wtorek, 15 września 2009

Teraz my

Wczoraj miałem spotkanie z posłem J. Palikotem na antenie TVN/TVN24 w ramach "Teraz my". Było uprzejmie, ciekawie, merytorycznie - choć relacja na stronie TVN24 nie oddaje tego, co działo się w studiu - zdecydowanie staje po stronie zwolenników in vitro, przekręcając i wyrywając przytaczane przeze mnie argumenty z kontekstu. Wbrew moim obawom okazało się, że można prowadzić merytoryczną, opartą na racjonalnych argumentach dyskusję, w której strony się różnią diametralnie poglądami, a jednocześnie odnoszą się do siebie z szacunkiem.

Dobrze, że był to program na żywo. Udało się powiedzieć kilka ważnych rzeczy, zwłaszcza odnośnie do powikłań związanych ze stosowaniem zapłodnienia pozaustrojowego. Może ktoś to usłyszał, może w kimś to zmieniło nastawienie i podjęte już decyzje.

Na marginesie dyskusji nad in vitro wyszła kwestia praw obywatelskich dla ludzi wierzących. Według posła J. Palikota (swoją drogą polubiłem go...) chrześcijańscy politycy mają prawo do swoich poglądów, ale nie wolno im wprowadzać zapisów to odzwierciedlających w życie. PRzy całym szacunku dla liberałów, brak w tym rozumowaniu logiki.

Chciałem bardzo podziękować tym wszystkim, którzy się modlili w mojej intencji w związku z tym programem, o spokój serca, trzeźwość umysłu i klarowność wypowiadanych argumentów. Jestem bardzo Wam wdzięczny.

środa, 9 września 2009

Lublin - miasto inspiracji

Dzieci wróciły do szkoły, parlament na Wiejską, za 3 tygodnie studenci wrócą na uczelnie i Lublin nabierze swojego normalnego rytmu, naznaczonego korkami rano i po południu oraz permanentnymi kłopotami w znalezieniu miejsca na zaparkowanie samochodu. Będzie jak zwykle, a my – zagonieni codziennymi sprawami – w bałaganie szarej codzienności będziemy odnajdywać komfort dobrze znanych kłopotów.

Lublin się zmienia. Kolejne miejsca pięknieją, kolejne drogi są remontowane… Ale niektóre obszary naszego codziennego lubelskiego życia zdają się wymykać tym usprawniającym tendencjom. Od ponad roku w eterze panuje cisza na temat obwodnicy miasta. Od ponad dwóch lat nie ma mowy o usprawnieniu komunikacji północ-południe (chociażby przez tunel pod Alejami Racławickimi). Podobne milczenie otula kwestię „Teatru we-w-budowie” i pomysł szybkiego tramwaju. O parkingach (zwłaszcza wokół lubelskich uczelni) lepiej nie mówić. Dobrze chociaż, że nieco miejsc parkingowych dodano dodano, legalizując dzikie parkowisko na trawnikach na ul Radziszewskiego, ale realnie rzecz ujmując, jest to przysłowiowa kropla w morzu potrzeb.

Bardzo jestem ciekaw, co się w Lublinie zmieni podczas nadchodzących miesięcy. Akcja promocyjna miasta – „Lublin: miasto inspiracji”, jakkolwiek hasło brzmi ciekawie – nie bardzo mnie do siebie przekonuje. Bo jakkolwiek projekty kulturalne są potrzebne, jeśli miasto aspiruje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, jednak kolejne wystawy wobec trudności wywołanych ciągnących się od kilku–nastu czy kilku–dziesięciu lat zaległości skutecznie odstrasza od siebie. To trochę tak, jakby super perfumy ktoś nosił na nieumytym ciele. Chyba lepiej się najpierw umyć i czysto poubierać, by jakoś przyjemniej uczestniczyć w imprezach kulturalnych; ale też, by w Lublinie chciało się żyć, mogło się żyć.

Żeby nie było żadnych wątpliwości: pokochałem Lublin od pierwszego z nim spotkania w 1987 roku i z dwuletnią przerwą mieszkam tu całe dorosłe życie. To piękne miasto, tętniące życiem i entuzjazmem, w znacznej mierze dzięki istnieniu tylu uczelni i dziesiątek tysięcy studentów. Chciałbym jednak, by było to miasto jeszcze piękniejsze, jeszcze bliższe człowiekowi – przyjazne dla mieszkańców i turystów, dla pracujących zawodowo i uczących się, kierowców i pieszych. I dlatego niecierpliwie czekam na realizację obiecanych przed laty usprawnień i dokończenie zaczętych przed 30 laty inwestycji. Czekam na przepływ informacji od Ratusza do mieszkańców i od mieszkańców do Ratusza. I na realne działania stąd płynące.

