Z pochodzenia jestem warszawiakiem, więc dziwić nie może, że sprawy rodzinnego miasta są mi bliskie. Zwłaszcza żoliborskie. Dziś przeczytałem, że z powodu absolutnie koniecznego remontu zamknięto przejazd nad torami (jedno z nielicznych połączeń Żoliborza ze "światem") i puszczono objazd między blokami, jednocześnie zabierając mieszkańcom miejsca na parkowanie ich samochodów. Miała być zastępcza kładka w miejsce remontowanego wiaduktu, ale ekolodzy protestowali, urzędnicy się nie spieszyli, stary wiadukt się rozpadł i teraz trzeba było koniecznie puścić samochody objazdem.
Ludzie się wściekli, czemu wcale się nie dziwię. Bo niestety nadal w Polsce tak jest, że trzeba, by w danej okolicy mieszkał ktoś odpowiednio ważny, by coś drgnęło w infrastrukturze. Nie może być jednakże zbyt ważny, bo wtedy takie drobiazgi jak korki i tak go nie będą dotyczyć...
Tak sobie myślę, że w Wielkim Poście przydałby się post od głupoty. I od krótkowzroczności. I od bylejakości. I najlepiej, by taki post od miernoty trwał cały Boży rok.
Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
poniedziałek, 2 marca 2009
czwartek, 26 lutego 2009
Wysłuchanie obywatelskie
W Sejmie odbyło się „wysłuchanie obywatelskie”, zorganizowane przez dwójkę Posłów Lewicy. Jego celem było uświadomienie nieuświadomionych posłów w kwestii cierpień dotkniętych niepłodnością małżeństw oraz dobrodziejstw płynących z in vitro. O ile cierpienia są realne, o tyle dobrodziejstwa są czystą fikcją. Niestety, fikcją bardzo realnie istniejącą w świadomości społecznej i w doniesieniach medialnych.
Obecni na spotkaniu aktywiści Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny pomstowali oczywiście na parlamentarną frekwencję (czy raczej jej brak), nie zauważając, że może ona być odbiciem sposobu, w jaki było ono zorganizowane. Nie było na tym spotkaniu miejsca na polemikę – reprezentowani byli wyłącznie propagatorzy technik sztucznej reprodukcji. Zaangażowano nawet byłego księdza, by dowieść, że in vitro jest rzeczą dobrą i pożyteczną. Zabrakło natomiast rzetelności w informacji na temat przyczyn, skutków oraz – nade wszystko – samej istoty zapłodnienia pozaustrojowego.
Odniosłem też wrażenie – w czym wydatnie pomogła mi relacjonująca wydarzenie telewizja – że owo „wysłuchanie obywatelskie” pomyślane było nade wszystko jako próba przeciwstawienia się wpływowi Kościoła Katolickiego na proces legislacyjny. Może to dziwnie zabrzmi, ale w tej kwestii zgadzam się z owym obecnym tam Byłym Księdzem, że w kwestii in vitro powinien bardziej wybrzmieć głos medycyny, niż religii.
Kościół w dyskusji nad in vitro rzadko przywołuje argumenty płynące z religii. Nie musi tego robić. Religii, wiary, Pana Boga przywoływać nie trzeba, choć można. Tylko po co? Wystarczy odwołać się do wiedzy medycznej (może to zdziwi niektórych zwolenników in vitro, ale w Kościele są także lekarze, genetycy, farmaceuci) i – konsekwentnie – do prawa naturalnego. Problem w tym, że medycyna sama siebie nie słucha w tej kwestii.
Stopień ingerencji w procesy wpływające na ludzką płodność sięga dziś zatrważających wysokości. Powszechnie stosowana antykoncepcja hormonalna, aborcja, wysoki poziom stresu, niezdrowy styl życia i opóźnianie czasu, gdy podejmie się próbę poczęcia dziecka – wszystko to ma ogromny wpływ na obniżenie zdolności prokreacyjnych. Innymi słowy, najpierw robi się wiele – także poprzez działania medyczne – które upośledzają płodność, by potem – znowu medycznie – ją zastępować poprzez in vitro, narażając jednocześnie kobietę (efekt stymulacji hormonalnych) i dziecko (kilkukrotny wzrost zagrożenia różnymi rzadkimi chorobami i komplikacjami rozwojowymi) na poważne problemy zdrowotne.
