Każdy dzień przynosi nowe znaki obecności Boga w moim życiu - nie tylko w modlitwie, ale w zwykłych szarych sprawach. W polityce, gospodarce, w mediach... W każdym z tych obszarów chce być obecny, chce zbawiać. I dlatego codziennie szukam znaków Jego miłości, znajduję i potwierdzam - On jest po naszej stronie, nawet wtedy, gdy my nie chcemy być po Jego stronie...
sobota, 18 lipca 2009
Dlaczego odchodzą?
Budowało? Może odchodzi właśnie dlatego, że nie budowało. Może właśnie się zorientował, że nie jest na swoim miejscu i idzie dalej, by to swoje miejsce odnaleźć...
Chyba jednak nie. Odchodzi, bo zrezygnował z troski o budowanie domu. Odchodzi, porzucając siebie, bo wydaje mu się - jest o tym przekonany - że nic go z tym dawnym "ja" nie łączy. Ciekawe tylko, że tak często wspomnienie przeszłości budzi agresję, wzburzenie i gniew.
Rozwód dziś stał się dla wielu par "opcją" na wypadek kryzysu. Więc kiedy kryzys przychodzi, odchodzą od siebie i nie walczą o trwanie swojej miłości. I myślę sobie, że podobnie jest ze wszystkimi innymi odejściami - przynajmniej po trochu. Że człowiek przyjmuje kryzys jako koniec (traktując to jako koniec pewnego etapu), zaś odejście jako opcję... i nie walczy o swoją wierność pierwszej miłości.
Czemu jednak odchodzi smutny, jak ów młodzieniec z ewangelii synoptycznych? Czemu w ludziach, którzy uznali, "że to koniec", jest tyle agresji? Może to stąd, że w głębi serca wie, iż powinno być inaczej?
czwartek, 2 lipca 2009
Etyczna nieodpowiedzialność - odpowiedzialna nieetyczność


niedziela, 28 czerwca 2009
Król i Madonna
Różnie się pisze o gwiazdach i gwiazdeczkach. Nazywa się ich królami (Rock-an-Rolla na przykład: Elvis Presley) i królowymi (tu mi żadne imię nie przychodzi do głowy, a raczej przychodzi ich tyle, że żadne już nie jest zbyt wiarygodne). Słowem, idole sceny muzyki rozrywkowej łatwo zajmują tron, i łatwo z niego spadają. Pamiętam upadek kariery Whitney Houston, przez lata walczącej o świat bez narkotyków, a potem uwikłanej w nie bez pamięci (swoją drogą, mam nadzieję, że come back się powiedzie).
Ostatnie dni naznaczone są z jednej strony śmiercią Michaela Jacksona – postaci niewątpliwie tragicznej, a z drugiej przygotowaniami do koncertu Madonny, czyli Madonny Louisy Ciccone w Polsce. Przygotowują się fani, przygotowują się organizatorzy i przygotowują się ci, którym ten koncert się nie podoba. Nie podoba się i mnie ze względu na czas i na sposób, w jaki jest reklamowany.
Śmierć Jacksona i koncert Madonny... Co je łączy? Przynajmniej w niektórych przekazach medialnych łączy je miejsce, jakie zajmowali i zajmują w życiu – miejsce idola, bożka – czy jak to drzewiej się mawiało: bałwana. I temu bałwanowi ludzie się kłaniają, biją mu pokłony, a on zazdrośnie strzeże miejsca, które zajął a które mu się wcale nie należy. To miejsce Boga, Jedynego, Który Daje Życie. Kiedy przed Apostołami ktoś padał na twarz, ci mówili: wstań, jestem tylko człowiekiem.
Kiedy aniołowi ktoś chciał złożyć ofiarę – ten nakazywał, by składać ją tylko samemu Bogu. Bo sługa Pana zna swoje miejsce i nie uzurpuje sobie prawa do tronu. A bożki, idole i bałwany chętnie tam wlazują, a potem zazdrośnie strzegą swego stanu posiadania, przynajmniej do czasu, gdy okazuje się, że król jest nagi i bożek nie ma mocy zbawiania świata.
czwartek, 25 czerwca 2009
Dziękuję za przewodników
Pierwszym jest pewien jezuita – nie znam jego nazwiska – który w 1967 roku w kaplicy przy ul. Rakowieckiej w Warszawie mnie ochrzcił. Moja matka chrzestna pamiętała, kto to był, mówiła mi o nim, a ja nie zapamiętałem - a teraz nie mam jak ją o to zapytać. Jestem temu księdzu za mój chrzest winny wdzięczność na wieki. I dlatego muszę w końcu sprawdzić, jak się nazywa. I otoczyć go modlitwą, już nie taką bezimienną – choć wiem, że ta bezimienność Panu Bogu nie przeszkadza, bo On zna wszystkich.
