Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biedni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biedni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2008

Polityka "prorodzinna" wobec biednych

Dwa wydarzenia z polskiego podwórka mnie ostatnio bardzo poruszyły. Pierwszym jest skandaliczny wyrok poznańskiego sądu, nakazujący biednej rodzinie odebranie dziecka i eksmisję na bruk. Prawo co prawda zabrania eksmisji, jeśli w rodzinie jest małe dziecko, ale przecież można dziecko zabrać rodzicom i oddać do domu dziecka, co sąd – nomen-omen „rodzinny” – skwapliwie uczynił. Wówczas droga do eksmisji otwarta... A sprawa jakich wiele - najpierw nieuczciwość wspólnika i długi w firmie, potem licytacja małego mieszkania, a jednocześnie choroba i niemożność podjęcia pracy zarobkowej... I tak biedna rodzina nie tylko straciła dach nad głową, ale została po prostu rozbita. Wyrok sądu, który nie widzi ludzi, a jedynie literę prawa, bardziej chroniącego własność materialną niż ludzi, trudno nazwać inaczej, jak straszliwą niegodziwością i skandalem.
Jakby było mało, w parlamencie trwają prace nad projektem odbierającym dzieci rodzicom podejrzanym o jakiekolwiek formy niewłaściwego traktowania dzieci. Według relacji mediów "Karane mają być wszystkie naruszające godność zachowania wobec dzieci. A więc zarówno przemoc fizyczna, jak i psychiczne maltretowanie czy zaniedbywanie ich potrzeb życiowych". Definicja przestępstwa jest tak ogólna, że podpada pod nią nawet bieda. I znowu - okazuje się, że biedni są obywatelami drugiej kategorii, jeżeli są obywatelami w ogóle. Co prawda pomysłodawcy zastrzegają, że nie o biedę im chodzi, ale o „przemoc ekonomiczną” w sytuacji, gdy środków finansowych nie brakuje, ale jakoś trudno mi w kontekście całości życia społecznego wierzyć, żeby takie prawo rzeczywiście nie było wykorzystywane jako element walki z biednymi.
Całym sercem jestem za ochroną dzieci przed przemocą i molestowaniem seksualnym. Jest dla mnie oczywiste, że dzieci muszą być chronione. Z drugiej jednak strony niedopuszczalnym wydaje mi się pomysł wrzucania do jednego worka działań kryminalnych i zwykłej ludzkiej biedy, a tę tendencję mimo zapewnień posłów wyczuwam. Zamiast rodzinę rozbijać, trzeba jej pomóc. Zamiast odebrać dzieci – trzeba ludziom dać realną szansę na pracę, która pozwoli rodzinę utrzymać.

Bogatym, zdrowym i silnym łatwo jest wyznaczać standardy życiowe, poniżej których życie jest niewarte życia. Forsuje się zatem pomysły na legalizację eutanazji, ale i - jak pokazuje inicjatywa ustawodawcza posłów Platformy Obywatelskiej - bardzo specyficznej troski o poziom życia rodzinnego w Polsce.
Chorym, słabym i biednym zwykle nie potrzeba wiele, często znacznie mniej, niż się bogatym, zdrowym i silnym wydaje. Chcą szansy na odrobinę normalności, rzeczywiście równych szans, chcą być kochani, czuć się potrzebni... Umierający człowiek pragnie, by ktoś go trzymał za rękę i nie mruczał mimochodem, że całe to leczenie jest bardzo kosztowne. Dla człowieka biednego - rodzina jest wszystkim, co posiada.

