli. Skutkiem może być gospodarka sterowana centralnie, o mocno socjalistycznym nastawieniu. W połączeniu z postępującym zanikiem szacunku dla osoby ludzkiej, widocznym chociażby w decyzjach dotyczących szacunku dla nienarodzonych dzieci, obawiam się powstania państwa totalitarnego. Smutna to perspektywa, nade wszystko dla państwa, które przez ponad 200 lat było symbolem wolności i rozwoju. Mam tylko nadzieję, że do tego czarnego zakończenia nie dojdzie.

czwartek, 22 stycznia 2009

Nowy zbawca...

Barack Obama został zaprzysiężony jako 44 prezydent USA. Było hucznie i uroczyście. Ludzie klaskali, cieszyli się, świętowali, przedstawiając prawie czarnoskórego polityka (prawie, bo on w równej mierze czarny, jak i biały) jako zbawcę Ameryki i świata.
Zbawcą Obama nie jest. Cieszy się co prawda ogromnym poparciem, ale przed czterema laty poparcie dla George’a W. Busha było jeszcze większe, a obecnie określany jest jako jeden z dwóch najgorszych prezydentów USA. Przychylność tłumów jest bardzo zwodniczym sprzymierzeńcem. Zresztą, w trakcie przemówienia inauguracyjnego, tego entuzjazmu nie było za wiele, zwłaszcza ilekroć prezydent wspomniał trudy przezwyciężenia kryzysu.
Entuzjazm rynków finansowych jest jeszcze mniejszy. Finansiści i specjaliści od gospodarki czekają na konkretne posunięcia nowego prezydenta. Ostrożność ta podyktowana jest zapewne realizmem – świadomością, że każdy polityk jest zakładnikiem zarówno swojego elektoratu, jak i zastanych układów. Waszyngton zaś jest systemem układów jak żadna inna stolica. Nie spodziewam się zatem po prezydencie Obamie zbyt wielu radykalnych posunięć.
Wiem, że trudno spodziewać się po przemówieniu inauguracyjnym szczegółów, ale kilka rzeczy mnie zastanowiło. Obama mówił o pokoju, jako celu swej polityki, ale jednocześnie groził każdemu, kto podniesie rękę na Amerykę. Mówił o zgodzie, ale też kilkakrotnie wspomniał na jak wielu obszarach ludzie są podzieleni. Mówił trochę mętnie, choć płynnie, sprawiając wrażenie, że mówi, żeby mówić, a nie żeby powiedzieć.
Dlatego w odniesieniu do Polski nie sądzę, byśmy cieszyli się zbyt wielkim zainteresowaniem nowego prezydenta, tym bardziej, że chce on ograniczyć zaangażowanie militarne USA w świecie, a trudnona innej płaszczyźnie zauważyć znaczącą współpracę Ameryki i Polski. Barack Obama zignorował Polskę w czasie swojej przedwyborczej podróży po Europie, a choć podobno obecnie zapowiada przyjazd do Polski, i stosowne zaproszenia od premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego zostały wystosowane, nie sądzę, by przybył tu w najbliższym czasie. W czasach kryzysu motywacji do takiej niekoniecznej wizyty raczej trudno szukać.
Czego się zatem po 44. prezydenturze spodziewam? Obama – jak się wydaje – chce być znacznie bardziej aktywny na polu wewnętrznym. Jest socjalistą, zatem – jeśli wierzyć zapowiedziom przedwyborczym – zechce wprowadzić model państwa opiekuńczego, z rozbudowanym systemem osłon socjalnych. Jak sam powiedział we wtorek: "nie z litości, ale by każdemu dać równe szanse". Po doświadczeniach realnego socjalizmu w Polsce i doświadczeniu niewydolności tego systemu w Europie, trudno mi ów kierunek polityki przyjmować bezkrytycznie.
Jest Obama również liberałem i już zapowiedział, że podpisze Freedom of Conscience Act, dopuszczający aborcję na życzenie w dowolnym momencie ciąży i w dowolnym szpitalu (w tym w szpitalach katolickich). Nie akceptuję aborcji, a zapowiedź liberalizacji i tak już liberalnych regulacji w kwestiach początków ludzkiego życia skłania mnie do postawy pełnej rezerwy wobec nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Jak będzie – trudno dziś orzec. Ale nie wygląda to dobrze, przynajmniej z mojego kapłańskiego punktu widzenia. Życzę Ameryce jak najlepiej...

