czwartek, 16 kwietnia 2009

Żałoba narodowa

Pożar w Kamieniu Pomorskim był i jest głównym tematem w serwisach informacyjnych w ciągu ostatnich dni. Dramat pogorzelców rzeczywiście jest poruszający – zamiast radosnych świąt zmartwychwstania, dla nich cały czas trwa Kalwaria. Jedni płaczą po starcie najbliższych, inni sami odnieśli rany. 21 osób zginęło. Nad ofiarami tego dramatu trzeba się ze współczuciem pochylić, udzielić im pomocy, otoczyć opieką...
Zamiast tego jesteśmy świadkami jakiegoś przedziwnego spektaklu. Dziennikarze prześcigają się w zadawaniu mniej lub bardziej idiotycznych pytań, w stylu – „jak się Pan czuje?”, „co się stało?”, „czy musiało do tego dojść?”... Politycy zwęszywszy szansę na poprawienie swojego wizerunku ruszyli do akcji i prześcigają się w znakach solidarności. Prezydent ogłosił 3-dniową żałobę narodową, a premier zadeklarował pomoc w budowie nowego budynku socjalnego. Nie mam żadnych złudzeń, że o nic więcej niż PR nie chodziło. Pretensje Prezydenta do Premiera, że go nie zawiadomił o pożarze są żenujące; zresztą odpowiedź rzecznika, że mógł sobie wszystko zobaczyć w telewizji – jakkolwiek niezbyt grzeczna – trafia w sedno zagadnienia. W gruncie rzeczy jestem tym zniesmaczony.
3-dniowa żałoba narodowa po pożarze, w którym zginęło 21 osób jest w moim przekonaniu nieporozumieniem. W ciągu weekendu świątecznego na polskich drogach zginęło 35 osób – o nich się nie pamięta. Czyżby do ogłoszenia żałoby narodowej potrzeba było śmierci jakiejś minimalnej liczby osób w jednym wypadku? Przy całym szacunku i współczuciu dla ofiar tej tragedii, nie widzę związku pomiędzy pożarem w Kamieniu Pomorskim a sytuacją całego narodu – a taki związek jest z mojego punktu widzenia konieczny, by mówić o podstawach dla ogłaszania żałoby narodowej. Być może prezydent chciał wskazać na ogólnonarodowy problem, ale jeśli tak było, to tego ostatecznie nie uczynił.
Dla mnie wymowa prezydenckiej decyzji jest nijaka. Jawi mi się jako pusty PR-owski gest, który jego samego niewiele kosztuje, przyzwoicie wygląda w mediach, budując wrażenie zatroskanego o dobro zwykłych ludzi prezydenta. Rzecz w tym, że rzeczywiste skutki są chyba jednak inne, i wcale nie takie dobre.
Po pierwsze, ludzie nie przejmują się ogłoszoną żałobą, ponieważ nie czują , by sprawa ich w jakikolwiek sposób dotyczyła. Po drugie, ludzie mogą nie przejąć się ogłoszoną żałobą narodową, gdy zostanie ogłoszona z powodów rzeczywiście odnoszących się do życia nas wszystkich. Innymi słowy – pomysł Pana Prezydenta okazał się może i dobry, ale z gruntu nieszczęśliwy, prowadząc do znaczącego obniżenia znaczenia instytucji żałoby narodowej.
Pojawiły się też we mnie dwa dodatkowe pytania: co naprawdę oznacza dla naszych rządzących termin „żałoba narodowa”? (i z innej beczki) – jak zapobiec w przyszłości, by dramatyczne wydarzenia nie były instrumentalnie wykorzystywane do kreowania własnego wizerunku.
Czego zatem bym oczekiwał od władz? Oczywiste jest, że pogorzelcom trzeba pomóc, ale po to jest samorząd lokalny, po to struktury wojewódzkie jako przedstawicielstwa władz państwowych, by problemy lokalne, możliwie efektywnie rozwiązywać na szczeblu lokalnym. Jeśli wojewoda uznałby, że zasadne jest ogłoszenie żałoby na terenie województwa – mógłby to zrobić. Nagłośnienie w mediach może się bez narodowej żałoby obyć. A pomoc udzielona szybko, sprawnie, i dyskretnie, na pewno lepiej przysłużyłaby się pogorzelcom, niż całe to polityczne i PR-owskie żenujące zadęcie.

piątek, 10 kwietnia 2009

Tolkien, aborcja i ONZ

Proszę mi wybaczyć toporność tłumaczenia. Starałem się, by było możliwie wierne, choćby kosztem piękna języka. Poniższy tekst jednak jest tak piękny, że nawet z nie najładniejszym tłumaczeniem wart jest zatrzymania i uwagi. Pochodzi on z serwisu Zenit.org, w wersji anglojęzycznej.