Od dawna słyszę w mediach, że bieda jest sytuacją dla rodziny patologiczną. To prawda, bieda jest patologią, ale w przypadku większości znanych mi biednych rodzin patologia owa polega na stosunku społeczeństwa do biednych, a nie na tym, jakie relacje panują w danej rodzinie. Zdecydowana większość znanych mi ubogich rodzin charakteryzuje głęboka miłość i wzajemny szacunek, uczciwość, prawość i odpowiedzialność. Skromność ubioru i niewyszukane, niewielkie posiłki są oczywiście wymuszone brakiem pieniędzy, ale jednocześnie trzeba powiedzieć wyraźnie, że są to domy, gdzie nic się nie marnuje. Co więcej, dzieci szybciej i lepiej uczą się w takich rodzinach odpowiedzialności za budżet domowy.
Patologią jest sposób, w jaki społeczeństwo traktuje ludzi biednych - są dla tych lepiej sytuowanych jakby trędowatymi naszych czasów, których trzeba usunąć z miast i osiedli, by nie szpecili widoku. Zamiast pomocnej dłoni biedak znajduje zatem parkan okalający kolejne osiedla i pełne wzgardy spojrzenie recepcjonisty w zakładzie pracy, gdzie chciał znaleźć zatrudnienie. Nie jest prawdą, że większość biednych ludzi jest sama sobie winna, że są biedni, bo nie chcą pracować. Przyczyn ubóstwa jest z reguły bardzo wiele, i rzadko kiedy jest ono w pełni zawinione. Odsądzenie biednych i ubogich od czci i wiary i zgoda na postępującą ich marginalizację pokazuje, jak bardzo oddaliliśmy się jako społeczeństwo od ewangelicznych standardów. Warto może zatem przypomnieć sobie, że Chrystus głosił Ewangelię właśnie wśród ubogich, i właśnie spośród ubogich Pan wybrał zdecydowaną większość swoich apostołów. "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych - Mnieście uczynili" - powiedział. Nie bardzo nam, jako społeczeństwu, wychodzi egzamin z tej troski o umiłowanych braci naszego Pana...

piątek, 12 września 2008

Procesja z darami

Dziś byłem na Mszy św. w parafii św. Jana w Jackson, MI. Msza św. z udziałem dzieci z przyparafialnej szkoły podstawowej, zgromadziła około 200 dzieci z kadrą nauczycielską, kilkorgiem rodziców i niedużą grupką "bywalców" dorosłych codziennej Eucharystii. Zdziwiły mnie wystawione na brzegu prezbiterium pudła, w liczbie dziewięciu. Sprawa wyjaśniła się podczas procesji z darami, gdy dzieci procesyjnie zaczęły przynosić różne produkty żywnościowe (konserwy, makarony etc.) i składać je do tych koszy. Niemal każde dziecko coś przyniosło. Czasami była to malutka puszka tuńczyka, czasami całkiem pokaźna paczka wielu produktów. Każdy coś miał. Miejscowy ksiądz powiedział, że w Jackson jest obecnie bardzo wielu bezrobotnych lub bardzo źle opłacanych pracowników i po prostu ludzie nie mają co jeść. Dlatego co miesiąc dzieci przynoszą te produkty i są one później rozdawane wśród potrzebujących.
Spytałem go, czy to akcja dobrowolna, jak na to reagują rodzice. Odpowiedział, że otwartość parafian jest ogromna, bo nawet w inne dni są przynoszone dary żywnościowe i składane do kontenerka w kruchcie kościelnej, by potem trafić do punktu dystrybucji. Dodał, że nawet jak jakieś dziecko nie ma nic, to zazwyczaj wynika to z zapomnienia a nie z niechęci do dzielenia się z biednymi.
Pojawiły się w mojej głowie dwa skojarzenia. Pierwsze biblijne - Ewangelia o koszach pełnych ułomków. Bo rzeczywiście, dary od dzieci zapełniły wystawione kosze niemal do pełna. Drugie skojarzenie bardziej liturgiczno-historyczne (do "Didache"), że dawniej przygotowanie darów polegało na złożeniu pomocy dla biednych na ręce przedstwicieli wspólnoty Kościoła; wino i chleb były wykorzystywane do Eucharystii, zaś reszta produktów rozdawana wśrów potrzebujących. Dziś tę funkcję spełniać ma taca, ale to nie do końca to samo. Taca podczas Mszy służy nade wszystko utrzymaniu kościoła (to znaczy opłaceniu prądu, ogrzewania, podatków, pensji pracowników). Z reguły na biednych nie zostaje wiele...
Myślę, że ten pomysł z darami natury (niezależnie od tacy) z przeznaczeniem na biednych jest godny rozważenia i naśladowania, nie tylko na Mszach św. z udziałem dzieci.