środa, 24 lutego 2010

Karcenie

Od czasu do czasu pojawiają się na różnych gremiach – od rozmów przy stole po przemówienia z trybuny sejmowej - dyskusje nad metodami wychowywania dzieci. Media oczywiście nie śpią. Zarówno prasa jak i telewizja temat chętnie podejmują. Raz, że ważny, dwa, że chwytliwy. Trzy kontrowersyjny, a przynajmniej budzący takie emocje, że nierzadko uczestnicy dyskusji gotowi sobie skoczyć do gardeł; nawet ci, którzy sprzeciwiają się użyciu siły jako argumentu wychowawczego.

Zazwyczaj najbardziej burzliwa dyskusja toczy się wokół wątku karania dzieci przy pomocy uderzenia: czy wolno dać dziecku klapsa (wersja light) lub czy wolno bić dzieci (wersja hardcorowa). Spór, jakkolwiek gorący, rzadko ma charakter merytoryczny. Zwolennicy dopuszczalności stosowania kar cielesnych zarzucają swoim adwersarzom propagowanie wychowania bezstresowego; ci z kolei zrównują swoich przeciwników z bezdusznymi katami. Oba zarzuty niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, podobnie jak bicie z wychowywaniem.

Czym bowiem jest wychowanie? Jest prowadzeniem ku dorosłości, ku sztuce rozpoznawania tego co dobre i powinne, wybierania ich i konsekwentnego w ich kierunku podążania. Swoją drogą, dzieci zazwyczaj znacznie lepiej od nas, dorosłych, wiedzą, co jest dobre. Wychowanie w takim razie jest bardziej utrwaleniem tej naturalnej, wszczepionej przez Boga w nasze sumienia zdolności rozpoznawania dobra i trwania przy nim, mimo iż oznacza to niekiedy poniesienie trudu ofiary czy niezrozumienia ze strony otoczenia. Być dobrym kosztuje, bo gdy człowiek dzieli się z kimś czekoladą, to już nie ma całej tabliczki dla siebie. Nosi w sercu jednak poczucie, że uczynił coś dobrego.

Nie chodzi zatem w wychowaniu o bezmyślną tresurę wedle wzorców bodziec-reakcja, jakkolwiek krótkoterminowo takie działanie wydawać by się mogło bardziej skuteczne. Tresura ma bowiem to do siebie, że wytresowany obiekt, gdy tylko zorientuje się, że treser nie ma nad nim już władzy, obraca się przeciwko niemu – chyba, że z jakiegoś powodu uzna to za niepotrzebne czy wręcz szkodliwe. Wychowanie natomiast prowadzi do sytuacji, w której człowiek tak nasiąka ukazywanymi mu postawami i wzorcami, że stają się częścią jego tożsamości. Nie jest ich uczony, jak aktor roli, ale nasiąka nimi, podobnie jak mięso przesiąka aromatem zastosowanej marynaty.

Nie jest rzeczą łatwą wychować młodego człowieka, otworzyć przed nim drogę do samodzielnej dorosłości. Bywa, że w procesie wychowywania nie raz i drugi popełni się błąd, czasem błąd bardzo poważny. Warto wówczas przyznać się do niego, dokonać stosownej korekty i próbować dalej, a nie iść „w zaparte” i usprawiedliwiać własną małość i słabość jakimiś pseudo-racjami.

Cóż zatem? Czy można zastosować sankcje fizyczne wobec dziecka? Myślę, że nie. Przemoc wielkich wobec małych nie ma racji bytu. Nawet najszczytniejsze powody nie usprawiedliwią wykorzystania przewagi siły wobec Najmniejszych. Za każdym razem będą znakiem naszej – Dużych Ludzi – porażki. Pan Bóg wobec nas - grzeszników, nas – swoich dzieci, nie stosuje przemocy, choć mógłby, wedle słów samego Jezusa. Karci i upomina, ale nie zmusza do niczego, a tym bardziej nie karze brutalną siłą za popełnione grzechy. Niekiedy tylko pozwala nam doświadczyć ich nieuniknionych konsekwencji – ale to konsekwencje naszych głupich i złych czynów, a nie Jego zemsta czy kara. Dla mnie najbardziej bolesnym doświadczeniem jest w takiej sytuacji świadomość własnej podłości, małości, grzeszności; choć mam świadomość, że tę zdolność odczuwania moralnego wielu ludzi skutecznie w sobie zdezaktywowało. Szkoda, równocześnie bowiem stracili szansę na odczucie radości z czynienia dobra.