poniedziałek, 7 września 2009

Między ziemią a niebem

W niedzielę znowu byłem na wizji - tym razem "Między ziemią a niebem", w dwóch dyskusjach. Ciekawe, że zapowiadając gości Marek Zając wymienił wszystkich, poza mną. Czyżby zaczął mnie traktować jako współprowadzącego? Dziwne to wszystko.
Dyskusje poświęcne były najpierw kwestii ekologicznej (na ile odpowiadamy za zmiany klimatyczne) a potem kwestii predestynacji i ślepego losu. O ile z pierwszej niewiele wynikało, o tyle druga była znacznie ważniejsza, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Chodzi mi o kwestię korzystania z usług wróżek.

Pismo św. wielokrotnie zwraca uwagę, że nie da się pogodzić wierności Bogu z korzystaniem z praktyk określanych dziś jako okultystyczne: wróżbiarstwa, czarów, czy wywoływania duchów. Są one "obrzydliwością w oczach Boga". Dlaczego?
- bo są odmową zaufania wobec Boga, który jest Panem historii.
- bo są próbą zapanowania nad historią
- bo są próbą wykorzystania świata duchów do własnych celów
- bo są odrzuceniem własnej wolnej woli
i co najgorsze
- są otwarciem się na działanie demonów

Można potraktować te obiekcje uśmiechem pobłażania. Można to odrzucić jako próbę zastraszania w stylu "ciemnego średniowiecza". Tak samo można odrzucić samo istnienie Boga, zmartwychwstanie Chrystusa i misję Kościoła. Moje doświadczenie kilkunastu lat posługi kapłańskiej dowodzi jednak, że zagrożenie jest jak najbardziej realne. Filmowa wizja z "Egzorcysty" nie jest wydumana czy wzięta z powietrza. Takie historie się - niestety zdarzają. Magia, czary czy wróżby nie zawsze są przejawem szarlatanerii (choć także wówczas są niebezpieczne dla życia duchowego osób uczestniczących). Demon ma władzę - ograniczoną, ale jednak - nad materią, ma znajomość naszych słabości. I on się nie bawi - jeśli daje człowiekowi korzystać ze swej mocy, to po to, by go zagarnąć dla siebie. I zagarnąwszy - łatwo nie puści.

Na marginesie całego programu zrodziła się we mnie pewna refleksja. Otóż dosyć często zdarza mi się słyszeć frazy, w których następuje pewna zbitka: Najpierw pada deklaracja w stylu "jestem wierzący (jestem katolikiem itd.)" a potem "ALE" i stwierdzenie, że robi się coś albo uznaje się coś, co pozostaje w sprzeczności z Pismem świętym i nauczaniem Kościoła. Zastanawia mnie sam fakt pojawienia się tej deklaracji, ale i to przeciwstawienie. Oznaczałoby to - zazwyczaj chyba nie do końca uświadomione - uznanie fundamentalnej sprzeczności owej deklaracji i czynu. Innymi słowy, człowiek wie, że postępuje źle, a jednocześnie sam przed sobą chce (przez zagadanie) udowodnić, że wszystko jest w porządku.

piątek, 28 sierpnia 2009

Wioleta i Róża

Matka i córka. Kobieta, której odebrano płodność i córka, której odebrano matkę. I szpital, który twierdzi, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Rzeczywiście, jeśli życie pacjenta jest zagrożone bezpośrednio, trzeba go ratować. Problem leży w słowie "bezpośrednio". Jeśli zastosowana metoda sterylizacji polegała na przecięciu i podwiązaniu jajowodów, to działanie miało charakter prewencyjny a nie stricte terapeutyczny. Innymi słowy, salpingectomia nie może być traktowana jako odpowiedź na bezpośrednie zagrożenie życia - w takich sytuacjach stosuje się usunięcie jajników i/lub macicy. Samo przecięcie jajowodów niczego nie zmienia poza odebraniem płodności. Innymi słowy skandal. Jeśli dokonało się to bez wiedzy i zgody kobiety - skandal podwójny. Nawet jeśli jej podpis widnieje pod tekstem zgody na zabieg sterylizacji, to wcale nie przesądza o jej świadomej zgodzie - wielokrotnie widziałem i słyszałem o przypadkach, w których pacjentom daje się do podpisania plik papierów z zaznaczeniem: "tu proszę podpisać, i tu.... i tu". Na pytanie o zawartość papierów, pada odpowiedź, że to rutynowy dokument o zgodę na operację. Więc specjalnie mnie nieświadpomość p. Wioletty co do treści podpisanych dokumentów nie dziwi.
No i kwestia jej córki. Odebranie matce dziecka i dziecku prawa do bycia wychowanym i KARMIONYM przez matkę to wystawianie dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo, a jeśli nie niebezpieczeństwo - to na szkodę. I wszystko w majestacie prawa. Skandal.
A to Polska właśnie.

