środa, 13 sierpnia 2008

Niagara Falls


Udało mi się dotrzeć do Niagary. Pozostałem po amerykańskiej stronie, nie udając się na stronę kanadyjską, choć podobno widoki z niej są ładniejsze i atrakcji więcej - między innymi można wejść za wodospad "Podkowy".
Do Niagara Falls przyjechałem po południu, dosyć zmęczony, ale gdy dowiedziałem się, że wodospad w nocy jest iluminowany i będzie można efekty owej iluminacji zobaczyć tego samego wieczora, zdecydowałem się na wycieczkę. Najpierw była wyprawa stateczkiem pod sam wodospad "kanadyjski" - nazywają go "Podkową". W drodze powrotnej przedefilowaliśmy pod wodospadem amerykańskim, u którego stóp leżą ogromne głazy, zwalone pod wpływem erozji skał kilka lat temu, jeśli się nie mylę. Stateczek - pierwotnie prom pomiędzy USA a Kanadą, a obecnie wyłącznie atrakcja turystyczna - nie płynął długo - całość trwała ok 20, może 25 minut. Większość czasu spędziliśmy wśród wirów wywołanych przez wodospad, zmoczeni unoszącym się w powietrzu pyłem wodnym. Zresztą, ów pył stanowi zjawisko samo w sobie - widoczny ze znacznej odległości swoisty słup wodny robi ogromne wrażenie, zarówno w dzień, jak i w nocy.
Po obejrzeniu Niagary z bliska, można wodospad było obejrzeć także z daleka, z tarasu przy wieży widokowej. Niestety, zaczął padać deszcz, więc przeciwdeszczowe ponczo wykorzystane na stateczku musiało pozostać na człowieku. Dobrze, że nie było różowe...
Potem pojechaliśmy na zatoki wiru ("Whirpool"), gdzie przy normalnym stanie wody daje się zaobserwować ciekawe zjawisko: prąd zatacza krąg i schodzi pod główny nurt, krzyżując się z nim. Przestało padać i na chmurach widać było piękno zachodzącego słońca.
Wróciliśmy do głównego wodospadu. Zrobiło się ciemno, włączona została iluminacja... Zjechaliśmy całą wycieczką na sam dół wodospadu i na tarasie zwanym "Jaskinią Wiatrów" mogliśmy obserwować zarówno grę kolorów jak i doświadczać kąpieli w wodnym pyle. Siła spadającej wody rzeczywiście dawała się odczuć w niewiarygodnym wręcz stopniu. Przewodniczka powiedziała nam, że co tydzień kilka osób ginie w wodach wodospadu; zazwyczaj są to nieostrożni (by nie powiedzieć - głupi) turyści, którzy chcą stanąć na skałach wśród toczących się wód Niagary. Nie mają żadnych szans...
Rano mogłem obejrzeć wszystko jeszcze raz przy świetle dziennym. Tęcza w słupie wodnego pyłu rzeczywiście była bardzo piękna, ale groza toczącej się po skałach rzeki też przyciągała... Na szczęście nie za mocno. Nie mnie, przynajmniej... Odwiedziłem Wyspy Trzech Sióstr, gdzie można zejść aż do samych przełomów - swoją drogą, biada człowiekowi, który się wówczas pośliźnie, bo woda pędzi z prędkością blisko 50 km/h. Szum wody i odbijające się w wodzie słońce pozostawiają niezatarte wspomnienia...
Niektórzy podejmują próby pokonania Niagary w różnego rodzaju beczkach (ostatnio modne były beczki z pianki poliuretanowej), z różnym skutkiem, oraz skuterem wodnym (+ skok ze spadochronem) - ta próba zakończyła się utonięciem delikwenta. Zabawa w moim stopniu równie głupia, co kosztowna. Pomijam kwestię ryzyka utraty życia, bo tym się jakoś owi śmiałkowie nie bardzo przejmują. Pierwsza próba pokonania Niagary kosztuje (w karach sądowych) minimum 10000 USD, druga - dwa razy tyle. Trzeciej próby nikt jeszcze nie podjął...

4 komentarze:

Milena pisze...

Witam Księże:)
Cudownie to wszystko wygląda , a jednoczesnie przeraża ogrom żywiołu, który pomimo wszystko warto zobaczyć!! Zdjęcia w nocy wyglądają super:) Pozdrawiam cieplutko:)

Marcin pisze...

Witam Księże
Chciałbym zapytać Księdza o opinię na temat poniższego artykułu: http://www.kurierlubelski.pl/module-dzial-viewpub-tid-9-pid-59711.html

Kienio pisze...

Marcinie - odsyłam do posta z czwartku, 14.08.2008

Agnieszka pisze...

Piękny opis i przecudne zdjęcia! Pozdrawiam z Białegostoku :-)
Agnieszka