Porozmawiajmy o dzieciach

Filip Kwiatek ("Nasz Krąg"): Zaciekawiła mnie pod koniec zeszłego roku wypowiedź Jonathana Sacksa, głównego rabina Wielkiej Brytanii, który powiedział: „Rdzenni Europejczycy skazani są na wymarcie, bo we współczesnej kulturze nie ma miejsca na ofiarę. A bez ofiar nie da się wychować dzieci. Jedyne poważne pytanie filozofii brzmi: „Dlaczego mam mieć dzieci?”. A na nie współczesna kultura nie odpowiada. Toczymy wielkie debaty o zmianach klimatycznych, a nawet nie wspominamy o rodzicielstwie”. Czy ksiądz podziela taką opinię?

xpk: Po pierwsze, dzieci się nie ma, nie są one niczyją własnością. Bóg powierza rodzicom dzieci, aby ci je wychowali, umożliwili wejść w dorosłość, a w końcu pozwolili im odejść. Jeżeli ktoś inaczej mówi o rodzicielstwie, to po prostu nie do końca je rozumie. Poza tym nawet jeżeli ominiemy problem tego niewłaściwego sformułowania, to decyzja czy mamy mieć dzieci nie należy do rodziców tylko do Pana Boga. Rodzice mają rozeznawać, jaka jest wola Boża i w niej uczestniczyć. Nie polega to na samodzielnym podejmowaniu decyzji, a na współpracy z Tym, który jest Dawcą Życia.

FK: Ale przed taki wyborem ludzie stają...

xpk: Najczęściej takie pytania stawiają osoby, które gdzieś „zgubiły” Boga w swoim życiu („zgubiły” w sensie żywej, intymnej relacji). Jeżeli nie mają relacji z Bogiem, to jest niebezpieczeństwo,że innych ludzi będą traktować posesywnie, jak własność. Jeśli nie czuję się dzieckiem Bożym, to nie traktuję innych jak braci, ale jak poddanych. Ma to także przeniesienie na potomstwo. Proszę zwrócić uwagę, że obecnie dominuje model wychowania dzieci na swój obraz i podobieństwo. Tymczasem rodzic ma wychować swoje pociechy ku odkryciu przez nie prawdziwego człowieczeństwa, które jest obrazem miłującego Boga-Stwórcy. Nie może być tu mowy o tym, co widzi się tak często: spełnianie wygórowanych oczekiwań rodziców, stawiane przez nich wymagań odnośnie wykształcenia, przyszłej kariery itd.

FK: A co w przypadkach, które spotyka się coraz częściej, kiedy młodzi małżonkowie mówią: mamy kredyt na mieszkanie i samochód, musimy oboje pracować, nie ma żłobków, nie stać nas na nianię, nasi rodzice mieszkają poza Warszawą itp., itd? Nie możemy mieć teraz dziecka (pierwszego lub kolejnego)…