W relacji z sejmowego wysłuchania zapamiętałem wypowiedź pewnej Pani Poseł, która stwierdziła: „Embrion nie jest człowiekiem. Ma jedynie potencjał by nim być”. Powoływała się przy tym na bliżej niesprecyzowane autorytety naukowe, by następnie zgromić przedstawicieli Kościoła, że nie uznają faktów naukowych. Cóż, z całym szacunkiem dla pełnionej przez Mówczynię funkcji, ale w kwestii nieuznawania faktów to chyba się zagalopowała. Znajomy Dogmatyk mawia, że „kto nie uznaje faktów, jest psychiczny”. Zgadzam się w pełni. I jeśli wierzyć przysłowiu, że jeśli Pan Bóg kogoś chce ukarać, to mu najpierw rozum odbiera, to rodzi się we mnie pytanie, czy nie zbliża się czas kary…
Ale to już zupełnie inna historia.
Obecni na spotkaniu aktywiści Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny pomstowali oczywiście na parlamentarną frekwencję (czy raczej jej brak), nie zauważając, że może ona być odbiciem sposobu, w jaki było ono zorganizowane. Nie było na tym spotkaniu miejsca na polemikę – reprezentowani byli wyłącznie propagatorzy technik sztucznej reprodukcji. Zaangażowano nawet byłego księdza, by dowieść, że in vitro jest rzeczą dobrą i pożyteczną. Zabrakło natomiast rzetelności w informacji na temat przyczyn, skutków oraz – nade wszystko – samej istoty zapłodnienia pozaustrojowego.
Odniosłem też wrażenie – w czym wydatnie pomogła mi relacjonująca wydarzenie telewizja – że owo „wysłuchanie obywatelskie” pomyślane było nade wszystko jako próba przeciwstawienia się wpływowi Kościoła Katolickiego na proces legislacyjny. Może to dziwnie zabrzmi, ale w tej kwestii zgadzam się z owym obecnym tam Byłym Księdzem, że w kwestii in vitro powinien bardziej wybrzmieć głos medycyny, niż religii.
Kościół w dyskusji nad in vitro rzadko przywołuje argumenty płynące z religii. Nie musi tego robić. Religii, wiary, Pana Boga przywoływać nie trzeba, choć można. Tylko po co? Wystarczy odwołać się do wiedzy medycznej (może to zdziwi niektórych zwolenników in vitro, ale w Kościele są także lekarze, genetycy, farmaceuci) i – konsekwentnie – do prawa naturalnego. Problem w tym, że medycyna sama siebie nie słucha w tej kwestii.
Stopień ingerencji w procesy wpływające na ludzką płodność sięga dziś zatrważających wysokości. Powszechnie stosowana antykoncepcja hormonalna, aborcja, wysoki poziom stresu, niezdrowy styl życia i opóźnianie czasu, gdy podejmie się próbę poczęcia dziecka – wszystko to ma ogromny wpływ na obniżenie zdolności prokreacyjnych. Innymi słowy, najpierw robi się wiele – także poprzez działania medyczne – które upośledzają płodność, by potem – znowu medycznie – ją zastępować poprzez in vitro, narażając jednocześnie kobietę (efekt stymulacji hormonalnych) i dziecko (kilkukrotny wzrost zagrożenia różnymi rzadkimi chorobami i komplikacjami rozwojowymi) na poważne problemy zdrowotne.