piątek, 9 stycznia 2009

Freedom of Choice Act (FOCA)

Poniżej przedruk - dla wszystkich, którzy są zafascynowani nową gwiazdą USA - ku przestrodze. I jako zaproszenie do modlitwy...


Obama i spór o wolność wyboru

Piotr Gillert (Rzeczpospolita)

Projekt, który może wywołać konflikt prezydenta z prawicą nazywa się w skrócie FOCA i wywołuje ogromne emocje po obu stronach aborcyjnego frontu .

Barack Obama obiecał wyborcom, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi jako prezydent, będzie podpisanie ustawy o wolności wyboru

W pierwszych miesiącach rządów Barack Obama będzie miał pełne ręce roboty: kryzys finansów i gospodarki, dwie wojny, zagrożenie atakami terrorystycznymi, niepewna sytuacja międzynarodowa. Jakby tego było mało, nad jego głową wisi jeszcze groźba gwałtownego starcia z ruchem antyaborcyjnym.

Ustawa o wolności wyboru, znana szerzej pod skrótem FOCA, której współautorem był jako senator Obama, to dla jednych ustawowa gwarancja swobód kobiet, dla innych atak na prawo stanów do ograniczonej ochrony życia poczętego.

Przed rokiem Obama przyrzekł zwolennikom prawa do aborcji, że jeśli Kongres przyjmie ustawę, on niezwłocznie ją podpisze. – To będzie pierwsza rzecz, jaką zrobię jako prezydent – zapowiadał. Wypowiedź ta do dziś działa na organizacje antyaborcyjne jak płachta na byka.

Historia FOCA sięga końca lat 80., gdy zwolennicy legalności aborcji po raz pierwszy wprowadzili w Senacie projekt ustawy pod tą nazwą, obawiając się rychłej rewizji słynnego orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawie Roe kontra Wade (odmawiała ona stanom prawa do delegalizowania aborcji).

Najnowsze wcielenie FOCA wprowadzone pod obrady w kwietniu ubiegłego roku jest odpowiedzią zwolenników wyboru na inne ważne orzeczenie Sądu Najwyższego. W 2007 roku sąd podtrzymał federalny zakaz przeprowadzania tzw. aborcji przez częściowy poród, którą wykonuje się w zaawansowanej ciąży, wywołując poród i zabijając płód w jego trakcie. Dla ugrupowań pro-choice był to poważny znak ostrzegawczy – uznały one, że czas zapisać przyznane kobietom przez Sąd Najwyższy swobody w ustawie Kongresu, zanim ten sam sąd, tylko w innym składzie, kawałek po kawałku je odbierze.

Miażdżące zwycięstwo demokratów w ostatnich wyborach otwiera przed nimi historyczną szansę przyjęcia ustawy, która zakazywałaby wszelkich prób ograniczania kobietom dostępu do aborcji.

– FOCA to cyniczna próba przedwczesnego zakończenia debaty nad aborcją i ogłoszenia zwycięstwa, mimo że wszystko wskazuje na to, że społeczeństwo nie popiera większości przeprowadzanych w Ameryce aborcji – twierdzi Denise Burke ze stowarzyszenia Amerykanie Zjednoczeni dla Życia. Organizacja ta rozesłała do stanowych parlamentów wzór rezolucji potępiającej FOCA, wzywając je do jak najszybszego jej przyjęcia. Pod apelem do Kongresu o odrzucenie projektu podpisało się do soboty ponad 310 tysięcy osób.