xpk: No, jak podejmą taką decyzję, to rzeczywiście nie będą mieli dziecka. Natomiast takie argumenty pokazują, jakie ktoś ma priorytety w życiu. Jeżeli stabilizacja materialna i bezpieczeństwo socjalne są tym, ku czemu człowiek dąży, to temu podporządkuje także inne wybory i relacje, i również według tego sposobu myślenia usytuuje miejsce dzieci w swojej rodzinie. Małżeństwo jest ze swojej natury komunią życiodajną, czyli mąż swoją miłością obdarowuje żonę, żona podobnie odnosi się do męża i oboje dzięki temu tworzą przestrzeń dla nowego życia. Jeżeli tego wzajemnego obdarowywania się nie ma, tylko jest nastawienie, żeby mnie lub nam było dobrze, to dziecko staje się jedynie elementem wyposażenia, wprawdzie bardzo pięknym, czasem pożądanym, ale nigdy chcianym dla niego samego. Bo proszę spojrzeć: jeżeli muszę mieć dom w odpowiednim standardzie, samochód konkretnej marki, towarzystwo znajomych na wysokim poziomie, to nie będzie też miejsca na dziecko. Tak naprawdę priorytety takie oznaczają, że Bóg nie ma nic do powiedzenia w moim życiu, a szczególnie na temat wielkości mojej rodziny. Tymczasem chrześcijanin to taki człowiek, który najpierw pyta Boga o Jego wolę, a nie zabiega o to, jakim ma jeździć samochodem i ile ma zarabiać, żeby go było stać na rozmaite przyjemności. Chrześcijanin wierzy, że Bóg się zatroszczy o niego i jego rodzinę, nawet liczną. Spotkałem kiedyś rodzinę z ośmiorgiem dzieci (już sam rozmiar rodziny jest przez wielu traktowany jako patologia), a w której dzieci były zadbane i wykształcone, owszem nie przelewało się, ale były w niej widoczne przede wszystkim dwie rzeczy: głęboka wiara i wzajemna miłość. Było to prawdziwe świadectwo wsparcia i pomocy, jak również dowód na to, że nie wszystko w życiu musi być z najwyższej półki. Grunt, aby pełnić wolę Bożą! No, ale jeżeli kogoś taka argumentacja w ogóle nie dotyka, to oznacza, że znalazł sobie inny niż Bóg punkt odniesienia. W tej materii nie ma pustki. Każdy musi wierzyć w „coś”, co daje mu poczucie bezpieczeństwa, w czym może złożyć swoją nadzieję. Jeżeli to pierwsze miejsce nie należy do Boga, to jest ono zajęte przez coś innego, najczęściej są to pieniądze. Nie chcąc oceniać czy dezawuować niczyich postaw czy wyborów, chcę jasno powiedzieć, że dla chrześcijanina osobą, która jest życiowym drogowskazem jest Bóg.

FK: Jednak obserwując rzeczywistość daje się zauważyć, że odbiega ona od nakreślonego przez księdza obrazu. Co Kościół, co my, chrześcijanie, możemy zrobić, aby taki model małżeństwa i rodzicielstwa promować?

xpk: Zgadzam się, że kondycja Kościoła w Polsce w sensie poziomu wiary nie jest zbyt dobra, żeby nie powiedzieć wprost, że z naszą wiarą jest krucho. Jest ona często bardzo pobożna, ale nie jest pogłębiona, brakuje nam doświadczenia osobistej relacji z Bogiem, szczególnie w chwilach trudnych. W związku z tym również i kondycja rodziny pozostawia, w moim odczuciu, wiele do życzenia. Co można zrobić? Potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze, odważne działanie pasterzy Kościoła promujące rodzinę chrześcijańską, czyli ukazujące, jaka ta rodzina ma być. Po drugie, niezbędne jest świadectwo tych, którzy wiarę mają. Nie ma tu znaczenia, czy jest to osoba samotna czy wielodzietna rodzina – każdy kto odkrył Chrystusa w jego Bóstwie i Człowieczeństwie, kto doświadczył, że jest On Panem jego historii, jest wezwany, aby o tym świadczyć: w pracy, w szkole, w sklepie, w parafii, na ulicy – gdziekolwiek się znajdzie. Ten drugi element jest według mnie ważniejszy. Uważam, że odnowa Kościoła wyjdzie od dołu, od ludzi wiary, a nie z dokumentów kościelnych. Z drugiej strony, niestety,
dokumenty te są rzadko czytane przez wiernych. Która z rodzin przeczytała w swoim gronie np. adhortację Jana Pawła II Familiaris consortio lub jego List do rodzin? Znam takie, choć nie ma ich zbyt wiele. Z kolei, gdy z ambony padają słowa twarde, wymagające, wielu ludzi nie słucha, nawet wychodzi. Do nich może tylko trafić inny chrześcijanin: sąsiad, kolega z pracy, brat ze wspólnoty, który swoim życiem unaoczni mu, że można żyć inaczej, że warto się codziennie nawracać do Boga i żyć Jego Ewangelią.