W relacji z sejmowego wysłuchania zapamiętałem wypowiedź pewnej Pani Poseł, która stwierdziła: „Embrion nie jest człowiekiem. Ma jedynie potencjał by nim być”. Powoływała się przy tym na bliżej niesprecyzowane autorytety naukowe, by następnie zgromić przedstawicieli Kościoła, że nie uznają faktów naukowych. Cóż, z całym szacunkiem dla pełnionej przez Mówczynię funkcji, ale w kwestii nieuznawania faktów to chyba się zagalopowała. Znajomy Dogmatyk mawia, że „kto nie uznaje faktów, jest psychiczny”. Zgadzam się w pełni. I jeśli wierzyć przysłowiu, że jeśli Pan Bóg kogoś chce ukarać, to mu najpierw rozum odbiera, to rodzi się we mnie pytanie, czy nie zbliża się czas kary…
Ale to już zupełnie inna historia.
sobota, 21 lutego 2009
Dyktat mniejszości
Współczesna cywilizacja euroatlantycka wykształciła mentalność, wedle której interesy mniejszości (jakkolwiek rozumiana) muszą być chronione w stopniu większym, niż reszty społeczeństwa, choćby działanie takie odbywało się ze szkodą dla dobra wspólnego. Konsekwentnie demokracja staje się systemem dyktatu mniejszości, prowadząc do postępującej destabilizacji zarówno porządku społecznego (np. zwyczajów czy struktur) jak moralności, czego przejawem może być coraz bardziej rozpowszechniony indywidualizm i relatywizm.
W imię tego prawa do ochrony interesów mniejszości feministki zażądały, by na warszawskich autobusach rozwieszone były plakaty promujące "manifę"(czy już nie można tego nazwać normalnie, manifestacją?) 8 marca. Nie byłoby może w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że promujące demonstrację hasło ma charakter wybitnie prowokacyjny: "Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek".
Wydaje się, że jest to element szerszego procesu, ogarniającego stopniowo całą Europę (a może i nie tylko Europę), ukierunkowanego na zepchnięcie chrześcijaństwa do głębokiej defensywy. Antychrześcijańskie hasła pojawiały się już na środkach komunikacji miejskiej w wielu państwach. Szczególnie szerokim echem odbiła się akcja użycia 200 londyńskich autobusów do promocji tekstu: "Prawdopodobnie Boga nie ma, więc przestań się martwić i ciesz się życiem".
Skąd taki zapał w deprecjacji chrześcijaństwa - nie wiem. W czym chrześcijaństwo szkodzi życiu społecznemu? Namawia do kradzieży, gwałtów czy zabójstw? Nie! Wręcz przeciwnie. Ale może właśnie fakt, że jest prawdziwą szkołą cnót obywatelskich, jest nie w smak niewiastom ze Stowarzyszenia Same o Sobie i innym, im podobnym. Ale niech tam, niech im tez Pan Bóg błogosławi.
W imię tego prawa do ochrony interesów mniejszości feministki zażądały, by na warszawskich autobusach rozwieszone były plakaty promujące "manifę"(czy już nie można tego nazwać normalnie, manifestacją?) 8 marca. Nie byłoby może w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że promujące demonstrację hasło ma charakter wybitnie prowokacyjny: "Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek".
Wydaje się, że jest to element szerszego procesu, ogarniającego stopniowo całą Europę (a może i nie tylko Europę), ukierunkowanego na zepchnięcie chrześcijaństwa do głębokiej defensywy. Antychrześcijańskie hasła pojawiały się już na środkach komunikacji miejskiej w wielu państwach. Szczególnie szerokim echem odbiła się akcja użycia 200 londyńskich autobusów do promocji tekstu: "Prawdopodobnie Boga nie ma, więc przestań się martwić i ciesz się życiem".
Skąd taki zapał w deprecjacji chrześcijaństwa - nie wiem. W czym chrześcijaństwo szkodzi życiu społecznemu? Namawia do kradzieży, gwałtów czy zabójstw? Nie! Wręcz przeciwnie. Ale może właśnie fakt, że jest prawdziwą szkołą cnót obywatelskich, jest nie w smak niewiastom ze Stowarzyszenia Same o Sobie i innym, im podobnym. Ale niech tam, niech im tez Pan Bóg błogosławi.
