środa, 24 lutego 2010

Porozmawiajmy o dzieciach

Filip Kwiatek ("Nasz Krąg"): Zaciekawiła mnie pod koniec zeszłego roku wypowiedź Jonathana Sacksa, głównego rabina Wielkiej Brytanii, który powiedział: „Rdzenni Europejczycy skazani są na wymarcie, bo we współczesnej kulturze nie ma miejsca na ofiarę. A bez ofiar nie da się wychować dzieci. Jedyne poważne pytanie filozofii brzmi: „Dlaczego mam mieć dzieci?”. A na nie współczesna kultura nie odpowiada. Toczymy wielkie debaty o zmianach klimatycznych, a nawet nie wspominamy o rodzicielstwie”. Czy ksiądz podziela taką opinię?

xpk: Po pierwsze, dzieci się nie ma, nie są one niczyją własnością. Bóg powierza rodzicom dzieci, aby ci je wychowali, umożliwili wejść w dorosłość, a w końcu pozwolili im odejść. Jeżeli ktoś inaczej mówi o rodzicielstwie, to po prostu nie do końca je rozumie. Poza tym nawet jeżeli ominiemy problem tego niewłaściwego sformułowania, to decyzja czy mamy mieć dzieci nie należy do rodziców tylko do Pana Boga. Rodzice mają rozeznawać, jaka jest wola Boża i w niej uczestniczyć. Nie polega to na samodzielnym podejmowaniu decyzji, a na współpracy z Tym, który jest Dawcą Życia.

FK: Ale przed taki wyborem ludzie stają...

xpk: Najczęściej takie pytania stawiają osoby, które gdzieś „zgubiły” Boga w swoim życiu („zgubiły” w sensie żywej, intymnej relacji). Jeżeli nie mają relacji z Bogiem, to jest niebezpieczeństwo,że innych ludzi będą traktować posesywnie, jak własność. Jeśli nie czuję się dzieckiem Bożym, to nie traktuję innych jak braci, ale jak poddanych. Ma to także przeniesienie na potomstwo. Proszę zwrócić uwagę, że obecnie dominuje model wychowania dzieci na swój obraz i podobieństwo. Tymczasem rodzic ma wychować swoje pociechy ku odkryciu przez nie prawdziwego człowieczeństwa, które jest obrazem miłującego Boga-Stwórcy. Nie może być tu mowy o tym, co widzi się tak często: spełnianie wygórowanych oczekiwań rodziców, stawiane przez nich wymagań odnośnie wykształcenia, przyszłej kariery itd.

FK: A co w przypadkach, które spotyka się coraz częściej, kiedy młodzi małżonkowie mówią: mamy kredyt na mieszkanie i samochód, musimy oboje pracować, nie ma żłobków, nie stać nas na nianię, nasi rodzice mieszkają poza Warszawą itp., itd? Nie możemy mieć teraz dziecka (pierwszego lub kolejnego)…

xpk: No, jak podejmą taką decyzję, to rzeczywiście nie będą mieli dziecka. Natomiast takie argumenty pokazują, jakie ktoś ma priorytety w życiu. Jeżeli stabilizacja materialna i bezpieczeństwo socjalne są tym, ku czemu człowiek dąży, to temu podporządkuje także inne wybory i relacje, i również według tego sposobu myślenia usytuuje miejsce dzieci w swojej rodzinie. Małżeństwo jest ze swojej natury komunią życiodajną, czyli mąż swoją miłością obdarowuje żonę, żona podobnie odnosi się do męża i oboje dzięki temu tworzą przestrzeń dla nowego życia. Jeżeli tego wzajemnego obdarowywania się nie ma, tylko jest nastawienie, żeby mnie lub nam było dobrze, to dziecko staje się jedynie elementem wyposażenia, wprawdzie bardzo pięknym, czasem pożądanym, ale nigdy chcianym dla niego samego. Bo proszę spojrzeć: jeżeli muszę mieć dom w odpowiednim standardzie, samochód konkretnej marki, towarzystwo znajomych na wysokim poziomie, to nie będzie też miejsca na dziecko. Tak naprawdę priorytety takie oznaczają, że Bóg nie ma nic do powiedzenia w moim życiu, a szczególnie na temat wielkości mojej rodziny. Tymczasem chrześcijanin to taki człowiek, który najpierw pyta Boga o Jego wolę, a nie zabiega o to, jakim ma jeździć samochodem i ile ma zarabiać, żeby go było stać na rozmaite przyjemności. Chrześcijanin wierzy, że Bóg się zatroszczy o niego i jego rodzinę, nawet liczną. Spotkałem kiedyś rodzinę z ośmiorgiem dzieci (już sam rozmiar rodziny jest przez wielu traktowany jako patologia), a w której dzieci były zadbane i wykształcone, owszem nie przelewało się, ale były w niej widoczne przede wszystkim dwie rzeczy: głęboka wiara i wzajemna miłość. Było to prawdziwe świadectwo wsparcia i pomocy, jak również dowód na to, że nie wszystko w życiu musi być z najwyższej półki. Grunt, aby pełnić wolę Bożą! No, ale jeżeli kogoś taka argumentacja w ogóle nie dotyka, to oznacza, że znalazł sobie inny niż Bóg punkt odniesienia. W tej materii nie ma pustki. Każdy musi wierzyć w „coś”, co daje mu poczucie bezpieczeństwa, w czym może złożyć swoją nadzieję. Jeżeli to pierwsze miejsce nie należy do Boga, to jest ono zajęte przez coś innego, najczęściej są to pieniądze. Nie chcąc oceniać czy dezawuować niczyich postaw czy wyborów, chcę jasno powiedzieć, że dla chrześcijanina osobą, która jest życiowym drogowskazem jest Bóg.