Radzę dobrze zapamiętać szpital w Szamotułach. I omijać, jak długo jego władze uznają, że wszystko jest w porządku. I mówić głośno o takich wypadkach, w Szamotułach i i w innych miejscach. I wymieniać z nazwiska lekarza, który dokonał sterylizacji. I sędziego, który rozdzielił matkę i dziecko. Nie chodzi o zemstę, ale o jasne nazwanie po imieniu zła, za które odpowiadają konkretne osoby.Bo jak musi istnieć cywilna kontrola nad armią, tak też musi istnieć społeczna kontrola nad służbą zdrowia, politykami, mediami, sądami... Nad tymi wszystkimi, którzy uważają się za nietykalnych. Bo nie można mówić, że wszystko jest w porządku, gdy niszczy się ludzi.

Na szczęście są lekarze, którzy szanują ludzi chorych. I mam głęboką nadzieję, że jest ich większość. Jak choćby ci, z Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej. I nich też trzeba mówić głośno. I docenić ich trud i wysiłek. I pełną oddania postawę służby.

Wakacje, za rok...

Nie ma jak się wybyczyć nad morzem. Słoneczko, tupot białych mew... Bez przesady, tego tupotu nie słyszałem. Morze to zdecydowanie dobry pomysł. Pływanie w falach jest niezwykle przyjemne, choć - jak mówią znawcy - bywa groźne. Niestety, po kilku dniach zrobiło się zimne, bo przyszedł jakiś dziwny prąd i temperatura spadła poniżej 10 st.C. Niefajnie. Dodatkowo się człowiek przypiekł jak kebab i musiałem "opalać" się w koszulce... Hihihihihi. Tjaaa. To nawet trochę śmieszne było. Ale też pozwalało zająć się obserwacjami plażowymi. A było co oglądać. Chłopaki grający w piłkę, by podewać opalające się dziewczyny. Nie zwracały na nich uwagi, bo... spały. :))). Latawce jak w kite-surfingu zataczające kręgi nad głową. I samolot ciągnący za sobą reklamę prezerwatywy... O, a tuż obok 3-letnie dziecko pojone piwem przez rodziców (bo gorąco). Tak mnie zatkało,.... że nie zareagowałem. Wstyd. A po drugiej stronie - rodzice sami siebie pojący piwem z tego samego powodu. W ciągu godziny każde skonsumowało przynajmniej 2 litry. No więc dzieci znudzone jak mopsy zajęły się (gdy dorośli posnęli) rzucaniem pustych butelek po piwie do morza... Na szczęście je zaraz wyciągały z wody (im temperatura nie przeszkadzała najwyraźniej). No i śmieci, nade wszystko pety po papierosach, obecne wszędzie w zastraszających ilościach. Paw w ustach pojawiał się samoistnie niezależnie od diety i pory dnia. Dobrze, że na psią kupę nie trafiłem, bo czworonogów po plaży kręciło się sporo. No i nocne kempingowe życie. Spokojne, anonimowe, bez stresu niemal. Jedynie okrzyki kibiców mojej ukochanej drużyny o 3.30 nad ranem, ogłaszające dominację zespołu w krajowej ekstraklasie (dominację, której niestety nie bardzo widać, prawdę mówiąc). Ot, folklor. I byłbym się poważnie wkurzył, gdyby nie to, że wakacyjny luz mnie do tego uniezdolnił. Więc się uśmiechnąłem i przewróciwszy się na drugi bok - zasnąłem ponownie.
Nie ma jak wakacje... Szkoda, że następne dopiero za rok.

sobota, 1 sierpnia 2009

RU-486 cd.

No i stało się, Włochy dopuściły do użycia RU-486. Poniżej przytaczam fragmenty tekstu wiadomości z agencji Associated Press, obecnej w internecie na stronach MSNBC.