środa, 18 lutego 2009
Słowa, słowa, słowa
Od kilku dni krąży po internecie filmik, na którym widać i słychać, jak znany i popularny prezenter telewizyjny używa słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Głosy oburzenia, jakie się w związku z tym podniosły, odbieram jednak z mieszanymi uczuciami, a to z kilku powodów.
Po pierwsze, mam poważne podejrzenia (graniczące z pewnością), że niektórzy oburzający się odsądzają człowieka za rzeczy, które sami robią od czasu do czasu. Głosy protestów mają zatem - przynajmniej w odniesieniu do tej części komentatorów - charakter faryzejski.
Po drugie, z doświadczenia żeglarskiego wiem, że załogant trafiony celnym ...słowem nabiera bystrości umysłu i szybkości ruchów. Być może p. Prezenter ma podobne doświadczenie i postanowił je zastosować w studiu.
Po trzecie, powszechnie wiadomo, że aby rozmówca zrozumiał wysłany w jego kierunku komunikat, trzeba mówić w języku dla niego zrozumiałym. Wypowiedź p. Prezentera mogła być zatem spowodowana koniecznością wypowiedzi w języku dla niego obcym, a zrozumiałym dla jego rozmówcy. Rozmówcy p. Prezentera niestety nie słychać...
Wiem, że każdy z przytoczonych argumentów obciążony jest dużym "być może", ale wątpliwości trzeba interpretować na korzyść oskarżonego. Wiem też, że słów niecenzuralnych wypowiadać nie należy nawet w stanie wzburzenia. Nie można za pomocą złych moralnie środków dążyć do osiągnięcia celu, choćby najlepszego. Niewątpliwie zatem p. Prezenter wypowiadać się w ten sposób nie powinien był. A jednak, trudno mi odmówić mu racji, gdy zapowiedział, że autora publikacji filmiku w internecie pociągnie do odpowiedzialności.
Cała wypowiedź miała być poza wizją, ale ktoś ją nagrał bez jego wiedzy i zgody. Cała wypowiedź ukierunkowana była na troskę o wygląd studia nadawczego, co ma bezpośredni wpływ na wizerunek stacji wśród widzów. I cała wypowiedź była oczywistym wyrazem frustracji z niezrozumienia problemu przez człowieka, który odpowiada za program. Dlatego uważam, że racja - zarówno merytoryczna w odniesieniu do wypowiedzi, jak i formalna w odniesieniu do jej publikacji w internecie - jest po stronie p. Prezentera. Jedyne "ale" odnosi się do formy, w jakiej się zwrócił do swego rozmówcy.
Na marginesie całej sprawy zrodziła się we mnie jeszcze jedna refleksja. Skąd się w nas bierze upodobanie, by wytykać znanych i popularnych ludzi palcami, ilekroć okazują się równie zwyczajni, słabi i grzeszni, co my wszyscy? Tak, jakbyśmy oczekiwali, by gwiazdorzy telewizji byli wzorami moralnymi, nieskazitelnymi pod każdym względem. Tymczasem oni są tacy sami jak my, tak samo jak my potrzebują zbawienia. A jeśli nawet kołacze się w nas przekonanie, że potrzebują go bardziej, że są większymi od nas grzesznikami, to czy nie powinniśmy przypomnieć sobie przypowieści o faryzeuszu i celniku modlących się w świątyni, by we własne piersi się uderzyć?
Po pierwsze, mam poważne podejrzenia (graniczące z pewnością), że niektórzy oburzający się odsądzają człowieka za rzeczy, które sami robią od czasu do czasu. Głosy protestów mają zatem - przynajmniej w odniesieniu do tej części komentatorów - charakter faryzejski.