Sojusz Hobbitów przynosi triumf nadziei
Elizabeth Lev. (ZENIT ZE090409 – tłumaczenie własne)


Rzym, 9 kwietnia 2009 (Zenit.org)
Oto opowieść godna pióra J.R.R. Tolkiena. Wydarzenia w Komisji Zaludnienia i Rozwoju ONZ, jakie miały miejsce w zeszłym tygodniu, są jakby żywcem zaczerpnięte z jego wielkiej trylogii „Władca pierścieni”.

W zeszłym tygodniu, reprezentanci 47 krajów zebrali się w Nowym Jorku na corocznym spotkaniu Komisji ds. Zaludnienia i Rozwoju, będącej częścią Rady ds. Ekonomii i Spraw Społecznych ONZ. Przewidując, że liczba ludności w 2050 roku może osiągnąć 9 miliardów, Komisja przeanalizowała "Program Działania" wydany przez Międzynarodową Konferencję nt. Zaludnienia i Rozwoju, zaaprobowany przez ONZ w 1994 roku.

Za optymistyczną fasadą zatroskania o poziom życia rozwiniętych społeczeństw, kryła się jednak znacznie ciemniejsza, złowieszcza agenda. Do pełnych nadziei stwierdzeń wcześniejszych dokumentów ONZ zaczął się wkradać nowy język.

Najważniejszym elementem tego programu było „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa” – terminologia, pod którą wiele organizacji pozarządowych i komitetów ONZ promuje aborcję; jednocześnie byłoby to wprowadzenie do dokumentów języka, który by mógł otworzyć drzwi dla ciągu żądań aktywistów homoseksualnych.

Jak ów Jeden Pierścień wykuty przez Saurona w czeluściach Góry Przeznaczenia, zaproponowany termin odsłaniał plan zasadniczy: „Jeden Pierścień by wszystkimi rządzić” i by wszystkich wciągnąć w ciemność. Przy zamianie słowa „pierścień” na „organizacja”, widmo Władcy Ciemności mogłoby zostać zastąpione przez „Planned Parenthood”, jedną z najbardziej aktywnych organizacji pozarządowych na posiedzeniu.

Zadziwiająco niewielu dostrzegło nadciągający koszmar. Abp Celestino Migliore, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy ONZ, zauważył, że „w sposób nieunikniony narzuca się wrażenie, iż [rosnące - pk] zaludnienie postrzegane jest jako przeszkoda do dalszego rozwoju społecznego i ekonomicznego”. Duchowny ostrzegł także, że Komisja „przedkłada kontrolę populacji i przymus wobec ubogich, by zaakceptowali ów punkt widzenia, nad działania zmierzające do rozwiązania problemów z edukacją, podstawową opieką medyczną, dostępem do wody, higieny i zatrudnienia”.

Armie ciemności były jednak mocne i wydawały się niezwyciężone. Chiny, Wielka Brytania, Brazylia, Federacja Rosyjska, Hiszpania i Niemcy – po nich można się było spodziewać promocji tego języka. Stany Zjednoczone, będące pod nową administracją w niewoli kultury śmierci, gotowe były użyć całej swej potęgi, by zapewnić panowanie „Planned Parenthood”. Wszystko wydawało się stracone.

Oto międzynarodowi giganci, liderzy ekonomii, rozwoju i technologii, byli pewni, że żadna przeszkoda nie stanie im na drodze.

Plan ujawniła w swoim przemówieniu Thoraya Ahmed Obaida, wiceszefowa Funduszu Ludnościowego ONZ. Przywoławszy światowy kryzys finansowy, zwróciła uwagę na wynikającą z niego trudność w utrzymaniu programów poprawy zdrowia i edukacji ubogich świata. „Kryzys finansowy grozi całkowitym fiaskiem tego z trudem wywalczonego postępu”.

Rozwiązanie miało zapewnić, „skierowanie większej uwagi na kwestie populacyjne, oraz przeznaczenie większych środków na wzmocnienie roli kobiet, na zdrowie reprodukcyjne, włączając w to opiekę zdrowotną nad matkami i planowanie rodziny”.