FK: Dziękuję za rozmowę.

Powyższy tekst pochodzi z wydawanego przy parafii św. Zygmunta na Warszawskich Bielanach pisma"Nasz Krąg", numer 1/10 (123) ISSN 1505-0327 nasz.krag@interia.pl. Wywiad przeprowadził Filip Kwiatek, redaktor naczelny.

czwartek, 18 lutego 2010

Błogosławieństwo narzeczonych

Błogosławieństwo
Dostąpiłem zaszczytu błogosławieństwa narzeczonych. Młodzi ludzie, ona jeszcze w szkole średniej, w klasie maturalnej, a on 5 lat od niej starszy. Zakochani, zauroczeni sobą, a jednocześnie bardzo dojrzali w swoim wyborze młodzi ludzie podjęli decyzję, że chcą spędzić ze sobą życie. I że chcą się do małżeństwa uczciwie przygotować, opierając owo przygotowanie nie tyle na potędze uczucia, co na Panu Bogu. Poprosili mnie zatem, bym podczas liturgii słowa pobłogosławił ich rozpoczynające się narzeczeństwo.

Radość, jaka malowała się na ich twarzach trudno opisać. On zachwycony każdym jej ruchem i gestem. Ona odnajdująca w nim bezpieczeństwo i spokój. Najwspanialsze było to, że tej radości nie zamknęli w sobie, ale zaprosili do uczestnictwa w niej swoich rodziców i przyjaciół. I zaprosili pięknie, delikatnie i po prostu, unikając taniego ekshibicjonizmu i żenującej ostentacji.

Jest rzeczą wspaniałą móc być świadkiem kwitnącej miłości. To tak, jakby patrzeć na rozwijający się kwiat i po prostu cieszyć oczy jego pięknem. Warunkiem jednak tego zachwytu jest nie szukać drugiego dna i nie dopatrywać się rzeczy, których nie ma. Jeśli tej prostoty czystego spojrzenia na miłość zabraknie, natychmiast zaczną się sądy, obmowy, narzekania i tzw. „dobre rady”, które niejednego doprowadziły już do furii.

Młodzi niestety nie uniknęli tego dobrodziejstwa inwentarza. Niewczesna pseudożyczliwość niektórych natychmiast zaczęła zadawać pytania, czy to nie za wcześnie, albo jakie niedopowiedziane powody skłoniły ich do decyzji o zaręczynach. Ktoś zapytał nawet, czy dziewczyna nie jest w ciąży. Pomijając bezczelność pytania, warto powiedzieć wprost, że płynie ono z powszechnego przekonania, że młodzi, kochający się ludzie, współżyją ze sobą, zaś dziecko jest niechcianą konsekwencją przyjemności stąd płynącej. Mało komu przychodzi do głowy, że narzeczeni chcą żyć w czystości, by w ten sposób lepiej przygotować się do zawarcia sakramentu małżeństwa.

Inni życzliwi doradcy mówili, że najpierw trzeba pokończyć szkoły, zdobyć dyplomy i pracę, ustatkować się, a dopiero potem myśleć można o małżeństwie i rodzinie. Takie komentarze też jasno pokazały, jak różne mogą być priorytety. Bo dla Młodej najważniejsza jest rodzina: przyszły mąż i dzieci, jeśli Pan Bóg pozwoli. Ona chce prowadzić dom, w nim realizując swoją kobiecość – jako żona i matka. Dla wielu takie postawienie sprawy wydaje się absurdalne, ale dla mnie dowodzi wewnętrznej dojrzałości i właściwego ustawienia hierarchii wartości.