Po drugie, z doświadczenia żeglarskiego wiem, że załogant trafiony celnym ...słowem nabiera bystrości umysłu i szybkości ruchów. Być może p. Prezenter ma podobne doświadczenie i postanowił je zastosować w studiu.
Po trzecie, powszechnie wiadomo, że aby rozmówca zrozumiał wysłany w jego kierunku komunikat, trzeba mówić w języku dla niego zrozumiałym. Wypowiedź p. Prezentera mogła być zatem spowodowana koniecznością wypowiedzi w języku dla niego obcym, a zrozumiałym dla jego rozmówcy. Rozmówcy p. Prezentera niestety nie słychać...
Wiem, że każdy z przytoczonych argumentów obciążony jest dużym "być może", ale wątpliwości trzeba interpretować na korzyść oskarżonego. Wiem też, że słów niecenzuralnych wypowiadać nie należy nawet w stanie wzburzenia. Nie można za pomocą złych moralnie środków dążyć do osiągnięcia celu, choćby najlepszego. Niewątpliwie zatem p. Prezenter wypowiadać się w ten sposób nie powinien był. A jednak, trudno mi odmówić mu racji, gdy zapowiedział, że autora publikacji filmiku w internecie pociągnie do odpowiedzialności.
Cała wypowiedź miała być poza wizją, ale ktoś ją nagrał bez jego wiedzy i zgody. Cała wypowiedź ukierunkowana była na troskę o wygląd studia nadawczego, co ma bezpośredni wpływ na wizerunek stacji wśród widzów. I cała wypowiedź była oczywistym wyrazem frustracji z niezrozumienia problemu przez człowieka, który odpowiada za program. Dlatego uważam, że racja - zarówno merytoryczna w odniesieniu do wypowiedzi, jak i formalna w odniesieniu do jej publikacji w internecie - jest po stronie p. Prezentera. Jedyne "ale" odnosi się do formy, w jakiej się zwrócił do swego rozmówcy.
Na marginesie całej sprawy zrodziła się we mnie jeszcze jedna refleksja. Skąd się w nas bierze upodobanie, by wytykać znanych i popularnych ludzi palcami, ilekroć okazują się równie zwyczajni, słabi i grzeszni, co my wszyscy? Tak, jakbyśmy oczekiwali, by gwiazdorzy telewizji byli wzorami moralnymi, nieskazitelnymi pod każdym względem. Tymczasem oni są tacy sami jak my, tak samo jak my potrzebują zbawienia. A jeśli nawet kołacze się w nas przekonanie, że potrzebują go bardziej, że są większymi od nas grzesznikami, to czy nie powinniśmy przypomnieć sobie przypowieści o faryzeuszu i celniku modlących się w świątyni, by we własne piersi się uderzyć?
sobota, 14 lutego 2009
Walę tynki
"Walę tynki" - czyli święto budowlańców. Jeden z tych dni, które wyznaczają ramy roku handlowego. Wszędzie serduszka, kwiaty, słodycze... Czasem mi się wydaje, że niemal każdy towar - niedawno oferowany jako "idealny prezent pod choinkę" obecnie jest rewelacyjnym podarunkiem walentynkowym.
Wielu z moich przyjaciół postanowiło ignorować Święto Zakochanych, niektórzy mówiąc wprost, że przy całej miłości, nie chcą wchodzić w "te klimaty". Dlaczego? Może dlatego, żeby nie rozmienić miłości na drobne...
Oczywiście, miłość potrzebuje znaków ją wyrażających. By płonąć, potrzebuje "paliwa". Ale jednocześnie, ważniejsze dla prawdziwej miłości jest uszanować kochaną osobę i zatroszczyć się o jej prawdziwe dobro, niż tylko miło spędzić upojny wieczór. Wiem, że upraszczam, ale jest to uproszczenie rodem ze sklepowych witryn.
Dzisiejszy świat zatracił gdzieś świadomość, czym jest miłość. Historie Terry Schiavo czy Eluany Englaro pokazują, że dziś przez "kochać" rozumie się, że "jest nam dobrze ze sobą". Miłość na dobre - tak, oczywiście! Miłość na złe - nie, na nią miejsca już nie ma. Nie ma na nią sił. Nie ma dla niej serca.