Drugim księdzem, któremu chcę podziękować, jest ks. Olgierd Nassalski, marianin, przez całe niemal moje dzieciństwo proboszcz na warszawskim Marymoncie, a później długoletni duszpasterz powołań w Zgromadzeniu Księży Marianów. Pokazał mi, jakim można być księdzem, zachwycił mnie swoim kapłaństwem, swoją miłością do Boga i do ludzi. Zachwycił i pociągnął – do Marianów.
Trzecim zaś jest ks. Janusz Nagórny, profesor teologii moralnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelski. On we mnie rozpalił miłość do pracy naukowej i dydaktycznej, pokazał jej wartość i znaczenie. I ofiarowując przyjaźń, jednocześnie zaproponował współpracę. To, co umiem dziś jako naukowiec, i jako dydaktyk, w ogromnej mierze zawdzięczam właśnie jemu.Wszyscy trzej już są u Pana, w Jego domu, po drugiej stronie Bramy Życia. Niech im Chrystus będzie nagrodą!
piątek, 19 czerwca 2009
Rok kapłański
Oto człowiek prosty. Jeśli widzi, że coś jest dobre, idzie za tym. Jeśli potrzebne - uczestniczy. I dlatego całkowicie zawierzył Chrystusowi i oparł na Nim swoje pasterzowanie. Stąd właśnie długie godziny na adoracji i w konfesjonale. Stąd jednoznaczne wezwania do nawrócenia, niezależnie od osoby penitenta.
Oto człowiek kochający. Zawsze miał czas i serce dla bliźniego. Jeśli miał coś jeszcze, to się tym też dzielił, choć bywały dni, gdy poza sercem i czasem nie miał nic. Odwiedzał ubogich, odrzuconych, chorych. Oddał im swoje serce.
Oto człowiek ubogi. W swoim ubóstwie był bratem dla największych nędzarzy i znakiem sprzeciwu dla zadowolonych z siebie bogaczy.że właśnie dlatego każde jego słowo miało taki ciężar...
Oto człowiek święty. Walczył o tę świętość, czasem dosłownie zmagając się z atakującym go demonem, a czasem przezwyciężając własne słabości, zniechęcenie, zmęczenie. Liczył się najpierw Bóg i Jego sprawy. A zaraz potem ci, do których go posłano.
Chciałem napisać, że chciałbym być taki, jak on. Chciałem, ale prawda jest taka, że - jak pewnie wielu innych - jest to nie do końca prawda. Chciałbym korzystać z owoców bez ponoszenia kosztów, bez zmagania, a tak się nie da. Prawdę mówiąc, cały czas mnie ten radykalizm porzeraża trochę. Nie chcę rezygnować z tego, co mam. W gruncie rzeczy postać świętego Proboszcza jest dla mnie wezwaniem do nawrócenia, z którym się jeszcze muszę nie raz zmierzyć. Na razie nie bardzo chyba umiem...
czwartek, 18 czerwca 2009
Jestem trochę antyklerykalny
Nie wydaje mi się, bym specjalnie się różnił od moich przyjaciół w sutannach. Z każdym z nich da się pogadać. Fakt, wiem, że bywają i tacy duchowni, którym sutanna tak obsika serce, że brakuje sił do kochania ludzi, ale prawdę mówiąc, nie spotkałem ich zbyt wielu. Większość znanych mi duchownych to ludzie, którzy swoje serce oddali Kościołowi, a ściślej rzecz ujmując – swoim parafianom. Są do ich dyspozycji na każde niemal zawołanie i wbrew obiegowym opiniom nie pieniądze są dla nich najważniejsze. Spowiadają, niekiedy po kilka godzin dziennie, rozmawiają (o życiu i śmierci) z tymi, którzy nie mają do kogo otworzyć ust... Normalni ludzie, którzy dają innym Chrystusa bez głośnych demonstracji, wywieszania transparentów i dobijania się o pokłony na rogu każdej ulicy.
Fakt, od czasu do czasu pojawi się taki, który zamiast Ewangelią zajmuje się realizacją własnych celów. Ma swoją agendę, którą ciągnie. Ludźmi się nie przejmuje, dobra gromadzi i domaga się od wszystkich wyrazów szacunku i uwielbienia. Są tacy, którzy popełniają bardzo poważne grzechy, krzywdząc słabych i bezbronnych i siejąc zgorszenie. Są tacy, którzy kwalifikują się do miana zdrajcy. Ale trudno się dziwić, skoro nawet wśród Dwunastu był Judasz. Zdradzić może tylko przyjaciel, tylko ktoś, kto jest blisko.