I najlepsze: młodzi postanowili, że narzeczeństwo potrwa rok. Nie dlatego, że trzeba zgromadzić fundusze na wesele. Nie dlatego, że trzeba wypełnić tradycję. Nawet nie dlatego, że takie jest zapotrzebowanie społeczne (u bliższej i dalszej rodziny). Nie, oni chcą się po prostu nauczyć kochać jedno drugie, kochać prawdziwą, Bożą miłością. Chcą się nauczyć rozmawiać o sprawach łatwych i trudnych, chcą nauczyć się pokonywać razem trudności i znosić wzajemnie swoje słabości.

Bardzo są w sobie zakochani. Mimo to jednak, to nie będzie łatwe narzeczeństwo, to nie będzie łatwy rok. Przygotowanie do małżeństwa potraktowane poważnie będzie ich z całą pewnością kosztowało niemało sił i nerwów. Ale kiedy patrzę na nich, jestem przekonany, że są na to zmaganie gotowi, bo wiedzą, że warto w miłość zainwestować. I warto ją oprzeć na mocnym, Bożym fundamencie.

czwartek, 11 lutego 2010

Konferencja

Kilka dni temu odbyła się w Lubelskim Uniwersytecie Medycznym konferencja bioetyczna, poświęcona zasadniczo początkom ludzkiego życia. Trudno przecenić rangę takiego wydarzenia. Etyczny wymiar medycyny cały czas wydawał się mocno nieoszacowany i poważna dyskusja był niezwykle potrzebna. Liczne referaty, spotkania, rozmowy w kuluarach… Działo się.

Miałem w tej konferencji swoje 5, a właściwie 20 minut. Mówiłem o formacji ludzkiej jako fundamencie dla pracy medyków. Mówiłem o tym, by traktować ludzi z szacunkiem, także jeśli nie są profesorami medycyny; by rozwijające się w łonach matek dzieci nie zamykać w zimnej technicznej terminologii medycznej. Zamiast zarodek, embrion czy płód, można przecież powiedzieć: człowiek, dziecko, dodając – jeśli jest taka potrzeba – że chodzi o określony etap rozwoju. Nic się wówczas nie straci z precyzji wypowiedzi, a jednocześnie uszanuje się człowieka. Mówiłem też o braku szacunku dla dzieci, które umierają zanim się urodzą i dla ich matek, którym utrudnia się pochowania ich dzieci.

Mówiłem również o tym, że pacjent ma prawo wiedzieć, co się z nim będzie działo i dlaczego, że ma prawo na to się zgodzić, lub nie. A skoro ma prawo wiedzieć, to trzeba mu wytłumaczyć tak, aby zrozumiał. W końcu po to medycy tyle studiują, by sami rozumiejąc, mogli wytłumaczyć innym. A ci inni – niewykształceni medycznie, bez tytułów i zdrowia – nie są wcale mniej warci szacunku od swoich lekarzy. Problem w tym, że młodzi adepci medycyny, przychodząc na studia, są traktowani często jako gorsi i niewarci szacunku właśnie z powodu swej – niezawinionej przecież – niewiedzy. Są poniżani przez mędrców, niestety przesiąkając tą atmosferą przez lata studiów. Jeśli zabraknie mocnego fundamentu moralnego wyniesionego z domu, grozi im, że stopniowo utrwali się w nich przekonanie, że tylko wiedza (najlepiej medyczna) i tytuł czynią człowieka wartym szacunku i zainteresowania.

Sala była niemal pusta, lekarzy praktycznie nie było, tylko trochę pielęgniarek i studentów medycyny. I prelegenci, a ci nie wszyscy. Równolegle toczyła się druga sesja i mam nadzieję, że druga aula była wypełniona. Jeśli jednak i tam było podobnie, trudno oprzeć się wrażeniu, że bioetyka, że etyka medyczna z medycyną się rozeszła, że nie cieszy się zainteresowaniem.