Przekładając to na język powszechnie zrozumiały, propozycja polegała na wpojeniu kobietom, że posiadanie dzieci jest niebezpieczne i zniewalające; w takim razie aborcja jest zdrowa i ma wyzwalający charakter. Nawet Zły Władca Mordoru nigdy nie próbował ukazywać swojego programu śmierci i zniewolenia ludzkiej rasy jako czegoś „pozytywnego” i „wyzwalającego”.

Obaid przypomniała komisji, że konferencja w Kairze uzgodniła, iż „każda osoba ma prawo do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”, i zachęciła Komisję „by dotrzymać obietnicy zapewnienia dostępu do zdrowia reprodukcyjnego do roku 2015”.

Wielkie narody przytakiwały i klaskały, jak Upiory Pierścienia, których wola od dawna była związana przez podstępnego władcę. Kultura życia przygotowywała się do przyjęcia jeszcze jednej porażki, kolejnej z wielu już poniesionych.

I wtedy nadeszła nieoczekiwana pomoc. Głos zabrał Iran i zaprotestował, stwierdzając iż zwrot „prawo do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego” nie może zostać zastąpione frazą „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa”.

Delegacja irańska podkreśliła, że ta fraza nigdy nie była włączona w żaden wynegocjowany w ramach ONZ dokument, i wezwała Komisję do powrotu do wcześniej uzgodnionego i starannie wynegocjowanego języka z oryginalnego „Programu Działania” z 1994 roku, który jest rozumiany jako nie dający podstaw do kreowania prawa do aborcji.

Natychmiast cztery kraje katolickie – Irlandia, Peru, Chile i Polska – poparły głos Iranu w kwestii użytych sformułowań. Był to raczej niezwykły sojusz, przypominający karłów i elfów przechodzących ponad podziałami, by walczyć przeciw wspólnemu wrogowi.

Chociaż wspólnota chrześcijańska i Iran różnią się w wielu kwestiach, otuchy dodawał widok poróżnionych narodów zgodnie współpracujących i rozmawiających ze sobą w obronie kultury życia.

I podobnie jak miało to miejsce we wspaniałej historii Tolkiena mówiącej o dziewięcioosobowej drużynie, to ci najmniejsi przynieśli ratunek. Jak owych czterech niepoddających się słabości hobbitów powieści Tolkiena, Stolica Apostolska (maleńkie, 104 akry liczące państewko – czyli ok. 7 ha – pk), Comoros (maleńka wyspa na północ od Madagaskaru), Santa Lucia i Malta dołączyły do drużyny, by przełamać dławiący oddech ucisk sił zła.

Te podobne do hobbitów państwa, których łączny produkt narodowy prawdopodobnie nie dorównuje budżetowi operacyjnemu „Planned Parenthood”, wypowiadały się głośno i z przekonaniem. Malta potępiała nieustanne próby ze strony Komisji, by rozszerzyć znaczenie zwrotu „zdrowie reprodukcyjne”, tak, aby zawierał on aborcję.

Delegatka z Santa Lucia, odnosząc się do istoty proponowanej terminologii podkreśliła, że w rozumieniu jej delegacji użyte zwroty nie mogą zagrażać prawu pracowników służby zdrowia do odmowy przeprowadzenia lub współudziału w aborcji ze względu na sprzeciw sumienia.

Jak to Galadriela powiedziała do Froda: „nawet najmniejszy może zmienić przyszłość”.

I tak, na samym końcu, tuż przed zamknięciem obrad, pierścień władzy został wrzucony z powrotem w ogień Góry Przeznaczenia, skąd przybył. Zwrot „zdrowie seksualne i reprodukcyjne i związane z nim prawa” został usunięty z tekstu.