Nie podoba mu się miłość, która dużo kosztuje, zwłaszcza jeśli kosztuje życie - znoszenia słabości męża czy żony, ich grzechów, chorób, niepełnosprawności. Taka miłość - jeśli się ją gdzieś spotka, u kogoś zobaczy - wzbudza już nie podziw, ale raczej politowanie. I tak świadkowie traktowani są jak trefnisie, których kosztem można się łatwo zabawić.
Wielu z moich przyjaciół postanowiło ignorować Święto Zakochanych, niektórzy mówiąc wprost, że przy całej miłości, nie chcą wchodzić w "te klimaty". Dlaczego? Może dlatego, żeby nie rozmienić miłości na drobne...
Oczywiście, miłość potrzebuje znaków ją wyrażających. By płonąć, potrzebuje "paliwa". Ale jednocześnie, ważniejsze dla prawdziwej miłości jest uszanować kochaną osobę i zatroszczyć się o jej prawdziwe dobro, niż tylko miło spędzić upojny wieczór. Wiem, że upraszczam, ale jest to uproszczenie rodem ze sklepowych witryn.
Dzisiejszy świat zatracił gdzieś świadomość, czym jest miłość. Historie Terry Schiavo czy Eluany Englaro pokazują, że dziś przez "kochać" rozumie się, że "jest nam dobrze ze sobą". Miłość na dobre - tak, oczywiście! Miłość na złe - nie, na nią miejsca już nie ma. Nie ma na nią sił. Nie ma dla niej serca.
Nie podoba mu się miłość, która dużo kosztuje, zwłaszcza jeśli kosztuje życie - znoszenia słabości męża czy żony, ich grzechów, chorób, niepełnosprawności. Taka miłość - jeśli się ją gdzieś spotka, u kogoś zobaczy - wzbudza już nie podziw, ale raczej politowanie. I tak świadkowie traktowani są jak trefnisie, których kosztem można się łatwo zabawić.
środa, 11 lutego 2009
Talibowie i Polacy
Muszę się przyznać, że zapowiedź ścigania zabójców krakowskiego geologa, zabitego w Pakistanie przez talibów, wzbudziła moje niejakie zdziwienie. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak to ma wyglądać. Polski rząd naciska na Pakistan, by ścigał zbrodniarzy, ale realia polityczne są takie, że to Pakistan jest potęgą atomową, a nie my. Jak ów nacisk ma wyglądać? Nie łączą nas z Pakistanem ściślejsze więzi polityczne i gospodarcze, poza tym, że chcemy tam sprzedawać, co tylko się da. Możemy co najwyżej pomachać flagą Unii Europejskiej, ale Pakistan zdaje się niewiele sobie z tego robić, podobnie zresztą, jak niezbyt się przejmuje naciskami USA, które są cokolwiek od Polski mocniejsze.
Swoją drogą, warto pamiętać, że Talibowie, a ściślej mówiąc pasztuni, całkowicie kontrolują swoje terytorium – ani siły pakistańskie, ani amerykańskie, ani – w swoim czasie sowieckie (tyle że w Afganistanie) na razie sobie z owym państwem w państwie nie poradziły. Podobno nasz rząd zna personalia morderców, ale obawiam się, że za tym oświadczeniem nie stoją żadne konkrety, a nawet jeśli taką wiedzę nasz MSZ posiada, to niewiele z niej wynika.
Raz po raz dają się słyszeć wezwania, by nie używać dramatu polskiego geologa do doraźnych celów politycznych i komercyjnych. Słusznie. Jak jednak ocenić wypowiedzi ministrów i posłów w tej sprawie? Ani buńczuczne deklaracje pociągnięcia do odpowiedzialności zabójców Polaka, ani działania sejmowych komisji śledczych niczego nie zmienią i do niczego nie doprowadzą poza jednym: dalszym osłabieniem międzynarodowego autorytetu Polski.