Jakby na potwierdzenie tej smutnej konstatacji nałożyło się podsumowanie mojej wypowiedzi przez prowadzącego profesora, który ją publicznie i dosłownie wyśmiał. Fachowość terminologii i aura medycznej profesury nie znalazła miejsca ani dla uznania człowieczeństwa nienarodzonych dzieci, ani dla elementarnego szacunku dla wypowiedzi prelegenta. W kilku zdaniach moderator sesji dowiódł niemal wszystkich postawionych w moim wystąpieniu tez. I zrobiło mi się smutno. Nie dlatego tylko, że potraktowano mnie w ten sposób. Znacznie bardziej smutno zrobiło mi się dlatego, że rozwiała się nadzieja, iż może nie miałem racji.

czwartek, 28 stycznia 2010

Próba sumienia

Wczoraj po południu zadzwoniła do mnie dziennikarka „Naszego Dziennika” z pytaniem o komentarz do najnowszych decyzji Marszałka Sejmu – chodziło o decyzję o wprowadzeniu pod obrady Sejmu lewicowego projektu ustawy bioetycznej. Nie wiem, skąd ND tę informację uzyskał, bo nie udało mi się jej nijak potwierdzić, a doniesienia prasowe, nade wszystko odnoszące się do bioetyki, staram się uważnie śledzić. Jak by nie było, polityczny zwrot w lewo najsilniejszego ugrupowania parlamentarnego zdziwił mnie i zaniepokoił.

Trudno mi – jeśli to doniesienie się potwierdzi – interpretować rozwój sytuacji inaczej jak jako kolejną ofensywę „cywilizacji śmierci”. Znowu będą dyskusje czy człowiek jest człowiekiem, i czy należy mu się szacunek zawsze, czy tylko w niektórych sytuacjach. A ponieważ płachta działa na byka, zwłaszcza czerwona, tak sobie myślę, że atak na godność człowieka powinna pobudzić nas, chrześcijan, do zdecydowanego sprzeciwu i radykalizacji stanowiska.

A więc koniec z debatą, czy dziecko na najwcześniejszym, embrionalnym etapie rozwoju, jest człowiekiem, czy też nie. Skoro liberałowie negują to człowieczeństwo, to my możemy równie jednoznacznie odrzucić ich poglądy. Oczywiście, jeśli będą pytać o powody, można im po raz kolejny opowiedzieć, jak rozwija się człowiek, ale – obawiam się – pytać nie będą. Skoro mają się rozpocząć prace nad ustawą bioetyczną w jej najbardziej niegodziwej wersji, chrześcijanie powinni stanąć murem w sprzeciwie i złożyć formalny wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. I głosować, bez dyskusji.

Stosunek do drugiego człowieka jest miarą własnego człowieczeństwa, nade wszystko zaś stosunek do człowieka bezbronnego. Pokrętne argumenty kwestionujące człowieczeństwo dzieci rozwijających się w łonach matek skutkują wypaczeniem sumień. A wypaczone sumienie przestaje szukać prawdy, przestaje wierzyć w jej istnienie i zobowiązujący charakter. I to nie tylko na płaszczyźnie bioetycznej, ale każdej innej również.

Współczesny człowiek stara się być rozsądny, racjonalny w swoich decyzjach, rzec by można roztropny. Tyle że roztropność, jako cnota związana z postawą długomyślności, w sposób konieczny odnosi się do świata wartości obiektywnych, nade wszystko do prawdy. Roztropność pyta się: „czy stać mnie na to, by porzucić ścieżkę prawdy?” i owo „czy stać mnie” odnosi do dobra ostatecznego, a więc zbawienia. Porzucenie dróg prawdy nie jest zatem roztropne, niezależnie od tego jak bardzo przemyślnym i rozsądnym się wydawało.