ROME - Italy has approved the use of the abortion drug RU-486, capping years of debate and defying opposition from the Vatican, which warned of immediate excommunication for doctors prescribing the pill and for women who use it.
The pill is already available in a number of other European countries. Its approval by Italy's drug regulation authorities was praised by women's groups and pro-choice organizations, which say the pill will provide women with an additional, noninvasive procedure.
It drew the immediate protest of the Catholic Church, which opposes abortion and contraception.
"That's not how you alleviate human suffering, that's not how you help women, that's not how you help mankind," Monsignor Elio Sgreccia, a senior church bioethicist, said in an interview Friday with Associated Press Television News.
[...]
Archbishop Rino Fisichella, who heads the Vatican's Pontifical Academy for Life, issued a strong condemnation of abortion and the RU-486 pill in a front-page article in Vatican newspaper L'Osservatore Romano on Friday. He said the church cannot passively sit back, and insisted the ethical implications of the pill could not be overlooked.
"An embryo is not a bunch of cells," Fisichella wrote. "It's real and full human life. Suppressing it is a responsibility nobody can take without fully knowing the consequences."
Sgreccia, who called the RU-486 "not a drug, but poison," said that women taking the pill or doctors administering are automatically excommunicated under church law.
There were about 121,000 abortions on demand in Italy in 2008, according to figures provided by Italy's health authorities. That number was down 48 percent from 1982 — the year when the number peaked after the referendum upholding the abortion law — and down 4 percent compared to the previous year.
But critics of RU-486 say that taking a pill might reverse that trend because it would make interrupting a pregnancy easier. They also fear that it would be possible to avert a mandatory hospitalization policy and effectively go back to the pre-legislation days of clandestine abortions performed at home without medical supervision.
"The apparent ease of this pharmacological method will inevitably lower the level of caution and responsibility," Romano Colozzi, the only member of the agency to vote against the use of the pill, told the ANSA news agency.
Supporters say it has no significant side effects and is safe.
Gabriella Pacini, a doctor with the Woman's Life group that provides medical counseling to women, said that RU-486 "has been used for years in Europe, on millions of women and is considered safe and effective."
"Why not give Italian women a choice between pharmacological abortion and surgical abortion?" she said.
The RU-486 pill, first introduced in France two decades ago, is known chemically as mifepristone and causes an embryo to detach from the uterine wall. A second pill, misoprostol, is used afterward to cause contractions and push the embryo out of the uterus.
Doctors can declare themselves conscientious objectors and refuse to carry out abortions.
Since 2000, Italy also allows the so-called morning-after pill, which prevents a fertilized egg from implanting in the uterine wall and growing into an embryo.

Słowo komentarza
Aborcja - ani chirurgiczna, ani farmakologiczna - nie jest bezpieczna, jak twierdzą jej propagatorzy. W tym cała rzecz, że jej istotą jest zadanie śmierci dziecku, którego z jakiegoś powodu nie chce przyjąć matka. Być może RU-486 prszynosi mniej powikłań dla zdrowia matki niż inne formy aborcji, ale o bezpieczeństwie nie może być mowy, bo ona musi być niebezpieczna - inaczej nie będzie skuteczna...

Nikt nie zmusi dziś kobiety do urodzenia dziecka. Jeśli chce je zabić - zrobi to, w ten, czy inny sposób, ale ciężko grzeszy ten, kto jej to ułatwia lub wręcz do zabójstwa neinarodzonego dziecka namawia. Nikogo się też do przynależności do Kościoła nie zmusi. Jeśli ktoś nie chce być w jedności ze wspólnotą Kościoła, jeśli ma swoją wizję wiary i życia moralnego - pójdzie swoją drogą. Ekskomunika związana z grzechem aborcji (obejmująca wszystkich, którzy doprowadzili do śmierci dziecka, czy to przez bezpośrednie wykonanie aborcji, nakłanianie do niej lub w inny sposób współuczestniczyli w tym grzechu) oznacza że drogi danego człowieka i wspólnoty Kościoła się rozeszły. Ktoś jest poza wspólnotą, bo wierzy inaczej, bo myśli inaczej, bo postępuje inaczej niż Kościół. Bo do wspólnoty nie można zmusić. Albo się w niej jest, albo nie...

To dziecko ma kilkoro rodziców

Dałem się namówić "Dziennikowi" na wypowiedź.

Beata Grzybowska za pieniądze urodziła dziecko obcej parze ludzi. Teraz zapowiedziała, że będzie w sądzie walczyć o prawo do chłopca. Ks. Piotr Kieniewicz ocenia ten spór z punktu widzenia etyki katolickiej.


Klara Klinger: Kto jest rodzicem dziecka z punktu widzenia etyki katolickiej? Czy ma do niego prawo kobieta, która nie jest jego genetyczną matką, a tylko je rodziła?