Nie ma sensu zachowywać się jak mocarstwo, gdy mocarstwem się nie jest. Angażowanie się w interwencje we wszystkich punktach zapalnych na świecie niczemu nie służy poza zaspokojeniem własnego głodu wielkości. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu i – jak to śpiewał Wojciech Młynarski – robić swoje.
To co? – zapyta ktoś – mamy nic nie robić? Wydaje mi się, że realia sytuacji są takie, że nic sensownego zrobić nie można, poza uprzejmą prośbą do wyznawców Allaha, by w imię szacunku dla człowieka, pozwolili pochować naszego rodaka w rodzinnej ziemi. Powtarzam – takie są realia. Lepiej je zaakceptować, niż trwać w stworzonej przez siebie fikcji.
Swoją drogą, warto pamiętać, że Talibowie, a ściślej mówiąc pasztuni, całkowicie kontrolują swoje terytorium – ani siły pakistańskie, ani amerykańskie, ani – w swoim czasie sowieckie (tyle że w Afganistanie) na razie sobie z owym państwem w państwie nie poradziły. Podobno nasz rząd zna personalia morderców, ale obawiam się, że za tym oświadczeniem nie stoją żadne konkrety, a nawet jeśli taką wiedzę nasz MSZ posiada, to niewiele z niej wynika.
Raz po raz dają się słyszeć wezwania, by nie używać dramatu polskiego geologa do doraźnych celów politycznych i komercyjnych. Słusznie. Jak jednak ocenić wypowiedzi ministrów i posłów w tej sprawie? Ani buńczuczne deklaracje pociągnięcia do odpowiedzialności zabójców Polaka, ani działania sejmowych komisji śledczych niczego nie zmienią i do niczego nie doprowadzą poza jednym: dalszym osłabieniem międzynarodowego autorytetu Polski.
Nie ma sensu zachowywać się jak mocarstwo, gdy mocarstwem się nie jest. Angażowanie się w interwencje we wszystkich punktach zapalnych na świecie niczemu nie służy poza zaspokojeniem własnego głodu wielkości. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu i – jak to śpiewał Wojciech Młynarski – robić swoje.
To co? – zapyta ktoś – mamy nic nie robić? Wydaje mi się, że realia sytuacji są takie, że nic sensownego zrobić nie można, poza uprzejmą prośbą do wyznawców Allaha, by w imię szacunku dla człowieka, pozwolili pochować naszego rodaka w rodzinnej ziemi. Powtarzam – takie są realia. Lepiej je zaakceptować, niż trwać w stworzonej przez siebie fikcji.
czwartek, 29 stycznia 2009
Głos sumienia
Pada pytanie, czy były premier Kazimierz Marcinkiewicz powinien był odejść od swojej żony, by związać się z inną kobietą, czy też udawać wiernego męża i ojca (przy okazji, kwestia, czy jest ona znacznie młodsza od niego czy też nie, ma naprawdę drugorzędne znaczenie). Otóż jestem przekonany, że pytanie takie jest źle postawione, ponieważ fałszywie zakłada, iż wybór był jedynie pomiędzy niewiernością a obłudą.
Pan Premier nie musiał ani wiązać się z drugą kobietą, ani udawać miłości i wierności. Wystarczyło, by pozostał wierny bez udawania. Nie wiem, skąd się bierze przekonanie, że nie można postępować dobrze, że człowiek zawsze musi zgrzeszyć, jeśli tylko pojawi się pokusa. Przecież Chrystus właśnie do walki z pokusą nas wzywa! Właśnie do wierności zaprasza i uzdalnia! A jeśli człowiek od samego początku jest przekonany, że nie uda mu się wytrwać w wierności, to trudno się dziwić, że motywacji do zmagania brakuje…
Bóg nigdy nie stawia człowieka w sytuacji przymusu grzechu. Nie ma nigdy tak, by człowiek musiał wybrać grzech, że nie ma możliwości wyboru dobra. Kto głosi tezę o nieuchronności grzechu albo kłamie, albo jest po prostu niedoinformowany. Oczywiście, wybór dobra niekiedy kosztuje wiele, niekiedy jest niezwykle bolesny. Jest jednak potwierdzeniem moralnej wielkości człowieka, który uczciwie szuka prawdy, a gdy ją znajdzie – równie uczciwie za nią podąża aż do końca.