W dniach powszechnego znieprawienia sumienia, ogromnych funduszy rządowych wspierających aborcję i inne znaki ciemności, maleńka grupa przyjaciół pokazała na posiedzeniu ONZ to samo, co bohaterowie Tolkiena wyszeptali w godzinie ciemności, a co Benedykt XVI głosi od jednego narodu do drugiego: „Wciąż jest nadzieja”.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Wielki Czwartek

Wielki Czwartek. Oto się zaczyna Misterium, choć przecież zaczęło się znacznie wcześniej. Wcześniej były cuda i nauczanie, był Nazaret i Betlejem. A jeszcze wcześniej były długie wieki oczekiwania na Pełnię Czasu. Ale dziś czas się wypełnił.
Oto koniec czekania, chociaż mało kto zauważył, że Mesjasz dokonuje dzieła zbawienia. Niektórzy byli i są tak skupieni na ustawicznym oczekiwaniu, że przeszli obok Niego. To nawet nie chodzi o to, że zlekceważyli dzieła Boże, ale oni ich po prostu nie zauważyli. I czekają nadal…
Oto dopełnia się czas zbawienia. Czas, w którym wychodzą na jaw zamysły serc wielu. Ujawnia się zdrada Judasza, tchórzostwo Piotra, małoduszność Apostołów. Ujawnia się pragmatyzm arcykapłanów, hedonizm Heroda i konformizm Piłata. Ujawnia się bezmyślność tłumów, które jeszcze kilka dni temu z okrzykiem „Hosanna Synowi Dawidowemu!” witały wjeżdżającego na oślęciu do Jerozolimy Jezusa, a dziś, z równym zapałem wysyłają Go na krzyż.
Dopełnia się też czas Kościoła, któremu Pan daje Siebie w sakramencie Eucharystii i dla którego ustanawia sakrament kapłaństwa. Wybiera do posługi słabych, grzesznych ludzi, by byli Jego świadkami. Dwunastu zwykłych ludzi, dwunastu grzeszników, których z sobie znanych powodów powołał, by byli prorokami Ewangelii, by byli pasterzami Jego trzody, by oddali swe życie na wyłączną służbę Bogu. Nikt z nich na to nie zasłużył, bo wybór Pana nie na ludzkich zasługach się opierał. Tu miały się dokonać wielkie dzieła Boże.
Dziś ta tajemnica niezasłużonego wybrania trwa, powtarzając się w życiu wielu ludzi – starych i młodych, uczonych i prostych – którzy posłuszni woli Boga idą za Jego głosem dokądkolwiek ich pośle.
To mój 15 Wielki Czwartek w kapłańskiej posłudze. Dziś chcę zaświadczyć, że przyjąłem ten dar Bożego wybrania jako całkowicie niezasłużony i choć staram się nań odpowiedzieć tak jak umiem najlepiej, mam pełną świadomość, że jestem sługą nieużytecznym – w najlepszym wypadku robię to, co do mam polecone. Widzę dobro, jakie Bóg czyni przez moje ręce, ale wiem, że to Jego dzieło, a nie moje. Sieję Słowo, ale to Jego ziarno.
Dziś chcę też złożyć Bogu dzięki za świadectwo życia dwóch moich Braci Kapłanów, którzy byli moimi przewodnikami – ks. Olgierda Nassalskiego, marianina, wieloletniego proboszcza na Marymoncie w Warszawie, i ks. Janusza Nagórnego, profesora teologii moralnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, najpierw mojego mistrza, a potem szefa w Instytucie Teologii Moralnej, zawsze zaś przyjaciela. Dziękuję Bogu za braci-prezbiterów z mojego Zgromadzenia Księży Marianów i wielu, bardzo wielu biskupów i księży, których cicha posługa i pokorne świadectwo miłości Boga były i są dla mnie umocnieniem w trudach codziennej pielgrzymki do Domu Ojca. Jestem dumny, że należę do ich grona. I proszę – za siebie i za nich – o modlitwę.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Popioły

Dziś rocznica odejścia Jana Pawła II do domu Ojca. Wiele, niekoniecznie najciekawszych rzeczy się przez te cztery lata zdarzyło w naszym społeczeństwie. Najbardziej mnie martwi postępująca demoralizacja, przez którą rozumiem odejście od standardów moralnych, głoszonych przez Papieża. Dziś nasze „katolickie” społeczeństwo w większości nie akceptuje tego nauczania. Jeśli wierzyć sondażom, 60% popiera legalizację eutanazji, 55% - uznaje aborcję za akceptowalne rozwiązanie przynajmniej w niektórych sytuacjach. Antykoncepcję popiera podobno nawet 85%. Tyle nam zostało po Wielkim Autorytecie Moralnym, po Wielkich Narodowych Rekolekcjach…