FK: Jednak obserwując rzeczywistość daje się zauważyć, że odbiega ona od nakreślonego przez księdza obrazu. Co Kościół, co my, chrześcijanie, możemy zrobić, aby taki model małżeństwa i rodzicielstwa promować?

xpk: Zgadzam się, że kondycja Kościoła w Polsce w sensie poziomu wiary nie jest zbyt dobra, żeby nie powiedzieć wprost, że z naszą wiarą jest krucho. Jest ona często bardzo pobożna, ale nie jest pogłębiona, brakuje nam doświadczenia osobistej relacji z Bogiem, szczególnie w chwilach trudnych. W związku z tym również i kondycja rodziny pozostawia, w moim odczuciu, wiele do życzenia. Co można zrobić? Potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze, odważne działanie pasterzy Kościoła promujące rodzinę chrześcijańską, czyli ukazujące, jaka ta rodzina ma być. Po drugie, niezbędne jest świadectwo tych, którzy wiarę mają. Nie ma tu znaczenia, czy jest to osoba samotna czy wielodzietna rodzina – każdy kto odkrył Chrystusa w jego Bóstwie i Człowieczeństwie, kto doświadczył, że jest On Panem jego historii, jest wezwany, aby o tym świadczyć: w pracy, w szkole, w sklepie, w parafii, na ulicy – gdziekolwiek się znajdzie. Ten drugi element jest według mnie ważniejszy. Uważam, że odnowa Kościoła wyjdzie od dołu, od ludzi wiary, a nie z dokumentów kościelnych. Z drugiej strony, niestety,
dokumenty te są rzadko czytane przez wiernych. Która z rodzin przeczytała w swoim gronie np. adhortację Jana Pawła II Familiaris consortio lub jego List do rodzin? Znam takie, choć nie ma ich zbyt wiele. Z kolei, gdy z ambony padają słowa twarde, wymagające, wielu ludzi nie słucha, nawet wychodzi. Do nich może tylko trafić inny chrześcijanin: sąsiad, kolega z pracy, brat ze wspólnoty, który swoim życiem unaoczni mu, że można żyć inaczej, że warto się codziennie nawracać do Boga i żyć Jego Ewangelią.

FK: Dziękuję za rozmowę.

Powyższy tekst pochodzi z wydawanego przy parafii św. Zygmunta na Warszawskich Bielanach pisma"Nasz Krąg", numer 1/10 (123) ISSN 1505-0327 nasz.krag@interia.pl. Wywiad przeprowadził Filip Kwiatek, redaktor naczelny.

1 komentarz:

Agnieszka pisze...

Napatrzyłam się na koleżanki z pracy, użerające się z kredytem mieszkaniowym. Oszczędzające na czym się da, mimo nie najgorszych zarobków. Mężowie nieraz zarabiali mniej od nich, niewiele zostawało na życie. Inna sytuacja - ktoś ma mieszkanie spłacone, ale malutkie, 4 osoby na 40 metrach, ani mowy o wstawieniu jeszcze jednego łóżeczka. Wdanie się w kredyt to kamień u szyi na 30 lat dla nie najmłodszych już ludzi. Ktoś jeszcze nie dostał kredytu na mieszkanie, bank odmówił, człowiek tuła się od kilkunastu lat po wynajmowanych mieszkaniach, płacąc co miesiąc tyle ile pożerałby mu kredyt. Rodzina się rozpada, rosną długi.

Chciałoby się mieć dwa życia - jedno aby zdobyć i spłacić mieszkanie, drugie aby w tym mieszkaniu zakładać rodzinę.