Wielu ludzi, popełniając czyny niegodziwe – kradnąc, kłamiąc czy cudzołożąc – twierdzi, że sumienie im niczego nie wyrzuca. Co więcej, zdają się być przekonani, iż postępują słusznie i dobrze! Mylą się jednak uważając, że sam fakt, iż osąd pochodzi z sumienia czyni go prawdziwym i obowiązującym. Sumienie może się mylić, zwłaszcza jeśli jest źle uformowane lub nieuformowane w ogóle.
By zatem powoływać się na głos swojego sumienia, trzeba najpierw dołożyć starań, by je solidnie uformować, uczciwie szukając prawdy – choćby najbardziej wymagającej i trudnej. Co przez to rozumiem? Ano – lekturę Pisma św., odwołanie do rzeczywistych autorytetów moralnych. Tylko sumienie rzeczywiście prawe może aspirować do kryterium prawdziwości osądu i tylko wtedy, jego osąd można uznać za pewny i wiążący.
„W głębi sumienia — czytamy w Soborowej Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele — człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra, a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony” (KDK 16).
Pan Premier nie musiał ani wiązać się z drugą kobietą, ani udawać miłości i wierności. Wystarczyło, by pozostał wierny bez udawania. Nie wiem, skąd się bierze przekonanie, że nie można postępować dobrze, że człowiek zawsze musi zgrzeszyć, jeśli tylko pojawi się pokusa. Przecież Chrystus właśnie do walki z pokusą nas wzywa! Właśnie do wierności zaprasza i uzdalnia! A jeśli człowiek od samego początku jest przekonany, że nie uda mu się wytrwać w wierności, to trudno się dziwić, że motywacji do zmagania brakuje…
Bóg nigdy nie stawia człowieka w sytuacji przymusu grzechu. Nie ma nigdy tak, by człowiek musiał wybrać grzech, że nie ma możliwości wyboru dobra. Kto głosi tezę o nieuchronności grzechu albo kłamie, albo jest po prostu niedoinformowany. Oczywiście, wybór dobra niekiedy kosztuje wiele, niekiedy jest niezwykle bolesny. Jest jednak potwierdzeniem moralnej wielkości człowieka, który uczciwie szuka prawdy, a gdy ją znajdzie – równie uczciwie za nią podąża aż do końca.
Wielu ludzi, popełniając czyny niegodziwe – kradnąc, kłamiąc czy cudzołożąc – twierdzi, że sumienie im niczego nie wyrzuca. Co więcej, zdają się być przekonani, iż postępują słusznie i dobrze! Mylą się jednak uważając, że sam fakt, iż osąd pochodzi z sumienia czyni go prawdziwym i obowiązującym. Sumienie może się mylić, zwłaszcza jeśli jest źle uformowane lub nieuformowane w ogóle.
By zatem powoływać się na głos swojego sumienia, trzeba najpierw dołożyć starań, by je solidnie uformować, uczciwie szukając prawdy – choćby najbardziej wymagającej i trudnej. Co przez to rozumiem? Ano – lekturę Pisma św., odwołanie do rzeczywistych autorytetów moralnych. Tylko sumienie rzeczywiście prawe może aspirować do kryterium prawdziwości osądu i tylko wtedy, jego osąd można uznać za pewny i wiążący.
„W głębi sumienia — czytamy w Soborowej Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele — człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra, a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony” (KDK 16).
Subskrybuj:
Posty (Atom)