Zresztą, mam świadomość, że sam też jestem grzesznikiem, biedaczkiem, który łatwo i często grzeszy – jak wszyscy. Oczywiście, można powiedzieć, że jako ksiądz i zakonnik nie powinienem, że powinienem świecić przykładem. Tylko że z tego moralizowania siebie niewiele dobra wynika. Z osądzania i gadania, że tak być nie powinno, dobro się nie rodzi. Dobro się rodzi z przyjęcia łaski, udzielonej za darmo grzesznikowi.
Prawdę mówiąc, to sam trochę jestem antyklerykalny. Nie podoba mi się wizja Kościoła, w której ksiądz miałby być ponad ludźmi, miałby wszystko wiedzieć, miałby być „najmądrzejszy w całej wsi”. Bo wspólnota oznacza, że wszyscy jesteśmy kimś jednym w Chrystusie.
Jednocześnie jednak mam świadomość, że bycie księdzem oznacza bycie przewodnikiem i pasterzem i ojcem. I że mam służyć swoją radą, a niekiedy i sądem. Nie mam jednak złudzeń, że to powód to chwały. Pasterzowanie zostało mi zadane i to nie jest mój wybór, tylko Chrystusa. I jeśli wypowiadam osąd, to w oparciu o światło, jakie mam od Niego.
Wiem, że wielu ludzi w Chrystusa nie wierzy. Nie zmuszam nikogo do tego, by mnie słuchał. Nie zamierzam nikogo nawracać. Chrystus nie powołał mnie do nawracania, ale do głoszenia Ewangelii. Nie chce ktoś przynależeć do Kościoła, nie chce ktoś uznać Chrystusa – wolny wybór. Szanuję to. Ale też chciałbym, by Ci, którzy nie wierzą i wierzyć nie chcą, uznali prawo moje i innych wierzących do wypowiedzenia swojej wiary publicznie, tak jak oni wypowiadają swoją niewiarę.
Tak sobie myślę, że antyklerykalizm w swej istocie jest sprzeciwem nie tyle wobec księży, co wobec Ewangelii. Jeśli bowiem odmawia się nam prawa do wypowiadania w sprawach moralności, w sprawach życia publicznego, to tym samym ogranicza się zakres spraw, który Ewangelia miałaby dotyczyć. Rzecz w tym, że ona dotyczy człowieka, całego człowieka, we wszystkich wymiarach jego egzystencji. Więc kiedy widzę, że dzieje się coś złego – znaczy się coś, co postrzegam jako złe i szkodliwe – nie mogę milczeć, bo Chrystus postawił mnie, bym głosił w porę i nie w porę Jego Ewangelię. Nie wszystkim się to podoba, wiem. Ale – jak mówi Święta Księga – „mądrość usprawiedliwiona jest przez swoje czyny”.
czwartek, 11 czerwca 2009
Ja mu wierzę
Marek Jurek pokazał, że jest tę cenę zapłacić gotów. A ponieważ jest jedynym znanym mi na polskiej scenie politycznej graczem (w tym kontekście, to chyba nie do końca to adekwatne słowo), więc ma mój szacunek. I moje poparcie. Może nie tak "agresywne", jak to pokazał Wojciech Cejrowski w tym swoim spocie, ale równie zdecydowane.
Mam tylko nadzieję, że współpracownicy Marka Jurka utrzymają ten sam standard. I dlatego zdecydowanie wolałbym móc głosować w wyborach o ordynacji większościowej. Wtedy miałbym pewność, że popieram tego, kogo popieram, a nie dobrze ustawionych kolegów i towarzyszy.
Wrzuciłem tu tych kilka odcinków Wojtka Cejrowskiego, bo mi jest jakoś bliski. Nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale stawia sprawy jasno. Pewnie jaśniej, niż bym umiał to powiedzieć, bo niewątpliwie gadane ma. A że denerwuje i irytuje, cóż... Może dlatego, że o coś mu chodzi?
Jak napisałem na początku, nie zamierzam nikogo agitować za Prawicą RP, ani przekonywać do Marka Jurka. Niemniej, we mnie wzbudził on zaufanie i moje poparcie ma. On, niekoniecznie jego partia i partyjni koledzy. I chciałbym, by takich jak on było w polityce więcej: takich, którzy wolą być uznani za głupców dla Chrystusa, którzy gotowi są bronić życia; takich, którzy są gotowi dla Prawdy stracić twarz, opinię i stanowisko.