Upiory przeszłości

Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych zdają się potwierdzać obawy, iż administracja Baracka Obamy będzie dążyła do przejęcia przez państwo kontroli nad kolejnymi obszarami gospodarki – zarówno nad sektorem finansowym, jak i nad zakładami produkcyjnymi. No, może niekoniecznie nad całym sektorem, ale nad niektórymi instytucjami czy przedsiębiorstwami o kluczowym znaczeniu. W tym kierunku zdają się zmierzać chociażby układy z grupą CitiBank oraz koncernem General Motors. W połączeniu z metodą przeciwdziałania kryzysowi poprzez pompowanie kolejnych transz gotówki w upadające zakłady, całość niebezpiecznie zaczyna mi przypominać model socjalistycznego rozdawnictwa. Nadopiekuńczość państwa może mieć katastrofalne konsekwencje.
Do tej pory Stany Zjednoczone funkcjonowały w oparciu o upodmiotowienie obywateli, zarówno na płaszczyźnie politycznej, jak i gospodarczej. Od czasu zamachów na World Trade Center zaczęto ograniczać swobody obywatelskie, oczywiście w imię poprawy bezpieczeństwa obywateli. Teraz, wobec kryzysu gospodarczego, podobny zabieg dokonywany jest w sferze ekonomicznej. Myślę, że to niezbyt szczęśliwy pomysł.
Doświadczenie pokazuje, że tzw. amerykański eksperyment najlepiej funkcjonuje, gdy się w nim nie kombinuje, pozostawiając inicjatywę obywatelom. Dotyczy to obu sfer. Przesunięcie troski o bezpieczeństwo (zarówno polityczne, jak i gospodarcze) na wyspecjalizowane służby sprawia, że obywatele przestają sami się tym zajmować, stopniowo tracąc wrażliwość i zdolność do podjęcia odpowiedzialności. Jeśli każdy problem wygenerowany wówczas przez takiego – coraz bardziej zblazowanego obywatela – jest rozwiązywany przez państwo, obywatel nabiera złudnego przekonania, że tak właśnie być powinno: że państwo powinno naprawiać wszystkie pojawiające się usterki. Jednocześnie, ponieważ nie zauważa, że większość owych usterek sam wywołał, a od konsekwencji ich jest chroniony, nie podejmuje żadnej troski, by uniknąć ich w przyszłości. Innymi słowy, narastająca ingerencja państwa w życie społeczne ma w istocie charakter demoralizujący.
Dodatkowym problemem jest obrana przez Baracka Obamę droga wyjścia z kryzysu ekonomicznego. Nie jestem ekonomistą, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że brak w niej logiki. Jeśli kryzys wywołało życie na kredyt, nieodpowiedzialne zachowania obywateli, menagerów i finansistów, kupujących metodą „zapłać za rok albo i dwa”, to jaki jest sens pompować w bankrutujące przedsiębiorstwa kolejne transze gotówki pochodzącej z kredytu społecznego, który trzeba również będzie spłacić w przyszłości. Działanie takie grozi eskalacją kryzysu zarówno jeśli chodzi o skalę, jak i czas jego trwania.
Siłą rzeczy, w miarę pojawiania się kolejnych elementów kryzysu – wobec przyjętej logiki działania – trzeba się spodziewać dalszych interwencji administracji centralnej w życie obywateli. Skutkiem może być gospodarka sterowana centralnie, o mocno socjalistycznym nastawieniu. W połączeniu z postępującym zanikiem szacunku dla osoby ludzkiej, widocznym chociażby w decyzjach dotyczących szacunku dla nienarodzonych dzieci, obawiam się powstania państwa totalitarnego. Smutna to perspektywa, nade wszystko dla państwa, które przez ponad 200 lat było symbolem wolności i rozwoju. Mam tylko nadzieję, że do tego czarnego zakończenia nie dojdzie.

czwartek, 19 marca 2009

Nie mów do mnie Misiak

Uwalili Pana senatora - wyrzucili go z klubu, z partii, a jego firmie (znaczy firmie, w której ma udziały i gdzie zasiadał do niedawna w Radzie nadzorczej) odebrali kontrakt na pomoc stoczniowcom. Wszystko w imię etyki i zasad transparentności, co jest o tyle ciekawe, że litery prawa nikt nie naruszył. Unieważniono zatem kontrakt, bo "tak wypada". Tylko o stoczniowcach jakoś nikt nie pomyślał, że teraz ze szkoleniami i szukaniem im pracy będzie trzeba poczekać kolejnych kilka miesięcy, aż jakaś kolejna firma nie wygra przetargu.
Wydaje mi się, że to klasyczny przypadek, w którym wylano dziecko z kąpielą, dziecko, które od kąpieli jest znacznie ważniejsze. Wstyd Panowie Magnaci!