Prawda jest prosta, jak nóż obosieczny odcinając dobro od zła i światło od ciemności, wyznacza ścieżkę życia. Znieprawione sumienie usiłuje natomiast wykazać, że rzeczywistość można różnie tłumaczyć i interpretować, mącąc jednocześnie zarówno klarowność opisu sytuacji, jak i jednoznaczność oceny moralnej. Zgodnie ze starym przysłowiem, „w mętnej wodzie diabeł ryby łowi”. I tak pokrętne słowa prowadzą stopniowo, acz nieuchronnie do wewnętrznego znieprawienia.

Po raz kolejny parlamentarzyści chrześcijańscy, a my wszyscy razem z nimi, staniemy przed próbą jakości naszej wiary i wierności prawdzie: prawdzie o naszej wierze, prawdzie o naszym własnym człowieczeństwie i o gotowości do obrony godności tych, którzy o własne życie, godność i prawa z niej wynikające zatroszczyć się nie są w stanie. To próba jakości naszych sumień.

czwartek, 21 stycznia 2010

Haiti i niezawinione cierpienie

Zawsze, kiedy zdarza się katastrofa taka jak ta na Haiti, pada pytanie, gdzie jest Bóg. I zawsze znajdzie się wielu takich, którzy z satysfakcją stwierdzą, że skoro śmierć poniosło tylu niewinnych, to Bóg albo nie jest wszechmocny (a więc nie jest Bogiem), albo nie jest dobry (i wtedy nie warto w Niego wierzyć). Ja wierzę jednak, że Bóg jest na Haiti, z tymi, którzy cierpią, z tymi, którzy im pomagają, i z tymi, którzy tam zakończyli swoją ziemską drogę nade wszystko.
Są też inni interpretatorzy katastrof – naturalnych i wywołanych przez człowieka. Ci dopatrują się w nich kary za grzechy. W sumie, trudno się dziwić. Apostołowie też pytali Jezusa, czyj grzech jest przyczyną ślepoty żebraka; dla nich związek pomiędzy grzechem a cierpieniem był oczywisty.

Ja widzę takie wydarzenia w nieco innej perspektywie. Jak powiedziałem, wierzę w Boga, który kocha człowieka. Bywa, że daje temu człowiekowi cierpienie, jako szanse na wewnętrzny wzrost i dojrzewanie. Bóg stworzył człowieka przecież nie po to, by temu się wygodnie żyło, ale by przygotowane dlań szczęście trwało wiecznie. Dary Boże ukierunkowane są na wieczność, a nie w miarę pogodne przeżycie kilkudziesięciu lat ziemskiej egzystencji.

Wydarzenia takie jak trzęsienie ziemi na Haiti staram się widzieć przez pryzmat Wcielenia i Zbawienia w Chrystusie, obecności Syna Bożego pomiędzy ludźmi jako jednego z nas. I On cierpiał niedostatek, trudy codzienności. I On także doświadczył niezawinionego cierpienia, tyle że z ręki innych ludzi, a nie kataklizmu przyrodniczego.

Ta teologiczna, zbawcza perspektywa w żadnym stopniu nie umniejsza trudu i dramatyzmu wydarzeń na Haiti. Wręcz przeciwnie! Wstrząsy, które zrównały niemal cały kraj z ziemią, trzeba, by wstrząsnęły i nami, którzy stąpamy po stabilnym gruncie. I by otworzyły nasze serca.
Nie chodzi tylko o sięgnięcie do portfeli. To też. Haitańczykom potrzebne jest wsparcie finansowe. Ale też nam samym potrzebna jest głębsza, solidna refleksja nad ludzką kondycją. Bo choć trzęsienia ziemi w Polsce się zdarzają tylko w okolicach kopalń, to różnego rodzaju katastrofy i kataklizmy mają miejsce. Wielu ludzi i w Polsce ginie nieprzygotowanych na śmierć – choćby w wypadkach drogowych. I to nieprzygotowanie, lekceważenie relacji z Bogiem i ludźmi, to jest prawdziwe nieszczęście. Śmierć co prawda nas zawsze dopadnie z zaskoczenia, nas i naszych bliskich. W tym sensie jakoś zawsze będziemy nieprzygotowani. Ale jeśli ponadto będziemy z dala od Boga, może nam zabraknąć sił i chęci, by w tym ostatnim momencie do Niego powrócić.