PK: Sytuacja jest skomplikowana. W tym przypadku dziecko ma czworo rodziców: dawcy materiału genetycznego - choć dawczyni komórki jajowej pozostaje anonimowa - są rodzicami biologicznymi, jest żona ojca biologicznego, która chce to dziecko wychować jako swoje i jest kobieta, która fizycznie to dziecko urodziła. I każda z tych osób może czuć się rodzicem. Jednocześnie w centrum tego dramatu znajduje się dziecko, które jest automatycznie postawione w sytuacji konfliktu tożsamości. Bo nie ma możliwości, żeby określiło, kto jest moim tatą, a kto jest moją matką. Ma kilkoro rodziców i będzie zagubione.

Nie jest tak, że ktoś jest ”bardziej” rodzicem?
Trudno tak stopniować. Małżonkowie, którzy wychowują dziecko, podobnie jak przy adopcji, mogą czuć się rodzicami, bo o rodzicielstwie w pierwszym rzędzie świadczy dar miłości, którym obdarzają dziecko wprowadzając je w świat dorosłości, a nie sam fakt biologicznego pokrewieństwa. Z drugiej strony dziecko, dojrzewając w łonie kobiety, nawiązuje z nią bardzo głęboką więź fizyczną i psychiczną i to do tego stopnia, że noworodek przytulony do matki i czujący jej zapach natychmiast się uspokaja, instynktownie czuje, że to jest jego matka. Dlatego amerykańskie piśmiennictwo bioetyczne mówi, że nie ma sposobu, aby w sytuacji, o której rozmawiamy, uniknąć problemu konfliktu tożsamości.

Problemem jest tożsamość dziecka?
Tak, bo ono nie wie, kim jest i ta niepewność jest źródłem ogromnych komplikacji rozwojowych i egzystencjalnych. Ale to nie jest jedyny problem moralny. W omawianej sytuacji doszło do instrumentalnego potraktowania kobiety i dziecka. Para, która wynajęła ją, by urodziła im dziecko, tak naprawdę wynajęła tylko jej macicę, ale przecież i dziecko potraktowane zostało jak zamawiany w sklepie towar, za który się płaci i czeka na dostawę. Jest to może bardziej skomplikowane w sensie logistycznym, ale nadal jest tak, że klient płaci i klient wymaga - oczywiście w odpowiedniej jakości. Kobieta jest traktowana przedmiotowo - przez nich, ale i przez siebie. Robi to niby na własne życzenie, za swoją zgodą, ponieważ jest wolna i może to zrobić, ale narusza w ten sposób swoją godność.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Co by było najbardziej moralne?
Jest takie starożytne powiedzenie mówiące, że umów należy dotrzymywać. W sytuacji, kiedy ta kobieta zgodziła się oddać dziecko drugiej rodzinie, wydawałoby się, że powinna umowy dotrzymać. Ale to nie jest takie proste, tym bardziej że w grę wchodzi dobro dziecka, a ono nie jest przedmiotem, który można dowolnie sobie przekazywać z rąk do rąk. W niedawno wydanym dokumencie Kongregacji Nauki Wiary ”Dignitas personae” jest napisane, że są sytuacje, w których nie ma dobrego rozwiązania. I myślę, że to jest jedna z takich sytuacji. Każde rozwiązanie będzie dokładaniem kolejnych ran, także w wymiarze moralnym. Jest bowiem ojciec dziecka, który pozostaje ojcem, jego żona, jest matka, która urodziła i wszyscy cierpią. A dziecko zostało zranione na całe życie niezależnie od tego, co się dalej będzie działo.

Ale jakoś się trzeba zachować.
To małżeństwo czuje się rodzicami, a kobieta - matką i te uczucia są zrozumiałe. Ale ja nie jestem w stanie powiedzieć, czy oni mają odpuścić, czy ona.

A gdyby pani Beata przyszła po radę do księdza?
Obawiam się, że bym jej powiedział, że w tej chwili nie ma dobrego rozwiązania, ale jest to konsekwencją wcześniejszych niemoralnych decyzji i działań. W ludziach jest często przekonanie, że zawsze coś się da zrobić. Kiedy jednak mówimy o moralności ludzkiego postępowania, są sytuacje uniemożliwiające wyjście z zaułka niegodziwości. Każde kolejne działanie będzie pociągało za sobą eskalację zła. W tej chwili jedyna wskazówka dla niej, która mi się nasuwa, to rozpoznanie, co jest dobre z punktu widzenia dziecka. Ten dramat zrodził się z grzechu i jest konsekwencją grzechu. Nie wolno o tym zapominać. Z czysto ludzkiego punktu widzenia wiem, że to dramatyczna sytuacja i szczerze współczuję wszystkim – począwszy od dziecka po wszystkich rodziców, którzy sami się zawikłali w ten gordyjski węzeł. Ale niestety dobrego rozwiązania z tej sytuacji nie ma.