Na marginesie wraca model reakcji z czasów Ministra Z. Ziobry, wedle którego każdy, kto się wzbogaci, jest złodziejem, malwersantem lub kombinatorem. I należy go za wszelką cenę pochwycić, oskarżyć, skazać i unicestwić (społecznie). Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że bogaty może być bogaty dzięki własnej ciężkiej pracy (choć ciężkość niekoniecznie musi polegać na noszeniu worków, a "tylko" na myśleniu i dobrym zarządzaniu). I że dzięki tym, którzy umieją zarządzać i wymyślać, pozostali mają pracę i środki do życia, których w innej sytuacji by nie mieli. Oj, ta nasza polska bezinteresowna zawiść... Czy nigdy się z niej nie wyzwolimy?

środa, 18 marca 2009

A upadek jego był wielki

No i projekt przepadł. Po kilku miesiącach dyskusji, sporów, a nawet obrzucania się inwektywami, projekt ustawy bioetycznej przygotowany przez zespół posła Gowina upadł. Oddany do konsultacji wewnątrzpartyjnych utonął wśród fal sprzecznych opinii, interesów, poglądów i wyznawanych wartości. Platforma platformą – okazało się, że nie ma możliwości, by wszyscy stojący na jednym peronie wsiedli do jednego pociągu. Dla liberałów projekt był zbyt konserwatywny, dla konserwatystów – zbyt liberalny. Poszło oczywiście o in vitro, choć przecież projekt nie tylko o tym traktował.
W gruncie rzeczy – wcale się temu upadkowi nie dziwię. Projekt posła Gowina był fatalny, choć zapewne był najlepszym z możliwych, z etycznego punktu widzenia. Próba kompromisu jednak okazała się nieskuteczna, bo tam, gdzie jest konflikt wartości, o kompromis jest wyjątkowo trudno.
Platforma jest ugrupowaniem, w którym ludzi połączyły nie tyle wartości, co wspólne interesy i wspólna wizja demokratycznej Polski, o liberalnym systemie gospodarczym. Wartości moralne, nade wszystko stosunek do bezbronnego życia – zarówno nienarodzonego, jak i zmierzającego ku swemu schyłkowi – pozostawały na drugim planie. Jedność trwał, jak długo nikt tych wartości nie ruszał. Gowin poruszył – i domek z kart się rozsypał.
Właśnie dlatego, gdy poszło o projekt, w którym owe fundamentalne wartości moralne stały się sprawą najważniejszą, uczestnicy dyskusji wzruszając ramionami rozeszli się każdy w swoją stronę. Jedni nie chcieli się narażać na miano oszołomów i ciemnogrodzian. Inni nie chcieli narażać się Kościołowi hierarchicznemu – głos biskupów przecież zawsze się może jeszcze przydać. I tak, zamiast kodyfikacji prawa bioetycznego, będzie tak, jak jest. W najlepszym wypadku czeka nas nowelizacja ustawy transplantacyjnej, a potem ewentualnie ustawy o zawodzie lekarza i kilka rozporządzeń, którymi po cichu będzie można powyciągać gorące ziemniaki procedur in vitro z ognia społecznych dyskusji – powyciągać cudzymi, ministerialnymi, lub jeszcze lepiej – unijnymi – rękami.
Cała ta historia pokazała, że ludzi o jednoznacznych, wyrazistych poglądach moralnych w polskim parlamencie jest niewielu. Paradoksalnie, najwięcej ich po lewej stronie. Co prawda poglądy socjaldemokratów w kwestii stosunku do nienarodzonego życia są dla mnie niemożliwe do zaakceptowania, ale przynajmniej są jednoznaczne i wyraziste. Jak czytamy w Apokalipsie św. Jana – „Obyś był zimny, albo gorący, nie zaś letni, bo chcę cię wypluć z moich ust” (Ap 3:15). Lewica w tej kwestii jest zimna. Ale to i tak lepsze, niż prowokujące nudności nieokreślenie rzekomych konserwatystów, tak często powołujących się na nauczanie Kościoła, wyznawany katolicyzm i nastawienie pro-life.