Bóg jest po naszej stronie. Jest po stronie nas, pielgrzymów przez ziemskie padoły. Na różne sposoby do nas mówi, starając się zwrócić naszą uwagę na rzeczy najważniejsze. Dobrze by było, gdybyśmy dali się zainteresować wiecznością. Oj dobrze! Bo wtedy, gdyby nawet przyszło umierać niespodziewanie, odchodzilibyśmy przygotowani na spotkanie z Bogiem.

czwartek, 14 stycznia 2010

Cios w plecy

Bywa, że „życzliwi” ludzie uśmiechają się i prawią grzeczności, gdy spotykamy ich twarzą w twarz, ale za plecami opowiadają niestworzone historie. Plotki, oszczerstwa i sądy są wówczas jak sztylety wbijane w serce.

Wiadomo, od nikogo cios nie boli tak, jak od przyjaciela. Nikt tak nie zrani, jak najbliżsi, ci, od których spodziewamy się wsparcia, miłości i dobrego słowa. Jeśli zamiast dobra doświadczamy obojętności czy wręcz wrogości, odczuwane cierpienie trudno z czymkolwiek porównać. Zwłaszcza, jeśli cios przychodzi znienacka, zza pleców.

I co wtedy? Co zrobić, gdy rzekoma miłość i życzliwość otoczenia okazują się być nic nie wartym złudzeniem? Odpowiedzieć gniewem, zerwać kontakty?

Święta Księga mówi: „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha – pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,15-17).

A więc najpierw dyskretne i delikatne (co nie znaczy, że mało stanowcze) upomnienie. Chodzi o to, by ten, który naruszył prawo miłości miał miejsce na nawrócenie, by pomóc mu wycofać się i zmienić postępowanie. Świadkowie – w przypadku niepowodzenia pierwszego upomnienia – służyć mają przypomnieniu, że grzechy przeciw miłości bliźniego należą do spraw ważnych i nie wolno lekko ich traktować.

Najbardziej zastanawiające jest ostatnie zdanie w cytowanym fragmencie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, jakby chodziło o odrzucenie grzesznika. Wydaje mi się jednak, że możliwa jest odmienna interpretacja. Bo jak Bóg traktuje celników, grzeszników i pogan? Pochyla się nad nimi, tak jak nad każdym z nas. Nie mając względu na osobę, kocha każdego najbardziej na świecie. Stwierdzenie „niech ci będzie jak poganin i celnik” można zatem zinterpretować jako wezwanie do bezwarunkowej miłości przebaczającej, która bierze na siebie grzechy innych.

Uderzony podczas sądu Jezus nie broni się, a jedynie pyta o przyczynę agresji ze strony świątynnego sługi. Nie dochodzi swoich praw. Nie walczy. Bierze na siebie grzechy moje, nasze, świata. Przyjmuje krzyż, który Mu podaje ojciec. Zgadza się, by miłość nie była kochana, ale sam nie przestaje kochać.

Tę samą logikę miłości odnajdujemy w Liście do Rzymian (12:17-21): „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi. Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście Bożej. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę - mówi Pan - ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód - nakarm go. Jeżeli pragnie - napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

Czy mam zatem się zgodzić, by o mnie plotkowano, by mnie oczerniano, osądzano, chociaż czuję, że mnie to boli, że cierpię i jakby umieram z tego powodu? Czy mamy pozwolić, by dać się zabić plotkami, oszczerstwami i sądami otoczenia? Odpowiedź Ewangelii jest jednoznaczna. Oczywiście, każdy może zrobić po swojemu i Bóg ten wybór uszanuje, ale czyż nie wzywa nas On, byśmy – my Jego uczniowie – szli Jego śladami?