Wizja przyjęcia ustawy wywołała gwałtowną reakcję między innymi w amerykańskim Kościele katolickim, który w przypadku przegłosowania projektu w obecnym kształcie nie mógłby odmawiać zabiegów aborcyjnych w setkach prowadzonych pod jego patronatem szpitali i klinik. Część biskupów zapowiedziała, że jeśli władze będą próbowały wyegzekwować to prawo, każe zamknąć wszystkie podlegające im szpitale.

Inni, tacy jak biskup diecezji Arlington Paul Loverde, gotowi są stawiać opór. – Moja odpowiedź brzmiałaby: nie zamknę szpitala i nie zamierzam przeprowadzać aborcji. Proszę, aresztujcie mnie.

Takie kontrowersje to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje Obama na początku prezydentury. Dlatego nie ma wcale pewności, że demokraci podejmą w najbliższym czasie próbę przeforsowania ustawy. – Zostało jeszcze wiele pracy – uspokaja nastroje Nancy Keenan, szefowa proaborcyjnej organizacji NARAL.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Pierwsza wizyta Benedykta XVI w USA

Jutro o 16.00 czasu lokalnego (22.00 według czasu polskiego) Ojciec św. Benedykt XVI wyląduje na wojskowym lotnisku Andrews, rozpoczynając swoją pierwszą pielgrzymkę do Stanów Zjednoczonych. Jak sam zapowiedział podczas niedzielnej audiencji, przybędzie głosić Chrystusa Zmartwychwstałego. Należy zauważyć, że papieża na lotnisku przywita prezydent George W. Bush, co nie jest powszechnym zwyczajem i odbierane jest jako forma nadzwyczajnego uhonorowania gościa.
Program wizyty jest bardzo bogaty. Już następnego dnia Benedykt XVI odwiedzi biały dom, gdzie najpierw nastąpi oficjalne przywitanie Papieża, a po czym będzie miało miejsce spotkanie w cztery oczy z prezydentem. Po południu w Bazylice Narodowego Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia nastąpi spotkanie z ok. 350 biskupami amerykańskiego Episkopatu.
Kolejne dni przyniosą dwa wielkie spotkania z wiernymi – na nowiutkim stadionie baseballa Nationals Park w czwartek i na analogicznym obiekcie Yankesów w Nowym Jorku. Wydarzeń o charakterze politycznym nie będzie wiele: poza wizytą w Białym Domu, Papież wygłosi tylko przemówienie w siedzibie Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Pobyt Benedykta XVI zdominują spotkania o charakterze religijnym, modlitewnym: zarówno z katolikami (tu warto zwrócić uwagę na osobne spotkanie z młodzieżą w Seminarium św. Józefa w Yonkers) jak i niekatolikami i niechrześcijanami.
Komentatorzy zwracają też uwagę, że ostatniego dnia wizyty, przed Mszą św. odprawianą na stadionie Yankies, Papież zatrzyma się na chwilę w tzw. Strefie Zero. Ma tam przybyć o 9:30. a więc w porze, gdy rozgrywał się dramat World Trade Center.
Nie wszyscy przywitają Benedykta XVI chętnie. Od kilku dni daje się zauważyć w niektórych mediach kampania niechęci, obliczona w równej mierze na ośmieszenie Papieża, co wykazanie jego słabości i oderwania od realiów współczesnego świata. Porównywany jest do swojego poprzednika, przywoływany jest jego wykład z Uniwersytetu w Ratyzbonie i wynikające stąd napięcia w relacjach z Islamem. W miarę jednak, jak zbliża się termin wizyty, komentarze łagodnieją. Niewątpliwie – Kościół katolicki w USA wyczekuje Benedykta XVI z utęsknieniem i radością. Szkoda może tylko, że Msze odbywają się na stosunkowo niewielkich obiektach – stadion w Waszyngtonie pomieści niecałe 42 tys. ludzi, a w Nowym Jorku – niecałe 67 tys. W opinii wielu – duchownych i świeckich – przydałyby się jakieś błonia, albo lotnisko, bo chętnych do spotkania się z Papieżem jest wielokrotnie więcej, niż dostępnych wejściówek.